SHARE
TWEET

sienku 2

a guest Oct 21st, 2019 88 Never
Not a member of Pastebin yet? Sign Up, it unlocks many cool features!
  1.  Ale cala przeszlosc Chilona byla tego rodzaju, ze wszelka blizsza znajomosc badz z prefektem miasta, badz z prefektem wigilow musialaby nan sprowadzic nader powazne klopoty, a zarazem uzasadnic wszelkie podejrzenia, jakie by przyjsc mogly do glowy urzednikom. Z drugiej strony, uciec bylo to utwierdzic Petroniusza w mniemaniu, ze Winicjusz zostal zdradzony i zamordowany skutkiem zmowy. Owoz Petroniusz byl czlowiek potezny, ktory mogl miec na rozkazy policje w calym panstwie i ktory niechybnie postaralby sie odnalezc winowajcow chocby na krancach swiata. Jednakze Chilonowi przyszlo do glowy, czyby nie udac sie wprost do niego i nie opowiedziec mu, co sie zdarzylo. Tak! byl to najlepszy sposob. Petroniusz byl czlowiekiem spokojnym i Chilo mogl byc pewnym przynajmniej tego, ze go wyslucha do konca. Petroniusz, ktory znal sprawe od poczatku, latwiej tez uwierzylby w niewinnosc Chilona niz prefekci. Zeby jednak udac sie do niego, trzeba bylo wiedziec na pewno, co stalo sie z Winicjuszem, Chilo zas tego nie wiedzial. Widzial wprawdzie Liga skradajacego sie do rzeki z cialem Krotona, ale nic wiecej. Winicjusz mogl byc zabitym, ale mogl tez byc rannym lub schwytanym. Teraz dopiero przyszlo Chilonowi do glowy, ze chrzescijanie zapewne nie osmieliliby sie zabic czlowieka tak poteznego, augustianina i wysokiego urzednika wojskowego, albowiem tego rodzaju postepek mogl sciagnac na nich ogolne przesladowanie. Prawdopodobniejszym bylo, ze zatrzymali go przemoca, aby dac czas Ligii do ponownego ukrycia sie w innym miejscu. Mysl ta napelnila Chilona otucha. "Jesli ten ligijski smok nie rozdarl go w pierwszym zapedzie, tedy jest zywy, a jesli jest zywy, tedy sam da swiadectwo, zem go nie zdradzil, a wowczas nie tylko nic mi nie grozi, ale (o Hermesie, licz znow na dwie jalowki!) otwiera sie przede mna nowe pole... Moge dac znac jednemu z wyzwolencow, gdzie ma szukac pana, a czy on uda sie do prefekta, czy nie, to jego rzecz, bylebym ja sie do niego nie udawal... Moge takze pojsc do Petroniusza i liczyc na nagrode... Szukalem Ligii, teraz bede szukal Winicjusza, a potem znow Ligii... Trzeba jednak naprzod wiedziec, czy zyw, czy zabit". Tu przeszlo mu przez glowe, ze moglby noca udac sie do piekarza Demasa i spytac o to Ursusa. Ale mysl te porzucil natychmiast. Wolal nie miec nic do czynienia z Ursusem. Mogl slusznie przypuszczac, ze jesli Ursus nie zabil Glauka, to widocznie zostal przestrzezony przez ktoregos ze starszych chrzescijanskich, ktoremu wyznal swoj zamiar, ze to sprawa nieczysta i ze chcial go do niej namowic jakis zdrajca. Zreszta na samo wspomnienie Ursusa Chilona przebiegal dreszcz po calym ciele. Natomiast pomyslal, ze wieczorem wysle Eurycjusza po wiesci do tego domu, w ktorym wypadek sie zdarzyl. Tymczasem potrzebowal pozywic sie, wykapac i wypoczac. Niespana noc, droga do Ostrianum i ucieczka z Zatybrza strudzily go istotnie nad wszelka miare. Jedna rzecz pocieszala go stale: oto, ze mial przy sobie dwie kieski: te, ktora Winicjusz dal mu w domu, i te, ktora mu rzucil w powrotnej drodze z cmentarza. Ze wzgledu tez na te szczesliwa okolicznosc, jak rowniez ze wzgledu na wszelkie wzruszenia, przez jakie przeszedl, postanowil zjesc obficiej i napic sie lepszego wina niz zwykle. I gdy wreszcie nadeszla godzina otwarcia winiarni, uczynil to w mierze tak znacznej, iz zapomnial o kapieli. Chcialo mu sie przede wszystkim spac i sennosc odjela mu sily do tego stopnia, ze wrocil zupelnie chwiejnym krokiem do swego mieszkania na Suburze, gdzie czekala go zakupiona za Winicjuszowe pieniadze niewolnica. Tam, wszedlszy do ciemnego jak lisia jama cubiculum, rzucil sie na poslanie i zasnal w jednej chwili. Zbudzil sie dopiero wieczorem, a raczej zbudzila go niewolnica wzywajac go, by wstawal, albowiem ktos szuka go i chce sie z nim widziec w pilnej sprawie. Czujny Chilo oprzytomnial w jednej chwili, zarzucil napredce plaszcz z kapturem i kazawszy sie niewolnicy usunac na bok, wyjrzal naprzod ostroznie na zewnatrz. I zmartwial! Albowiem przez drzwi cubiculum ujrzal olbrzymia postac Ursusa. Na ow widok uczul, ze nogi i glowa jego staja sie zimne jak lod, serce przestaje bic w piersiach, po krzyzu chodza roje mrowek... Czas jakis nie mogl przemowic, nastepnie jednak, szczekajac zebami, rzekl, a raczej wyjeczal: - Syro! Nie ma mnie... nie znam... tego... dobrego czlowieka... - Powiedzialam mu, ze jestes i ze spisz, panie - odrzekla dziewczyna - on zas zadal, by cie rozbudzic... - O bogi!... Kaze cie... Lecz Ursus, jakby zniecierpliwiony zwloka, zblizyl sie do drzwi cubiculum i schyliwszy sie wsadzil do wnetrza glowe. - Chilonie Chilonidesie! - rzekl. - Pax tecum! Pax, pax! - odpowiedzial Chilon. - O najlepszy z chrzescijan! Tak! Jestem Chilonem, ale to omylka... Nie znam cie! - Chilonie Chilonidesie - powtorzyl Ursus. - Pan twoj, Winicjusz, wzywa cie, abys sie do niego udal wraz ze mna. Winicjusza obudzil dotkliwy bol. W pierwszej chwili nie mogl zrozumiec, gdzie jest i co sie z nim dzieje. W glowie czul szum i oczy jego byly zakryte jakby mgla. Stopniowo jednak wracala mu przytomnosc i wreszcie przez owa mgle dojrzal trzech schylonych nad soba ludzi. Dwoch rozpoznal: jeden byl Ursus, drugi - ten starzec, ktorego obalil unoszac Ligie. Trzeci, zupelnie obcy, trzymal jego lewa reke i dotykajac jej wzdluz lokcia az do ramienia i obojczyka, zadawal mu wlasnie bol tak straszny, iz Winicjusz sadzac, ze to jest jakis rodzaj dokonywanej nad nim zemsty, rzekl przez zacisniete zeby: - Zabijcie mnie. Lecz oni nie zdawali sie uwazac na jego slowa, jakby nie slyszeli ich lub jakby je poczytywali za zwykly jek cierpienia. Ursus, ze swoja zatroskana, a zarazem grozna twarza barbarzyncy, trzymal peki bialych szmat podartych na dlugie pasy, starzec zas mowil do czlowieka, ktory naciskal ramie Winicjusza: - Glauku, jestzes pewny, ze ta rana w glowie nie jest smiertelna? - Tak jest, cny Kryspie - odpowiedzial Glaukus. - Sluzac jako niewolnik na flocie, a potem mieszkajac w Neapolis, opatrywalem wiele ran, i z zyskow, jakie mi przynosilo to zajecie, wykupilem wreszcie siebie i swoich... Rana w glowie jest lekka. Gdy ten czlowiek (tu wskazal glowa na Ursusa) odebral mlodziencowi dziewczyne i pchnal go na mur, ow widocznie, padajac, zaslonil sie reka, ktora wybil i zlamal, ale przez to ocalil glowe - i zycie. - Niejednego juz z braci miales w swej opiece - odpowiedzial Kryspus - i slyniesz jako biegly lekarz... Dlatego to poslalem po ciebie Ursusa. - Ktory po drodze wyznal mi, iz jeszcze wczoraj gotow byl mnie zabic. - Ale pierwej niz tobie wyznal swoj zamiar mnie - ja zas, ktory znam ciebie i twoja milosc do Chrystusa, wytlumaczylem mu, ze nie ty jestes zdrajca, ale ow nieznajomy, ktory go do zabojstwa chcial namowic. - To byl zly duch, ale ja wzialem go za aniola - odrzekl z westchnieniem Ursus. - Kiedy indziej opowiesz mi to - rzekl Glaukus - ale teraz musimy myslec o rannym. I to rzeklszy poczal nastawiac ramie Winicjusza, ktory mimo iz Kryspus skrapial mu twarz woda, mdlal ciagle z bolu. Byla to zreszta szczesliwa dla niego okolicznosc, nie czul bowiem nastawiania nogi ani opasywania zlamanego ramienia, ktore Glaukus ujal w dwie wklesle deseczki, a nastepnie obwiazal szybko i silnie, aby je unieruchomic. Lecz po dokonaniu operacji rozbudzil sie znowu - i ujrzal nad soba Ligie. Stala tuz przy jego lozku, trzymajac przed soba miedziane wiaderko z woda, w ktorej Glaukus zanurzal od czasu do czasu gabke i zwilzal nia jego glowe. Winicjusz patrzyl i oczom nie wierzyl. Zdawalo mu sie, ze to sen albo goraczka stawia przed nim drogie widmo - i po dlugiej dopiero chwili zdolal wyszeptac: - Ligio... Na jego glos wiaderko zadrzalo w jej reku, lecz zwrocila na niego oczy pelne smutku. - Pokoj z toba! - odrzekla z cicha. I stala z wyciagnietymi przed sie rekoma, z twarza pelna litosci i zalu. On zas patrzyl na nia, jakby chcac napelnic nia zrenice tak, aby po zamknieciu powiek obraz jej zostal mu pod nimi. Patrzyl na jej twarz, bledsza i szczuplejsza niz dawniej, na skrety ciemnych wlosow, na ubogi ubior robotnicy; patrzyl tak uporczywie, ze az pod wplywem jego wzroku jej sniezne czolo poczelo rozowiec - i naprzod pomyslal, ze ja kocha zawsze, a po wtore, ze ta jej bladosc i to jej ubostwo sa jego dzielem, ze on to wypedzil ja z domu, gdzie ja kochano i gdzie ja otaczal dostatek i wygody, a wtracil do tej mizernej izby i odzial w ten nedzny plaszcz z ciemnej welny. Poniewaz zas pragnalby ja odziac w najdrozsze zlotoglowy i we wszystkie klejnoty swiata, wiec zdjelo go zdumienie, trwoga, litosc - i zal tak wielki, ze bylby jej do nog padl, gdyby mogl sie poruszyc. - Ligio - rzekl - nie pozwolilas mnie zabic. A ona odpowiedziala ze slodycza: - Niech Bog wroci ci zdrowie. Dla Winicjusza, ktory mial poczucie i tych krzywd, ktore jej dawniej wyrzadzil, i tej, ktora chcial wyrzadzic swiezo, byl w slowach Ligii prawdziwy balsam. Zapomnial w tej chwili, ze przez jej usta moze mowic chrzescijanska nauka, a czul tylko, ze mowi umilowana kobieta i ze w odpowiedzi jej jest jakas osobista tkliwosc i wprost nadludzka dobroc, ktora wstrzasa nim do glebi duszy. Jak poprzednio z bolu, tak teraz oslabl ze wzruszenia. Ogarnela go jakas niemoc, zarazem ogromna i slodka. Doznal takiego wrazenia, jakby sie zapadal gdzies w otchlan, ale czul przy tym, ze mu jest dobrze - i ze jest szczesliwy. Myslal tez w tej chwili oslabienia, ze stoi nad nim bostwo. Tymczasem Glaukus skonczyl obmywac rane w jego glowie i przylozyl do niej masc gojaca. Ursus zabral miednik z rak Ligii, ona zas, wziawszy przygotowana na stole czare z woda pomieszana z winem, przylozyla ja do ust rannego. Winicjusz wypil chciwie, po czym doznal ogromnej ulgi. Po dokonanym opatrunku bol prawie minal. Rany i stluczenia poczely tezec. Wrocila mu zupelna przytomnosc. - Daj mi pic jeszcze - rzekl. Ligia odeszla z prozna czara do drugiej izby, natomiast Kryspus, po krotkich slowach zamienionych z Glaukiem, zblizyl sie do lozka i rzekl: - Winicjuszu, Bog nie pozwolil ci popelnic zlego uczynku, ale zachowal cie przy zyciu, bys opamietal sie w duszy. Ten, wobec ktorego czlowiek jest tylko prochem - podal cie bezbronnego w rece nasze, lecz Chrystus, w ktorego wierzymy, kazal nam milowac nawet nieprzyjaciol. Wiec opatrzylismy twoje rany i jako rzekla Ligia, bedziemy modlic sie, aby Bog wrocil ci zdrowie, ale dluzej nad toba czuwac nie mozemy. Zostan wiec w spokoju i pomysl, czyli godziloby ci sie przesladowac dluzej Ligie, ktora pozbawiles opiekunow, dachu - i nas, ktorzysmy ci dobrym za zle wyplacili? - Chcecie mnie opuscic? - spytal Winicjusz. - Chcemy opuscic ten dom, w ktorym moze nas dosiegnac przesladowanie prefekta miasta. Towarzysz twoj zostal zabity, ty zas, ktory jestes moznym miedzy swymi, lezysz ranny. Nie z naszej to winy sie stalo, ale na nas musialby spasc gniew prawa... - Przesladowania sie nie bojcie - rzekl Winicjusz. - Ja was oslonie. Kryspus nie chcial mu odpowiedziec, ze chodzi im nie tylko o prefekta i policje, ale ze nie majac zaufania i do niego takze, chca zabezpieczyc Ligie przed dalszym jego poscigiem. - Panie - rzekl - prawa twoja reka jest zdrowa - wiec oto tabliczki i styl: napisz do slug, aby przyszli do ciebie dzis wieczor z lektyka i odniesli cie do twego domu, w ktorym ci bedzie wygodniej niz wsrod naszego ubostwa. My tu mieszkamy u biednej wdowy, ktora wkrotce nadejdzie z synem swoim - i owo pachole odniesie twoj list, my zas musimy wszyscy szukac innego schronienia. Winicjusz pobladl, pojal bowiem, ze chca go rozlaczyc z Ligia i ze gdy straci ja ponownie, to moze nigdy w zyciu jej nie ujrzec... Rozumial wprawdzie, ze zaszly miedzy nia i nim rzeczy wielkie, na mocy ktorych, chcac ja posiasc, musi szukac jakichs nowych drog, o ktorych nie mial jeszcze czasu myslec. Rozumial rowniez, ze cokolwiek by powiedzial tym ludziom - chocby im zaprzysiagl, ze wroci Ligie Pomponii Grecynie, to maja prawo mu nie uwierzyc i nie uwierza. Przecie mogl to uczynic juz dawniej; przecie mogl, zamiast przesladowac Ligie, udac sie do Pomponii - i przysiac jej, ze sie poscigu wyrzeka, a w takim razie sama Pomponia bylaby odszukala i zabrala na powrot dziewczyne. - Nie! Czul, ze zadne tego rodzaju przyrzeczenia nie zdolaja ich wstrzymac i zadna uroczysta przysiega nie zostanie przyjeta, tym bardziej ze nie bedac chrzescijaninem moglby im chyba przysiac na bogow niesmiertelnych, w ktorych sam nie bardzo wierzyl, a ktorych oni uwazali za zle duchy. Pragnal jednak rozpaczliwie przejednac i Ligie, i tych jej opiekunow - jakimkolwiek sposobem, na to zas potrzebowal czasu. Chodzilo mu takze o to, by choc kilka dni patrzec na nia. Jak tonacemu kazdy odlam deski lub wiosla wydaje sie zbawieniem, tak i jemu wydawalo sie, iz przez te kilka dni zdola moze powiedziec cos takiego, co go do niej zblizy, ze moze cos obmysli, ze moze cos zajdzie pomyslnego. Wiec zebrawszy mysli rzekl: - Posluchajcie mnie, chrzescijanie. Wczoraj bylem wraz z wami na Ostrianum i sluchalem waszej nauki, ale chocbym jej nie znal, wasze uczynki przekonalyby mnie, iz jestescie ludzie uczciwi i dobrzy. Powiedzcie owej wdowie, ktora zamieszkuje ten dom, aby zostala w nim, wy zostancie takze i mnie pozwolcie zostac. Niech ten czlowiek (tu zwrocil wzrok na Glauka), ktory jest lekarzem lub przynajmniej zna sie na opatrywaniu ran, powie, czy mozna mnie dzis przenosic. Jestem chory i mam zlamane ramie, ktore musi choc kilka dni zostac nieruchome - i dlatego oswiadczam wam, iz nie rusze sie stad, chyba mnie przemoca wyniesiecie. Tu przerwal, bo w rozbitej jego piersi zbraklo oddechu, Kryspus zas rzekl: - Nikt, panie, nie uzyje przeciw tobie przemocy, my tylko uniesiemy stad nasze glowy. Na to nieprzywykly do oporu mlody czlowiek zmarszczyl brwi i rzekl: - Pozwol mi odetchnac. Po chwili zas poczal znow mowic: - O Krotona, ktorego zdusil Ursus, nikt nie zapyta, mial dzis jechac do Benewentu, dokad wezwal go Watyniusz, wszyscy wiec beda mysleli, ze wyjechal. Gdysmy weszli z Krotonem do tego domu, nie widzial nas nikt procz jednego Greka, ktory byl z nami w Ostrianum. Powiem wam, gdzie mieszka, sprowadzcie mi go - ja zas nakaze mu milczenie, albowiem jest to czlowiek przeze mnie platny. Do domu mego napisze list, zem wyjechal takze do Benewentu. Gdyby Grek juz dal znac prefektowi, oswiadcze mu, zem Krotona sam zabil i ze on to zlamal mi reke. Tak uczynie, na cienie ojca i matki mojej! - a wiec mozecie tu pozostac bezpiecznie, gdyz wlos nie spadnie z zadnej glowy. Sprowadzcie mi predko Greka, ktory zwie sie Chilo Chilonides! - Wiec Glaukus zostanie przy tobie, panie - rzekl Kryspus - i wraz z wdowa bedzie mial piecze nad toba. Winicjusz zmarszczyl brwi jeszcze silniej. - Uwaz, stary czlowieku, co powiem - rzekl. - Winienem ci wdziecznosc i wydajesz sie dobrym i uczciwym czlowiekiem, ale nie mowisz mi tego, co masz na dnie duszy. Ty sie obawiasz, bym nie wezwal moich niewolnikow i nie kazal im zabrac Ligii? Zali tak nie jest? - Tak jest! - odrzekl z pewna surowoscia Kryspus. - Tedy zwaz, ze z Chilonem bede rozmawial przy was i ze przy was napisze list do domu, izem wyjechal - i ze innych poslancow, jak wy, pozniej nie znajde... Rozwaz to sam i nie draznij mnie dluzej. Tu wzburzyl sie i twarz skurczyla mu sie z gniewu, po czym jal mowic w uniesieniu: - Zalis ty myslal, ze ja sie zapre, iz chce pozostac dlatego, by ja widziec?... Glupi by odgadl, chocbym sie zaparl. Ale przemoca nie bede jej wiecej bral... Tobie zas powiem co innego. Jesli ona tu nie zostanie, to ta zdrowa reka pozrywam wiazania z ramienia, nie przyjme jadla ni napoju i niech smierc moja spadnie na ciebie i na twoich braci. Czemus mnie opatrywal, czemus nie kazal mnie zabic? I pobladl z gniewu i oslabienia. Lecz Ligia, ktora z drugiej izby slyszala cala rozmowe i ktora byla pewna, iz Winicjusz spelni to, co zapowiada, zlekla sie jego slow. Nie chciala za nic jego smierci. Raniony i bezbronny budzil w niej tylko litosc, nie strach. Od czasu ucieczki zyjac wsrod ludzi pograzonych w ciaglym upojeniu religijnym, rozmyslajacych tylko o ofiarach, poswieceniach i milosierdziu bez granic, sama upoila sie tym nowym tchnieniem do tego stopnia, ze zastapilo ono dla niej dom, rodzine, stracone szczescie i zarazem uczynilo z niej jedna z takich dziewic chrzescijanek, ktore zmienily pozniej stara dusze swiata. Winicjusz zbyt zawazyl w jej losach i zbyt sie jej narzucil, by mogla o nim zapomniec. Myslala o nim po calych dniach i nieraz prosila Boga o taka chwile, w ktorej, idac za tchnieniem nauki, moglaby mu wyplacic sie dobrem za zle, milosierdziem za przesladowanie, zlamac go, zdobyc dla Chrystusa i zbawic. A teraz zdawalo sie jej wlasnie, ze taka chwila nadeszla i ze modlitwy jej zostaly wysluchane. Zblizyla sie wiec do Kryspusa z twarza jakby natchniona i poczela mowic tak, jakby przez nia mowil glos jakis inny: - Kryspie, niech on zostanie miedzy nami i my pozostaniemy z nim, dopoki Chrystus go nie uzdrowi. A stary prezbiter, przywykly szukac we wszystkim tchnien Bozych, widzac jej egzaltacje pomyslal zaraz, ze moze mowi przez nia moc wyzsza, i ulaklszy sie w sercu, pochylil swa glowe. - Niech sie tak stanie, jak mowisz - rzekl. Na Winicjuszu, ktory przez caly czas nie spuszczal jej z oczu, to szybkie posluszenstwo Kryspa uczynilo dziwne i przejmujace wrazenie. Wydalo mu sie, ze Ligia jest miedzy chrzescijanami jakas Sybilla czy kaplanka, ktora otacza czesc i posluch. I mimo woli poddal sie takze tej czci. Do milosci, jaka czul, przylaczyla sie teraz jakby pewna obawa, wobec ktorej milosc sama stawala sie czyms niemal zuchwalym. Nie umial przy tym oswoic sie z mysla, ze stosunek ich zostal zmieniony, ze teraz nie ona od jego, ale on zalezy od jej woli, ze lezy oto chory, zlamany, ze przestal byc sila napastnicza - zdobywcza i ze jest jakby bezbronnym dzieckiem na jej opiece. Dla jego natury dumnej i samowolnej stosunek podobny wzgledem kazdej innej istoty bylby upokorzeniem - tym razem jednak nie tylko nie odczul upokorzenia, ale byl jej wdzieczny jak swojej pani. Byly to poczucia w nim nieslychane, ktore dniem przedtem nie chcialyby mu sie w glowie pomiescic i ktore zdumiewalyby go nawet w tej jeszcze chwili, gdyby umial sobie jasno zdac z nich sprawe. Lecz on nie pytal teraz, dlaczego tak jest, jakby to bylo rzecza zupelnie naturalna, czul sie tylko szczesliwy, ze zostaje. I chcial jej dziekowac - z wdziecznoscia i jeszcze z jakims uczuciem tak dalece mu nie znanym, ze go nawet nazwac nie umial, poniewaz bylo po prostu pokora. Lecz poprzednie uniesienie wyczerpalo go tak, ze nie mogl mowic i dziekowal jej tylko oczyma, w ktorych swiecila radosc, ze zostaje przy niej i ze bedzie mogl na nia patrzec jutro, pojutrze, moze dlugo. Radosc te mieszala mu tylko obawa, by nie stracic tego, co zyskal, tak wielka, ze gdy Ligia podala mu znow po chwili wody i gdy chwycila go przy tym ochota, by objac jej dlon - bal sie tego uczynic, bal sie - on, ten sam Winicjusz, ktory na uczcie u cezara calowal przemoca jej usta, a po jej ucieczce obiecal sobie, ze bedzie ja za wlosy wloczyl do cubiculum lub kaze ja smagac. Lecz poczal sie rowniez obawiac, by jakas niewczesna pomoc z zewnatrz nie zburzyla mu radosci. Chilo mogl dac znac o jego zniknieciu prefektowi miasta lub wyzwolencom w domu - a w takim razie wtargniecie wigilow bylo prawdopodobne. Przez glowe przeleciala mu wprawdzie mysl, ze wowczas moglby kazac pochwycic Ligie i zamknac ja w swoim domu, lecz czul, ze tego uczynic nie powinien - i nie zdola. Byl czlowiekiem samowolnym, zuchwalym i dosc zepsutym, a w potrzebie nieublaganym, nie byl jednakze ni Tygellinem, ni Neronem. Zycie wojskowe pozostawilo mu pewne poczucie sprawiedliwosci, wiary i tyle sumienia, iz rozumial, ze taki postepek bylby czyms potwornie podlym. Bylby moze wreszcie zdolny dopuscic sie go w napadzie zlosci i w pelni sil, ale w tej chwili byl zarazem rozczulony i chory, wiec chodzilo mu o to tylko, by nikt nie stanal miedzy nim a Ligia. Zauwazyl zas ze zdziwieniem, ze od chwili gdy Ligia stanela po jego stronie, ani ona sama, ani Kryspus nie zadaja od niego zadnych zapewnien, tak jak gdyby byli pewni, ze w razie potrzeby obroni ich jakas moc nadprzyrodzona. Winicjusz, w ktorego glowie - od czasu jak slyszal w Ostrianum nauke i opowiadanie Apostola - poczela sie platac i zacierac roznica miedzy rzeczami mozliwymi a niemozliwymi, nie byl takze zbyt daleki od przypuszczenia, ze tak by byc moglo. Jednakze biorac rzeczy trzezwiej, sam przypomnial im, co mowil o Greku, i znow zazadal, by sprowadzono mu Chilona. Kryspus zgodzil sie na to i postanowiono wyslac Ursusa. Winicjusz, ktory w ostatnich dniach przed Ostrianum czesto, lubo bez skutku, wysylal byl niewolnikow swych do Chilona, wskazal Ligowi dokladnie jego mieszkanie, po czym skresliwszy kilka slow na tabliczce rzekl zwrociwszy sie do Kryspa: - Daje tabliczke, gdyz to jest czlowiek podejrzliwy i chytry, ktory czesto, wzywany przeze mnie, kazal odpowiadac ludziom moim, ze nie ma go w domu, czynil to zas zawsze, gdy nie majac dla mnie dobrych nowin obawial sie mojego gniewu. - Bylem go znalazl, to go przyprowadze, czy bedzie chcial, czy nie - odpowiedzial Ursus. Po czym wziawszy plaszcz wyszedl spiesznie. Odnalezc kogos w Rzymie nie bylo latwo, nawet przy najlepszych wskazowkach, ale Ursusowi pomagal w takich razach instynkt czlowieka lesnego, a zarazem i wielka znajomosc miasta, tak ze po niejakim czasie znalazl sie w mieszkaniu Chilona. Nie poznal go jednak. Poprzednio widzial go tylko raz w zyciu, i do tego w nocy. Wreszcie tamten wyniosly i pewny siebie starzec, ktory go namawial do zamordowania Glauka, tak byl niepodobny do tego zgietego we dwoje ze strachu Greka, ze nikt nie mogl przypuscic, iz obaj stanowia jedna osobe. Chilo tez, pomiarkowawszy, ze Ursus patrzy na niego jak na czlowieka zupelnie obcego, ochlonal z pierwszego wrazenia. Widok tabliczki z pismem Winicjusza uspokoil go jeszcze bardziej. Nie grozilo mu przynajmniej podejrzenie, ze wprowadzil go umyslnie w zasadzke. Pomyslal przy tym, ze chrzescijanie nie zabili Winicjusza widocznie dlatego, ze nie osmielili sie podniesc reki na osobe tak znakomita. "A zatem Winicjusz osloni i mnie w potrzebie - rzekl sobie w duchu - albowiem nie wzywa mnie przecie po to, by mnie dac zabic". Nabrawszy wiec nieco ducha, spytal: - Dobry czlowieku, zali przyjaciel moj, szlachetny Winicjusz, nie przyslal po mnie lektyki? - Nogi mam popuchniete i isc tak daleko nie moge. - Nie - odrzekl Ursus - pojdziemy piechota. - A jesli odmowie? - Nie czyn tego, gdyz pojsc musisz. - I pojde, ale z wlasnej checi. Inaczej nikt by mnie nie zmusil, albowiem jestem czlowiekiem wolnym i przyjacielem prefekta miasta. Jako medrzec, posiadam rowniez sposoby na przemoc - i umiem zamieniac ludzi w drzewa i zwierzeta. Ale pojde - pojde! Wdzieje tylko plaszcz jeszcze nieco cieplejszy i kaptur, aby mnie nie poznali niewolnicy tej dzielnicy - inaczej bowiem zatrzymywaliby nas ustawicznie, aby calowac moje rece. To rzeklszy nawdzial inny plaszcz, na glowe zas spuscil galicki obszerny kaptur, z obawy, by Ursus nie przypomnial sobie jego rysow, gdy wyjda na wieksze swiatlo. - Gdzie mnie prowadzisz? - spytal po drodze Ursusa. - Na Zatybrze. - Niedawno jestem w Rzymie i nigdy tam nie bylem, ale i tam zyja zapewne ludzie, ktorzy kochaja cnote. Ale Ursus, ktory byl czlowiekiem naiwnym i ktory slyszal Winicjusza mowiacego, iz Grek byl z nim na cmentarzu Ostrianum, a potem widzial, gdy wchodzili z Krotonem do domu, w ktorym mieszkala Ligia, zatrzymal sie na chwile i rzekl: - Nie klam, stary czlowieku, albowiem dzis byles z Winicjuszem na Ostrianum i pod nasza brama. - Ach! - rzekl Chilo - wiec to wasz dom stoi na Zatybrzu? Od niedawna jestem w Rzymie i nie wiem dobrze, jak sie zwa rozne dzielnice. Tak jest, przyjacielu! Bylem pod wasza brama i zaklinalem pod nia w imie cnoty Winicjusza, by nie wchodzil. Bylem i w Ostrianum, a wiesz dlaczego? Oto od pewnego czasu pracuje nad nawroceniem Winicjusza i chcialem, aby posluchal najstarszego z apostolow. Niech swiatlo przeniknie do jego duszy i do twojej! Wszakze jestes chrzescijaninem i wszak pragniesz, aby prawda zapanowala nad falszem? - Tak jest - odrzekl z pokora Ursus. Chilonowi wrocila zupelnie odwaga. - Winicjusz jest to pan mozny - rzekl - i przyjaciel cezara. Czesto on jeszcze slucha podszeptow zlego ducha, ale gdyby choc wlos spadl z jego glowy, cezar pomscilby sie na wszystkich chrzescijanach. - Nas wieksza moc strzeze. - Slusznie! Slusznie! Ale co zamierzacie uczynic z Winicjuszem? - spytal z nowym niepokojem Chilon. - Nie wiem. Chrystus nakazuje milosierdzie. - Tos wysmienicie powiedzial. Pamietaj o tym zawsze, inaczej bedziesz sie skwarzyl w piekle jak kiszka na patelni. Ursus westchnal. Chilo zas pomyslal, ze z tym straszliwym w chwili pierwszego porywu czlowiekiem zrobilby zawsze, co by chcial. Wiec pragnac wiedziec, jak rzeczy odbyly sie przy porywaniu Ligii, pytal dalej glosem surowego sedziego: - Jak postapiliscie z Krotonem? Mow i nie zmyslaj. Ursus westchnal po raz drugi: - Powie ci to Winicjusz. - To sie znaczy, ze pchnales go nozem lub zabiles palka? - Bylem bezbronny. Grek nie mogl jednak oprzec sie podziwowi nad nadludzka sila barbarzyncy. - Niech cie Pluto!... To jest, chcialem powiedziec: niech ci Chrystus przebaczy! Czas jakis szli w milczeniu, po czym Chilo rzekl: - Nie ja cie zdradze, ale strzez sie wigilow. - Ja boje sie Chrystusa, nie wigilow. - I to slusznie. Nie masz ciezszej winy nad zabojstwo. Bede sie za ciebie modlil, ale nie wiem, czy nawet moja modlitwa co wskora - chyba ze uczynisz slub, iz nigdy w zyciu nikogo nie tkniesz palcem. - Ja i tak nie zabijalem rozmyslnie - odpowiedzial Ursus. Chilo jednak, ktory pragnal sie na wszelki wypadek zabezpieczyc, nie przestawal obrzydzac w dalszym ciagu zabojstwa Ursusowi i zachecac go do wykonania slubu. Wypytywal tez i o Winicjusza, lecz Lig odpowiadal na jego pytania niechetnie, powtarzajac, ze z ust samego Winicjusza uslyszy to, co uslyszec powinien. Rozmawiajac w ten sposob, przebyli wreszcie daleka droge dzielaca mieszkanie Greka od Zatybrza i znalezli sie przed domem. Serce Chilona poczelo znow bic niespokojnie. Ze strachu wydalo mu sie, ze Ursus poczyna spogladac na niego jakims lakomym wzrokiem. "Mala mi pociecha - mowil sobie - jesli mnie zabije niechcacy, i wolalbym w kazdym razie, aby go ruszyl paraliz, a razem z nim i wszystkich Ligow, co daj, Zeusie, jesli potrafisz". Tak rozmyslajac zatulal sie coraz mocniej w swoja galicka gunie, powtarzajac, iz boi sie chlodu. Wreszcie, gdy przebywszy sien i pierwsze podworze znalezli sie w korytarzu prowadzacym do ogrodka domku, zatrzymal sie nagle i rzekl: - Pozwol mi tchu nabrac, inaczej bowiem nie bede mogl rozmowic sie z Winicjuszem i udzielic mu rad zbawiennych. To rzeklszy stanal - gdyz jakkolwiek powtarzal sobie, ze zadne niebezpieczenstwo mu nie grozi, jednakze na mysl, ze stanie wsrod tych tajemniczych ludzi, ktorych widzial w Ostrianum, nogi trzesly sie nieco pod nim. Tymczasem z domku poczely dochodzic uszu jego spiewy. - Co to jest? - pytal. - Mowisz, zes chrzescijaninem, a nie wiesz, ze miedzy nami jest zwyczaj po kazdym posilku wielbic Zbawiciela naszego spiewaniem - odpowiedzial Ursus. - Miriam z synem musiala juz wrocic, a moze i Apostol jest z nimi, codziennie bowiem nawiedza wdowe i Kryspa. - Prowadz mnie wprost do Winicjusza. - Winicjusz jest w tej izbie, gdzie i wszyscy, bo ta jedna jest wieksza, a zreszta same ciemne cubicula, do ktorych tylko spac chodzimy. Wejdzmy juz - tam odpoczniesz. I weszli. W izbie bylo ciemnawo, wieczor byl chmurny, zimowy, a plomien kilku kagankow niezupelnie rozpraszal mrok. Winicjusz raczej domyslil sie, niz rozeznal w zakapturzonym czlowieku Chilona, ten zas ujrzawszy loze w rogu izby i na nim Winicjusza, ruszyl, nie patrzac na innych, wprost ku niemu - jakby w przekonaniu, ze przy nim bedzie mu najbezpieczniej. - O panie! czemus nie sluchal moich rad! - zawolal skladajac rece. - Milcz - rzekl Winicjusz - i sluchaj! Tu poczal patrzec bystro w oczy Chilona i mowic z wolna a dobitnie, jakby chcial, by kazde jego slowo zrozumiane bylo jako rozkaz i zostalo raz na zawsze w Chilonowej pamieci: - Kroto rzucil sie na mnie, by mnie zamordowac i ograbic - rozumiesz! Wowczas zabilem go, ci zas ludzie opatrzyli rany, jakie otrzymalem w walce z nim. Chilo od razu zrozumial, ze jesli Winicjusz tak mowi, to chyba na mocy jakiegos ukladu z chrzescijanami, a w takim razie chce, by mu wierzono. Poznal tez to z jego twarzy, wiec w jednej chwili, nie okazawszy ni powatpiewania, ni zdziwienia, podniosl oczy w gore i zawolal: - Lotr to byl wierutny, panie! Wszakzem cie ostrzegal, bys mu nie ufal. Wszystkie moje nauki obijaly sie o jego glowe jak groch o sciane. W calym Hadesie nie ma dla niego mak dostatecznych. Bo kto nie moze byc uczciwym czlowiekiem, ten poniekad musi byc lotrem; komuz zas trudniej zostac uczciwym niz lotrowi? Ale zeby napadac na swego dobroczynce i pana tak wspanialomyslnego... O, bogowie!... Tu jednak wspomnial, ze w czasie drogi przedstawial sie Ursusowi jako chrzescijanin - i umilkl. Winicjusz rzekl: - Gdyby nie sica, ktora mialem ze soba, bylby mnie zabil. - Blogoslawie te chwile, w ktorej doradzilem ci wziac choc noz. Lecz Winicjusz zwrocil na Greka badawcze spojrzenie i spytal: - Cos czynil dzis? - Jak to? Czym ci, panie, nie powiedzial, zem czynil sluby za twoje zdrowie? - I nic wiecej? - I wybieralem sie wlasnie odwiedzic cie, gdy tamten dobry czlowiek nadszedl. I powiedzial mi, ze mnie wzywasz. - Oto jest tabliczka. Pojdziesz z nia do mego domu, odnajdziesz mego wyzwolenca i oddasz mu ja. Napisano jest na niej, zem wyjechal do Benewentu. Powiesz Demasowi od siebie, zem to uczynil dzis rano, wezwany pilnym listem przez Petroniusza. Tu powtorzyl z naciskiem: - Wyjechalem do Benewentu - rozumiesz? - Wyjechales, panie! Rano zegnalem cie przecie przy Porta Capena - i od czasu twego wyjazdu taka ogarnia mnie tesknota, ze jesli twa wspanialomyslnosc jej nie utuli, zakwile sie na smierc, jak nieszczesna zona Zethosa z zalu po Itylu. Winicjusz, lubo chory i nawykly do gietkosci Greka, nie mogl jednak wstrzymac usmiechu. Rad byl przy tym, ze Chilo w lot go zrozumial, wiec rzekl: - Zatem dopisze, by ci lzy obtarto. Daj mi kaganek. Chilo, uspokojony juz zupelnie, wstal i uczyniwszy kilka krokow w strone kominka, zdjal jeden z palacych sie na murku kagankow. Lecz gdy kaptur zesunal sie przy tej czynnosci z jego glowy i swiatlo padlo wprost na jego twarz, Glaukus zerwal sie z lawy i zblizywszy sie szybko, stanal przed nim. - Nie poznajesz mnie, Cefasie? - spytal. I w glosie jego bylo cos tak strasznego, ze dreszcz przebiegl wszystkich obecnych. Chilo podniosl kaganek i upuscil go prawie w tej chwili na ziemie - po czym zgial sie we dwoje i poczal jeczec: - Nie jestem... nie jestem!... litosci! Glaukus zas zwrocil sie w strone wieczerzajacych i rzekl: - Oto jest czlowiek, ktory zaprzedal i zgubil mnie i rodzine moja!... Historia jego byla znana i wszystkim chrzescijanom, i Winicjuszowi, ktory dlatego tylko nie domyslil sie, kim jest ow Glaukus, ze mdlejac ustawicznie z bolu przy opatrunku, nazwiska jego nie slyszal. Lecz dla Ursusa krotka ta chwila, w polaczeniu ze slowami Glauka, byla jakby blyskawica w ciemnosci. Rozpoznawszy Chilona, jednym skokiem znalazl sie przy nim, chwycil go za ramiona i wygiawszy je w tyl, zawolal: - On to namowil mnie, bym zamordowal Glauka! - Litosci! - jeczal Chilo - oddam wam... Panie! - zawolal zwracajac glowe do Winicjusza - ratuj mnie! Tobiem zaufal, wstaw sie za mna... Twoj list... odniose. Panie! panie!... Lecz Winicjusz, ktory najobojetniej ze wszystkich patrzyl na to, co zaszlo, raz dlatego, ze wszystkie sprawy Greka byly mu znane, a po wtore, ze serce jego nie znalo, co to litosc, rzekl: - Zakopcie go w ogrodzie: list poniesie kto inny. Chilonowi wydalo sie, ze slowa te sa ostatecznym wyrokiem. Kosci jego poczely trzeszczec w strasznych rekach Ursusa, oczy zachodzily lzami z bolu. - Na waszego Boga! litosci! - wolal - jestem chrzescijaninem!...Pax vobiscum! jestem chrzescijaninem, a jesli mi nie wierzycie, ochrzcijcie mnie jeszcze raz, jeszcze dwa, jeszcze dziesiec razy! Glauku, to pomylka! Pozwolcie mi mowic! Uczyncie mnie niewolnikiem... Nie zabijajcie mnie! Litosci!... I glos jego, dlawiony bolem, slabl coraz bardziej, gdy wtem za stolem podniosl sie Apostol Piotr, przez chwile chwial swa biala glowa znizajac ja ku piersiom i oczy mial zamkniete, ale nastepnie otworzyl je i rzekl wsrod ciszy: - A oto powiedzial nam Zbawiciel: "Jesli by twoj brat zgrzeszyl przeciw tobie, strofuj go; a jesli by zalowal, odpusc mu. A jesli by siedmkroc na dzien zgrzeszyl przeciw tobie i siedmkroc nawrocil sie k'tobie mowiac: - Zal ci mi! - odpusc mu!" Po czym zapadla cisza jeszcze wieksza. Glaukus stal dlugi czas z twarza nakryta dlonmi, wreszcie odjal je i rzekl: - Cefasie, niech ci tak Bog odpusci krzywdy moje, jako ja ci je w imie Chrystusa odpuszczam. A Ursus uwolniwszy ramiona Greka dodal zaraz: - Niech mi tak Zbawiciel bedzie milosciwy, jako i ja ci odpuszczam. Ow upadl na ziemie i wsparty na niej rekoma, krecil glowa jak zwierz schwytany w sidla, rozgladajac sie naokol i czekajac, skad smierc przyjdzie. Oczom i uszom jeszcze nie wierzyl i nie smial spodziewac sie przebaczenia. Lecz z wolna wracala mu przytomnosc, tylko zsiniale wargi trzesly mu sie jeszcze z przerazenia. Tymczasem Apostol rzekl: - Odejdz w spokoju! Chilo powstal, lecz nie mogl jeszcze przemowic. Mimo woli zblizyl sie do loza Winicjusza, jakby jeszcze szukajac u niego opieki, albowiem nie mial dotad czasu pomyslec, ze ow, jakkolwiek korzystal z jego uslug i byl poniekad jego wspolnikiem, potepil go, gdy tymczasem ci wlasnie, przeciw ktorym sluzyl, przebaczyli. Mysl ta miala mu przyjsc pozniej. Obecnie we wzroku jego widac bylo tylko zdumienie i niedowierzanie. Jakkolwiek zmiarkowal juz, ze mu przebaczono, chcial jednak jak najpredzej wyniesc glowe sposrod tych niepojetych ludzi, ktorych dobroc przerazala go prawie rownie, jak przerazaloby okrucienstwo. Zdawalo mu sie, ze gdyby dluzej zostal, zaszloby znow cos niespodzianego, wiec stanawszy nad Winicjuszem, poczal mowic przerywanym glosem: - Daj, panie, list! Daj list! I porwawszy tabliczke, ktora mu podal Winicjusz, wybil jeden poklon chrzescijanom, drugi choremu i chylkiem, sunac przy samej scianie, wypadl za drzwi. W ogrodku, gdy ogarnela go ciemnosc, strach jezyl mu znow wlosy na glowie, byl bowiem pewny, ze Ursus wypadnie za nim i zabije go wsrod nocy. Bylby uciekal ze wszystkich sil, ale nogi odmowily mu posluszenstwa, po chwili zas uczynily sie zupelnie bezwladne, albowiem Ursus istotnie stanal przy nim. Chilo upadl twarza na ziemie i poczal jeczec: - Urbanie... W imie Chrystusa... Lecz Urban rzekl: - Nie boj sie. Apostol kazal mi wywiesc cie za brame, abys nie zabladzil w ciemnosci, a jeslic sil brak, to odprowadze cie do domu. Chilo podniosl twarz. - Co mowisz? Co?... Nie zabijesz mnie? - Nie! nie zabije cie, a jeslim chwycil cie zbyt silnie i nadwyrezyl ci kosci, to mi odpusc. - Pomoz mi wstac - rzekl Grek. - Nie zabijesz mnie? Co? Wyprowadz mnie na ulice, dalej sam pojde. Ursus podniosl go z ziemi jak piorko i postawil na nogach, potem zas prowadzil przez ciemne przejscie na drugie podworze, z ktorego wychodzilo sie do sieni i na ulice. W korytarzu Chilo powtarzal znow w duszy: "Juz po mnie!", i dopiero gdy znalezli sie na ulicy, ochlonal i rzekl: - Dalej sam pojde. - Pokoj niech bedzie z toba! - I z toba, i z toba!... Daj mi odetchnac. I po odejsciu Ursusa odetchnal cala piersia. Rekoma macnal sie po pasie i biodrach, jakby chcac sie przekonac, ze zyje, i ruszyl spiesznym krokiem przed siebie. Lecz uszedlszy kilkadziesiat krokow stanal i rzekl: - Czemu jednak oni mnie nie zabili? I pomimo iz juz z Eurycjuszem rozmawial o nauce chrzescijanskiej, pomimo rozmowy nad rzeka z Urbanem i pomimo wszystkiego, co slyszal na Ostrianum, nie umial znalezc na to pytanie odpowiedzi. Winicjusz rowniez nie umial zdac sobie sprawy z tego, co zaszlo, i na dnie duszy prawie nie mniej zdumiony byl od Chilona. Bo ze z nim samym ludzie ci obeszli sie tak, jak sie obeszli, i zamiast pomscic sie nad nim za napasc, opatrzyli troskliwie jego rany, przypisywal to w czesci nauce, ktora wyznawali, bardziej Ligii, a po trochu i swemu wielkiemu znaczeniu. Ale postapienie ich z Chilonem przechodzilo wprost jego pojecia o ludzkiej zdolnosci przebaczania. I jemu mimo woli nasuwalo sie na mysl pytanie: dlaczego oni nie zabili Greka? Wszakze mogli to uczynic bezkarnie. Ursus bylby go zakopal w ogrodzie lub noca wyniosl do Tybru, ktory w owych czasach nocnych rozbojow, dokonywanych przez samego cezara, tak czesto wyrzucal rankami ciala ludzkie, iz nikt nawet nie dochodzil, skad sie braly. Przy tym wedle Winicjusza chrzescijanie nie tylko mogli, ale powinni byli zabic Chilona. Litosc nie byla wprawdzie calkiem obca temu swiatu, do ktorego nalezal mlody patrycjusz. Atenczycy wzniesli przecie jej oltarz i dlugi czas opierali sie wprowadzeniu do Aten walk gladiatorow. Bywalo, ze i w Rzymie zwyciezeni otrzymywali przebaczenie, jak na przyklad Kalikratus, krol Brytanow, ktory wziety w niewole za Klaudiusza i opatrzony przez tegoz suto, mieszkal swobodnie w miescie. Ale zemsta za krzywdy osobiste wydawala sie Winicjuszowi, tak jak i wszystkim, sluszna i usprawiedliwiona. Niechanie jej bylo zgola przeciwne jego duszy. Slyszal wprawdzie i on w Ostrianum, ze nalezy milowac nawet nieprzyjaciol, uwazal to jednak za jakas teorie nie majaca w zyciu znaczenia. I teraz jeszcze przechodzilo mu przez glowe, ze moze nie zabito Chilona dlatego tylko, ze byla jakas pora swiat lub jakas kwadra ksiezyca, podczas ktorej chrzescijanom nie godzilo sie zabijac. Slyszal, ze bywaja takie terminy, w ktorych roznym narodom nie wolno nawet i wojny poczynac. Lecz dlaczego w takim razie nie oddano Greka w rece sprawiedliwosci, dlaczego Apostol mowil, ze gdyby ktos siedemkroc zawinil, to siedemkroc nalezy mu przebaczyc, i dlaczego Glaukus powiedzial Chilonowi: "Niech ci tak Bog odpusci, jako ja ci odpuszczam"? A przecie Chilo wyrzadzil mu najstraszliwsza krzywde, jaka czlowiek czlowiekowi moze wyrzadzic, i w Winicjuszu na sama mysl o tym, jak by postapil z takim, kto by na przyklad zabil Ligie, zawrzalo serce jak ukrop; nie byloby takich mak, ktorymi by jej nie pomscil! A tamten przebaczyl! I Ursus przebaczyl takze, on, ktory w istocie rzeczy mogl zabic w Rzymie, kogo by chcial, zupelnie bezkarnie, albowiem nastepnie potrzebowal zabic tylko krola Nemorenskiego gaju i zajac jego miejsce... Czyz czlowiekowi, ktoremu nie oparl sie Kroto, oparlby sie piastujacy te godnosc gladiator, do ktorej dochodzilo sie tylko przez zabojstwo poprzedniego "krola"? Jedna byla tylko na te wszystkie pytania odpowiedz. Oto oni nie zabijali przez jakas dobroc tak wielka, ze podobnej nie bylo dotad na swiecie, i przez milosc do ludzi bezgraniczna, ktora nakazywala zapominac o sobie, o swoich krzywdach, o swoim szczesciu i swej niedoli - i zyc dla innych. Jaka zaplate mieli ludzie ci za to odebrac, Winicjusz slyszal w Ostrianum, lecz nie miescilo mu sie to w glowie. Czul natomiast, ze to zycie ziemskie, polaczone z obowiazkiem wyrzekania sie wszystkiego, co jest dobrem i rozkosza, na korzysc innych, musialoby byc nedzne. Totez w tym, co o chrzescijanach w tej chwili myslal, obok najwiekszego zdumienia byla i litosc, i jakby cien pogardy. Wydalo mu sie, ze to sa owce, ktore musza predzej czy pozniej byc zjedzone przez wilki, jego zas rzymska natura nie byla zdolna zdobyc sie na uznanie dla tych, ktorzy pozwalaja sie zjadac. Uderzyla go wszelako jedna rzecz. Oto po wyjsciu Chilona jakas gleboka radosc rozjasnila wszystkie twarze. Apostol zblizyl sie do Glauka i polozywszy dlon na jego glowie, rzekl: - Chrystus w tobie zwyciezyl! Ow zas wzniosl oczy ku gorze tak ufne i pelne wesela, jakby zlalo sie na niego jakies wielkie, niespodziane szczescie. Winicjusz, ktory bylby zrozumial tylko radosc z dokonanej zemsty, patrzyl na niego rozszerzonymi przez goraczke oczyma, troche tak, jak patrzylby na oblakanego. Widzial jednak, i widzial nie bez wewnetrznego oburzenia, jak nastepnie Ligia przycisnela swoje usta krolewny do reki tego czlowieka, ktory z pozoru wygladal na niewolnika, i zdawalo mu sie, ze porzadek tego swiata odwraca sie zupelnie. Potem nadszedl Ursus i jal opowiadac, jak wyprowadzil Chilona na ulice i jak prosil go o przebaczenie za krzywde, jaka mogl wyrzadzic jego kosciom, za co Apostol poblogoslawil i jego, a Kryspus oswiadczyl, ze to jest dzien wielkiego zwyciestwa. Poslyszawszy o tym zwyciestwie Winicjusz stracil calkiem watek mysli. Lecz gdy Ligia podala mu znow po chwili napoj chlodzacy, zatrzymal na chwile jej reke i spytal: - To i ty mi przebaczylas? - My chrzescijanie. Nam nie wolno chowac w sercu gniewu. - Ligio - rzekl wowczas - kimkolwiek jest twoj Bog, uczcze Go stuwolem dlatego tylko, ze jest twoim. Ona zas rzekla: - Uczcisz Go w sercu, gdy Go pokochasz. - Dlatego tylko, ze jest twoim... - powtorzyl slabszym glosem Winicjusz. I przymknal powieki, albowiem opanowalo go znow oslabienie. Ligia odeszla, ale po chwili wrocila i stanawszy blisko, pochylila sie nad nim, by sie przekonac, czy spi. Winicjusz odczul jej bliskosc i otworzywszy oczy usmiechnal sie, ona zas polozyla mu na nich lekko reke, jakby chcac go do snu naklonic. Wowczas ogarnela go wielka slodycz, ale zarazem czul sie mocniej chorym. I tak bylo w istocie. Noc juz zrobila sie zupelna, a wraz z nia przyszla i silniejsza goraczka. Z tego powodu nie mogl zasnac i wodzil za Ligia wzrokiem, gdziekolwiek sie ruszyla. Chwilami jednak zapadal w jakis polsen, w ktorym widzial i slyszal wszystko, co sie naokol niego dzialo, ale w ktorym rzeczywistosc mieszala sie z goraczkowymi widzeniami. Zdawalo mu sie wiec, ze na jakims starym, opuszczonym cmentarzu wznosi sie swiatynia w ksztalcie wiezy, w ktorej Ligia jest kaplanka. I oto nie spuszczal z niej oczu, ale widzial ja na szczycie wiezy, z lutnia w reku, cala w swietle, podobna do tych kaplanek, ktore nocami spiewaly hymny na czesc ksiezyca, a ktore widywal na Wschodzie. On sam wspinal sie z wielkim wysileniem po wezowatych schodach, by ja porwac, za nim zas pelzl Chilon szczekajac zebami z przerazenia i powtarzajac: "Nie czyn tego, panie, bo to kaplanka, za ktora On sie pomsci..." Winicjusz nie wiedzial, kto byl ow On, rozumial jednakze, ze idzie spelnic swietokradztwo, i czul takze przestrach niezmierny. Ale gdy doszedl do balustrady otaczajacej szczyt wiezy, przy Ligii stanal nagle Apostol ze srebrna broda i rzekl: "Nie podnos na nia reki, albowiem ona nalezy do mnie". I rzeklszy to, poczal z nia razem isc szlakiem ksiezycowego swiatla, jakby droga ku niebu, on zas, Winicjusz, wyciagnawszy ku nim rece poczal ich blagac, by zabrali go ze soba. Tu rozbudzil sie, otrzezwial i poczal patrzec przed siebie. Ognisko na wysokim trzonie zarzylo sie juz slabiej, ale rzucalo blask jeszcze dosc zywy, oni zas siedzieli wszyscy przed ogniem, grzejac sie, poniewaz noc byla chlodna, a izba dosc zimna. Winicjusz widzial ich oddechy wychodzace z ust w ksztalcie pary. W srodku siedzial Apostol, u jego kolan na niskim podnozku Ligia, dalej Glaukus, Kryspus, Miriam, a na krancach z jednej strony Ursus, z drugiej Nazariusz, syn Miriam, mlode pachole o slicznej twarzy i dlugich, czarnych wlosach, ktore spadaly mu az na ramiona. Ligia sluchala z oczyma wzniesionymi ku Apostolowi i wszystkie glowy byly zwrocone ku niemu, on zas mowil cos polglosem. Winicjusz poczal patrzec na niego z pewna zabobonna bojaznia, malo co mniejsza od tego strachu, jakiego doznawal w goraczkowym widzeniu. Przeszlo mu przez mysl, iz w goraczce czul prawde i ze ten sedziwy przychodzien z dalekich brzegow rzeczywiscie zabiera mu Ligie i prowadzi ja gdzies w nieznane drogi. Byl tez pewny, ze starzec o nim mowi, a moze radzi, jak rozlaczyc go z nia, zdawalo sie bowiem Winicjuszowi rzecza niepodobna, by ktos mogl mowic o czym innym, wiec zebrawszy cala przytomnosc poczal nasluchiwac slow Piotra. Lecz omylil sie najzupelniej, Apostol bowiem mowil znow o Chrystusie. "Oni tym imieniem tylko zyja!" - pomyslal Winicjusz. Starzec zas opowiadal o pochwyceniu Chrystusa. - Przyszla rota i sludzy kaplanscy, aby Go chwycili. Gdy Zbawiciel spytal ich, kogo szukaja, odpowiedzieli: "Jezusa Nazarenskiego!" Lecz gdy im rzekl: "Jam jest!" - padli na ziemie i nie smieli na Niego podniesc reki, i az dopiero po powtornym pytaniu chwycili Go. Tu Apostol przerwal i wyciagnawszy rece do ognia, rzekl: - Noc byla chlodna jak dzis, ale zawrzalo we mnie serce, wiec wydobylem miecz, by Go bronic, i ucialem ucho slugi arcykaplana. I bylbym Go bronil wiecej niz zywota wlasnego, gdyby mi nie byl rzekl: "Wloz twoj miecz do pochwy. Zali kielicha, ktory mi dal Ojciec, pic nie bede?..." Wowczas Go pojmali i zwiazali... To rzeklszy przylozyl dlonie do czola i umilkl, chcac przed dalszym opowiadaniem moc wspomnien pokonac. Lecz Ursus, nie mogac wytrzymac, zerwal sie, zelezcem poprawil ogien na trzonie, az iskry sypnely sie zlotym deszczem i plomien strzelil zywiej, po czym siadl i zawolal: - A niechby sie stalo, co chcialo - hej!... Lecz urwal nagle, gdyz Ligia polozyla palec na ustach. Oddychal tylko rozglosnie i znac bylo, ze burzy sie w duszy i ze choc zawsze gotow calowac stopy Apostola, przecie tego jednego postepku uznac w duszy nie moze, bo gdyby tak ot przy nim podniosl kto reke na Zbawiciela, gdyby on byl z nim tej nocy, oj, polecialyzby wiory i z zolnierzy, i ze slug kaplanskich, i ze sluzebnikow... I az oczy zaszly mu lzami na sama mysl o tym, zarazem z zalu i z dusznej rozterki, bo z jednej strony pomyslal, ze nie tylko sam by Zbawiciela bronil, ale jeszcze skrzyknalby mu w pomoc Ligow, chlopow na schwal, a z drugiej, ze gdyby to uczynil, to okazalby nieposluszenstwo Zbawicielowi i przeszkodzil odkupieniu swiata. Wiec dlatego nie mogl powstrzymac lez. Po chwili Piotr, odjawszy dlonie z czola, poczal opowiadac dalej, lecz Winicjusza opanowal znow polsen goraczkowy. To, co teraz slyszal, pomieszalo mu sie z tym, co Apostol opowiadal poprzedniej nocy w Ostrianum o owym dniu, w ktorym Chrystus ukazal sie na brzegu Tyberiadzkiego Morza. Widzial wiec szeroko rozlana ton, na niej lodz rybacza, a w lodzi Piotra i Ligie. On sam plynal ze wszystkich sil za nimi, lecz bol w zlamanym ramieniu przeszkadzal mu ich doscignac. Burza jela mu rzucac fale w oczy i poczal tonac wolajac blagalnym glosem o ratunek. Wowczas Ligia uklekla przed Apostolem, on zas zwrocil lodz i wyciagnal ku niemu wioslo, ktore on schwyciwszy wydostal sie przy ich pomocy na lodz i upadl na jej dno. Lecz nastepnie zdawalo mu sie, ze powstawszy ujrzal mnostwo ludzi plynacych za lodzia. Fale nakrywaly piana ich glowy; niektorym widac bylo juz z odmetu tylko rece, ale Piotr raz po raz ratowal tonacych i zabieral ich do lodzi, ktora rozszerzala sie jakby cudem. Wkrotce wypelnily ja cale tlumy, tak wielkie jak te, ktore byly zebrane w Ostrianum, a potem jeszcze wieksze. Winicjusz zdziwil sie, jak sie mogly w niej pomiescic, i wzial go strach, ze pojda na dno. Lecz Ligia poczela go uspokajac i pokazywala mu jakies swiatlo na dalekim brzegu, do ktorego plyneli. Tu marzenia Winicjusza pomieszaly sie znow z tym, co slyszal w Ostrianum z ust Apostola, jako sie Chrystus objawil raz nad jeziorem. Wiec teraz widzial w owym nadbrzeznym swietle jakas postac, ku ktorej Piotr sterowal. I w miare jak zblizali sie ku niej, pogoda czynila sie cichsza, ton gladsza, a swiatlosc wieksza. Tlumy poczely spiewac hymn slodki, powietrze wypelnilo sie zapachem nardu; woda grala tecza, jakby z dna przegladaly lilie i roze, a wreszcie lodz uderzyla lagodnie piersia o piasek. Wowczas Ligia wziela go za reke i rzekla: "Pojdz, zaprowadze cie!" I wiodla go w swiatlosc. ..................................... Winicjusz rozbudzil sie znowu, lecz marzenia jego rozpraszaly sie z wolna i nie od razu odzyskal poczucie rzeczywistosci. Przez czas jakis zdawalo mu sie jeszcze, ze jest nad jeziorem i ze otaczaja go tlumy, wsrod ktorych, sam nie wiedzac dlaczego, poczal szukac Petroniusza i zdziwil sie, ze go nie moze odnalezc. Zywe swiatlo od komina, przy ktorym nie bylo juz nikogo, otrzezwilo go jednak zupelnie. Pienki oliwne zarzyly sie leniwie pod rozowym popiolem, lecz za to szczapy pinii, ktorych widocznie swiezo dorzucono na zarzewie, strzelaly jasnym plomieniem i w blasku tym Winicjusz ujrzal Ligie siedzaca nie opodal od jego lozka. Widok jej wzruszyl go do glebi duszy. Pamietal, ze zeszla noc spedzila w Ostrianum, a caly dzien krzatala sie przy opatrunku, teraz zas, gdy wszyscy udali sie na spoczynek, ona jedna czuwala u jego loza. Latwo bylo zgadnac, ze musi byc jednak zmeczona, albowiem siedzac nieruchomie oczy miala zamkniete. Winicjusz nie wiedzial, czy spi, czy pograzona jest w myslach. Patrzyl na jej profil, na spuszczone rzesy, na rece zlozone na kolanach i w poganskiej glowie jego poczelo sie z trudem wykluwac pojecie, ze obok nagiej, pewnej siebie i dumnej ze swych ksztaltow pieknosci greckiej i rzymskiej, jest na swiecie jakas inna, nowa, ogromnie czysta, w ktorej tkwi dusza. Nie umial zdobyc sie na to, by ja nazwac chrzescijanska, myslac jednak o Ligii nie mogl juz oddzielic jej od nauki, ktora wyznawala. Pojmowal nawet, ze jesli wszyscy inni udali sie na spoczynek, a Ligia jedna, ona, ktora pokrzywdzil, czuwala nad nim, to wlasnie dlatego, ze ta nauka tak nakazuje. Lecz mysl ta, przejmujaca go podziwem dla nauki, byla mu zarazem i przykra. Wolalby byl, by Ligia czynila tak z milosci dla niego, dla jego twarzy, oczu, dla posagowych ksztaltow, slowem, dla tych wszystkich powodow, dla ktorych nieraz obwijaly sie naokol jego szyi sniezne ramiona greckie i rzymskie. Nagle jednak poczul, ze gdyby ona byla taka jak inne kobiety, to by mu juz w niej czegos nie dostawalo. Wowczas zdumial sie i sam nie wiedzial, co sie z nim dzieje, albowiem spostrzegl, ze i w nim poczynaja powstawac jakies nowe uczucia i nowe upodobania, obce swiatu, w ktorym zyl dotad. Tymczasem ona otworzyla oczy i widzac, ze Winicjusz na nia patrzy zblizyla sie ku niemu i rzekla: - Jestem przy tobie. A on odpowiedzial: - Widzialem we snie twoja dusze. Nazajutrz ocknal sie oslabiony, ale z glowa chlodna i bez goraczki. Zdawalo mu sie, iz rozbudzil go szept rozmowy, ale gdy otworzyl oczy, Ligii nie bylo przy nim, Ursus tylko, pochylony przed kominem, rozgrzebywal siwy popiol i szukal pod nim zaru, ktory znalazlszy poczal rozdmuchiwac wegle tak, jakby czynil to nie ustami, ale miechem kowalskim. Winicjusz przypomniawszy sobie, ze czlowiek ow zgniotl wczoraj Krotona, przypatrywal sie z zajeciem, godnym lubownika areny, jego olbrzymiemu grzbietowi podobnemu do grzbietu cyklopa i poteznym jak kolumny udom. "Dzieki Merkuremu, ze mi karku nie skrecil - pomyslal w duszy. - Na Polluksa! Jesli inni Ligowie do niego podobni, legie danubijskie moga miec z nimi kiedys ciezka robote!" Glosno zas ozwal sie: - Hej, niewolniku! Ursus usunal glowe z komina i usmiechnawszy sie niemal przyjaznie, rzekl: - Bog ci daj, panie, dobry dzien i dobre zdrowie, ale ja czlek wolny, nie niewolnik. Winicjuszowi, ktory mial ochote rozpytac Ursusa o ojczysty kraj Ligii, slowa te sprawily pewna przyjemnosc, albowiem rozmowa z czlowiekiem wolnym, jakkolwiek prostym, mniejsza przynosila ujme jego rzymskiej i patrycjuszowskiej godnosci niz rozmowa z niewolnikiem, w ktorym ni prawo, ni obyczaj nie uznawaly ludzkiej istoty. - Tos ty nie Aulusow? - spytal. - Nie, panie. Ja sluze Kallinie, jako sluzylem jej matce, ale po dobrej woli. Tu schowal znow glowe w komin, by podmuchac na wegle, na ktore narzucil poprzednio drew, po czym wyjal ja i rzekl: - U nas nie ma niewolnikow. Lecz Winicjusz spytal: - Gdzie jest Ligia? - Dopiero co odeszla, a ja mam uwarzyc sniadanie dla ciebie, panie. Czuwala nad toba cala noc. - Czemus jej nie wyreczyl? - Bo tak chciala, a moja rzecz sluchac. Tu oczy zasepily mu sie i po chwili dodal: - Gdybym ja jej nie sluchal, to ty bys, panie, nie zyl. - Zali zalujesz, zes mnie nie zabil? - Nie, panie. Chrystus nie kazal zabijac. - A Atacynus? A Kroto? - Nie moglem inaczej - mruknal Ursus. I poczal patrzec jakby z zalem na swe rece, ktore widocznie zostaly poganskie, mimo iz dusza chrzest przyjela. Nastepnie postawil garnek na trzonie i kucnawszy przed kominem, utkwil zamyslone oczy w plomien. - To twoja wina, panie - rzekl wreszcie. - Po cos podnosil reke na nia, na corke krolewska? W Winicjuszu zawrzala w pierwszej chwili duma, ze prostak i barbarzynca smie nie tylko przemawiac do niego tak poufale, ale jeszcze przyganiac mu. Do tych nadzwyczajnych i nieprawdopodobnych rzeczy, ktore spotkaly go od onegdajszej nocy, przybyla jeszcze jedna. Lecz bedac slabym i nie majac pod reka swych niewolnikow, pohamowal sie, zwlaszcza ze i chec dowiedzenia sie jakichs szczegolow z zycia Ligii przemogla. Wiec uspokoiwszy sie poczal wypytywac o wojne Ligow przeciw Wanniuszowi i Swebom. Ursus rad opowiadal, lecz nie mogl dodac wiele nowego do tego, co Winicjuszowi opowiadal w swoim czasie Aulus Plaucjusz. Ursus w bitwie nie byl, towarzyszyl bowiem zakladniczkom do obozu Ateliusza Histra. Wiedzial tylko, ze Ligowie zbili Swebow i Jazygow, ale wodz ich i krol polegl od strzaly Jazyga. Zaraz potem odebrali wiesci, ze Semnonowie zapalili lasy na ich granicach, i wrocili w lot, by pomscic krzywde, a zakladniczki zostaly u Ateliusza, ktory z poczatku kazal im oddawac honory krolewskie. Pozniej matka Ligii zmarla. Wodz rzymski nie wiedzial, co robic z dzieckiem. Ursus chcial wracac z nim do kraju, ale droga byla niebezpieczna z powodu zwierza i dzikich plemion; gdy wiec przyszla wiesc, ze jakies poselstwo Ligow znajduje sie u Pomponiusza, ofiarujac mu pomoc przeciw Markomanom, Hister odeslal ich do Pomponiusza. Przybywszy do niego dowiedzieli sie jednak, ze poslow zadnych nie bylo - i w ten sposob zostali w obozie, skad Pomponiusz przywiozl ich do Rzymu, a po odbytym tryumfie oddal krolewskie dziecko Pomponii Grecynie. Winicjusz, jakkolwiek w tym opowiadaniu drobne tylko szczegoly byly mu nie znane, sluchal z przyjemnoscia, albowiem niezmierna jego pyche rodowa lechtalo mile to, ze naoczny swiadek stwierdzal krolewskie pochodzenie Ligii. Jako corka krolewska, mogla byla ona zajac na dworze cezara stanowisko rowne corkom najpierwszych rodow, tym bardziej ze narod, ktorego wladca byl jej ojciec, nigdy dotad nie wojowal z Rzymem, a jakkolwiek barbarzynski, mogl sie okazac groznym, gdyz wedle swiadectwa samego Ateliusza Histra posiadal "niezliczona moc" wojownikow. Ursus zreszta potwierdzil w zupelnosci owo swiadectwo, albowiem na pytanie Winicjusza o Ligow odrzekl: - My siedzim w lasach, ale ziemi u nas tyle, ze nikt nie wie, gdzie koniec puszczy, i ludu w niej duzo. Sa tez w puszczy i grody drewniane, w ktorych dostatek wielki, bo co Semnony, Markomany, Wandale i Kwady zlupia po swiecie, to my im odbieramy. Oni zas nie smia do nas isc, jeno gdy wiatr od nich, to pala nam lasy. I nie boimy sie ni ich, ni rzymskiego cezara. - Bogowie dali Rzymianom zwierzchnictwo nad ziemia - rzekl surowo Winicjusz. - Bogowie to zle duchy - odpowiedzial z prostota Ursus - a gdzie nie ma Rzymian, tam nie ma i zwierzchnictwa. Tu poprawil ogien i mowil jakby sam do siebie: - Gdy Kalline wzial cezar na dwor, a ja myslalem, ze moze ja spotkac krzywda, tom chcial isc az hen do lasow i sprowadzic Ligow na pomoc krolewnie. I Ligowie ruszyliby ku Dunajowi, bo to lud dobry, choc poganski. Ot, zanioslbym im "dobra nowine". Ale ja i tak kiedy, jak Kallina wroci do Pomponii, poklonie sie jej, by pozwolila mi isc do nich, bo Chrystus narodzil sie daleko i oni nawet nie slyszeli o Nim... Wiedzial on lepiej ode mnie, gdzie Mu sie trzeba narodzic, ale gdyby tak u nas, w puszczy, przyszedl na swiat, pewnie bysmy Go nie umeczyli, ale hodowalibysmy Dzieciatko i dbali, by Mu nigdy nie zbraklo ni zwierzyny, ni grzybow, ni skor bobrowych, ni bursztynu. A co bysmy na Swebach albo Markomanach zlupili, to bysmy Mu oddali, by zas mial dostatek i wygode. Tak mowiac przystawil do ognia naczynie z polewka przeznaczona dla Winicjusza i umilkl. Mysl jego bladzila widocznie czas jakis po puszczach ligijskich, az dopiero gdy plyn poczal syczec, wylal go w plaska mise i ostudziwszy nalezycie, rzekl: - Glaukus radzi, bys jak najmniej poruszal, panie, nawet ta reka, ktora zostala zdrowa, wiec Kallina rozkazala mi cie karmic. Ligia rozkazala! Na to nie bylo odpowiedzi. Winicjuszowi nie przyszlo nawet na mysl sprzeciwic sie jej woli, jakby byla corka cezara lub boginia, nie odpowiedzial przeto ani slowem, Ursus zas, siadlszy kolo jego lozka, poczal czerpac polewke z misy malym kubkiem i podawac mu ja do ust. Czynil to tak troskliwie i z takim dobrym usmiechem w swoich blekitnych oczach, iz Winicjusz oczom swoim nie wierzyl, by to mogl byc ten sam straszliwy tytan, ktory w dniu wczorajszym, zgniotlszy Krotona, rzucil sie na niego samego jak burza i bylby go rozniosl, gdyby nie litosc Ligii. Mlody patrycjusz po raz pierwszy w zyciu poczal sie zastanawiac nad tym, co tez moze dziac sie w piersi prostaka, slugi i barbarzyncy. Lecz Ursus okazal sie nianka o tyle niezgrabna, o ile troskliwa. Kubek ginal calkowicie w jego herkulesowych palcach, tak ze nie pozostawalo nic miejsca dla ust Winicjusza. Po kilku nieudanych probach olbrzym zatroskal sie wielce i rzekl: - Ej, latwiej zubra z ostepu wywiesc... Winicjusza zabawilo zaklopotanie Liga, lecz nie mniej zajela go jego uwaga. Widywal on w cyrkach straszliwe "ury", sprowadzane z puszcz polnocnych, na ktore najdzielniejsi bestiarii polowali z obawa i ktore jednym tylko sloniom ustepowaly w wielkosci i sile. - Zalis probowal brac takie bestie za rogi? - spytal ze zdumieniem. - Poki nie przeszlo nade mna dwadziescia zim, tom sie bal - odrzekl Ursus - ale potem - bywalo. I jal znow karmic Winicjusza, jeszcze niezgrabniej niz przedtem. - Musze poprosic Miriam lub Nazariusza - rzekl. Lecz tymczasem blada glowka Ligii wychylila sie spoza zaslony. - Zaraz pomoge - rzekla. I wyszla po chwili z cubiculum, w ktorym gotowala sie widocznie do snu, gdyz przybrana byla tylko w obcisla tunike, zwana u starozytnych capitium, zakrywajaca szczelnie piersi, i wlosy miala rozwiazane. Winicjusz, ktorego serce zabilo zywiej na jej widok, poczal jej wymawiac, ze dotad nie pomyslala o snie, lecz ona odrzekla wesolo: - Wlasnie chcialam to uczynic, ale pierwej zastapie Ursusa. I wziawszy kubek siadla na krawedzi lozka i poczela karmic Winicjusza, ktory czul sie zarazem upokorzony i szczesliwy. Gdy pochylala sie ku niemu, bilo na niego cieplo jej ciala i rozwiazane jej wlosy splywaly mu na piersi, on zas bladl z wrazenia, ale w zamecie i porywie zadz odczuwal zarazem, ze to jest nad wszystko droga i nad wszystko uwielbiona glowa, wobec ktorej swiat caly jest niczym. Pierwej pozadal jej, teraz poczynal ja kochac pelna piersia. Dawniej, jak w ogole w zyciu, tak i w uczuciu, byl, jak wszyscy owczesni ludzie, slepym, bezwzglednym egoista, ktoremu chodzilo tylko o siebie, obecnie poczelo mu chodzic i o nia. Po chwili tez odmowil dalszego posilku i choc w patrzeniu na nia i w jej obecnosci znajdowal nieprzebrana rozkosz, rzekl: - Dosyc. Idz spoczac, boska moja. - Nie nazywaj mnie tak - odpowiedziala - mnie sie tego sluchac nie godzi. Jednakze usmiechala sie do niego, a nastepnie rzekla mu, ze sen ja odbiegl, ze trudu nie czuje i ze nie uda sie na spoczynek, poki nie przyjdzie Glaukus. On sluchal jej slow jak muzyki, a zarazem serce wzbieralo mu coraz wiekszym wzruszeniem, coraz wiekszym zachwytem, coraz wieksza wdziecznoscia, a mysl biedzila sie, jak by jej te wdziecznosc okazac. - Ligio - rzekl po chwili milczenia - jam cie poprzednio nie znal. Ale teraz wiem, zem chcial dojsc do ciebie bledna droga, wiec ci powiadam: wroc do Pomponii Grecyny i badz pewna, ze odtad nikt nie podniesie na ciebie reki. A jej twarz posmutniala nagle. - Bylabym szczesliwa - odrzekla - gdybym ja choc z daleka mogla zobaczyc, ale wrocic do niej juz nie moge. - Dlaczego? - zapytal ze zdziwieniem Winicjusz. - My, chrzescijanie, wiemy przez Akte, co sie na Palatynie dzieje. Zalis nie slyszal, ze cezar wkrotce po mojej ucieczce, a przed swym wyjazdem do Neapolis, wezwal Aulusa i Pomponie - i mniemajac, ze mi pomogli, grozil im swym gniewem. Szczesciem Aulus mogl mu odrzec: "Wiesz, panie, ze nigdy klamstwo nie przeszlo mi przez usta; otoz przysiegam ci, zesmy jej nie pomogli do ucieczki i ze rownie jak ty nie wiemy, co sie z nia stalo". I cezar uwierzyl, a potem zapomnial - ja zas z porady starszych nigdy nie pisalam do matki, gdzie jestem, by zawsze smialo mogla zaprzysiac, ze nic o mnie nie wie. Ty moze tego nie pojmiesz, Winicjuszu, ale nam klamac nie wolno, nawet gdyby o zycie chodzilo. Taka jest nasza nauka, do ktorej chcemy stosowac serca, wiec nie widzialam Pomponii od czasu, gdym opuscila jej dom, ja zas zaledwie od czasu do czasu dolatywaly dalekie echa, ze zyje i zem bezpieczna. Tu porwala ja tesknota, bo oczy jej zrosily sie lzami, lecz wkrotce uspokoila sie i rzekla: - Wiem, ze i Pomponia teskni za mna, my jednak mamy nasze pociechy, ktorych nie maja inni. - Tak - odrzekl Winicjusz - wasza pociecha Chrystus, ale ja tego nie rozumiem. - Patrz na nas: nie ma dla nas rozlaczen, nie ma bolesci i cierpien, a jesli przyjda, to zmieniaja sie w radosc. I smierc sama, ktora dla was jest koncem zycia, dla nas jest tylko jego poczatkiem i zmiana gorszego szczescia na lepsze, mniej spokojnego na spokojniejsze i wieczyste. Zwaz, jaka musi byc nauka, ktora nakazuje nam milosierdzie nawet wzgledem nieprzyjaciol, broni klamstwa, oczyszcza dusze nasze od zlosci i obiecuje po smierci szczescie nieprzebrane. - Slyszalem to w Ostrianum i widzialem, jak postapiliscie ze mna i z Chilonem, a gdy o tym mysle, dotychczas zdaje mi sie, ze to sen i ze ni uszom, ni oczom nie powinienem wierzyc. Lecz ty mi odpowiedz na inne pytanie: jestzes szczesliwa? - Tak! - odrzekla Ligia. - Wyznajac Chrystusa nie moge byc nieszczesliwa. Winicjusz spojrzal na nia, jak gdyby to, co mowila, przechodzilo calkiem miare ludzkiego rozumowania. - I nie chcialabys wrocic do Pomponii? - Chcialabym z calej duszy i wroce, jesli taka bedzie wola Boga. - Wiec ci mowie: wroc, a ja ci przysiegne na moje lary, ze nie podniose na ciebie reki. Ligia zamyslila sie przez chwile, po czym odrzekla: - Nie. Nie moge bliskich moich podac na niebezpieczenstwo. Cezar nie kocha rodu Plaucjuszow. Gdybym wrocila - ty wiesz, jak przez niewolnikow rozchodzi sie kazda wiadomosc po Rzymie - wiec i moj powrot stalby sie rozglosny w miescie, i Nero dowiedzialby sie o nim przez swoich niewolnikow niewatpliwie. Wowczas skaralby Aulusow, a co najmniej odebralby mnie im znowu. - Tak - rzekl marszczac brwi Winicjusz - to by byc moglo. Uczynilby to chocby dlatego, by okazac, ze woli jego musi sie stac zadosyc. Prawda jest, ze on tylko zapomnial o tobie lub nie chcial myslec mniemajac, ze nie jemu, ale mnie stala sie ujma. Lecz moze... odjawszy cie Aulusom... oddalby mnie, a ja wrocilbym cie Pomponii. Lecz ona zapytala ze smutkiem: - Winicjuszu, czy chcialbys mnie widziec znow na Palatynie? On zas zacisnal zeby i odrzekl: - Nie. Masz slusznosc. Mowilem jak glupiec! Nie! I nagle ujrzal przed soba jakby przepasc bez dna. Byl patrycjuszem, byl trybunem wojskowym, byl czlowiekiem poteznym, ale nad wszystkimi potegami tego swiata, do ktorego nalezal, stal przecie szaleniec, ktorego ni woli, ni zlosliwosci niepodobna bylo przewidziec. Nie liczyc sie z nim, nie bac sie go mogli chyba tacy ludzie jak chrzescijanie, dla ktorych caly ten swiat, jego rozlaki, cierpienia i smierc sama byla niczym. Wszyscy inni musieli drzec przed nim. Groza czasow, w ktorych zyli, ukazala sie Winicjuszowi w calej swej potwornej rozciaglosci. Nie mogl oto oddac Ligii Aulusom z obawy, by potwor nie przypomnial sobie jej i nie zwrocil na nia swego gniewu; z tego samego powodu, gdyby ja teraz wzial za zone, mogl narazic ja, siebie i Aulusow. Chwila zlego humoru wystarczala, by zgubic wszystkich. Winicjusz po raz pierwszy w zyciu poczul, ze albo swiat musi sie zmienic i przerodzic, albo zycie stanie sie zgola niemozliwe. Zrozumial rowniez to, co przed chwila jeszcze bylo dla niego ciemne, ze w takich czasach jedni tylko chrzescijanie mogli byc szczesliwi. Lecz przede wszystkim chwycil go zal, gdyz zrozumial i to, ze to on sam tak poplatal zycie sobie i Ligii, iz z tej plataniny nie bylo prawie wyjscia. I pod wplywem tego zalu poczal mowic: - Czy ty wiesz, zes ty szczesliwsza ode mnie? Ty w ubostwie i w tej jednej izbie wsrod prostakow mialas swoja nauke i swego Chrystusa, ja zas mam tylko ciebie i gdy mi cie zbraklo, bylem jak nedzarz, ktory nie ma ni dachu nad soba, ni chleba. Tys mi drozsza niz caly swiat. Szukalem cie, bom nie mogl zyc bez ciebie. Nie chcialem ni uczt, ni snu. Gdyby nie nadzieja, ze cie znajde, bylbym sie rzucil na miecz. Ale boje sie smierci, bo nie moglbym na ciebie patrzec. Mowie ci szczera prawde, iz nie potrafie bez ciebie zyc i dotad zylem tylko nadzieja, ze cie znajde i zobacze. Czy pamietasz nasze rozmowy u Aulusow? Raz nakreslilas mi rybe na piasku, a jam nie rozumial, co to znaczy. Pamietasz, jak bawilismy sie w pilke? Kochalem cie juz wowczas nad zycie, a i ty poczelas sie domyslac, ze cie kocham... Nadszedl Aulus, straszyl nas Libityna i przerwal nam rozmowe. Pomponia powiedziala na pozegnanie Petroniuszowi, ze Bog jest jeden, wszechmocny i milosierny, ale nam ani do glowy nie przyszlo, ze waszym Bogiem jest Chrystus. Niech mi odda ciebie, a pokocham Go, choc wydaje mi sie Bogiem niewolnikow, cudzoziemcow i nedzarzy. Ty siedzisz przy mnie i myslisz o Nim tylko. Mysl i o mnie, bo inaczej Go znienawidze. Dla mnie tys jedna bostwem. Blogoslawiony ojciec twoj i matka, blogoslawiona ziemia, ktora cie wydala. Chcialbym objac twoje nogi i modlic sie do ciebie, tobie skladac czesc, tobie ofiary, tobie poklony - ty trzykroc boska! Ty nie wiesz, ty nie mozesz wiedziec, jak ja cie kocham... Tak mowiac pociagnal reka po pobladlym czole i przymknal oczy. Natura jego nie znala nigdy tamy, tak w gniewie, jak i w milosci. Mowil z uniesieniem, jak czlowiek, ktory przestawszy nad soba panowac nie chce liczyc sie z zadna miara ni w slowach, ni w czci. Lecz mowil z glebi duszy i szczerze. Czuc bylo, ze bol, zachwyt, zadza i uwielbienie, nagromadziwszy sie w jego piersi, buchnely wreszcie niepowstrzymanym potokiem slow. Ligii slowa jego wydaly sie bluzniercze, a jednak serce jej poczelo bic, jakby chcialo rozerwac krepujaca piersi tunike. Nie mogla oprzec sie litosci nad nim i nad jego meka. Wzruszyla ja czesc, z jaka do niej mowil. Czula sie kochana i ubostwiana bez granic, czula, ze ten nieugiety i niebezpieczny czlowiek nalezy teraz do niej dusza i cialem, jak niewolnik, i to poczucie jego pokory, wlasnej potegi napelnilo ja szczesciem. Wspomnienia jej ozyly w jednej chwili. Byl to dla niej znow ten przepyszny i piekny, jak poganski bog, Winicjusz, ktory w domu Aulusow mowil jej o milosci i budzil jak ze snu jej poldziecinne naowczas serce; ten sam, ktorego pocalunki czula jeszcze na ustach i z ktorego objec wyrwal ja na Palatynie Ursus, jakby ja wyrwal z plomienia. Tylko obecnie, z zachwytem, a zarazem z bolem w swojej orlej twarzy, z pobladlym czolem i blagalnym wyrazem oczu, ranny, zlamany miloscia, kochajacy, pelen ubostwienia i pokory, wydal sie jej takim, jakim go chciala miec wowczas i jakiego bylaby pokochala cala dusza, a wiec drozszym niz kiedykolwiek. I nagle zrozumiala, ze moze przyjsc chwila, w ktorej jego milosc ogarnie i porwie ja jak wicher, a poczuwszy to doznala takiego samego wrazenia, jakiego przed chwila doznal on: mianowicie, ze stoi nad brzegiem przepasci. Na toz porzucila dom Aulusow? Na toz ratowala sie ucieczka? Na toz kryla sie tyle czasu w nedznych dzielnicach miasta? Kto byl ow Winicjusz? Augustianin, zolnierz i dworzanin Nerona! Wszakze bral udzial w jego rozpuscie i szalenstwach, jak swiadczyla o tym ta uczta, ktorej Ligia nie mogla zapomniec; wszakze chodzil razem z innymi do swiatyn i skladal ofiary bezecnym bogom, w ktorych moze i nie wierzyl, ale oddawal im jednak czesc urzedowa. Wszakze ja scigal po to, by z niej uczynic swoja niewolnice i kochanke, a zarazem wtracic ja w ow straszny swiat zbytku, rozkoszy, zbrodni i bezecenstw, wolajacych o gniew i pomste Boza. Wydawal sie wprawdzie zmieniony, ale przecie dopiero co sam jej rzekl, ze jesli bedzie wiecej myslala o Chrystusie niz o nim, to gotow Go znienawidzic. Ligii wydalo sie, ze sama mysl o jakiejkolwiek innej milosci, niz milosc do Chrystusa, jest juz grzechem przeciw Niemu i przeciw nauce, gdy wiec spostrzegla, ze na dnie jej duszy moga sie zbudzic inne uczucia i pragnienia, chwycila ja trwoga przed wlasna przyszloscia i wlasnym sercem. Na te chwile wewnetrznej rozterki trafil Glaukus, ktory przyszedl opatrzyc chorego i zbadac jego zdrowie. Na twarzy Winicjusza w mgnieniu oka odbil sie gniew i zniecierpliwienie. Zly byl, iz mu przerwano rozmowe z Ligia, i gdy Glaukus poczal zadawac mu pytania, odpowiadal niemal z pogarda. Wprawdzie pomiarkowal sie wkrotce, lecz jesli Ligia miala jakiekolwiek zludzenia, ze to, co slyszal na Ostrianum, moglo podzialac na jego nieuzyta nature, to zludzenia owe musialy pierzchnac. Zmienil sie tylko dla niej, lecz poza tym jednym uczuciem pozostalo mu w piersi dawne surowe i samolubne, prawdziwie rzymskie i zarazem wilcze serce, niezdolne nie tylko do uczucia slodkiej nauki chrzescijanskiej, ale nawet i wdziecznosci. Odeszla wreszcie, pelna wewnetrznej troski i niepokoju. Niegdys w modlitwie ofiarowala Chrystusowi serce pogodne i istotnie czyste jak lza. Teraz pogoda ta byla zmacona. Do wnetrza kwiatu dostal sie jadowity robak i poczal w nim huczec. Nawet sen, mimo nieprzespanych dwoch nocy, nie przyniosl jej ukojenia. Snilo jej sie, ze na Ostrianum Nero, na czele orszaku augustianow, bachantek, korybantow i gladiatorow, tratuje uwienczonym w roze wozem tlumy chrzescijan, a Winicjusz chwyta ja w ramiona, wciaga na kwadryge i cisnac ja do piersi, szepce: "Pojdz z nami!" Od tej chwili rzadziej pokazywala sie we wspolnej izbie i rzadziej zblizala sie do jego lozka. Lecz spokoj jej nie wracal. Widziala, ze Winicjusz wodzi za nia blagalnym wzrokiem, ze czeka na kazde jej slowo jak na laske, ze cierpi i nie smie sie skarzyc, by jej do siebie nie zrazic, ze ona jedna jest mu zdrowiem i radoscia, i wowczas serce wzbieralo w niej politowaniem. Wkrotce tez spostrzegla, ze im bardziej stara sie go unikac, tym wiekszy jej go zal, a tym samym tym tkliwsze rodza sie w niej dla niego uczucia. Opuscila ja spokojnosc. Czasem mowila sobie, ze wlasnie powinna byc ciagle przy nim, raz dlatego, ze boska nauka nakazuje dobrem za zle placic, a po wtore, ze rozmawiajac z nim moglaby go do tej nauki pociagnac. Lecz zaraz sumienie mowilo jej, ze oszukuje sama siebie i ze ciagnie ja ku niemu nie co innego, tylko jego milosc i jego urok. W ten sposob zyla w ciaglej rozterce, ktora powiekszala sie z dniem kazdym. Chwilami wydawalo jej sie, ze ja otacza jakas siec, ona zas chcac ja przebic, wikla sie w niej coraz bardziej. Musiala tez wyznac przed soba, ze widok jego co dzien staje sie jej potrzebniejszym, glos jego milszym i ze potrzeba jej cala sila walczyc z checia przesiadywania przy jego lozu. Gdy zblizala sie do niego, a on rozpromienial sie, radosc zalewala i jej serce. Pewnego dnia dostrzegla slady lez na jego rzesach i po raz pierwszy w zyciu przyszla jej mysl, ze moglaby je osuszyc pocalunkami. Przestraszona ta mysla i pelna pogardy dla siebie, przeplakala noc nastepna. On zas byl cierpliwy, jakby sobie cierpliwosc poprzysiagl. Gdy chwilami zaswiecily mu oczy zniecierpliwieniem, samowola i gniewem, wnet hamowal te blyski, a potem patrzyl na nia z niepokojem, jakby chcac ja przeprosic, ja zas ujmowalo to jeszcze bardziej. Nigdy nie miala poczucia, ze jest tak bardzo kochana, i gdy myslala o tym, czula sie zarazem winna i szczesliwa. Winicjusz tez zmienial sie istotnie. W rozmowach jego z Glaukiem mniej bylo dumy. Czesto przychodzilo mu do glowy, ze i ten biedny lekarz niewolnik, i cudzoziemka, stara Miriam, ktora otaczala go troskliwoscia, i Kryspus, ktorego widywal pograzonego ciagle w modlitwie, to jednak sa ludzie. Dziwil sie podobnym myslom - jednakze je miewal. Ursusa polubil z czasem i rozmawial z nim teraz calymi dniami, albowiem mogl z nim mowic o Ligii, olbrzym zas byl niewyczerpany w opowiadaniach i spelniajac przy chorym najprostsze uslugi poczal mu rowniez okazywac pewien rodzaj przywiazania. Ligia byla zawsze dla Winicjusza istota jakby do innego gatunku nalezaca, wyzsza stokrotnie od tych, ktorzy ja otaczali; niemniej jednak poczal przypatrywac sie ludziom prostym i ubogim, czego nie czynil nigdy w zyciu, i poczal odkrywac w nich rozne godne uwagi strony, ktorych istnienie nigdy przedtem nie przychodzilo mu do glowy. Nazariusza tylko nie mogl scierpiec, albowiem zdawalo mu sie, ze mlody chlopak osmiela kochac sie w Ligii. Dlugi czas wstrzymywal sie wprawdzie z okazywaniem mu niecheci, lecz raz, gdy ten przyniosl dziewczynie dwie przepiorki, ktore zakupil na targu za wlasne zarobione pieniadze, w Winicjuszu odezwal sie potomek Kwirytow, dla ktorego przybleda z obcego narodu mniej znaczyl niz robak najlichszy. Slyszac podziekowanie Ligii pobladl straszliwie i gdy Nazariusz wyszedl po wode dla ptakow, rzekl: - Ligio, zali mozesz scierpiec, by on skladal ci dary? Zali nie wiesz, ze ludzi jego narodu Grecy psami zydowskimi nazywaja? - Nie wiem, jak ich nazywaja Grecy - odpowiedziala - ale wiem, ze Nazariusz jest chrzescijaninem i bratem moim. To rzeklszy spojrzala na niego ze zdziwieniem i zalem, bo juz ja byl odzwyczail od podobnych wybuchow, on zas zacisnal zeby, by jej nie powiedziec, ze takiego jej brata kazalby na smierc zasmagac batami lub zeslalby go na wies, by jako compeditus kopal ziemie w jego sycylijskich winnicach... Pohamowal sie jednak, zdusil w sobie gniew i dopiero po chwili rzekl: - Wybacz mi, Ligio. Tys dla mnie corka krolewska i przybranym dzieckiem Plaucjuszow. I przemogl sie do tego stopnia, ze gdy Nazariusz pokazal sie znow w izbie, obiecal mu, iz po powrocie do swej willi podaruje mu pare pawi lub pare flamingow, ktorych mial pelne ogrody. Ligia rozumiala, ile go musza kosztowac podobne zwyciestwa nad samym soba. Lecz im czesciej je odnosil, tym bardziej jej serce szlo ku niemu. Zasluga jego wzgledem Nazariusza byla jednak mniejsza, niz przypuszczala. Winicjusz mogl przez chwile oburzyc sie na niego, ale nie mogl byc o niego zazdrosnym. Syn Miriam istotnie niewiele wiecej znaczyl w jego oczach od psa, a procz tego byl jeszcze dzieckiem, ktore jesli kochalo Ligie, to kochalo ja zarazem bezwiednie i sluzebniczo. Wieksze walki musial ze soba staczac mlody trybun, by poddac sie, chocby w milczeniu, tej czci, jaka wsrod tych ludzi bylo otoczone imie Chrystusa i jego nauka. Pod tym wzgledem dzialy sie w Winicjuszu rzeczy dziwne. Byla to badz co badz nauka, w ktora wierzyla Ligia, wiec dla tego samego gotow byl ja uznac. Nastepnie, im bardziej przychodzil do zdrowia, im lepiej przypominal sobie caly szereg zdarzen, ktore zaszly od owej nocy na Ostrianum, i caly szereg pojec, ktore naplynely od tego czasu do jego glowy, tym bardziej zdumiewal sie nad nadludzka sila tej nauki, ktora przeradzala tak do gruntu dusze ludzkie. Rozumial, ze jest w niej cos nadzwyczajnego, cos, czego nie bylo dotad na swiecie, i czul, ze gdyby ona ogarnela swiat caly, gdyby wszczepila wen swoja milosc i swoje milosierdzie, to chyba nastalaby jakas epoka przypominajaca owa, w ktorej jeszcze nie Jowisz, ale Saturn rzadzil swiatem. Nie smial tez watpic ani o nadprzyrodzonym pochodzeniu Chrystusa, ani o Jego zmartwychwstaniu, ani o innych cudach. Naoczni swiadkowie, ktorzy o tym mowili, zbyt byli wiarogodni i zbyt brzydzili sie klamstwem, by mogl przypuscic, ze opowiadaja rzeczy niebywale. Wreszcie sceptycyzm rzymski pozwalal sobie na niewiare w bogow, ale wierzyl w cuda. Winicjusz stal wobec jakiejs dziwnej zagadki, ktorej nie umial rozplatac. Z drugiej strony jednak cala ta nauka wydawala mu sie tak przeciwna istniejacemu porzadkowi rzeczy, tak niepodobna do przeprowadzenia w praktyce i tak szalona jak zadna inna. Wedlug niego ludzie i w Rzymie, i na calym swiecie mogli byc zli, ale porzadek rzeczy byl dobry. Gdyby cezar byl na przyklad uczciwym czlowiekiem, gdyby senat skladal sie nie ze znikczemnialych rozpustnikow, ale z ludzi takich, jakim byl Trazeasz, czegoz by wiecej mozna sobie zyczyc? Wszak pokoj rzymski i zwierzchnosc rzymska byly rzecza dobra, rozdzial miedzy ludzmi slusznym i sprawiedliwym. A tymczasem ta nauka, wedle rozumienia Winicjusza, musialaby zburzyc wszelki porzadek, wszelka zwierzchnosc i zniesc wszelkie roznice. I co wowczas staloby sie chocby z wladztwem i panstwem rzymskim? Zali Rzymianie mogli przestac panowac lub uznac cala trzode podbitych narodow za rowna sobie? To juz nie miescilo sie w glowie patrycjusza. A przy tym osobiscie nauka ta byla przeciwna wszelkim jego wyobrazeniom, przyzwyczajeniu, charakterowi i pojeciom o zyciu. Nie mogl sobie zgola wyobrazic, jak by mogl istniec, gdyby ja na przyklad przyjal. Obawial sie jej i podziwial ja, ale przed przyjeciem jej wzdrygala sie po prostu jego natura. Rozumial na koniec, ze nic innego, tylko ona rozdzielila go z Ligia, i gdy o tym myslal, nienawidzil jej ze wszystkich sil duszy. Jednakze zdawal sobie juz sprawe, ze to ona ubrala Ligie w te jakas wyjatkowa, niewyslowiona pieknosc, ktora w jego sercu zrodzila procz milosci czesc, procz zadzy uwielbienie, i z samej Ligii uczynila droga mu nad wszystko w swiecie istote. A wowczas chcialo mu sie znow kochac Chrystusa. I pojmowal jasno, ze albo Go musi pokochac, albo znienawidzic, obojetnym zas zostac nie moze. Tymczasem parly go jakby dwie przeciwne fale, wahal sie w myslach, wahal sie w uczuciach, nie umial wybrac, sklanial jednak glowe i okazywal milczaca czesc temu niepojetemu dla siebie Bogu, dlatego tylko, ze byl to Bog Ligii. Ligia zas widziala, co sie w nim dzialo, jak sie przelamywal, jak natura jego odrzucala te nauke, i jesli z jednej strony martwilo ja to smiertelnie, z drugiej strony zal, litosc i wdziecznosc za owo milczace poszanowanie, jakie dla Chrystusa okazywal, sklanialy ku niemu z nieprzeparta sila jej serce. Przypomniala sobie Pomponie Grecyne i Aulusa. Dla Pomponii zrodlem nieustannego smutku i nigdy nie osychajacych lez byla mysl, ze za grobem nie odnajdzie Aulusa. Ligia poczela teraz lepiej rozumiec te gorycz i ten bol. I ona znalazla droga istote, z ktora grozil jej wiekuisty rozdzial. Czasem ludzila sie wprawdzie, ze jego dusza otworzy sie jeszcze na Chrystusowe prawdy, ale zludzenia te nie mogly sie ostac. Znala i rozumiala go juz zbyt dobrze. Winicjusz - chrzescijaninem! Te dwa pojecia nawet w jej niedoswiadczonej glowie nie mogly sie obok siebie pomiescic. Jesli rozwazny i pelen statecznosci Aulus nie zostal nim pod wplywem madrej i doskonalej Pomponii, jakze mogl nim zostac Winicjusz? Na to nie bylo odpowiedzi, a raczej istniala tylko jedna: ze nie masz dla niego ni nadziei, ni ratunku. Lecz Ligia spostrzegla z przestrachem, ze ten wyrok zatraty, ktory nad nim wisi, zamiast ja zrazac do niego, przez samo politowanie czyni go jej jeszcze drozszym. Chwilami brala ja ochota mowic z nim szczerze o jego ciemnej przyszlosci, lecz gdy raz siadlszy przy nim rzekla mu, ze poza nauka chrzescijanska nie ma zycia, on, bedac juz silniejszym, przypodniosl sie na swym zdrowym ramieniu i nagle zlozyl jej glowe na kolanach, mowiac: "Tys jest zycie!" A wowczas oddech zamarl jej w piersi, przytomnosc opuscila ja, jakis dreszcz rozkoszy przebiegl ja od stop do glowy. Chwyciwszy dlonmi jego skronie usilowala go podniesc, lecz sama pochylila sie przy tym ku niemu tak, ze ustami dotknela jego wlosow, i przez chwile zmagali sie tak w upojeniu ze soba i z miloscia, ktora pchala jedno ku drugiemu. Ligia podniosla sie wreszcie i uciekla czujac plomien w zylach i zawrot w glowie. Lecz to byla kropla, ktora przelala ostatecznie pelny juz kielich. Winicjusz nie domyslil sie, jak drogo przyjdzie mu oplacic szczesna chwile, lecz Ligia zrozumiala, ze teraz ona sama potrzebuje ratunku. Noc po owym wieczorze spedzila bezsennie, we lzach i na modlitwie, z poczuciem, ze niegodna jest sie modlic i ze nie moze byc wysluchana. Nazajutrz wyszla wczesnie z cubiculum i wywolawszy Kryspa do ogrodowego letnika, pokrytego bluszczem i zwiedlymi powojami, otworzyla mu cala dusze, blagajac go zarazem, by pozwolil jej porzucic dom Miriam, albowiem nie ufa juz sobie i nie moze przemoc w sercu milosci dla Winicjusza. Kryspus, ktory byl czlowiekiem starym, surowym i pograzonym w ciaglym uniesieniu, zgodzil sie na zamiar opuszczenia domu Miriam, lecz nie znalazl slow przebaczenia dla grzesznej wedle jego pojec milosci. Serce wezbralo mu oburzeniem na sama mysl, ze owa Ligia, ktora opiekowal sie od chwili ucieczki, ktora pokochal, utwierdzil w wierze i na ktora patrzyl dotychczas jakby na biala lilie wyrosla na gruncie nauki chrzescijanskiej i nieskazona zadnym tchnieniem ziemskim, mogla znalezc w duszy miejsce na inna milosc niz niebieska. Wierzyl dotad, ze nigdzie w calym swiecie nie bilo czystsze serce na chwale Chrystusa. Chcial ja Mu ofiarowac jak perle, jak klejnot i drogie dzielo rak wlasnych, wiec doznany zawod napelnil go i zdumieniem, i gorycza. - Idz i blagaj Boga, by ci przebaczyl winy - rzekl jej posepnie. - Uciekaj, poki zly duch, ktory cie oplatal, nie przywiedzie cie do zupelnego upadku i poki nie zaprzesz sie Zbawiciela. Bog umarl dla cie na krzyzu, by krwia wlasna odkupic twa dusze, lecz ty wolalas umilowac tego, ktory chcial cie uczynic swoja naloznica. Bog cudem ocalil cie z rak jego, lecz ty otworzylas serce zadzy nieczystej i pokochalas syna ciemnosci. Ktoz on jest? - Przyjaciel i sluga antychrysta, wspolnik rozpusty i zbrodni. Gdziez on cie zawiedzie, jesli nie do tej otchlani i do tej Sodomy, w ktorej sam zyje, a ktora Bog zniszczy plomieniem swego gniewu? A ja ci mowie: bogdajbys byla umarla, bogdajby sciany tego domu byly zawalily sie na glowe twoja pierwej, niz ow waz wpelznal do twojej piersi i poslinil ja jadem swej nieprawosci. I unosil sie coraz bardziej, albowiem wina Ligii napelnila go nie tylko gniewem, ale obrzydzeniem i pogarda dla natury ludzkiej w ogole, w szczegolnosci zas dla kobiecej, ktorej nawet nauka chrzescijanska nie uchronila od slabosci Ewy. Niczym dla niego bylo, ze dziewczyna pozostala jeszcze czysta, ze chciala uciekac od tej milosci i ze wyznawala ja z zalem i skrucha. Kryspus chcial ja byl zmienic w aniola i wyniesc na wysokosci, na ktorych istniala tylko milosc dla Chrystusa, a ona pokochala oto augustianina! Sama mysl o tym napelniala jego serce zgroza, spotegowana uczuciem rozczarowania i zawodu. Nie! Nie mogl jej tego przebaczyc! Slowa zgrozy palily mu wargi na ksztalt gorejacych wegli; walczyl jeszcze ze soba, by ich nie wymowic, lecz trzasl swymi wychudlymi rekoma nad przerazona dziewczyna. Ligia czula sie winna, lecz nie do tego stopnia winna. Sadzila nawet, ze oddalenie sie z domu Miriam bedzie jej zwyciestwem nad pokusa i zlagodzeniem winy. Kryspus starl ja w proch; ukazal jej cala lichote i nikczemnosc jej duszy, o jaka nie podejrzewala sie dotad. Ona sadzila nawet, ze stary prezbiter, ktory od chwili jej ucieczki z Palatynu byl dla niej jakby ojcem, okaze troche litosci, ze ja pocieszy, doda otuchy, umocni. - Bogu ofiaruje moj zawod i moja bolesc - mowil - ales ty zawiodla i Zbawiciela, bos zeszla jakoby na bagno, ktorego wyziewy zatruly ci dusze. Moglas ofiarowac ja Chrystusowi jako naczynie kosztowne i rzec Mu: "Wypelnij je, Panie, laska!", a wolalas ofiarowac sludze zlego ducha. Niechaj ci Bog przebaczy i niechaj zmiluje sie nad toba, gdyz ja, poki nie wyrzucisz weza... ja, ktory mialem cie za wybrana... I nagle przestal mowic, albowiem spostrzegl, ze nie byli sami. Przez zwiedle powoje i przez bluszcze zieleniace sie jednako latem i zima ujrzal dwoch ludzi, z ktorych jeden byl Piotr Apostol. Drugiego nie mogl zrazu rozpoznac, albowiem plaszcz z grubej wlosianej tkaniny, zwanej cilicium, zaslanial mu czesc twarzy. Kryspowi wydawalo sie przez chwile, iz to byl Chilon. Oni zas uslyszawszy podniesiony glos Kryspa weszli do letnika i siedli na kamiennej lawce. Towarzysz Piotra odslonil wowczas twarz chuda, z lysiejaca czaszka pokryta po bokach kedzierzawym wlosem, z zaczerwienionymi powiekami i z zakrzywionym nosem - brzydka i zarazem natchniona, w ktorej Kryspus rozpoznal rysy Pawla z Tarsu. Lecz Ligia rzuciwszy sie na kolana objela ramionami jakby z rozpacza nogi Piotra i przytuliwszy swa znekana glowke do fald jego plaszcza, pozostala tak w milczeniu. A Piotr rzekl: - Pokoj duszom waszym. I widzac dziecko u swych nog, zapytal, co sie stalo. Wowczas Kryspus poczal opowiadac wszystko, co mu wyznala Ligia, jej grzeszna milosc, jej chec ucieczki z domu Miriam i swoj zal, ze dusza, ktora chcial ofiarowac Chrystusowi czysta jak lza, zbrudzila sie ziemskim uczuciem dla uczestnika wszystkich zbrodni, w ktorych grzeznal swiat poganski i ktore wolaly o pomste Boza. Ligia w czasie jego slow obejmowala coraz silniej nogi Apostola, jakby chcac przy nich szukac ucieczki i wyzebrac choc troche litosci. Apostol zas, wysluchawszy do konca, pochylil sie i polozyl zgrzybiala reke na jej glowie, po czym podniosl oczy na starego kaplana i rzekl: - Kryspie, zalis nie slyszal, ze Mistrz nasz ukochany byl w Kanie na godach i blogoslawil milosc miedzy niewiasta i mezem? Kryspowi opadly rece i spojrzal ze zdumieniem na mowiacego, nie mogac slowa przemowic. A ow pomilczawszy chwile spytal znowu: - Kryspie, zali mniemasz, ze Chrystus, ktory dopuszczal Marii z Magdali lezec u nog swoich i ktory przebaczyl jawnogrzesznicy, odwrocilby sie od tego dziecka czystego jak lilie polne? Ligia ze lkaniem przytulila sie jeszcze silniej do nog Piotrowych, zrozumiawszy, ze nieprozno szukala przy nich ucieczki. Apostol, podnioslszy jej lzami zalana twarz, mowil do niej: - Poki oczy tego, ktorego milujesz, nie otworza sie na swiatlo prawdy, poty unikaj go, aby nie przywiodl cie do grzechu, lecz modl sie za niego i wiedz, ze nie masz winy w milosci twojej. A iz chcesz sie chronic pokusy, przeto ta zasluga policzona ci bedzie. Nie martw sie i nie placz, albowiem powiadam ci, ze laska Zbawiciela nie opuscila cie i ze modlitwy twoje zostana wysluchane, po smutkach zas poczna sie dni wesela. To rzeklszy polozyl obie dlonie na jej wlosach i wznioslszy w gore oczy blogoslawil jej. Z twarzy swiecila mu nadziemska dobroc. Lecz skruszony Kryspus poczal sie z pokora usprawiedliwiac: - Zgrzeszylem przeciw milosierdziu - rzekl - alem mniemal, ze dopuszczajac do serca milosc ziemska zaparla sie Chrystusa... Piotr zas odpowiedzial: - Po trzykroc sie Go zaparlem, a jednak przebaczyl mi i kazal pasc baranki swoje. - ...i dlatego - konczyl Kryspus - ze Winicjusz jest augustianinem... - Chrystus kruszyl twardsze jeszcze serca - odrzekl Piotr. Na to Pawel z Tarsu, ktory milczal dotad, przylozyl palce do swej piersi i wskazujac na siebie, rzekl: - Jam jest, ktorym przesladowal i porywal na smierc slugi Chrystusa. Jam podczas kamienowania Szczepana pilnowal szat tych, ktorzy go kamienowali, jam chcial wyplenic prawde po wszystkiej ziemi, ktora zamieszkuja ludzie, a jednak - mnie to przeznaczyl Pan, abym ja po wszystkiej ziemi opowiadal. I opowiadalem ja w Judei, w Grecji, na wyspach i w tym bezboznym miescie, gdym po raz pierwszy, jako wiezien, w nim mieszkal. A teraz, gdy mnie wezwal Piotr, moj zwierzchnik, wstapie do domu tego, aby ugiac te dumna glowe do nog Chrystusowych i rzucic ziarno w te kamienista role, ktora uzyznil Pan, aby wydala plon obfity. I powstal. Kryspowi zas ten maly, zgarbiony czlowiek wydal sie w tej chwili tym, czym byl w istocie, to jest olbrzymem, ktory wzruszy swiat z posad i zagarnie ludy i ziemie. Petroniusz do Winicjusza: "Zmiluj sie, carissime, nie nasladuj w listach swych ani Lacedemonczykow, ani Juliusza Cezara. Gdybys przynajmniej tak jak on mogl napisac: veni, vidi, vici! - rozumialbym jeszcze lakonizm. Ale twoj list znaczy ostatecznie: veni, vidi, fugi; ze zas takie zakonczenie sprawy jest wprost przeciwne twej naturze, ze byles ranny i ze na koniec dzialy sie z toba rzeczy nadzwyczajne, wiec list twoj potrzebuje objasnien. Oczom nie wierzylem, gdym wyczytal, ze ow Lig zadusil tak latwo Krotona, jak pies kaledonski dusi wilka w wawozach Hibernii. Ten czlowiek wart tyle zlota, ile sam wazy, i od niego tylko zalezaloby zostac ulubiencem cezara. Gdy wroce do miasta, musze z nim zabrac blizsza znajomosc i kaze go sobie odlac z brazu. Miedzianobrody peknie z ciekawosci, gdy mu powiem, ze to z natury. Prawdziwie atletyczne ciala coraz sa rzadsze i w Italii, i w Grecji; o Wschodzie nie ma co i mowic, Germanowie zas, jakkolwiek rosli, maja muskuly pokryte tluszczem i wiecej ogromu niz sily. Dowiedz sie od Liga, czy stanowi wyjatek, czy tez w jego kraju znajduje sie wiecej ludzi do niego podobnych. Nuz tobie lub mnie wypadnie kiedy z urzedu wyprawiac igrzyska, dobrze by bylo wiedziec, gdzie szukac cial najlepszych. Ale chwala bogom wschodnim i zachodnim, zes wyszedl z dusza z rak podobnych. Ocalales zapewne dlatego, zes patrycjuszem i synem konsularnego meza, ale wszystko, co cie spotkalo, zdumiewa mnie w najwyzszym stopniu: i ten cmentarz, na ktorym znalazles sie wsrod chrzescijan, i oni sami, i ich postepowanie z toba, i nastepnie ucieczka Ligii, wreszcie ten jakis smutek i niepokoj, ktory wieje z twego krotkiego listu. Objasnij mnie, albowiem wielu rzeczy nie rozumiem, a jesli chcesz prawdy, powiem otwarcie, ze nie rozumiem: ani chrzescijan, ani ciebie, ani Ligii. I nie dziw sie, ze ja, ktorego poza moja wlasna osoba malo rzeczy obchodzi na swiecie, dopytuje sie o to wszystko tak skwapliwie. Jam przyczynil sie do tego wszystkiego, co zaszlo, wiec jest to poniekad moja sprawa. Pisz spiesznie, albowiem nie umiem dokladnie przewidziec, kiedy sie zobaczymy. W glowie Miedzianobrodego zamiary zmieniaja sie jak wiatry wiosenne. Obecnie, siedzac w Benewencie, ma chec jechac wprost do Grecji i nie wracac do Rzymu. Tygellinus jednak radzi mu, by wrocil choc na czas pewien, albowiem lud, zbyt steskniony do jego osoby (czytaj: do igrzysk i chleba), moze sie wzburzyc. Otoz nie wiem, jak bedzie. Jesli Achaja przewazy, to moze zachce nam sie Egiptu. Nalegalbym najmocniej, bys tu przyjechal, gdyz uwazam, ze w tym stanie duszy podroz i nasze rozrywki bylyby lekarstwem, ale moglbys nas nie zastac. Pomysl jednak, czy w takim razie nie wolalbys wypoczac w twoich ziemiach w Sycylii niz siedziec w Rzymie. Pisz mi obszernie o sobie - i zegnaj. Zyczen zadnych, procz zdrowia, tym razem nie zalaczam, bo, na Polluksa, nie wiem, czego ci zyczyc". Winicjusz odebrawszy ow list nie czul poczatkowo zadnej checi do odpowiadania. Mial jakies poczucie, ze odpowiadac nie warto, ze to na nic nikomu nie posluzy, nic nie wyjasni i niczego nie rozwiaze. Ogarnelo go zniechecenie i poczucie marnosci zycia. Zdawalo mu sie przy tym, ze Petroniusz w zadnym razie go nie zrozumie i ze zaszlo cos takiego, co ich wzajem od siebie oddalilo. Nie mogl przyjsc do ladu nawet i sam ze soba. Wrociwszy z Zatybrza do swej rozkosznej insuli na Karynach, byl jeszcze oslabiony, wyczerpany i przez pierwsze dni doznawal pewnego zadowolenia z wypoczynku, wygod i dostatku, jaki go otaczal. Lecz zadowolenie to trwalo krotko. Wkrotce uczul, ze zyje w prozni, ze to wszystko, co stanowilo dla niego dotychczas interes zycia, albo zupelnie dla niego nie istnieje, albo zmniejszylo sie do zaledwie dostrzegalnych rozmiarow. Mial takie uczucie, jakoby podcieto w jego duszy te struny, ktore dotychczas laczyly go z zyciem, a nie nawiazano zadnych nowych. Na mysl, ze moglby pojechac do Benewentu, a nastepnie do Achai, i zanurzyc sie w zyciu rozkoszy i szalonych wybrykow, doznal uczucia czczosci. "Po co? Co mi z tego przyjdzie?" Oto byly pierwsze pytania, ktore przesunely mu sie przez glowe. Rowniez po raz pierwszy w zyciu pomyslal, ze gdyby pojechal, to rozmowa Petroniusza, jego dowcip, byskotliwosc, jego wykwintne okreslanie mysli i dobieranie trafnych slow dla kazdej idei moglyby go obecnie nuzyc. Z drugiej strony jednak poczela go nuzyc takze i samotnosc. Wszyscy jego znajomi bawili z cezarem w Benewencie, musial wiec siedziec w domu sam, z glowa pelna mysli i sercem pelnym poczuc, z ktorych nie umial sobie zdac sprawy. Miewal jednak chwile, w ktorych sadzil, ze gdyby mogl z kim porozmawiac o tym wszystkim, co sie w nim dzieje, to moze sam zdolalby to wszystko jakos uchwycic, uporzadkowac i rozpoznac lepiej. Pod wplywem tej nadziei po kilku dniach wahania postanowil jednak odpowiedziec Petroniuszowi i lubo nie byl pewien, czy mu owa odpowiedz wysle, skreslil ja jednak w nastepnych slowach: "Chcesz, bym pisal obszerniej, wiec zgoda; czy potrafie jasniej, nie wiem, albowiem i sam nie umiem wielu wezlow rozwiazac. Donioslem ci o moim pobycie wsrod chrzescijan, o ich postepkach z nieprzyjaciolmi, do ktorych mieli prawo liczyc i mnie, i Chilona, i wreszcie o dobroci, z jaka bylem pielegnowany, i o zniknieciu Ligii. Nie, drogi: nie dlatego mnie oszczedzono, ze jestem synem konsularnego meza. Takie wzgledy dla nich nie istnieja, bo przecie przebaczyli i Chilonowi, choc sam zachecalem ich, by go zakopali w ogrodzie. To sa ludzie, jakich dotad swiat nie widzial, i nauka, o jakiej dotad swiat nie slyszal. Nic ci innego powiedziec nie moge i ktokolwiek ich zechce mierzyc nasza miara - chybi. Powiem ci natomiast, ze gdybym lezal ze zlamana reka we wlasnym domu i gdyby mnie dogladali ludzie moi lub nawet moja rodzina, mialbym zapewne wieksze wygody, ale nie doznalbym ani w polowie takiej troskliwosci, jakiej doznalem miedzy nimi. Wiedz tez o tym, ze i Ligia jest taka jak inni. Gdyby byla moja siostra lub moja malzonka, nie moglaby mnie pielegnowac tkliwiej. Nieraz radosc zalewala mi serce, sadzilem bowiem, ze tylko milosc moze podobna tkliwoscia natchnac. Nieraz czytalem ja w jej twarzy i spojrzeniu, a wowczas, czy uwierzysz, ze wsrod tych prostakow, w ubogiej izbie, ktora zastepowala im zarazem kuchnie i triclinium, czulem sie szczesliwszy niz kiedykolwiek? Nie! Nie bylem jej obojetny i dzis jeszcze wydaje mi sie niepodobienstwem myslec inaczej. A jednak taz sama Ligia opuscila potajemnie przede mna mieszkanie Miriam. Przesiaduje teraz oto calymi dniami z glowa oparta na rekach i rozmyslam, czemu ona to uczynila. Czym ci pisal, ze sam ofiarowalem sie jej wrocic ja Aulusom? Wprawdzie odrzekla mi, ze to jest juz niemozliwe i ze wzgledu na to, ze Aulusowie wyjechali do Sycylii, i ze wzgledu na wiesci, jakie przechodzac przez niewolnikow z domu do domu, dostaja sie na Palatyn. Cezar moglby ja znow odebrac Aulusom. Prawda! Ona jednak wiedziala, ze dluzej juz nastawac na nia nie bede, ze porzucam droge przemocy, a nie mogac ni przestac jej kochac, ni zyc bez niej, wprowadze ja do domu mego przez uwienczone drzwi i posadze na uswieconej skorze przy ognisku... A jednak uciekla! Dlaczego? Nic jej juz nie grozilo. Jesli mnie nie kochala, mogla mnie odrzucic. Na dzien przedtem poznalem dziwnego czlowieka, niejakiego Pawla z Tarsu, ktory rozmawial ze mna o Chrystusie i Jego nauce i rozmawial tak poteznie, ze mi sie wydalo, iz kazde jego slowo mimo jego woli obraca w perzyne wszystkie podstawy naszego swiata. Ten sam czlowiek odwiedzal mnie po jej ucieczce i rzekl mi: "Gdy Bog otworzy oczy twoje na swiatlo i zdejmie z nich bielmo, jak zdjal z moich, wowczas odczujesz, ze postapila slusznie, i wowczas moze ja odnajdziesz." I oto lamie glowe nad tymi slowy, jakbym je uslyszal z ust Pytii w Delfach. Chwilami zdaje mi sie, ze juz cos rozumiem. Oni kochajac ludzi sa nieprzyjaciolmi naszego zycia, naszych bogow i... naszych zbrodni, wiec ona uciekla ode mnie, jako od czlowieka, ktory do tego swiata nalezy i z ktorym musialaby podzielic zycie uwazane przez chrzescijan za wystepne. Powiesz, ze skoro mogla mnie odrzucic, wiec nie potrzebowala sie oddalac. A jesli i ona mnie kocha? W takim razie chciala uciec przed miloscia. Na sama mysl o tym chce mi sie wyslac niewolnikow we wszystkie zaulki Rzymu i nakazac im, aby krzyczeli po domach: "Wroc, Ligio!" Ale przestaje rozumiec, dlaczego ona to uczynila. Ja bym jej przecie nie bronil wierzyc w jej Chrystusa i sam wznioslbym Mu oltarz w atrium. Co jeden nowy Bog wiecej moglby mi szkodzic i dlaczego nie mialbym w Niego uwierzyc, ja, ktory nie bardzo wierze w starych? Wiem z wszelka pewnoscia, ze chrzescijanie nigdy nie klamia, a mowia, ze zmartwychwstal. Czlowiek przecie tego zrobic nie mogl. Ow Pawel z Tarsu, ktory jest obywatelem rzymskim, ale ktory, jako Zyd, zna stare ksiegi hebrajskie, mowil mi, iz przyjscie Chrystusa bylo zapowiadane od calych tysiecy lat przez prorokow. Wszystko to sa rzeczy nadzwyczajne, ale czyz nadzwyczajnosc nie otacza nas ze wszystkich stron? Nie przestano jeszcze przecie mowic i o Apoloniuszu z Tiany. To, co potwierdzil Pawel, ze nie masz calej gromady bogow, ale jest jeden, wydaje mi sie rozsadnym. Podobno i Seneka jest tego zdania, a przed nim bylo wielu innych. Chrystus byl, dal sie ukrzyzowac dla zbawienia swiata i zmartwychwstal. Wszystko to jest zupelnie pewne, nie widze zatem powodu, dlaczego bym mial sie upierac w zdaniu przeciwnym lub dlaczego nie mialbym Mu wzniesc oltarza, skoro gotow bylbym wzniesc go na przyklad Serapisowi. Nietrudno by mi nawet przyszlo wyrzec sie innych bogow, bo wszakze zaden rozumniejszy umysl i tak w nich nie wierzy. Ale zdaje sie, ze to wszystko chrzescijanom jeszcze nie wystarcza. Nie dosc uczcic Chrystusa, trzeba jeszcze zyc wedle jego nauki; i tu dopiero stajesz jakby nad brzegiem morza, ktore ci kaza przebrnac piechota. Gdybym to im obiecal, sami czuliby, ze to jest pusty dzwiek slow w moich ustach. Pawel powiedzial mi to otwarcie. Ty wiesz, jak kocham Ligie, i wiesz, ze nie ma nic takiego, czego bym dla niej nie uczynil. Ale nie moglbym przecie nawet na jej zadanie podniesc na ramionach Sorakte lub Wezuwiusza ani pomiescic w dloni Trazymenskiego Jeziora, ani zmienic oczu moich z czarnych na niebieskie, jakie maja Ligowie. Gdyby zadala, chcialbym, ale to nie lezy w mojej mocy. Jam nie filozof, ale tez nie jestem i taki glupi, jak ci sie moze nieraz wydawalem. Otoz powiem ci tak: nie wiem, jak chrzescijanie radza sobie, by zyc, wiem natomiast, ze gdzie sie zaczyna ich nauka, tam sie konczy wladztwo rzymskie, konczy sie Rzym, konczy sie zycie, roznica miedzy zwyciezonym i zwyciezca, moznym i biednym, panem i niewolnikiem, konczy sie urzad, konczy sie cezar, prawo i caly porzadek swiata, a zamiast tego wszystkiego przychodzi Chrystus i jakies milosierdzie, ktorego dotad nie bywalo, i jakas dobrotliwosc, przeciwna ludzkim i naszym rzymskim instynktom. Mnie wprawdzie Ligia obchodzi wiecej niz caly Rzym i jego panowanie i niechby sie lepiej swiat zapadl, bylem ja mogl miec w swoim domu. Ale to inna rzecz. Dla nich, dla chrzescijan, nie dosc sie zgodzic w slowach, trzeba jeszcze czuc, ze tak jest dobrze, i nie miec w duszy niczego innego. A ja, bogowie mi swiadkami - nie moge. Czy rozumiesz, co to znaczy? Jest cos w mojej naturze, co sie wzdryga na te nauke, i chocby usta moje ja slawily, chocbym sie do jej przepisow stosowal, rozum i dusza mowilyby mi, ze to czynie dla milosci, dla Ligii i ze gdyby nie ona, to nic w swiecie nie byloby dla mnie przeciwniejszego. I rzecz dziwna, ze taki Pawel z Tarsu to rozumie i ze rozumie, mimo calej swej prostoty i niskiego pochodzenia, ow stary teurgus, najwiekszy miedzy nimi, Piotr, ktory byl uczniem Chrystusa. I czy wiesz, co czynia? Oto modla sie za mnie i prosza dla mnie o cos, co nazywaja laska, a na mnie zstepuje tylko niepokoj i coraz wieksza tesknota za Ligia. Wszakzem ci pisal, ze ona odeszla tajemnie, ale odchodzac zostawila mi krzyz, ktory sama powiazala z galazek bukszpanu. Zbudziwszy sie, znalazlem go przy lozku. Mam go teraz w lararium i sam nie umiem zdac sobie sprawy, dlaczego zblizam sie jednak do niego tak, jakby w nim bylo cos boskiego, to jest ze czcia i obawa. Kocham go, bo jej rece go wiazaly, a nienawidze, bo on nas dzieli. Czasem mi sie zdaje, ze sa w tym wszystkim jakies czary i ze teurgus Piotr, choc sie powiada byc prostym rybakiem, jest wiekszy i od Apoloniusza, i od wszystkich, jacy przed nim byli, i ze on to opetal ich tam wszystkich, Ligie, Pomponie i mnie samego. Ty piszesz, ze w liscie mym poprzednim znac niepokoj i smutek. Smutek musi byc, bom ja znowu utracil, a niepokoj jest dlatego, ze cos sie jednak zmienilo we mnie. Szczerze ci mowie, ze nic przeciwniejszego mej naturze, jak ta nauka, a jednak od czasu, jakem sie z nia zetknal, nie moge sie poznac. Czary czy milosc?... Kirke zmieniala dotknieciem ciala ludzkie, a mnie zmieniono dusze. Chyba Ligia jedna mogla to uczynic albo raczej Ligia przez te dziwna nauke, ktora wyznaje. Gdym od nich wrocil do siebie, nikt sie mnie nie spodziewal. Mniemano, ze jestem w Benewencie i ze niepredko wroce, wiec w domu zastalem nielad, pijanych niewolnikow i uczte, ktora sobie wydawali w moim triclinium. Smierci raczej spodziewali sie niz mnie i mniej by sie jej przerazili. Ty wiesz, jak silna reka trzymam moj dom, wszystko wiec, co zylo, rzucilo sie na kolana, a niektorzy poomdlewali ze strachu. A ja, wiesz, jak postapilem? Oto w pierwszej chwili chcialem wolac o rozgi i rozpalone zelazo, ale zaraz potem chwycil mnie jakis wstyd i dasz wiare - jakis zal tych nedznikow; sa miedzy nimi i starzy niewolnicy, ktorych jeszcze moj dziad M. Winicjusz przywiodl za czasow Augusta znad Renu. Zamknalem sie samotny w bibliotece i tam przyszly mi jeszcze dziwniejsze mysli do glowy, mianowicie, ze po tym, co slyszalem i widzialem miedzy chrzescijanami, nie godzi mi sie postepowac z niewolnikami tak, jak postepowalem dotad, i ze to sa takze ludzie. Oni przez kilka dni chodzili w trwodze smiertelnej, sadzac, ze zwlocze dlatego, by tym okrutniejsza kare obmyslic, a ja nie karalem i nie ukaralem, bo nie moglem. Zwolawszy ich trzeciego dnia, rzeklem: "Przebaczam wam, wy zas pilna sluzba starajcie sie winy naprawic!" Na to padli na kolana, zalewajac sie lzami, wyciagajac z jekiem rece i zowiac mnie panem i ojcem, ja zas - ze wstydem ci to mowie - bylem rowniez wzruszony. Wydalo mi sie, ze w tej chwili widze slodka twarz Ligii i jej oczy zalane lzami, dziekujace mi za ten postepek. I pro pudor! czulem, ze i mnie zwilgotnialy zrenice... Wiesz, co ci wyznam: oto, ze nie moge sobie dac rady bez niej, ze mi zle jest samemu, zem jest po prostu nieszczesliwy i ze moj smutek wiekszy jest, niz przypuszczasz... Lecz co do moich niewolnikow, zastanowila mnie jedna rzecz. Przebaczenie, jakie otrzymali, nie tylko nie rozzuchwalilo ich, nie tylko nie rozluznilo karnosci, ale nigdy strach nie pobudzal ich do tak skwapliwej sluzby, do jakiej pobudzila wdziecznosc. Nie tylko sluza, ale zdaja sie na wyscigi zgadywac moje mysli, ja zas wspominam ci o tym dlatego, ze gdym na dzien przed opuszczeniem chrzescijan powiedzial Pawlowi, ze swiat rozlecialby sie na skutek jego nauki jak beczka bez obreczy, ow odrzekl mi: "Silniejsza obrecza jest milosc niz groza." A teraz widze, ze w pewnych wypadkach zdanie to moze byc sluszne. Sprawdzilem je rowniez i w stosunku do klientow, ktorzy zwiedziawszy sie o moim powrocie, zbiegli sie, by mnie przywitac. Wiesz, ze nie bylem nigdy dla nich zbyt skapy, ale jeszcze ojciec moj postepowal z zasady z nimi wyniosle i mnie do podobnego postepowania przyuczyl. Otoz teraz, widzac te wytarte plaszcze i wyglodniale twarze, znow doznalem jakby uczucia litosci. Kazalem im dac jesc, a nadto mowilem z nimi; nazwalem kilku po imieniu, kilku spytalem o ich zony i dzieci i znow widzialem lzy w oczach, a nadto znow wydalo mi sie, ze Ligia to widzi, ze cieszy sie i pochwala... Czy moj umysl poczyna sie blakac, czy milosc miesza mi zmysly, nie wiem, wiem jednak, iz mam ciagle uczucie, ze ona na mnie z dala patrzy, i boje sie uczynic cos takiego, co by ja moglo zasmucic i obrazic. Tak, Kaju! Zmieniono mi jednak dusze i czasem dobrze mi z tym, czasem znow drecze sie ta mysla, albowiem obawiam sie, ze zabrano mi dawne mestwo, dawna energie i ze moze niezdatny juz jestem nie tylko do rady, sadu, uczt, ale nawet i do wojny. To sa niechybnie czary! I tak dalece mnie zmieniono, ze powiem ci i to, co mi przychodzilo do glowy jeszcze wowczas, gdym lezal chory: ze gdyby Ligia byla podobna do Nigidii, do Poppei, do Kryspinilli i do innych naszych rozwodek, gdyby byla rownie plugawa, rownie niemilosierna i rownie latwa jak one, to bym jej nie kochal tak, jak kocham. Ale gdy kocham ja za to, co nas dzieli, domyslisz sie, jaki chaos rodzi sie w mej duszy, w jakich zyje ciemnosciach, jak nie widze przed soba drog pewnych i jak dalece nie wiem, co mam poczac. Jesli zycie moze byc porownywanym do zrodla, w moim zrodle zamiast wody plynie niepokoj. Zyje nadzieja, ze ja moze ujrze, i czasem zdaje mi sie, ze to musi nastapic... Ale co bedzie ze mna za rok lub dwa, nie wiem i nie moge odgadnac. Z Rzymu nie wyjade. Nie moglbym zniesc towarzystwa augustianow, a przy tym jedyna ulga w moim smutku i niepokoju jest mi mysl, ze jestem blisko Ligii, ze przez Glauka lekarza, ktory obiecal mnie odwiedzic, albo przez Pawla z Tarsu moze sie czasem czegos o niej dowiem. Nie! Nie opuscilbym Rzymu, chocbyscie mi ofiarowali zarzad Egiptu. Wiedz takze, ze kazalem rzezbiarzowi obrobic kamien grobowy dla Gula, ktorego zabilem w gniewie. Za pozno przyszlo mi na mysl, ze on jednak na reku mnie nosil i pierwszy uczyl, jak strzale na luk nakladac. Nie wiem, dlaczego zbudzila sie teraz we mnie pamiec o nim, podobna do zalu i do wyrzutu... Jesli cie zdziwi to, co pisze, odpowiem ci, ze mnie to nie mniej dziwi, ale pisze ci szczera prawde. Zegnaj". Na ten list Winicjusz nie mial juz odpowiedzi, gdyz Petroniusz nie odpisywal spodziewajac sie widocznie, ze cezar lada dzien nakaze powrot do Rzymu. Jakoz wiesc o tym rozeszla sie w miescie i wzbudzila radosc wielka w sercach tluszczy, teskniacej do igrzysk i rozdawnictwa zboza i oliwy, ktorych wielkie zapasy nagromadzone byly w Ostii. Helius, wyzwoleniec Nerona, zapowiedzial wreszcie jego powrot w senacie. Lecz Nero, wsiadlszy wraz z dworem na statki u przyladka Misenum, wracal z wolna, wstepujac do miast nadbrzeznych dla wypoczynku lub dla wystepow w teatrach. W Minturnae, gdzie znow spiewal publicznie, zabawil dni kilkanascie, a nawet znow sie namyslal, czy nie wrocic do Neapolu i nie czekac tam na nadejscie wiosny, ktora zreszta czynila sie wczesniejsza niz zwykle i ciepla. Przez caly ten czas Winicjusz zyl zamkniety w swym domu, z mysla o Ligii i o tych wszystkich nowych rzeczach, ktore zajmowaly mu dusze i wnosily do niej obce jej dotad pojecia i uczucia. Widywal tylko od czasu do czasu Glauka lekarza, ktorego kazde odwiedziny napelnialy go wewnetrzna radoscia, albowiem mogl z nim rozmawiac o Ligii. Glaukus nie wiedzial wprawdzie, gdzie znalazla schronienie, zapewnial go jednak, ze starsi otoczyli ja troskliwa opieka. Raz tez, wzruszony smutkiem Winicjusza, powiedzial mu, ze Piotr Apostol zganil Kryspa za to, iz wyrzucal Ligii jej ziemska milosc. Mlody patrycjusz uslyszawszy to pobladl ze wzruszenia. I jemu zdawalo sie niejednokrotnie, ze nie jest obojetnym dla Ligii, ale rowniez czesto wpadal w zwatpienie i niepewnosc, teraz zas po raz pierwszy uslyszal potwierdzenie swoich pragnien i nadziei z ust obcych, a do tego chrzescijanskich. W pierwszej chwili wdziecznosci chcial biec do Piotra, dowiedziawszy sie zas, ze nie masz go w miescie i ze naucza w okolicy, zaklinal Glauka, by go do niego przyprowadzil, obiecujac obdarzyc za to hojnie ubogich gminy. Zdawalo mu sie, ze jesli Ligia go kocha, to tym samym wszystkie przeszkody sa usuniete, gdyz gotow byl w kazdej chwili uczcic Chrystusa. Lecz Glaukus, jakkolwiek namawial go usilnie do przyjecia chrztu, nie smial mu reczyc, czy zyszcze przez to od razu Ligie, i mowil mu, ze chrztu nalezy zadac dla chrztu samego i dla milosci Chrystusa, nie zas dla innych celow. "Trzeba miec i dusze chrzescijanska" - rzekl mu - a Winicjusz, lubo kazda przeszkoda wzburzala go, poczynal juz rozumiec, ze Glaukus, jako chrzescijanin, mowi to, co mowic powinien. Sam on nie zdawal sobie dokladnie sprawy, ze jedna z najglebszych zmian w jego naturze stanowilo to, iz dawniej mierzyl ludzi i rzeczy tylko przez wlasny egoizm, obecnie zas z wolna przyuczal sie do mysli, ze inne oczy moga inaczej patrzec, inne serce inaczej czuc i ze slusznosc nie zawsze toz samo znaczy, co osobista korzysc. Brala go tez czesto chec zobaczenia Pawla z Tarsu, ktorego slowa rozciekawialy go i niepokoily. Ukladal sobie w duszy dowody, ktorymi bedzie zwalczal jego nauke, opieral mu sie w mysli, chcial go jednakze widziec i slyszec. Lecz Pawel wyjechal do Arycji, gdy zas i odwiedziny Glauka stawaly sie coraz rzadsze, Winicjusza otoczyla zupelna samotnosc. Wowczas poczal znow przebiegac zaulki przylegle do Subury i waskie uliczki Zatybrza, w nadziei, ze choc z daleka ujrzy Ligie, lecz gdy i ta nadzieja go zawiodla, w sercu poczela mu wzbierac nuda i zniecierpliwienie. Przyszedl na koniec czas, ze dawna natura odezwala sie w nim raz jeszcze z taka sila, z jaka fala w chwili przyplywu wraca na brzeg, z ktorego ustapila. Wydalo mu sie, ze byl glupcem, ze niepotrzebnie zaprzatal sobie glowe rzeczami, ktore doprowadzily go do smutku, i ze powinien brac z zycia, co sie da. Postanowil zapomniec o Ligii, a przynajmniej szukac rozkoszy i uzycia poza nia. Czul jednak, ze to jest ostatnia proba, rzucil sie wiec w wir zycia z cala slepa, wlasciwa mu energia i zapalczywoscia. Zycie zas samo zdawalo sie go do tego zachecac. Obumarle i wyludnione przez zime miasto poczelo sie ozywiac nadzieja bliskiego przyjazdu cezara. Gotowano mu uroczyste przyjecie. Przy tym szla wiosna: sniegi znikly pod tchnieniem afrykanskich wiatrow ze szczytow Gor Albanskich. Trawniki w ogrodach pokryly sie fiolkami. Fora i Pole Marsowe zaroily sie ludzmi, ktorych przygrzewalo coraz goretsze slonce. Na Via Appia, ktora byla zwyklym miejscem zamiejskich przejazdzek, zapanowal ruch bogato zdobnych wozow. Czyniono juz wycieczki do Gor Albanskich. Mlode kobiety, pod pozorem uczczenia Junony w Lanuvium lub Diany w Arycji, wymykaly sie z domow, aby za miastem szukac wrazen, towarzystwa, spotkan i rozkoszy. Tu Winicjusz wsrod wspanialych rydwanow spostrzegl pewnego dnia przepyszna, poprzedzana przez dwa molosy, karruke Petroniuszowej Chryzotemis, otoczona przez cale grono mlodziezy i starych senatorow, ktorych urzad zatrzymal w miescie. Chryzotemis, powozac sama czterema korsykanskimi kucami, rozdawala naokol usmiechy i lekkie uderzenia zlotym biczem, lecz spostrzeglszy Winicjusza wstrzymala konie i zabrala go do karruki, a nastepnie na uczte do domu, ktora trwala przez cala noc. Winicjusz spil sie tak na owej uczcie, iz nie pamietal nawet, kiedy odwieziono go do domu, przypomnial sobie jednak, ze gdy Chryzotemis spytala go o Ligie, obrazil sie i bedac juz pijanym wylal jej na glowe puchar falernu. Rozmyslajac o tym po trzezwemu odczuwal jeszcze gniew. Lecz w dzien pozniej Chryzotemis, zapomniawszy widocznie o obeldze, odwiedzila go w jego domu i zabrala go znow na droge Appijska, po czym byla u niego na wieczerzy, na ktorej wyznala, ze nie tylko Petroniusz, ale i jego lutnista znudzil ja juz od dawna i ze serce jej jest wolne. Przez tydzien ukazywali sie razem, lecz stosunek nie obiecywal byc trwalym. Jakkolwiek od wypadku z falernem imie Ligii nie bylo nigdy wspominane, Winicjusz nie mogl sie jednak pozbyc mysli o niej. Mial ciagle uczucie, ze oczy jej patrza na niego, i uczucie to przejmowalo go jakby obawa. Zzymal sie sam na siebie, nie mogac wszelako pozbyc sie ani mysli, ze Ligie zasmuca, ani zalu, ktory sie z tej mysli rodzil. Po pierwszej scenie zazdrosci, jaka Chryzotemis uczynila mu z powodu dwoch dziewczat syryjskich, ktore nabyl, przepedzil ja w sposob grubianski. Nie przestal wprawdzie od razu nurzac sie w rozkoszy i rozpuscie, owszem, czynil to jakby na zlosc Ligii, ale w koncu spostrzegl, ze mysl o niej nie opuszcza go ani na chwile, ze ona wylacznie jest powodem jego tak zlych, jak dobrych czynnosci i ze naprawde nic go w swiecie nie obchodzi poza nia. Wowczas opanowal go niesmak i zmeczenie. Rozkosz mu zbrzydla i zostawila tylko wyrzuty. Zdawalo mu sie, ze jest nedznikiem, i to ostatnie uczucie napelnilo go niezmiernym zdumieniem, dawniej bowiem uznawal za dobre wszystko, co mu dogadzalo. Wreszcie stracil swobode, pewnosc siebie i wpadl w zupelne odretwienie, z ktorego nie mogla go rozbudzic nawet wiesc o powrocie cezara. Nic go juz teraz nie obchodzilo i nawet do Petroniusza nie wybral sie dopoty, dopoki ten nie przyslal mu wezwania i swojej wlasnej lektyki. Ujrzawszy go, lubo powitany radosnie, odpowiadal na jego pytania niechetnie, lecz wreszcie dlugo tlumione uczucia i mysli wybuchly i poplynely mu z ust obfitym potokiem slow. Raz jeszcze opowiedzial szczegolowo historie swych poszukiwan za Ligia i pobytu miedzy chrzescijanami, wszystko, co tam widzial i slyszal, wszystko, co mu przechodzilo przez glowe i serce, i wreszcie poczal narzekac, ze wpadl w chaos, w ktorym stracil spokojnosc, dar rozrozniania rzeczy i sad o nich. Nic go oto nie neci, nic mu nie smakuje, nie wie, czego sie trzymac i jak postepowac. Gotow jest czcic Chrystusa i przesladowac Go, rozumie wznioslosc Jego nauki i zarazem czuje do niej wstret nieprzezwyciezony. Rozumie, ze chocby posiadl Ligie, to jej nie posiadzie zupelnie, bo sie musi nia dzielic z Chrystusem. Na koniec zyje, jakby nie zyl: bez nadziei, bez jutra, bez wiary w szczescie, a naokol otacza go ciemnosc, z ktorej szuka po omacku wyjscia i nie moze znalezc. Petroniusz patrzyl w czasie opowiadania na jego zmieniona twarz, na rece, ktore mowiac wyciagal w dziwny sposob przed siebie, jakby rzeczywiscie szukal drogi w ciemnosci, i rozmyslal. Nagle wstal i zblizywszy sie do Winicjusza poczal rozgarniac palcami jego wlosy nad uchem. - Czy ty wiesz - spytal - ze masz kilka siwych wlosow na skroni? - Moze byc - odpowiedzial Winicjusz. - Nie zdziwie sie, jesli wkrotce wszystkie mi zbieleja. Po czym nastalo milczenie. Petroniusz byl czlowiekiem rozumnym i nieraz zastanawial sie nad dusza ludzka i nad zyciem. Lecz w ogole zycie to w tym swiecie, w ktorym obaj zyli, moglo byc zewnetrznie szczesliwe lub nieszczesliwe, ale wewnetrznie bywalo spokojne. Rownie jak piorun lub trzesienie ziemi moglo obalic swiatynie, tak nieszczescie moglo zburzyc zycie, samo w sobie jednak skladalo sie ono z prostych i harmonijnych linii, wolnych od wszelkich zawiklan. Tymczasem co innego bylo w slowach Winicjusza i Petroniusz po raz pierwszy stanal wobec szeregu duchowych wezlow, ktorych nikt dotad nie rozplatywal. Byl o tyle rozumny, ze czul ich wage, ale przy calej swej bystrosci nie umial nic na zadane pytania odpowiedziec i wreszcie po dlugiej chwili milczenia rzekl: - To sa chyba czary. - I ja tak sadzilem - odpowiedzial Winicjusz. - Nieraz wydawalo mi sie, ze oczarowano nas oboje. - A gdybys - rzekl Petroniusz - udal sie na przyklad do kaplanow Serapisa. Bez watpienia jest miedzy nimi, jak w ogole miedzy kaplanami, wielu oszustow, sa jednak tacy, ktorzy zglebili dziwne tajemnice. Lecz mowil to bez wiary i glosem niepewnym, sam bowiem czul, jak w ustach jego ta rada moze wydawac sie marna, a nawet smieszna. Winicjusz zas poczal trzec czolo - i mowil: - Czary!... Widzialem czarownikow, ktorzy podziemnych, nieznanych sil uzywali dla zysku, widzialem i takich, ktorzy uzywali ich na szkode swych nieprzyjaciol. Lecz chrzescijanie zyja w ubostwie, nieprzyjaciolom przebaczaja, glosza pokore, cnote i milosierdzie, co im tedy moze przyjsc z czarow i dlaczego mieliby je rzucac?... Petroniusza poczelo gniewac, iz rozum jego nie moze znalezc na nic odpowiedzi, nie chcac sie jednak do tego przyznac, odpowiedzial, byle dac jakakolwiek odpowiedz: - To nowa sekta... Po chwili zas rzekl: - Na boska mieszkanke pafijskich gajow, jak to wszystko psuje zycie! Ty podziwiasz dobroc i cnote tych ludzi, a ja ci powiadam, ze sa zli, gdyz sa nieprzyjaciolmi zycia, jak choroby i jak smierc sama. Dosyc ich mamy i tak! Nie potrzeba nam jeszcze chrzescijan. Policz tylko: choroby, cezar, Tygellinus, wiersze cezara, szewcy, ktorzy rzadza potomkami dawnych Kwirytow, wyzwolency, ktorzy zasiadaja w senacie. Na Kastora! Dosc tego! To jest zgubna i obrzydla sekta! Probowalzes otrzasnac sie z tych smutkow i uzyc troche zycia? - Probowalem - odpowiedzial Winicjusz. A Petroniusz rozsmial sie i rzekl: - Ach, zdrajco! Przez niewolnikow predko rozchodza sie wiadomosci: uwiodles mi Chryzotemis! Winicjusz kiwnal z niesmakiem reka. - W kazdym razie dziekuje ci - mowil Petroniusz. - Posle jej pare trzewikow naszywanych perlami; w moim jezyku milosnym znaczy to: "Odejdz". Winienem ci podwojna wdziecznosc: raz za to, ze nie przyjales Eunice, drugi raz, zes mnie uwolnil od Chryzotemis. Posluchaj mnie: widzisz przed soba czlowieka, ktory wstawal rano, kapal sie, ucztowal, posiadal Chryzotemis, pisywal satyry, a nawet czasem proze przeplatal wierszami, ale ktory nudzil sie jak cezar i czesto nie umial opedzic sie posepnym myslom. A czy wiesz, dlaczego tak bylo? Oto dlatego, zem szukal daleko tego, co bylo blisko... Kobieta piekna warta jest zawsze tyle zlota, ile wazy, ale kobieta, ktora przy tym kocha, nie ma wprost ceny. Tego nie kupisz za wszystkie skarby Werresa. Teraz mowie sobie oto, co nastepuje: napelniam zycie szczesciem jak puchar najprzedniejszym winem, jakie wydala ziemia, i pije, poki nie zmartwieje mi reka i nie pobledna usta. Co bedzie dalej, nie dbam, i oto jest moja najnowsza filozofia. - Wyznawales ja zawsze. Nic w niej nowego! - Jest w niej tresc, ktorej braklo. To rzeklszy zawolal Eunice, ktora weszla, ubrana w biala draperie, zlotowlosa, juz nie dawna niewolnica, ale jakby bogini milosci i szczescia. On zas otworzyl jej ramiona i rzekl: - Pojdz! Na to przybiegla ku niemu i siadlszy na jego kolanach oplotla mu ramionami szyje, glowe zas zlozyla na jego piersiach. Winicjusz widzial, jak z wolna policzki jej poczely sie pokrywac odblaskiem purpury, jak oczy zatapialy sie stopniowo we mgle. Razem tworzyli cudna grupe milosna i szczesliwa. Petroniusz siegnal reka do plaskiej wazy stojacej obok na stole i wydobywszy z niej pelna garsc fiolkow poczal obsypywac nimi glowe, piersi i stole Eunice, nastepnie obsunal tunike z jej ramion i rzekl: - Szczesliwy, kto jak ja znalazl milosc w takim zamknieta ksztalcie... Czasem wydaje mi sie, ze jestesmy dwojgiem bogow... Patrz sam: czy Praksyteles, czy Miron, czy Skopas lub Lizypp stworzyli kiedy cudniejsze linie? Czy na Paros lub w Pentelikonie istnieje podobny marmur, cieply, rozowy i rozkochany? Sa ludzie, ktorzy wycalowuja brzegi waz, lecz ja wole szukac rozkoszy tam, gdzie ja prawdziwie znalezc mozna. To rzeklszy poczal wodzic ustami po jej ramionach i szyi, ja zas przejmowalo drganie i oczy jej to zamykaly sie, to otwieraly z wyrazem niewyslowionej rozkoszy. Petroniusz podniosl po chwili swa wykwintna glowe i zwrociwszy sie do Winicjusza, rzekl: - A teraz pomysl, czym sa wobec tego twoi posepni chrzescijanie, i jesli nie zrozumiesz roznicy, to idz sobie do nich... Ale ten widok cie uleczy. Winicjusz rozdal nozdrza, przez ktore wchodzila won fiolkow, napelniajaca caly pokoj, i pobladl, pomyslal bowiem, ze gdyby mogl tak wodzic ustami po ramionach Ligii, to bylaby jakas swietokradzka rozkosz, tak wielka, ze potem niechby sie zapadl swiat. Lecz przywyklszy juz do predkiego uswiadamiania tego, co sie w nim dzieje, spostrzegl, ze i w tej chwili mysli o Ligii, tylko o niej. Petroniusz zas rzekl: - Eunice, kaz nam, boska, przygotowac wience na glowe i sniadanie. Potem, gdy odeszla, zwrocil sie do Winicjusza: - Chcialem ja wyzwolic, ona zas, wiesz, co mi odpowiedziala: "Wolalabym byc twoja niewolnica niz zona cezara". I nie chciala sie zgodzic. Wowczas wyzwolilem ja mimo jej wiedzy. Pretor zrobil to dla mnie, ze nie wymagal jej obecnosci. Ale ona nie wie o tym, jak rowniez nie wie, ze ten dom i wszystkie moje klejnoty, z wyjatkiem gemm, do niej beda nalezaly na wypadek mojej smierci. To rzeklszy wstal, przeszedl sie po pokoju i rzekl: - Milosc zmienia jednych wiecej, drugich mniej, ale zmienila i mnie. Niegdys lubilem zapach werweny, lecz poniewaz Eunice woli fiolki, wiec i ja polubilem je teraz nad wszystko, i od czasu jak wiosna nadeszla, oddychamy tylko fiolkami. Tu zatrzymal sie przed Winicjuszem i zapytal: - A ty? zawsze trzymasz sie nardu? - Daj mi pokoj! - odpowiedzial mlody czlowiek. - Ja chcialem, bys sie przypatrzyl Eunice, i mowie ci o niej dlatego, ze moze i ty szukasz daleko tego, co jest bliskie. Moze i dla ciebie bije gdzies w twoich niewolniczych cubiculach serce wierne i proste. Przyloz taki balsam na twe rany. Mowisz, ze Ligia cie kocha? Byc moze! Ale co to jest za milosc, ktora sie wyrzeka? Czy to nie znaczy, ze jest cos od niej silniejszego? Nie, drogi: Ligia to nie Eunice. Na to Winicjusz odrzekl: - Wszystko jest tylko jednym udreczeniem. Widzialem cie calujacego ramiona Eunice i pomyslalem wowczas, ze gdyby mi tak Ligia odkryla swoje, to niechby potem ziemia otworzyla sie pod nami! Ale na sama mysl o tym chwycil mnie jakis lek, jak gdybym porwal sie na westalke lub zamierzal pohanbic bostwo... Ligia to nie Eunice, tylko ze ja inaczej rozumiem te roznice niz ty. Tobie milosc zmienila nozdrza, wiec wolisz fiolki od werweny, a mnie zmienila dusze, wiec mimo mojej nedzy i zadzy wole, ze Ligia jest taka, jak jest, niz zeby byla podobna do innych. Petroniusz wzruszyl ramionami. - W takim razie nie dzieje ci sie krzywda. Ale ja tego nie rozumiem. A Winicjusz odpowiedzial goraczkowo: - Tak! tak!... My sie juz nie mozemy zrozumiec! Nastala znow chwila milczenia, po czym Petroniusz rzekl: - Niech Hades pochlonie twoich chrzescijan! Napelnili cie niepokojem i zniszczyli zmysl zycia. Niech ich Hades pochlonie! Mylisz sie mniemajac, ze to jest nauka dobroczynna, bo dobroczynnym jest to, co ludziom daje szczescie, to jest pieknosc, milosc i moc, oni zas nazywaja to marnoscia. Mylisz sie, ze sa sprawiedliwi, bo jesli za zle bedziemy placili dobrem, to czymze bedziemy placili za dobro? A przy tym jesli za to i za to jednaka zaplata, to po coz ludzie maja byc dobrzy? - Nie: zaplata nie jest jednaka, ale sie zaczyna, wedle ich nauki, w zyciu przyszlym, ktore nie jest doczesne. - W to sie nie wdaje, bo to dopiero zobaczymy, jesli cos mozna zobaczyc... bez oczu. Tymczasem sa to po prostu niedolegi. Ursus zadusil Krotona, bo ma czlonki ze spizu, ale to sa mazgaje, przyszlosc zas nie moze do mazgajow nalezec. - Zycie dla nich zaczyna sie wraz ze smiercia. - To jakby ktos powiedzial: dzien zaczyna sie razem z noca. Czy ty masz zamiar porwac Ligie? - Nie. Nie moge jej zlem za dobre placic i przysiaglem, ze tego nie uczynie. - Czy masz zamiar przyjac nauke Chrystusa? - Chce, ale moja natura jej nie znosi. - A potrafisz zapomniec o Ligii? - Nie. - To podrozuj. Niewolnicy dali w tej chwili znac, ze sniadanie gotowe, lecz Petroniusz, ktoremu zdawalo sie, ze wpadl na dobra mysl, mowil dalej w drodze do triclinium: - Zjezdziles kawal swiata, ale tylko jako zolnierz, ktory spieszy na miejsce przeznaczenia i nie zatrzymuje sie po drodze. Wybierz sie z nami do Achai. Cezar nie zarzucil dotad zamiaru podrozy. Bedzie sie zatrzymywal wszedzie po drodze, spiewal, zbieral wience, lupil swiatynie i wreszcie wroci jako tryumfator do Italii. Bedzie to cos jakby pochod Bachusa i Apollina w jednej osobie. Augustianie, augustianki, tysiace cytr - na Kastora! Warto to widziec, bo swiat nie widzial dotad niczego podobnego. Tu polozyl sie na lawce przed stolem, obok Eunice, a gdy niewolnik kladl mu na glowe wieniec z anemonow, mowil dalej: - Cos ty widzial w sluzbie Korbulona? Nic! Czys zwiedzal porzadnie swiatynie greckie, tak jak ja, ktory przeszlo dwa lata przechodzilem z rak jednego przewodnika do rak drugiego? Czys byl na Rodos ogladac miejsce, gdzie stal kolos? Czys widzial w Panopie, w Focydzie gline, z ktorej Prometeusz lepil ludzi, albo w Sparcie jaje, ktore zniosla Leda, albo w Atenach slawny pancerz sarmacki, zrobiony z kopyt konskich, albo na Eubei okret Agamemnona, albo czasze, dla ktorej za forme sluzyla lewa piers Heleny? Czys widzial Aleksandrie, Memfis, piramidy, wlos Izydy, ktory sobie wyrwala z zalu za Ozyrysem? Czys slyszal jek Memnona? Swiat jest szeroki i nie wszystko sie konczy na Zatybrzu! Ja bede towarzyszyl cezarowi, a potem, gdy bedzie wracal, opuszcze go i pojade na Cypr, bo ta zlotowlosa moja boginka zyczy sobie, bysmy razem ofiarowali w Pafos Cyprydzie golebie, a trzeba ci wiedziec, ze czego ona sobie zyczy, to sie staje. - Niewolnica twoja jestem - rzekla Eunice. On zas wsparl uwienczona glowe na jej lonie i rzekl z usmiechem: - Wiec jestem niewolnikiem niewolnicy. Podziwiam cie, boska, od stop do glow. Po czym zwrocil sie do Winicjusza: - Jedz z nami na Cypr. Przedtem jednak pamietaj, ze musisz widziec sie z cezarem. Zle, zes dotad u niego nie byl; Tygellinus gotow wyzyskac to na twoja niekorzysc. Nie ma on wprawdzie do ciebie osobistej nienawisci, jednakze nie moze cie kochac chocby dlatego, ze jestes moim siostrzencem... Powiemy, ze byles chory. Musimy sie namyslec, co masz mu odpowiedziec, jesli spyta cie o Ligie. Najlepiej machnij reka i powiedz mu, ze byla, poki ci sie nie znudzila. On to zrozumie. Powiedz mu rowniez, ze choroba zatrzymala cie w domu, ze goraczke powiekszylo zmartwienie, iz nie mogles byc w Neapolu i sluchac jego spiewu, a do zdrowia pomogla ci jedynie nadzieja, ze go uslyszysz. Nie lekaj sie przesadzic. Tygellinus zapowiada, ze wymysli dla cezara cos nie tylko wielkiego, ale i grubego... Boje sie jednak, by mnie nie podkopal. Boje sie takze twego usposobienia. - Czy wiesz - rzekl Winicjusz - ze sa ludzie, ktorzy sie cezara nie boja i zyja tak spokojnie, jakby go na swiecie nie bylo? - Wiem, kogo wymienisz: chrzescijan. - Tak. Oni jedni!... Nasze zas zycie czymze jest, jesli nie ciaglym strachem? - Daj mi pokoj z twoimi chrzescijanami. Nie boja sie cezara, bo on moze o nich i nie slyszal, a w kazdym razie nic o nich nie wie i tyle go oni obchodza, ile zwiedle liscie. A ja ci powiadam, ze to sa niedolegi, ze sam to czujesz i ze jesli twoja natura otrzasa sie na ich nauke, to wlasnie dlatego, ze czujesz ich niedolestwo. Tys czlowiek z innej gliny i dlatego daj sobie i mnie z nimi spokoj. Potrafimy zyc i umrzec, a co oni potrafia, to nie wiadomo. Winicjusza uderzyly te slowa i wrociwszy do siebie poczal rozmyslac, ze moze w istocie owa dobrotliwosc i milosierdzie chrzescijan dowodzi niedolestwa ich dusz. Zdawalo mu sie, ze ludzie majacy tegosc i hart nie umieliby tak przebaczac. Przyszlo mu do glowy, ze istotnie to moze byc powodem wstretu, jaki jego rzymska dusza odczuwa do tej nauki. "Potrafimy zyc i umrzec!" - mowil Petroniusz. A oni? Oni umieja tylko przebaczac, ale nie rozumieja ni prawdziwej milosci, ni prawdziwej nienawisci. Cezar wrociwszy do Rzymu zly byl, ze wrocil, i po kilku dniach juz zaplonal na nowo checia wyjazdu do Achai. Wydal nawet edykt, w ktorym oswiadczal, ze nieobecnosc jego nie potrwa dlugo i ze rzeczy publiczne na zadna szkode z tego powodu nie beda narazone. Za czym w towarzystwie augustianow, miedzy ktorymi znajdowal sie i Winicjusz, udal sie na Kapitol, by zlozyc bogom ofiary za pomyslna podroz. Lecz na drugi dzien, gdy z kolei odwiedzil przybytek Westy, zaszedl wypadek, ktory wplynal na zmiane wszystkich zamiarow. Nero nie wierzyl w bogow, ale bal sie ich, zwlaszcza zas tajemnicza Westa taka przejmowala go obawa, ze na widok bostwa i swietego ognia wlosy podniosly mu sie nagle z przerazenia, zwarly sie zeby, drzenie przebieglo po wszystkich czlonkach i osunal sie na rece Winicjusza, ktory wypadkiem znajdowal sie tuz za nim. Wyniesiono go natychmiast ze swiatyni i przeprowadzono na Palatyn, gdzie, lubo niebawem przyszedl zupelnie do siebie, nie opuszczal jednak loza przez caly dzien. Oswiadczyl tez, ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, ze zamiar wyjazdu odklada stanowczo do czasow pozniejszych, gdyz bostwo ostrzeglo go tajemnie przed pospiechem. W godzine pozniej gloszono juz publicznie ludowi po calym Rzymie, ze cezar widzac zasmucone twarze obywateli, powodowany miloscia ku nim, jako ojciec ku dzieciom, zostaje z nimi, by dzielic ich uciechy i dole. Lud, uradowany z postanowienia, a zarazem pewien, ze nie chybia igrzyska i rozdawnictwo zboza, zebral sie tlumnie przed brama Palatynska, wydajac okrzyki na czesc boskiego cezara, ow zas przerwal gre w kosci, w ktora sie zabawial z augustianami, i rzekl: - Tak, trzeba bylo odlozyc; Egipt i wladztwo nad Wschodem wedle przepowiedni nie moze mnie minac, wiec i Achaja mi nie przepadnie. Kaze przekopac istm koryncki, a w Egipcie wzniesiem takie pomniki, przy ktorych piramidy wydadza sie igraszka dziecinna. Kaze zbudowac Sfinksa wiekszego siedem razy od tego, ktory kolo Memfis patrzy w pustynie, ale kaze mu dac twarz moja. Wieki potomne beda mowily tylko o tym pomniku i o mnie. - Zbudowales sobie juz pomnik swymi wierszami, wiekszy nie siedem, ale trzy razy po siedem od piramidy Cheopsa - rzekl Petroniusz. - A spiewem? - spytal Nero. - Niestety! Gdyby to umiano zbudowac ci taki posag jak posag Memnona, ktory by odzywal sie twoim glosem o wschodzie slonca! Morza przylegle Egiptowi roilyby sie po wiek wiekow od okretow, na ktorych tlumy z trzech czesci swiata wsluchiwalyby sie w piesn twoja. - Niestety, ktoz to potrafi? - rzekl Nero. - Ale mozesz kazac wyciac z bazaltu siebie powozacego kwadryga. - Prawda! Uczynie to! - Uczynisz podarek ludzkosci. - W Egipcie zaslubie tez Lune, ktora jest wdowa, i bede naprawde bogiem. - A nam dasz na zony gwiazdy, my zas utworzymy nowa konstelacje, ktora bedzie sie zwala konstelacja Nerona. Witeliusza jednak ozen z Nilem, aby plodzil hipopotamy. Tygellinowi podaruj pustynie, bedzie wowczas krolem szakalow... - A mnie co przeznaczasz? - spytal Watyniusz. - Niech cie Apis blogoslawi! Wyprawiles nam tak wspaniale igrzyska w Benewencie, ze nie moge ci zle zyczyc: zrob pare butow Sfinksowi, ktoremu lapy dretwieja w czasie ros nocnych, a potem bedziesz robil obuwie dla kolosow tworzacych aleje przed swiatyniami. Kazdy tam znajdzie odpowiednie zajecie. Domicjusz Afer na przyklad zostanie skarbnikiem, jako znany z uczciwosci. Lubie, cezarze, gdy marzysz o Egipcie, i smuci mnie to, zes odlozyl zamiar wyjazdu. Nero zas rzekl: - Wasze smiertelne oczy nic nie widzialy, bo bostwo czyni sie niewidzialnym, dla kogo zechce. Wiedzcie, ze gdym byl w swiatyni Westy, ona sama stanela kolo mnie i rzekla mi w ucho: "Odloz wyjazd". Stalo sie to tak niespodziewanie, zem sie przerazil, choc za taka widoczna opieke bogow nade mna powinien bym im byc wdzieczny. - Wszyscysmy sie przerazili - rzekl Tygellinus - a westalka Rubria zemdlala. - Rubria! - rzekl Nero. - Jaka ona ma sniezna szyje. - Lecz sie rumieni na twoj widok, boski cezarze... - Tak! Zauwazylem to i ja. To dziwne! Westalka! Jest cos boskiego w kazdej westalce, a Rubria jest bardzo piekna. Tu zamyslil sie na chwile, po czym zapytal: - Powiedzcie mi, dlaczego Westy ludzie sie wiecej boja niz innych bogow? Co w tym jest? Ot, mnie samego lek ogarnal, chociaz jestem najwyzszym kaplanem. Pamietam tylko, ze padlem na wznak i bylbym runal na ziemie, gdyby mnie ktos nie podtrzymal. Kto mnie podtrzymal? - Ja - odrzekl Winicjusz. - Ach, ty "srogi Aresie"? Czemu nie byles w Benewencie? Mowiono mi, zes chory, i istotnie twarz masz zmieniona. Ale! Slyszalem, ze Kroto chcial cie zamordowac? Czy to prawda? - Tak jest - i zlamal mi ramie, ale sie obronilem. - Zlamanym ramieniem? - Pomogl mi pewien barbarzynca, ktory byl od Krotona silniejszy. Nero spojrzal na niego ze zdziwieniem. - Silniejszy od Krotona? Chyba zartujesz? Kroto byl najsilniejszy z ludzi, a teraz jest Syfaks z Etiopii. - Mowie ci, cezarze, com widzial na wlasne oczy. - Gdziez jest ta perla? Czy nie zostal krolem Nemorenskim? - Nie wiem, cezarze. Stracilem go z oczu. - Nie wiesz nawet, z jakiego narodu? - Mialem zlamana reke, wiec nie moglem sie o nic go wypytac. - Poszukaj mi go i znalez. Na to Tygellinus rzekl: - Ja sie tym zajme. Lecz Nero mowil dalej do Winicjusza: - Dziekuje ci, zes mnie podtrzymal. Moglem, padlszy, rozbic glowe. Niegdys dobry byl z ciebie towarzysz, ale od czasu wojny i sluzby pod Korbulonem zdziczales jakos i rzadko cie widuje. Po czym pomilczawszy chwile rzekl: - Jak sie ma owa dziewczyna... za waska w biodrach... w ktorej sie kochales i ktora odebralem Aulusom dla ciebie?... Winicjusz zmieszal sie, lecz Petroniusz w tej chwili przyszedl mu z pomoca: - Zaloze sie, panie - rzekl - ze zapomnial. Czy widzisz jego zmieszanie? Pytaj go o to, ile ich bylo od tego czasu, a nie recze, czy i na to potrafi odpowiedziec. Z Winicjuszow dobrzy zolnierze, ale lepsze jeszcze koguty. Trzeba im stada. Ukarz go za to, panie, i nie zapros go na uczte, jaka nam Tygellinus obiecuje wyprawic na twoja czesc na stawie Agryppy. - Nie, nie uczynie tego. Ufam Tygellinowi, ze tam wlasnie stada nie zabraknie. - Mialozby braknac Charytek tam, gdzie bedzie Amor? - odpowiedzial Tygellin. Lecz Nero rzekl: - Nuda mnie dreczy! Zostalem z woli bogini w Rzymie, ale go nie moge znosic. Wyjade do Ancjum. Dusze sie w tych ciasnych ulicach, wsrod tych walacych sie domow, wsrod tych plugawych zaulkow. Smrodliwe powietrze zalatuje az tu, do mego domu i do moich ogrodow. Ach, gdyby trzesienie ziemi zniszczylo Rzym, gdyby jaki rozgniewany bog zrownal go z ziemia, dopiero pokazalbym wam, jak powinno sie budowac miasto, ktore jest glowa swiata i moja stolica. - Cezarze - odpowiedzial Tygellinus - mowisz: "Gdyby jaki rozgniewany bog zniszczyl miasto" - czy tak? - Tak! Wiec coz? - Alboz nie jestes bogiem? Nero machnal reka z wyrazem znuzenia, po czym rzekl: - Zobaczymy, co nam urzadzisz na stawach Agryppy. Potem wyjade do Ancjum. Wy wszyscy jestescie mali, wiec nie rozumiecie, ze mi potrzeba rzeczy wielkich. To powiedziawszy przymknal oczy dajac w ten sposob znac, ze potrzebuje spoczynku. Jakoz augustianie poczeli sie rozchodzic. Petroniusz wyszedl z Winicjuszem i rzekl mu: - Jestes wiec wezwany do udzialu w zabawie. Miedzianobrody wyrzekl sie podrozy, ale natomiast bedzie szalal wiecej niz kiedykolwiek i rozposcieral sie w miescie jak we wlasnym domu. Staraj sie i ty znalezc w szalenstwach rozrywke i zapomnienie. U licha! Podbilismy przecie swiat i mamy prawo sie bawic. Ty, Marku, jestes bardzo pieknym chlopcem i temu w czesci przypisuje slabosc, jaka mam do ciebie. Na Diane efeska! Gdybys ty mogl widziec swoje zrosniete brwi i swoja twarz, w ktorej znac stara krew Kwirytow! Tamci wygladaja przy tobie jak wyzwolency. Tak jest! Gdyby nie ta dzika nauka, Ligia bylaby dzis w domu twoim. Probujze mi jeszcze dowodzic, ze to nie sa nieprzyjaciele zycia i ludzi... Obeszli sie z toba dobrze, wiec mozesz byc im wdzieczny, ale na twoim miejscu znienawidzilbym te nauke, a szukal rozkoszy tam, gdzie ja znalezc mozna. Jestes pieknym chlopcem, powtarzam ci, a Rzym roi sie od rozwodek. - Dziwie sie tylko, ze cie to wszystko jeszcze nie meczy - odpowiedzial Winicjusz. - Kto ci to powiedzial? Mnie meczy to od dawna, ale ja nie mam twoich lat. Ja zreszta mam inne zamilowania, ktorych tobie brak. Lubie ksiazki, ktorych ty nie lubisz, lubie poezje, ktora cie nudzi, lubie naczynia, gemmy i mnostwo rzeczy, na ktore ty nie patrzysz, mam bole w krzyzu, ktorych ty nie miewasz, i wreszcie znalazlem Eunice, ty zas nic podobnego nie znalazles... Mnie dobrze w domu, wsrod arcydziel, z ciebie zas nigdy nie zrobie estety. Ja wiem, ze w zyciu nic juz wiecej nie znajde nad to, com znalazl, ty sam nie wiesz, ze ciagle jeszcze spodziewasz sie i szukasz. Gdyby na ciebie smierc przyszla, przy calej twej odwadze i wszystkich smutkach umarlbys ze zdziwieniem, ze juz trzeba swiat opuscic, ja zas przyjalbym ja jako koniecznosc z tym przeswiadczeniem, ze nie ma na calym swiecie takich jagod, ktorych bym nie sprobowal. Nie spiesze sie, ale tez nie bede sie ociagal, postaram sie tylko, by mi bylo do ostatka wesolo. Sa na swiecie weseli sceptycy. Stoicy sa dla mnie glupcami, ale stoicyzm przynajmniej hartuje, twoi zas chrzescijanie wprowadzaja na swiat smutek, ktory jest tym w zyciu, czym deszcz w naturze. Czy wiesz, czegom sie dowiedzial? - Oto ze w czasie uroczystosci, ktore wyprawi Tygellin, na brzegach stawu Agryppy stana lupanaria, a w nich zebrane beda kobiety z najpierwszych domow w Rzymie. Czyz nie znajdzie sie choc jedna dosc piekna, by mogla cie pocieszyc? Beda i dziewice, ktore po raz pierwszy na swiat wystapia... jako nimfy. Takie nasze cesarstwo rzymskie... Cieplo juz! Poludniowy wiatr ogrzeje wody i nie spryszczy nagich cial. A ty, Narcyzie, wiedz o tym, ze nie znajdzie sie ani jedna, ktora by ci sie oparla. Ani jedna - chocby byla westalka. Winicjusz poczal sie uderzac w glowe dlonia jak czlowiek zajety wiecznie jedna mysla. - Trzebaz szczescia, zebym na taka jedyna trafil... - A ktoz to sprawil, jesli nie chrzescijanie!... Ale ludzie, ktorych godlem jest krzyz, nie moga byc inni. Sluchaj mnie: Grecja byla piekna i stworzyla madrosc swiata, my stworzylismy sile, a co, jak myslisz, moze stworzyc ta nauka? Jesli wiesz, to objasnij mnie, bo, na Polluksa, nie moge sie domyslec. Winicjusz wzruszyl ramionami. - Zdawaloby sie, iz boisz sie, abym nie zostal chrzescijaninem. - Boje sie, bys sobie zycia nie popsul. Jesli nie potrafisz byc Grecja, badz Rzymem: wladaj i uzywaj! Szalenstwa nasze maja dlatego pewien sens, ze w nich tkwi taka wlasnie mysl. Miedzianobrodym pogardzam, bo jest blaznem-Grekiem. Gdyby sie mial za Rzymianina, przyznalbym mu, ze ma slusznosc pozwalajac sobie na szalenstwa. Przyrzecz mi, ze jesli teraz wrociwszy do domu zastaniesz jakiego chrzescijanina, pokazesz mu jezyk. Jesli to bedzie Glaukus lekarz, to sie nawet nie zdziwi. Do widzenia na stawie Agryppy. Pretorianie okrazali gaje rosnace po brzegach stawu Agryppy, aby zbyt wielkie tlumy widzow nie przeszkadzaly cezarowi i jego gosciom, gdyz i tak mowiono, ze co tylko bylo w Rzymie odznaczajacego sie bogactwem, umyslem lub pieknoscia, stawilo sie na owa uczte, ktora nie miala rownej sobie w dziejach miasta. Tygellinus chcial wynagrodzic cezarowi odlozona podroz do Achai, a zarazem przewyzszyc wszystkich, ktorzy kiedykolwiek podejmowali Nerona, i dowiesc mu, ze nikt go tak zabawic nie potrafi. W tym celu, jeszcze bawiac przy cezarze w Neapolis, a potem w Benewencie, czynil przygotowania i wysylal rozkazy, by z najodleglejszych krancow swiata sprowadzono zwierzeta, ptaki, rzadkie ryby i rosliny, nie pomijajac naczyn i tkanin, ktore mialy uczte uswietnic. Dochody z calych prowincji szly na zaspokojenie szalonych pomyslow, lecz na to potezny faworyt nie potrzebowal sie ogladac. Wplyw jego wzrastal z dniem kazdym. Tygellinus moze nie byl jeszcze Neronowi milszy od innych, ale stawal sie coraz niezbedniejszym. Petroniusz przewyzszal go nieskonczenie polorem, umyslem, dowcipem i w rozmowach lepiej umial bawic cezara, ale na swoje nieszczescie przewyzszal w tym i cezara, wskutek czego budzil jego zazdrosc. Nie umial tez byc poslusznym we wszystkim narzedziem i cezar bal sie jego zdania, gdy chodzilo o rzeczy smaku. Z Tygellinem zas nie czul sie nigdy skrepowanym. Sama nazwa: arbiter elegantiarum, jaka nadawano Petroniuszowi, draznila milosc wlasna Nerona, ktoz bowiem, jesli nie on sam, powinien ja nosic? Tygellinus mial jednak tyle rozumu, iz zdawal sobie sprawe ze swych brakow, a widzac, ze nie moze isc w zawody ani z Petroniuszem, ani z Lukanem, ani z innymi, ktorych wyroznialo czy to urodzenie, czy talenty, czy nauka - postanowil zgasic ich podatnoscia swych sluzb, a przede wszystkim zbytkiem takim, zeby i wyobraznia Nerona zostala nim uderzona. Uczte wiec kazal zastawic na olbrzymiej tratwie zbudowanej z pozloconych belek. Brzegi jej przybrane byly w przepyszne konchy, polawiane w Morzu Czerwonym i w Oceanie Indyjskim, grajace kolorami perel i teczy. Boki byly pokryte kepami palm, gaikami lotosow i roz rozkwitlych, wsrod ktorych ukryto fontanny tryskajace wonnosciami, posagi bogow i zlote lub srebrne klatki napelnione roznokolorowym ptactwem. W srodku wznosil sie olbrzymi namiot albo raczej, dla niezaslaniania widoku, tylko wierzch namiotu z syryjskiej purpury, wsparty na srebrnych slupkach, pod nim zas blyszczaly jak slonca stoly przygotowane dla biesiadnikow, obciazone szklem aleksandryjskim, krysztalem i naczyniami wprost bez ceny, zlupionymi w Italii, Grecji i Azji Mniejszej. Tratwa, majaca z powodu nagromadzonych na niej roslin pozor wyspy i ogrodu, polaczona byla sznurami ze zlota i purpury z lodziami w ksztalcie ryb, labedzi, mew i flamingow, w ktorych przy kolorowych wioslach siedzieli nadzy wioslarze i wioslarki, o ksztaltach i rysach cudnej pieknosci, z wlosami utrefionymi na sposob wschodni lub ujetymi w zlote siatki. Gdy Nero, przybywszy z Poppea i augustianami, przybil do glownej tratwy i zasiadl pod purpurowym namiotem, lodzie owe poruszyly sie, wiosla poczely uderzac wode, wyprezyly sie zlote sznury i tratwa wraz z uczta i goscmi poczela sie poruszac i opisywac kregi po stawie. Otoczyly ja tez inne lodzie i inne mniejsze tratwy, pelne cytrzystek i harfiarek, ktorych rozowe ciala, na tle blekitu nieba i wody i w odblaskach od zlotych instrumentow, zdawaly sie wsiakac w siebie owe blekity i odblaski, mienic sie i kwitnac jak kwiaty. Z gajow pobrzeznych, z dziwacznych budynkow, powznoszonych umyslnie i poukrywanych wsrod gestwy, ozwaly sie takze odglosy muzyki i spiewu. Zabrzmiala okolica, zabrzmialy gaje, echa rozniosly dzwiek rogow i trab. Sam cezar, majac po jednej stronie Poppee, po drugiej Pitagorasa, podziwial i zwlaszcza gdy miedzy lodziami pojawily sie mlode niewolnicze dziewczeta poprzebierane za syreny, pokryte zielona siatka nasladujaca luske, nie szczedzil pochwal Tygellinowi. Z przyzwyczajenia spogladal jednak na Petroniusza, chcac poznac zdanie "arbitra", lecz ow zachowywal sie przez dlugi czas obojetnie i dopiero wrecz zapytany odrzekl: - Ja sadze, panie, ze dziesiec tysiecy obnazonych dziewic czyni mniejsze wrazenie niz jedna. Cezarowi podobala sie jednak "plywajaca uczta", albowiem byla czyms nowym. Podawano zreszta, jak zwykle, tak wyszukane potrawy, ze i wyobraznia Apicjusza omdlalaby na ich widok, i wina w tylu gatunkach, ze Othon, ktory podawal ich osiemdziesiat, skrylby sie pod wode ze wstydu, gdyby mogl widziec ow przepych. Do stolu procz kobiet zasiedli sami augustianie, wsrod ktorych Winicjusz gasil wszystkich pieknoscia. Niegdys postac i twarz jego zbyt znamionowaly zolnierza z zawodu, teraz troski wewnetrzne i bol fizyczny, przez ktory przeszedl, wyrzezbily tak jego rysy, jakby przeszla po nich delikatna reka mistrza rzezbiarza. Plec jego stracila dawna sniadosc, lecz zostaly jej zlotawe polyski numidyjskiego marmuru. Oczy staly sie wieksze, smutniejsze. Tylko tors jego zachowal dawne potezne formy, jakby stworzone do pancerza, lecz nad tym torsem legionisty widniala glowa greckiego boga albo przynajmniej wyrafinowanego patrycjusza, zarazem subtelna i przepyszna. Petroniusz mowiac mu, ze zadna z augustianek i nie potrafi, i nie zechce mu sie oprzec, mowil jak czlowiek doswiadczony. Patrzyly na niego teraz wszystkie, nie wyjmujac Poppei ani westalki Rubrii, ktora cezar zyczyl sobie miec na uczcie. Wina, mrozone w sniegach z gor, wkrotce rozgrzaly serca i glowy biesiadnikow. Z gestwiny pobrzeznej wysuwaly sie coraz nowe lodki o ksztaltach konikow polnych i latek. Blekitna szyba stawu wygladala, jakby ja kto przyrzucil platkami kwiatow lub jakby ja poobsiadaly motyle. Nad lodziami unosily sie tu i owdzie poprzywiazywane na srebrnych i niebieskich niciach lub sznurkach golebie i inne ptaki z Indii i Afryki. Slonce przebieglo juz wieksza czesc nieba, ale dzien, lubo uczta odbywala sie w poczatkach maja, byl cieply, a nawet upalny. Staw kolysal sie od uderzen wiosel, ktore bily ton w takt muzyki, lecz w powietrzu nie bylo najmniejszego tchnienia wiatru i gaje staly nieruchome, jakby zasluchane i zapatrzone w to, co dzialo sie na wodzie. Tratwa krazyla wciaz po stawie wiozac coraz bardziej pijanych i wrzaskliwych biesiadnikow. Jeszcze uczta nie dobiegla do polowy, gdy nie pilnowano juz porzadku, w jakim wszyscy zasiedli przy stole. Sam cezar dal przyklad, wstawszy bowiem kazal ustapic Winicjuszowi, ktory spoczywal przy Rubrii westalce, i zajawszy jego triclinium poczal jej szeptac cos do ucha. Winicjusz znalazl sie przy Poppei, ktora po chwili wyciagnela don ramie proszac, by zapial jej rozluzniony naramiennik, a gdy uczynil to troche drzacymi rekoma, rzucila mu spod swoich dlugich rzes spojrzenie jakby zawstydzone i potrzasnela swa zlota glowa, niby czemus przeczac. Tymczasem slonce stalo sie wieksze, czerwiensze i z wolna staczalo sie za szczyty gajow; goscie byli po wiekszej czesci zupelnie pijani. Tratwa krazyla teraz blisko brzegow, na ktorych wsrod kep drzew i kwiatow widac bylo grupy ludzi poprzebieranych za faunow lub za satyrow, grajacych na fletniach, multankach i bebenkach, oraz grupy dziewczat przedstawiajacych nimfy, driady i hamadriady. Mrok zapadl wreszcie wsrod pijanych okrzykow na czesc Luny, dochodzacych spod namiotu; wowczas gaje zaswiecily tysiacem lamp. Z lupanariow, stojacych po brzegach, poplynely roje swiatla: na tarasach ukazaly sie nowe grupy, rowniez obnazone, skladajace sie z zon i corek pierwszych domow rzymskich. Te glosem i wyuzdanymi ruchami poczely przyzywac biesiadnikow. Tratwa przybila wreszcie do brzegu, cezar i augustianie wypadli do gajow, rozproszyli sie w lupanariach, w namiotach ukrytych wsrod gestwy, w grotach sztucznie urzadzonych wsrod zrodel i fontann. Szal ogarnal wszystkich; nikt nie wiedzial, gdzie podzial sie cezar, kto jest senatorem, kto rycerzem, kto skoczkiem lub muzykiem. Satyry i fauny poczely gonic z krzykiem za nimfami. Bito tyrsami w lampy, by je pogasic. Niektore czesci gajow ogarnela ciemnosc. Wszedzie jednak slychac bylo to glosne krzyki, to smiechy, to szept, to zdyszany oddech ludzkich piersi. Rzym istotnie nie widzial dotad nic podobnego. Winicjusz nie byl pijany jak na owej uczcie w palacu cezara, na ktorej byla Ligia, ale i jego olsnil i upoil widok wszystkiego, co sie dzialo, a wreszcie ogarnela go goraczka rozkoszy. Wypadlszy do lasu, biegl razem z innymi, upatrujac, ktora z driad wyda mu sie najpiekniejsza. Co chwila przelatywaly kolo niego ze spiewem i okrzykami coraz nowe ich stada, gonione przez faunow, satyrow, senatorow, rycerzy i przez odglosy muzyki. Ujrzawszy nareszcie orszak dziewic prowadzony przez jedna, przybrana za Diane, skoczyl ku niemu chcac blizej spojrzec na boginie i nagle serce zamarlo mu w piersiach. Oto zdawalo mu sie, ze w bogini z ksiezycem na glowie poznaje Ligie. One zas otoczyly go szalonym korowodem, a po chwili, chcac go widocznie sklonic do poscigu, pierzchly jak stado sarn. Lecz on zostal na miejscu z bijacym sercem, bez oddechu, bo jakkolwiek rozpoznal, ze Diana nie byla Ligia i z bliska nie byla nawet do niej podobna, zbyt silne wrazenie pozbawilo go sil. Nagle ogarnela go tesknota za Ligia tak niezmierna, jakiej nigdy w zyciu nie doswiadczal, i milosc do niej naplynela mu nowa ogromna fala do piersi. Nigdy nie wydala mu sie drozsza, czystsza i bardziej umilowana jak w tym lesie szalu i dzikiej rozpusty. Przed chwila sam chcial pic z tego kielicha i wziac udzial w owym rozpetaniu zmyslow i bezwstydu, teraz przejal go wstret i obrzydzenie. Poczul, ze dusi go ohyda, ze piersiom potrzeba powietrza, a oczom gwiazd nie zacmionych przez gestwe tego strasznego gaju, i postanowil uciekac. Lecz zaledwie ruszyl, stanela przed nim jakas postac z glowa owinieta w zaslone i wsparlszy sie dlonmi na jego ramionach, poczela szeptac oblewajac mu goracym tchnieniem twarz: - Kocham cie!... Pojdz! Nikt nas nie ujrzy. Spiesz sie! Winicjusz obudzil sie jakby ze snu: - Ktos ty? Lecz ona wsparla sie na nim piersia i poczela nalegac: - Spiesz sie! Patrz, jak tu pusto, a ja cie kocham. Pojdz! - Ktos ty? - powtorzyl Winicjusz. - Zgadnij!... To rzeklszy przycisnela przez zaslone usta do jego ust, ciagnac jednoczesnie ku sobie jego glowe, az wreszcie, gdy jej zbraklo oddechu, oderwala od niego twarz. - Noc milosci!... noc zapamietania! - mowila chwytajac szybko powietrze. - Dzis wolno... Masz mnie! Lecz Winicjusza sparzyl ow pocalunek i napelnil go nowym obrzydzeniem. Dusza i serce jego byly gdzie indziej i na calym swiecie nie istnialo dla niego nic procz Ligii. Wiec odsunawszy reka zakwefiona postac rzekl: - Ktokolwiek jestes, kocham inna i nie chce cie. A ona znizyla ku niemu glowe: - Uchyl zaslony. Lecz w tej chwili zaszelescily liscie pobliskich mirtow; postac znikla jak senne widziadlo, tylko z daleka rozlegl sie jej smiech, jakis dziwny i zlowrogi. Petroniusz stanal przed Winicjuszem. - Slyszalem i widzialem - rzekl. Winicjusz zas odpowiedzial: - Pojdzmy stad!... I poszli. Mineli gorejace swiatlem lupanaria, gaj, lancuch konnych pretorianow i odnalezli lektyki. - Wstapie do ciebie - rzekl Petroniusz. I wsiedli razem. Lecz przez droge milczeli obaj. Dopiero gdy znalezli sie w atrium Winicjuszowego domu, Petroniusz rzekl: - Czy wiesz, kto to byl? - Rubria? - spytal Winicjusz wstrzasnawszy sie na sama mysl, ze Rubria byla westalka. - Nie. - Wiec kto? Petroniusz znizyl glos: - Ogien Westy zostal splugawiony, bo Rubria byla z cezarem. Z toba zas mowila... Tu dokonczyl jeszcze ciszej: - Diva Augusta. Nastala chwila milczenia. - Cezar - rzekl Petroniusz - nie umial ukryc przy niej swej zadzy do Rubrii, wiec moze chciala sie zemscic, a ja przeszkodzilem wam dlatego, ze gdybys poznawszy Auguste odmowil jej, to bylbys zgubiony bez ratunku: ty, Ligia, a moze i ja. Lecz Winicjusz wybuchnal: - Mam dosyc Rzymu, cezara, uczt, Augusty, Tygellina i was wszystkich! Dusze sie! Nie moge tak zyc, nie moge! Rozumiesz mnie? - Tracisz glowe, sad, miare!... Winicjuszu! - Kocham ja jedna w swiecie! - Wiec co? - Wiec nie chce innej milosci, nie chce waszego zycia, waszych uczt, waszego bezwstydu i waszych zbrodni! - Co sie z toba dzieje? Czys ty chrzescijanin? A mlody czlowiek objal rekoma glowe i poczal powtarzac jakby z rozpacza: - Jeszcze nie! Jeszcze nie! Petroniusz odszedl do domu wzruszajac ramionami i niezadowolony mocno. Spostrzegl teraz i on, ze przestali sie z Winicjuszem rozumiec i ze dusze ich rozbiegly sie zupelnie. Niegdys Petroniusz mial nad mlodym zolnierzem ogromny wplyw. Byl mu we wszystkim wzorem i czesto kilka ironicznych slow z jego strony wystarczalo, by Winicjusza od czegos powstrzymac lub do czegos popchnac. Obecnie nie zostalo z tego nic, tak dalece, ze Petroniusz nie probowal nawet dawnych sposobow, czujac, ze jego dowcip i ironia zeslizna sie bez zadnego skutku po nowych pokladach, jakie na dusze Winicjusza nalozyla milosc i zetkniecie sie z niepojetym swiatem chrzescijanskim. Doswiadczony sceptyk rozumial, ze stracil klucz do tej duszy. Przejmowalo go tez to niezadowoleniem, a nawet i obawa, ktora spotegowaly jeszcze wypadki tej nocy. "Jesli to ze strony Augusty nie przemijajace zachcenie, lecz trwalsza zadza - myslal Petroniusz - to bedzie jedno z dwojga: albo Winicjusz jej sie nie oprze i moze byc przez lada wypadek zgubiony, albo, co dzis do niego podobne, oprze sie i w takim razie bedzie zgubiony na pewno, a z nim moge byc i ja, chocby dlatego, ze jestem jego krewnym i ze Augusta, objawszy niechecia cala rodzine, przerzuci wage swego wplywu na strone Tygellina..." I tak, i tak bylo zle. Petroniusz byl czlowiekiem odwaznym i smierci sie nie bal, ale nie spodziewajac sie od niej niczego, nie chcial jej wywolywac. Po dlugim namysle postanowil wreszcie, ze najlepiej i najbezpieczniej bedzie wyprawic Winicjusza z Rzymu w podroz. Ach, gdyby mogl dac mu w dodatku na droge Ligie, bylby to z radoscia uczynil. Lecz i tak spodziewal sie, ze nie bedzie mu go zbyt trudno namowic. Wowczas rozpuscilby na Palatynie wiesc o chorobie Winicjusza i odsunalby niebezpieczenstwo zarowno od niego jak i od siebie. Augusta ostatecznie nie wiedziala, czy byla przez Winicjusza poznana; mogla przypuszczac, ze nie, wiec jej milosc wlasna dotychczas niezbyt ucierpiala. Inaczej moglo byc jednak w przyszlosci i nalezalo temu zapobiec. Petroniusz chcial przede wszystkim wygrac na czasie, rozumial bowiem, ze skoro raz cezar ruszy do Achai, wowczas Tygellinus, ktory sie na niczym z zakresu sztuki nie rozumial, zejdzie na drugi plan i straci swoj wplyw. W Grecji Petroniusz pewien byl zwyciestwa nad wszystkimi wspolzawodnikami. Tymczasem postanowil czuwac nad Winicjuszem i zachecac go do podrozy. Przez kilkanascie dni rozmyslal nawet nad tym, ze gdyby wyrobil u cezara edykt, wypedzajacy chrzescijan z Rzymu, to Ligia opuscilaby go razem z innymi wyznawcami Chrystusa, a za nia i Winicjusz. Wowczas nie potrzeba by go namawiac. Sama zas rzecz byla mozliwa. Wszakze nie tak dawno jeszcze, gdy Zydzi wszczeli rozruchy z nienawisci do chrzescijan, Klaudiusz cezar, nie umiejac odroznic jednych od drugich, wypedzil Zydow. Czemu by zatem Nero nie mial wypedzic chrzescijan? W Rzymie byloby przestronniej. Petroniusz po owej "plywajacej uczcie" widywal codziennie Nerona i na Palatynie, i w innych domach. Podsunac mu podobna mysl bylo latwo, bo cezar nie opieral sie nigdy namowom przynoszacym komus zgube lub szkode. Po dojrzalym zastanowieniu Petroniusz ulozyl sobie caly plan. Oto wyprawi u siebie uczte i na niej skloni cezara do wydania edyktu. Mial nawet nieplonna nadzieje, ze cezar jemu powierzy wykonanie. Wowczas wyprawilby Ligie, ze wszystkimi naleznymi kochance Winicjusza wzgledami, na przyklad do Baiae i niechby sie tam kochali i bawili w chrzescijanstwo, ile by im sie podobalo. Tymczasem odwiedzal Winicjusza czesto, raz dlatego, ze przy calym swym rzymskim egoizmie nie mogl sie pozbyc przywiazania do niego, a po wtore, by namawiac go do podrozy. Winicjusz udawal chorego i nie pokazywal sie na Palatynie, gdzie co dzien powstawaly inne zamiary. Pewnego dnia wreszcie Petroniusz uslyszal z wlasnych ust cezara, ze wybiera sie stanowczo za trzy dni do Ancjum, i zaraz nazajutrz poszedl zawiadomic o tym Winicjusza. Lecz ow pokazal mu liste osob zaproszonych do Ancjum, ktora rano przyniosl mu wyzwoleniec cezara. - Jest na niej moje nazwisko - rzekl - jest i twoje. Wrociwszy zastaniesz taka sama u siebie. - Gdyby mnie nie bylo miedzy zaproszonymi - odpowiedzial Petroniusz - to by znaczylo, ze trzeba umrzec, nie spodziewam sie zas, by to nastapilo przed podroza do Achai. Bede tam Neronowi zbyt potrzebny. Po czym przejrzawszy liste rzekl: - Ledwosmy przybyli do Rzymu, trzeba znow opuscic dom i wlec sie do Ancjum. Ale trzeba! Bo to nie tylko zaproszenie, to zarazem rozkaz. - A gdyby kto nie posluchal? - Dostalby innego rodzaju wezwanie: by sie wybral w znacznie dluzsza podroz, w taka, z ktorej sie nie wraca. Co za szkoda, zes nie posluchal mojej rady i nie wyjechal, poki byl czas. Teraz musisz do Ancjum. - Teraz musze do Ancjum... Patrzze, w jakich my czasach zyjemy i jakimi podlymi jestesmy niewolnikami. - Czys to dzis dopiero spostrzegl? - Nie. Ale widzisz, tys mi dowodzil, ze nauka chrzescijanska jest nieprzyjaciolka zycia, bo naklada na nie wiezy. A czyz moga byc twardsze niz te, ktore nosimy? Tys mowil: "Grecja stworzyla madrosc i pieknosc, a Rzym moc". Gdziez nasza moc? - Zawolaj sobie Chilona. Nie mam dzis zadnej ochoty do filozofowania. Na Herkulesa! Nie ja stworzylem te czasy i nie ja za nie odpowiadam. Mowmy o Ancjum. Wiedz, ze czeka cie tam wielkie niebezpieczenstwo i ze lepiej by moze bylo dla ciebie zmierzyc sie z tym Ursusem, ktory zdlawil Krotona, niz tam jechac, a jednak nie mozesz nie jechac. Winicjusz skinal niedbale dlonia i rzekl: - Niebezpieczenstwo! My wszyscy brodzimy w mroku smierci i co chwila jakas glowa zanurza sie w ow mrok. - Czy mam ci wyliczac wszystkich, ktorzy mieli troche rozumu i dlatego mimo czasow Tyberiusza, Kaliguli, Klaudiusza i Nerona dozyli osiemdziesieciu lub dziewiecdziesieciu lat? Niech ci za przyklad posluzy chocby tylko taki Domicjusz Afer. Ten zestarzal sie spokojnie, choc cale zycie byl zlodziejem i lotrem. - Moze dlatego! Moze wlasnie dlatego! - odpowiedzial Winicjusz. Po czym jal przegladac liste i rzekl: - Tygellinus, Watyniusz, Sekstus Afrykanus, Akwilinus Regulus, Suiliusz Nerulinus, Epriusz Marcelus i tak dalej! Co za zbior holoty i lotrow!... I powiedziec, ze to rzadzi swiatem!... Czy nie lepiej by im przystalo obwozic jakies egipskie albo syryjskie bostwo po miasteczkach, brzakac w sistry i zarabiac na chleb wrozbiarstwem albo skokami?... - Lub pokazywac uczone malpy, rachujace psy albo osla dmuchajacego we flet - dodal Petroniusz. - Wszystko to prawda, ale mowmy o czyms wazniejszym. Zbierz uwage i sluchaj mnie: opowiadalem na Palatynie, zes chory i nie mozesz opuszczac domu, tymczasem nazwisko twoje znajduje sie jednak na liscie, co dowodzi, ze ktos nie uwierzyl moim opowiadaniom i postaral sie o to umyslnie. Neronowi nic na tym nie zalezalo, albowiem jestes dla niego zolnierzem, z ktorym co najwyzej mozna gadac o gonitwach w cyrku i ktory o poezji i muzyce nie ma pojecia. Otoz o umieszczenie twego nazwiska postarala sie chyba Poppea, a to znaczy, ze jej zadza ku tobie nie byla przemijajacym zachceniem i ze pragnie cie zdobyc. - Odwazna z niej Augusta! - Odwazna zaiste, bo moze cie zgubic bez ratunku. A niechby Wenus natchnela ja jak najpredzej inna miloscia, ale poki chce jej sie ciebie, musisz zachowac jak najwieksze ostroznosci. Miedzianobrodemu ona juz poczyna powszedniec, woli juz dzis Rubrie lub Pitagorasa, lecz przez sama milosc wlasna wywarlby na was najstraszniejsza zemste. - W gaju nie wiedzialem, ze to ona do mnie mowila, ale przeciezes podsluchiwal i wiesz, co jej odpowiedzialem: ze kocham inna i ze jej nie chce. - A ja cie zaklinam na wszystkich bogow podziemnych, nie trac tej resztki rozumu, ktora ci jeszcze chrzescijanie zostawili. Jak mozna sie wahac majac wybor miedzy zguba prawdopodobna a pewna? Zali nie mowilem ci juz, ze gdybys zranil milosc wlasna Augusty, nie byloby dla ciebie ratunku? Na Hades! Jesli ci zycie zbrzydlo, to lepiej sobie zaraz zyly otworz lub rzuc sie na miecz, bo gdy obrazisz Poppee, moze cie spotkac smierc mniej lekka. Niegdys przyjemniej bylo z toba mowic! O co wlasciwie ci chodzi? Czy cie ubedzie? Czy ci to przeszkodzi kochac twoja Ligie? Pamietaj przy tym, ze Poppea widziala ja na Palatynie i ze nietrudno jej sie bedzie domyslec, dla kogo odrzucasz tak wysokie laski. A wowczas wydobedzie ja chocby spod ziemi. Zgubisz nie tylko siebie, ale i Ligie, rozumiesz? Winicjusz sluchal, jakby myslac o czym innym, i wreszcie rzekl: - Ja musze ja widziec. - Kogo? Ligie? - Ligie. - Wiesz, gdzie ona jest? - Nie. - Wiec zaczniesz znow szukac jej po starych cmentarzach i na Zatybrzu? - Nie wiem, ale musze ja widziec. - Dobrze. Jakkolwiek jest chrzescijanka, moze sie okaze, iz jest rozsadniejsza od ciebie, a okaze sie to z pewnoscia, jesli nie chce twojej zguby. Winicjusz ruszyl ramionami. - Wyratowala mnie z rak Ursusa. - W takim razie spiesz sie, bo Miedzianobrody nie bedzie zwlekal z wyjazdem. Wyroki smierci moze wydawac i z Ancjum. Lecz Winicjusz nie sluchal. Zajmowala go tylko jedna mysl: zobaczenia sie z Ligia, wiec poczal rozmyslac nad sposobami. Tymczasem zdarzyla sie okolicznosc, ktora mogla usunac wszystkie trudnosci. Oto nazajutrz przyszedl niespodzianie do niego Chilo. Przyszedl nedzny i obdarty, z oznakami glodu w twarzy i w podartym lachmanie, sluzba jednak, ktora miala dawniej rozkaz puszczania go o kazdej porze dnia i nocy, nie smiala go wstrzymywac, tak ze wszedl prosto do atrium, i stanawszy przed Winicjuszem, rzekl: - Niech ci bogowie dadza niesmiertelnosc i podziela sie z toba wladza nad swiatem. Winicjusz w pierwszej chwili mial ochote kazac wyrzucic go za drzwi. Lecz przyszla mu mysl, ze moze Grek wie cos o Ligii, i ciekawosc przemogla obrzydzenie. - To ty? - spytal. - Co sie z toba dzieje? - Zle, synu Jowisza - odpowiedzial Chilon. - Prawdziwa cnota to towar, o ktory nikt dzis nie zapyta, i prawdziwy medrzec musi byc rad i z tego, jesli raz na piec dni ma za co kupic barania glowe u rzeznika, ktora ogryza na poddaszu, popijajac lzami. Ach, panie! Wszystko, cos mi dal, wydalem na ksiegi u Atraktusa, a potem okradziono mnie, zniszczono; niewolnica, ktora miala spisywac moja nauke, uciekla zabrawszy reszte tego, czym twoja wspanialomyslnosc mnie obdarzyla. Nedzarz jestem, alem pomyslal sobie: do kogoz mam sie udac, jesli nie do ciebie, Serapisie, ktorego kocham, ubostwiam i za ktorego narazalem zycie moje! - Po cos przyszedl i co przynosisz? - Po pomoc, Baalu, a przynosze ci moja nedze, moje lzy, moja milosc i wreszcie wiadomosci, ktore przez milosc dla ciebie zebralem. Pamietasz, panie, com ci w swoim czasie mowil, ze odstapilem niewolnicy boskiego Petroniusza jedna nitke z przepaski Wenery w Pafos?... Dowiadywalem sie teraz, czy jej to pomoglo, i ty, synu Slonca, ktory wiesz, co sie w tamtym domu dzieje, wiesz takze, czym jest tam Eunice. Mam jeszcze taka jedna nitke. Zachowalem ja dla ciebie, panie. Tu przerwal spostrzeglszy gniew zbierajacy sie w brwiach Winicjusza i chcac uprzedzic wybuch rzekl predko: - Wiem, gdzie mieszka boska Ligia, wskaze ci, panie, dom i zaulek. Winicjusz potlumil wzruszenie, jakim przejela go ta wiadomosc, i rzekl: - Gdzie ona jest? - U Linusa, starszego kaplana chrzescijan. Ona tam jest wraz z Ursusem, a ten po dawnemu chodzi do mlynarza, ktory zwie sie tak jak twoj dyspensator, panie, Demas... Tak, Demas. Ursus pracuje nocami, wiec otoczywszy dom w nocy, nie znajdzie sie go... Linus jest stary... a w domu procz niego sa tylko jeszcze starsze dwie niewiasty. - Skad to wszystko wiesz? - Pamietasz, panie, ze chrzescijanie mieli mnie w swym reku i oszczedzili. Glaukus myli sie wprawdzie, mniemajac, zem ja przyczyna jego nieszczesc, ale uwierzyl w to nieborak i wierzy dotad, a jednak oszczedzili mnie! Wiec nie dziw sie, panie, ze wdziecznosc napelnila mi serce. Jam czlowiek z dawnych, lepszych czasow. Zatem myslalem: mamze zaniechac moich przyjaciol i dobroczyncow? Zali nie byloby zatwardzialoscia nie zapytac o nich, nie wywiedziec sie, co sie z nimi dzieje, jak im sluzy zdrowie i gdzie mieszkaja? Na pessinuncka Cybele! Nie ja jestem do tego zdolny. Wstrzymywala mnie z poczatku obawa, zeby zle nie zrozumieli mych zamiarow. Ale milosc, jaka do nich mialem, okazala sie wieksza od obawy, a zwlaszcza dodala mi otuchy ta latwosc, z jaka oni przebaczaja wszelkie krzywdy. Przede wszystkim jednak myslalem o tobie, panie. Ostatnia nasza wyprawa zakonczyla sie porazka, a czyz taki syn Fortuny moze pogodzic sie z ta mysla? Wiec przygotowalem ci zwyciestwo. Dom stoi osobno. Mozesz go kazac otoczyc niewolnikom tak, ze i mysz sie nie wysliznie. O, panie, panie! od ciebie zalezy tylko, by jeszcze dzisiejszej nocy ta wielkoduszna krolewna znalazla sie w domu twoim. Ale jesli sie to stanie, pomysl, ze przyczynil sie do tego bardzo biedny i zglodnialy syn mojego ojca. Winicjuszowi krew naplynela do glowy. Pokusa raz jeszcze wstrzasnela calym jego jestestwem. Tak jest! To byl sposob i tym razem sposob pewny. Gdy raz bedzie mial Ligie u siebie, ktoz zdola mu ja odjac? Gdy raz uczyni Ligie swoja kochanka, coz jej pozostanie innego, jak zostac nia na zawsze? I niech zgina wszelkie nauki! Co dla niego beda znaczyli wowczas chrzescijanie, razem z ich milosierdziem i posepna wiara? Zali nie czas otrzasnac sie z tego wszystkiego? Zali nie czas rozpoczac zyc, jak wszyscy zyja? Co nastepnie uczyni Ligia, jak pogodzi swoj los z nauka, ktora wyznaje, to rowniez rzecz mniejsza. To sa rzeczy bez wagi! Przede wszystkim bedzie jego i to dzis jeszcze. A i to pytanie, czy sie w jej duszy ostoi owa nauka wobec tego nowego dla niej swiata, wobec rozkoszy i uniesien, ktorym musi sie poddac? A stac sie to moze jeszcze dzis. Dosc zatrzymac Chilona i wydac o zmroku rozkazy. I potem radosc bez konca! "Czym bylo moje zycie? - myslal Winicjusz. - Cierpieniem, niezaspokojona zadza i zadawaniem sobie ciaglych pytan bez odpowiedzi". W ten sposob przetnie i skonczy sie wszystko. Przypomnial sobie wprawdzie, ze przyrzekl jej, iz nie wzniesie na nia reki. Ale na coz przysiegal? Nie na bogow, bo w nich juz nie wierzyl, nie na Chrystusa, bo w Niego jeszcze nie wierzyl. Zreszta, jesli bedzie sie czula pokrzywdzona, zaslubi ja i w ten sposob wynagrodzi jej krzywde. Tak! Do tego czuje sie zobowiazanym, bo przeciez zawdziecza jej zycie. Tu przypomnial mu sie ow dzien, w ktorym wraz z Krotonem wpadl do jej schronienia; przypomnial sobie wzniesiona nad soba piesc Ursusa i wszystko, co nastapilo potem. Ujrzal ja znow schylona nad jego lozem, przebrana w stroj niewolnicy, piekna jak bostwo, dobroczynna i uwielbiona. Oczy jego mimo woli przeniosly sie na lararium i na ow krzyzyk, ktory zostawila mu odchodzac. Zali jej za to wszystko zaplaci nowym zamachem? Zali bedzie ja ciagal za wlosy do cubiculum jak niewolnice? I jakze potrafi to uczynic, skoro nie tylko jej pozada, ale ja kocha, a kocha za to wlasnie, ze jest taka, jaka jest? I nagle uczul, ze nie dosc mu ja miec w domu, nie dosc chwycic przemoca w ramiona i ze jego milosc chce juz czegos wiecej, to jest: jej zgody, jej kochania i jej duszy. Blogoslawiony ten dach, jesli ona wejdzie pod niego dobrowolnie, blogoslawiona chwila, blogoslawiony dzien, blogoslawione zycie. Wowczas szczescie obojga bedzie jako morze nieprzebrane i jako slonce. Ale porwac ja przemoca byloby to zabic na wieki takie szczescie, a zarazem zniszczyc, splugawic i zohydzic to, co jest najdrozsze i jedynie ukochane w zyciu. Zgroza przejela go teraz na sama mysl o tym. Spojrzal na Chilona, ktory, wpatrujac sie w niego, zasunal reke pod lachman i drapal sie niespokojnie, po czym przejelo go niewypowiedziane obrzydzenie i chec zdeptania tego dawnego pomocnika tak, jak depce sie plugawe robactwo lub jadowitego weza. Po chwili wiedzial juz, co ma uczynic. Lecz nie znajac w niczym miary, a idac za popedem swej srogiej rzymskiej natury, zwrocil sie do Chilona i rzekl: - Nie uczynie tego, co mi radzisz, bys jednak nie odszedl bez nagrody, na jaka zaslugujesz, kaze ci dac trzysta rozeg w domowym ergastulum . Chilo zbladl. W pieknej twarzy Winicjusza tyle bylo zimnej zawzietosci, iz ani chwili nie mogl sie ludzic nadzieja, by obiecana zaplata byla tylko okrutnym zartem. Wiec rzucil sie w jednej chwili na kolana i zgiawszy sie poczal jeczec przerywanym glosem: - Jak to, krolu perski? za co?... Piramido laski! Kolosie milosierdzia! za co?... Jam stary, glodny, nedzny... Sluzylem ci. Tak ze sie odwdzieczasz?... - Jak ty chrzescijanom - odparl Winicjusz. I zawolal dyspensatora. Lecz Chilo skoczyl do jego nog i objawszy je konwulsyjnie, wolal jeszcze, z twarza pokryta smiertelna bladoscia: - Panie, panie!... Jam stary! Piecdziesiat, nie trzysta... Piecdziesiat dosyc!... Sto, nie trzysta!... Litosci! litosci! Winicjusz odtracil go noga i wydal rozkaz. W mgnieniu oka za dyspensatorem wbieglo dwoch silnych Kwadow, ktorzy, porwawszy Chilona za resztki wlosow, okrecili mu glowe jego wlasnym lachmanem i powlekli go do ergastulum. - W imie Chrystusa!... - zawolal Grek we drzwiach do korytarza. Winicjusz zostal sam. Wydany rozkaz podniecil go i ozywil. Tymczasem staral sie zebrac rozpierzchle mysli i przyprowadzic je do ladu. Czul wielka ulge i zwyciestwo, jakie nad soba odniosl, napelnialo go otucha. Zdawalo mu sie, ze uczynil jakis wielki krok ku Ligii i ze powinna go spotkac za to jakas nagroda. W pierwszej chwili nie przyszlo mu nawet na mysl, jak ciezkiej dopuscil sie niesprawiedliwosci wzgledem Chilona i ze kazal go smagac za to samo, za co przedtem nagradzal. Nadto byl jeszcze Rzymianinem, by go mial bolec cudzy bol i by mial zaprzatac swa uwage jednym nedznym Grekiem. Gdyby nawet byl pomyslal o tym, sadzilby, iz postapil slusznie, rozkazawszy ukarac nikczemnika. Lecz on myslal o Ligii i mowil jej: "Nie zaplace ci zlem za dobre, a gdy sie kiedys dowiesz, jak postapilem z tym, ktory chcial mnie namowic do podniesienia na ciebie reki, bedziesz mi za to wdzieczna". Tu jednak zastanowil sie, czy Ligia pochwalilaby jego postepek z Chilonem. Wszakze nauka, ktora ona wyznaje, kaze przebaczac; wszak chrzescijanie przebaczyli nedznikowi, choc wieksze mieli do zemsty powody. Wowczas dopiero ozwal mu sie w duszy krzyk: "W imie Chrystusa!" Przypomnial sobie, ze podobnym okrzykiem Chilo wykupil sie z rak Liga, i postanowil darowac mu reszte kary. W tym celu mial wlasnie zawolac dyspensatora, gdy ten sam stanal przed nim i rzekl: - Panie, ow starzec omdlal, a moze i umarl. Czy mam kazac go cwiczyc dalej? - Ocucic go i stawic przede mna. Rzadca atrium znikl za zaslona, lecz cucenie nie musialo isc latwo, albowiem Winicjusz czekal jeszcze czas dlugi i poczynal sie juz niecierpliwic, gdy wreszcie niewolnicy wprowadzili Chilona i na znak dany sami cofneli sie natychmiast. Chilo blady byl jak plotno i wzdluz nog jego splywaly na mozaike atrium nitki krwi. Byl jednak przytomny i padlszy na kolana poczal mowic z wyciagnietymi rekoma: - Dzieki ci panie! Jestes milosierny i wielki. - Psie - rzekl Winicjusz - wiedz, zem ci przebaczyl dla tego Chrystusa, ktoremu i sam zycie zawdzieczam. - Bede sluzyl, panie, Jemu i tobie. - Milcz i sluchaj. Wstan! Pojdziesz ze mna i pokazesz mi dom, w ktorym mieszka Ligia. Chilo zerwal sie, lecz zaledwie stanal na nogach, pobladl jeszcze smiertelniej i rzekl mdlejacym glosem: - Panie, jam naprawde glodny... Pojde, panie, pojde! Lecz nie mam sil... Kaz mi dac choc resztki z misy twego psa, a pojde! Winicjusz kazal mu dac jesc, sztuke zlota i plaszcz. Lecz Chilo, ktorego oslabily razy i glod, nie mogl isc nawet po posilku, choc strach podnosil mu wlosy na glowie, by Winicjusz nie wzial jego oslabienia za opor i nie kazal go smagac na nowo. - Niech jeno wino mnie rozgrzeje - powtarzal szczekajac zebami - bede mogl isc zaraz, chocby do Wielkiej Grecji. Jakoz po pewnym czasie odzyskal troche sil i wyszli. Droga byla dluga. Linus bowiem mieszkal, jak wieksza czesc chrzescijan, na Zatybrzu, niedaleko od domu Miriam. Chilo pokazal wreszcie Winicjuszowi osobny maly domek, otoczony murem pokrytym calkiem przez bluszcze, i rzekl: - To tu, panie. - Dobrze - rzekl Winicjusz - idz teraz precz, ale pierwej posluchaj, co ci powiem: zapomnij, zes mi sluzyl; zapomnij, gdzie mieszka Miriam, Piotr i Glaukus; zapomnij rowniez o tym domu i o wszystkich chrzescijanach. Przyjdziesz kazdego miesiaca do mego domu, gdzie Demas wyzwoleniec bedzie ci wyplacal po dwie sztuki zlota. Lecz gdybys dalej szpiegowal chrzescijan, kaze cie zacwiczyc lub oddam w rece prefekta miasta. Chilo sklonil sie i rzekl: - Zapomne. Lecz gdy Winicjusz znikl na zakrecie uliczki, wyciagnal za nim rece i grozac piesciami, zawolal: - Na Ate i na Furie, nie zapomne! Po czym znow oslabl. Winicjusz udal sie wprost do domu, w ktorym zamieszkiwala Miriam. Przed brama spotkal Nazariusza, ktory zmieszal sie na jego widok, ale on pozdrowil go uprzejmie i kazal sie prowadzic do mieszkania matki. W mieszkaniu procz Miriam zastal Piotra, Glauka, Kryspa, a nadto i Pawla z Tarsu, ktory swiezo byl wrocil z Fregellae. Na widok mlodego trybuna zdziwienie odbilo sie na wszystkich twarzach, on zas rzekl: - Pozdrawiam was w imie Chrystusa, ktorego czcicie. - Niech imie Jego bedzie wyslawiane na wieki. - Widzialem wasza cnote i doswiadczylem dobroci, wiec przychodze jako przyjaciel. - I pozdrawiamy cie jako przyjaciela - odpowiedzial Piotr. - Siadz, panie, i podziel z nami posilek jako gosc nasz. - Siade i podziele z wami posilek, jeno pierwej wysluchajcie mnie: ty, Piotrze, i ty, Pawle z Tarsu, abyscie poznali szczerosc moja. Wiem, gdzie jest Ligia; wracam sprzed domu Linusa, ktory lezy blisko tego mieszkania. Mam prawo do niej, dane mi od cezara, mam w miescie, w domach moich, blisko piecset niewolnikow; moglbym otoczyc jej schronienie i pochwycic ja, a jednak nie uczynilem tego i nie uczynie. - Przeto blogoslawienstwo Pana bedzie nad toba i bedzie oczyszczone serce twoje - rzekl Piotr. - Dziekuje ci, ale posluchajcie mnie jeszcze: nie uczynilem tego, choc zyje w mece i tesknocie. Przedtem, nim bylem z wami, bylbym niechybnie wzial ja i zatrzymal przemoca, ale wasza cnota i wasza nauka, chociaz jej nie wyznawam, zmienila cos i w mojej duszy tak, ze nie waze sie juz na przemoc. Sam nie wiem, dlaczego sie tak stalo, ale tak jest! Za czym przychodze do was, bo wy Ligii zastepujecie ojca i matke, i mowie wam: dajcie mi ja za zone, a ja przysiegne wam, ze nie tylko jej nie wzbronie wyznawac Chrystusa, ale i sam poczne sie uczyc Jego nauki. Mowil z podniesiona glowa, glosem stanowczym, ale byl jednak wzruszony i nogi drzaly mu pod pasiastym plaszczem, gdy zas po slowach jego nastalo milczenie, poczal mowic dalej, jakby chcac uprzedzic niepomyslna odpowiedz: - Wiem, jakie sa przeszkody, ale miluje ja jak oczy wlasne i chociaz nie jestem jeszcze chrzescijaninem, nie jestem nieprzyjacielem ni waszym, ni Chrystusa. Chce przed wami byc w prawdzie, abyscie mogli mi ufac. Idzie w tej chwili o zycie moje, a jednak mowie wam prawde. Inny rzeklby wam moze: "Ochrzcijcie mnie!" - ja mowie: "Oswieccie mnie!" Wierze, ze Chrystus zmartwychwstal, bo to prawia ludzie prawda zyjacy, ktorzy Go widzieli po smierci. Wierze, bom sam widzial, ze wasza nauka plodzi cnote, sprawiedliwosc i milosierdzie, nie zas zbrodnie, o ktore was posadzaja. Niewielem jej dotad poznal. Tyle, co od was, z waszych uczynkow, tyle, co od Ligii, tyle, co z rozmow z wami. A przecie, powtarzam wam, ze i we mnie cos sie juz przez nia zmienilo. Trzymalem dawniej zelazna reka slugi moje, teraz - nie moge. Nie znalem litosci, teraz znam. Kochalem sie w rozkoszy, teraz ucieklem ze stawu Agryppy, bo mi tchu od obrzydzenia nie stalo. Dawniej wierzylem w przemoc, dzis sie jej wyrzeklem. Wiedzcie, ze sam siebie nie poznaje, ale zbrzydly mi uczty, zbrzydlo wino, spiewanie, cytry i wience, zbrzydl dwor cezara i nagie ciala, i wszystkie zbrodnie. A gdy mysle, ze Ligia jest jako snieg w gorach, to miluje ja tym bardziej; a gdy pomysle, ze jest taka przez wasza nauke, to miluje i te nauke i chce jej! Ale ze jej nie rozumiem, ze nie wiem, czy w niej zyc potrafie i czy zniesie ja natura moja, przeto zyje w niepewnosci i mece, jakobym zyl w ciemnicy. Tu brwi na czole zbiegly mu sie w bolesna falde i rumieniec wystapil na policzki, po czym znow mowil coraz spieszniej i z coraz wiekszym wzruszeniem: - Widzicie! Mecze sie i z milosci, i od mroku. Mowili mi, ze w waszej nauce nie ostoi sie ni zycie, ni radosc ludzka, ni szczescie, ni prawo, ni porzadek, ni zwierzchnosc, ni wladztwo rzymskie. Zali tak jest? Mowili mi, zescie ludzie szaleni; powiedzcie, co przynosicie? Czy grzech milowac? Czy grzech czuc radosc? Czy grzech chciec szczescia? Czy wyscie nieprzyjaciolmi zycia? Czy trzeba chrzescijaninowi byc nedzarzem? Czy mialbym sie wyrzec Ligii? Jaka jest wasza prawda? Wasze uczynki i wasze slowa sa jako woda przejrzysta, ale jakie dno tej wody? Widzicie, zem szczery. Rozproszcie ciemnosci! Bo mnie powiedzieli jeszcze i to: "Grecja stworzyla madrosc i pieknosc, Rzym moc, a oni co przynosza?" Wiec powiedzcie, co przynosicie? Jesli za drzwiami waszymi jest jasnosc, to mi otworzcie! - Przynosim milosc - rzekl Piotr. A Pawel z Tarsu dodal: - Gdybym mowil jezykami ludzkimi i anielskimi, a milosci bym nie mial, bylbym jako miedz brzakajaca... Lecz serce starego Apostola wzruszylo sie ta dusza w mece, ktora, jak ptak zamkniety w klatce, rwala sie do powietrza i slonca, wiec wyciagnal ku Winicjuszowi rece i rzekl: - Kto puka, bedzie mu otworzono, i laska Pana jest nad toba, przeto blogoslawie tobie, twojej duszy i twojej milosci w imie Zbawiciela swiata. Winicjusz, ktory i tak mowil w uniesieniu, uslyszawszy blogoslawienstwo skoczyl ku Piotrowi i wowczas stala sie rzecz nadzwyczajna. Oto ten potomek Kwirytow, ktory do niedawna nie uznawal w obcym czlowieka, chwycil rece starego Galilejczyka i poczal je z wdziecznoscia do ust przyciskac. A Piotr ucieszyl sie, albowiem rozumial, ze siejba znow padla na jedna wiecej role i ze jego siec rybacza ogarnela jedna wiecej dusze. Obecni zas, nie mniej ucieszeni tym jawnym znakiem czci dla Bozego Apostola, zawolali jednym glosem: - Chwala na wysokosciach Panu! Winicjusz powstal z rozjasniona twarza i poczal mowic: - Widze, ze szczescie moze miedzy wami mieszkac, bo czuje sie szczesliwy, i mniemam, ze tak samo w innych mnie przekonacie rzeczach. Ale to wam jeszcze powiem, ze nie stanie sie to w Rzymie; cezar jedzie do Ancjum, a ja z nim musze, gdyz mam rozkaz. Wiecie, ze nie posluchac - to smierc. Ale jeslim znalazl laske w waszych oczach, jedzcie ze mna, abyscie mnie nauczali prawdy waszej. Bezpieczniej wam tam bedzie niz mnie samemu; w tym wielkim natloku ludzi bedziecie mogli opowiadac wasza prawde na samym dworze cezara. Mowia, ze Akte jest chrzescijanka, a i miedzy pretorianami sa chrzescijanie, bom sam widzial, jak zolnierze klekali przed toba, Piotrze, u bramy Nomentanskiej. W Ancjum mam wille, w ktorej zbierac sie bedziemy, aby pod bokiem Nerona sluchac nauk waszych. Mowil mi Glaukus, ze wy dla jednej duszy gotowiscie na krance swiata wedrowac, wiec uczyncie to dla mnie, coscie uczynili dla tych, dla ktorych przyszliscie tu az z Judei, uczyncie i nie opuszczajcie duszy mojej! Oni uslyszawszy to poczeli sie naradzac, myslac z radoscia o zwyciestwie swej nauki i o znaczeniu, jakie dla poganskiego swiata miec bedzie nawrocenie sie augustianina i potomka jednego z najstarszych rodow rzymskich. Gotowi byli istotnie wedrowac na krance swiata dla jednej duszy ludzkiej i od smierci Mistrza nic przecie innego nie czynili, wiec odpowiedz odmowna nie przeszla im nawet przez mysl. Ale Piotr byl w tej chwili pasterzem calej rzeszy, wiec jechac nie mogl, natomiast Pawel z Tarsu, ktory niedawno byl w Arycji i we Fregellae, a wybieral sie znow w dluga podroz na Wschod, aby odwiedzic tamtejsze koscioly i ozywic je nowym duchem gorliwosci, zgodzil sie towarzyszyc mlodemu trybunowi do Ancjum, latwo mu bowiem bylo znalezc tam statek idacy na morza greckie. Winicjusz, jakkolwiek zasmucil sie, ze Piotr, ktoremu byl tyle obowiazany, nie bedzie mu towarzyszyl, podziekowal jednak z wdziecznoscia, a nastepnie zwrocil sie do starego Apostola z ostatnia prosba. - Wiedzac mieszkanie Ligii - rzekl - moglbym sam pojsc do niej i spytac, jako jest rzecz sluszna, czyli zechce mnie za meza, jesli dusza moja stanie sie chrzescijanska, ale wole cie prosic, Apostole: pozwol mi ja widziec albo wprowadz mnie sam do niej. Nie wiem, jak dlugo przyjdzie mi zabawic w Ancjum, i pamietajcie, ze przy cezarze nikt nie jest pewny swego jutra. Juz mi mowil i Petroniusz, ze nie calkiem mi tam bedzie bezpiecznie. Niechze ja ujrze przedtem, niech nasyce nia oczy i niech ja zapytam, czy mi zle zapomni i czy dobre ze mna podzieli. A Piotr Apostol usmiechnal sie dobrotliwie i rzekl: - A ktoz by ci slusznej radosci mial odmawiac, synu moj. Winicjusz znow pochylil sie do jego rak, albowiem calkiem juz nie mogl wezbranego serca pohamowac. Apostol zas wzial go za skronie i rzekl: - Ale ty sie cezara nie boj, bo to ci powiadam, ze wlos nie spadnie ci z glowy. Po czym wyslal Miriam po Ligie, przykazujac, by nie mowila jej, kogo miedzy nimi znajdzie, by i dziewczynie tym wieksza sprawic radosc. Bylo niedaleko, wiec po krotkim czasie zgromadzeni w izbie ujrzeli wsrod mirtow ogrodka Miriam prowadzaca za reke Ligie. Winicjusz chcial biec naprzeciw, lecz na widok tej umilowanej postaci szczescie odjelo mu sily - i stal z bijacym sercem, bez tchu, zaledwie mogac sie utrzymac na nogach, stokroc wiecej wzruszony niz wowczas, kiedy po raz pierwszy w zyciu uslyszal strzaly Partow warczace kolo swojej glowy. Ona wbiegla nie spodziewajac sie niczego i na jego widok stanela rowniez jak wryta. Twarz jej zaczerwienila sie i wraz pobladla bardzo, po czym jela spogladac zdumionymi, a zarazem przeleklymi oczyma na obecnych. Lecz naokol widziala jasne, pelne dobroci spojrzenia, Apostol zas Piotr zblizyl sie do niej i rzekl: - Ligio, milujeszze ty go zawsze? Nastala chwila milczenia. Usta poczely jej drzec jak u dziecka, ktoremu zbiera sie na placz i ktore czujac sie winnym widzi jednak, ze trzeba przyznac sie do winy. - Odpowiedz - rzekl Apostol. Wowczas z pokora i lekiem w glosie wyszeptala obsuwajac sie do kolan Piotra: - Tak jest... Lecz Winicjusz w jednej chwili kleknal przy niej, Piotr zas polozyl rece na ich glowach i rzekl: - Milujcie sie w Panu i na chwale Jego, albowiem nie masz grzechu w milosci waszej. Chodzac po ogrodku Winicjusz opowiadal jej w krotkich, wyrwanych z glebi serca slowach to, co przed chwila wyznal Apostolom: wiec niepokoj swej duszy, zmiany, jakie w nim zaszly, i wreszcie te niezmierna tesknote, ktora przeslonila mu zycie od czasu, jak opuscil mieszkanie Miriam. Przyznal sie Ligii, ze chcial o niej zapomniec, ale nie mogl. Myslal o niej po calych dniach i nocach. Przypominal mu ja ow krzyzyk zwiazany z galazek bukszpanu, ktory mu zostawila, a ktory umiescil w lararium i mimo woli czcil jak cos boskiego. I tesknil coraz mocniej, bo kochanie bylo od niego silniejsze i juz u Aulusow objelo calkiem jego dusze... Innym przeda nic zycia Parki, a jemu przedla ja milosc, tesknota i smutek. Zle byly jego postepki, ale plynely z milosci. Kochal ja u Aulusow i na Palatynie, i gdy ja widzial na Ostrianum sluchajaca slow Piotra, i gdy szedl ja porywac z Krotonem, i gdy czuwala przy jego lozu, i gdy go opuscila. Przyszedl oto Chilo, ktory odkryl jej mieszkanie i radzil ja porwac, ale on wolal ukarac Chilona i pojsc do Apostolow prosic o prawde i o nia... I niech bedzie blogoslawiona ta chwila, w ktorej taka mysl przyszla mu do glowy, bo oto jest przy niej, a wszakze juz ona nie bedzie wiecej uciekala przed nim, tak jak ostatnim razem uciekla z mieszkania Miriam? - Ja nie przed toba ucieklam - rzekla Ligia. - Wiec czemus to uczynila? A ona podniosla na niego swe oczy koloru irysow, po czym schyliwszy zawstydzona glowe odrzekla: - Ty wiesz... Winicjusz umilkl na chwile z nadmiaru szczescia, po czym znow jal mowic, jak powoli otwieraly mu sie oczy, ze ona jest calkiem rozna od Rzymianek i chyba do jednej Pomponii podobna. Nie umial jej zreszta dobrze wypowiedziec, albowiem sam nie zdawal sobie sprawy z tego, co czul, ze w niej przychodzi na swiat jakas zupelnie inna pieknosc, ktorej dotad na swiecie nie bywalo, a ktora nie tylko jest posagiem, ale i dusza. Powiedzial jej natomiast to, co napelnilo ja radoscia, ze ja pokochal nawet za to, iz uciekala przed nim, i ze bedzie mu swieta przy ognisku. Po czym chwyciwszy jej reke nie mogl wiecej mowic, patrzal tylko na nia z zachwytem, jak na odzyskane szczescie zycia, i powtarzal jej imie, jakby chcac sie upewnic, ze ja odnalazl i ze jest przy niej: - O Ligio! O Ligio!... Wreszcie jal ja rozpytywac, co sie dzialo w jej duszy, a ona przyznala mu sie, ze go pokochala jeszcze w domu Aulusow i ze gdyby ja byl odprowadzil do nich z Palatynu, bylaby wyznala im swoja milosc i starala sie przeblagac ich gniew na niego. - Ja ci przysiegam - rzekl Winicjusz - ze mnie w mysli nawet nie postalo odbierac cie Aulusom. Petroniusz powie ci kiedys, zem juz wowczas mowil mu, ze cie kocham i ze pragne cie zaslubic. Powiedzialem mu: "Niech omasci drzwi moje wilczym tluszczem i niech zasiadzie przy moim ognisku!" Ale on mnie wysmial i poddal cezarowi mysl, by cie zazadal jako zakladniczki i oddal mnie. Ilez razy przeklinalem go w moim zalu, ale moze to pomyslny los tak zrzadzil, bo inaczej bym nie poznal chrzescijan i nie zrozumial ciebie... - Wierz mi, Marku - odrzekla Ligia - ze to Chrystus umyslnie prowadzil cie ku sobie. Winicjusz podniosl glowe z pewnym zdziwieniem. - Prawda! - odpowiedzial z zywoscia - wszystko skladalo sie tak dziwnie, zem szukajac ciebie spotkal sie z chrzescijanami... W Ostrianum ze zdumieniem sluchalem Apostola, bom takich rzeczy nigdy nie slyszal. To tys modlila sie za mnie. - Tak - odpowiedziala Ligia. Przeszli kolo letnika pokrytego gestwa bluszczu i zblizyli sie do miejsca, w ktorym Ursus, zdlawiwszy Krotona, rzucil sie na Winicjusza. - Tu - rzekl mlody czlowiek - gdyby nie ty, bylbym zginal. - Nie przypominaj! - odpowiedziala Ligia - i nie pamietaj tego Ursusowi. - Moglzebym mscic sie nad nim za to, ze cie bronil? Gdyby byl niewolnikiem, zaraz darowalbym mu wolnosc. - Gdyby byl niewolnikiem, Aulusowie dawno by go wyzwolili. - Pamietasz - rzekl Winicjusz - zem cie chcial wrocic Aulusom? Ales ty mi odrzekla, ze cezar moglby sie o tym dowiedziec i mscic sie nad nimi. Patrzze: teraz bedziesz ich mogla widywac, ilekroc zechcesz. - Dlaczego, Marku? - Mowie: "teraz", a mysle, ze bedziesz ich mogla widywac bezpiecznie wowczas, gdy bedziesz moja. Tak!... Bo gdyby cezar dowiedziawszy sie o tym zapytal, com uczynil z zakladniczka, ktora mi powierzyl, rzekne: "Zaslubilem ja, i do Aulusow chodzi z mojej woli". On dlugo w Ancjum nie zabawi, bo mu sie chce do Achai, a chocby i zabawil, nie potrzebuje widywac go codziennie. Gdy Pawel z Tarsu nauczy mnie waszej Prawdy, zaraz chrzest przyjme i wroce tu, odzyskam przyjazn Aulusow, ktorzy w tych dniach wracaja do miasta, i nie bedzie juz przeszkod, a wowczas zabiore cie i posadze przy moim ognisku. O carissima! carissima! To rzeklszy wyciagnal rece, jakby niebo biorac na swiadka swej milosci, a Ligia podnioslszy na niego swietliste oczy rzekla: - I wowczas powiem: "Gdzie ty, Kajus, tam i ja, Kaja". - Nie, Ligio! - zawolal Winicjusz - przysiegam ci, ze nigdy zadna kobieta nie byla tak czczona w domu meza, jak ty bedziesz w moim. Przez chwile szli w milczeniu, nie mogac objac piersiami szczescia, rozkochani w sobie, podobni do dwojga bostw i tak piekni, jakby ich wraz z kwiatami wydala na swiat wiosna. Staneli wreszcie pod cyprysem rosnacym blisko wejscia do izby. Ligia oparla sie o jego pien. Winicjusz zas znow poczal prosic drgajacym glosem: - Kaz Ursusowi pojsc do domu Aulusow, zabrac twoje sprzety i zabawki dziecinne i przeniesc do mnie. A ona, splonawszy jak roza lub jak jutrzenka, odrzekla: - Zwyczaj kaze inaczej. - Ja wiem. Zanosi je zwykle pronuba dopiero za oblubienica, ale uczyn to dla mnie. Ja zabiore je do mojej willi w Ancjum i beda mi cie przypominaly. Tu zlozyl rece i jal powtarzac jak dziecko, ktore prosi: - Pomponia wroci w tych dniach, wiec uczyn to, diva, uczyn, carissima. - Niech Pomponia zrobi, jak zechce - odrzekla Ligia plonac na wspomnienie "pronuby" jeszcze silniej. I znow umilkli, gdyz milosc poczela im tamowac dech w piersiach. Ligia stala oparta plecami o cyprys, z twarza bielejaca w cieniu na ksztalt kwiatu, ze spuszczonymi oczyma i falujaca zywiej piersia, a Winicjusz mienil sie na twarzy i bladl. W ciszy poludniowej slyszeli bicie wlasnych serc i w upojeniu wzajemnym ow cyprys, krzewy mirtowe i bluszcze letnika zmienialy im sie w ogrod milosci. Lecz Miriam ukazala sie we drzwiach i zaprosila ich na poludniowy posilek. Zasiedli wowczas wsrod Apostolow, ci zas patrzyli na nich z uciecha, jako na mlode pokolenie, ktore po ich smierci mialo zachowac i siac dalej ziarno nowej nauki. Piotr lamal i blogoslawil chleb; na wszystkich twarzach byl spokoj i jakies ogromne szczescie zdawalo sie przepelniac cala te izbe. - Patrzze - rzekl wreszcie Pawel zwracajac sie do Winicjusza - zalismy nieprzyjaciolmi zycia i radosci? Ow zas odpowiedzial: - Wiem, jako jest, bom nigdy nie byl tak szczesliwy jak miedzy wami. Wieczorem dnia tego Winicjusz przechodzac przez Forum do domu spostrzegl przy wejsciu na Vicus Tuscus zlocona lektyke Petroniusza, niesiona przez osmiu Bitynczykow, i zatrzymawszy ich znakiem reki, zblizyl sie do firanek. - Obys mial sen przyjemny i blogi! - zawolal smiejac sie na widok uspionego Petroniusza. - Ach, to ty! - rzekl ocknawszy sie Petroniusz. - Tak, zdrzemnalem sie, bom noc spedzil na Palatynie. Teraz wybralem sie, by sobie kupic cos do czytania do Ancjum... Co slychac? - Chodzisz po ksiegarniach? - spytal Winicjusz. - Tak. Nie chce wprowadzic nieladu w bibliotece, wiec na droge czynie osobne zapasy. Podobno wyszly nowe rzeczy Musoniusza i Seneki. Szukam takze Persjusza i pewnego wydania eklog Wergilego, ktorego nie mam. Och, jakiz jestem zmeczony i jak rece mnie bola od zdejmowania zwojow z kolkow... Bo gdy sie jest raz w ksiegarni, ciekawosc bierze to i owo zobaczyc. Bylem u Awiruna, u Atraktusa na Argiletum, a przedtem jeszcze u Sozjuszow na Vicus Sandalarius. Na Kastora! Jak mi sie spac chce!... - Byles na Palatynie, wiec ja ciebie spytam, co slychac? Albo wiesz co? Odeslij lektyke i puszki z ksiazkami, a pojdz do mnie. Pomowimy o Ancjum i o czyms jeszcze. - Dobrze - odrzekl Petroniusz wysuwajac sie z lektyki. - Musisz przecie wiedziec, ze pojutrze wybieramy sie do Ancjum. - Skadze bym mial wiedziec? - Na jakim ty swiecie zyjesz? A wiec ja pierwszy zwiastuje ci nowine? Tak! Badz gotow na pojutrze rano. Groch na oliwie nie pomogl, chustka na grubym karku nie pomogla i Miedzianobrody ochrypl. Wobec tego nie ma mowy o zwloce. Przeklina Rzym i jego powietrze, na czym swiat stoi, rad by go z ziemia zrownac albo zniszczyc ogniem i chce mu sie morza jak najpredzej. Powiada, ze te zapachy, ktore wiatr niesie z waskich uliczek, wtraca go do grobu. Dzis czyniono wielkie ofiary we wszystkich swiatyniach, by mu wrocil glos - i biada Rzymowi, a zwlaszcza senatowi, jesli predko nie wroci. - Nie byloby po co jechac wowczas do Achai. - Alboz nasz boski cezar ten jeden tylko talent posiada? - odrzekl smiejac sie Petroniusz. - Wystapilby na igrzyskach olimpijskich jako poeta ze swoim pozarem Troi, jako woznica, jako muzyk, jako atleta, ba, nawet jako tancerz i zabralby w kazdym razie wszystkie korony przeznaczone dla zwyciezcow. Czy wiesz, dlaczego ta malpa ochrypla? Oto wczoraj zachcialo mu sie dorownac w tancu naszemu Parysowi i tanczyl nam przygode Ledy, przy czym spotnial i zaziebil sie. Caly byl mokry i klejki jak wegorz swiezo wyjety z wody. Zmienial maski jedna po drugiej, krecil sie jak wrzeciono, machal rekami jak spity majtek i az obrzydliwosc brala patrzec na ten wielki brzuch i na te cienkie nogi. Parys uczyl go od dwoch tygodni, ale wyobrazze sobie Ahenobarba jako Lede albo boga-labedzia. To labedz! Nie ma co mowic! Ale on chce publicznie wystapic z ta pantomina, naprzod w Ancjum, a potem w Rzymie. - Gorszono sie juz tym, ze spiewal publicznie, ale pomyslec sobie, ze cezar rzymski wystapi jako mima, nie! Tego chyba Rzym nie zniesie! - Moj drogi! Rzym wszystko zniesie, a senat uchwali dziekczynienie "ojcu ojczyzny". Po chwili zas dodal: - A gawiedz dumna jeszcze z tego, ze cezar jest jej blaznem. - Powiedz sam, czy mozna bylo wiecej spodlec? Petroniusz ruszyl ramionami. - Ty sobie zyjesz w domu i w swoich rozmyslaniach to o Ligii, to o chrzescijanach, wiec chyba nie wiesz, co sie stalo przed paru dniami. Przecie Nero zaslubil publicznie Pitagorasa. Wystepowal jako panna mloda. Zdawaloby sie, ze to juz miara szalenstwa przebrana, nieprawda? I coz powiesz: przyszli wezwani flaminowie i dali mu uroczyscie slub. Bylem przy tym! I ja duzo moge zniesc, a jednak wyznaje, izem pomyslal, ze bogowie, jesli sa, to powinni dac jaki znak... Ale cezar nie wierzy w bogow i ma racje. - Jest zatem w jednej osobie najwyzszym kaplanem, bogiem i ateista - rzekl Winicjusz. Petroniusz poczal sie smiac: - Prawda! Nie przyszlo mi to do glowy, a to jest polaczenie, jakiego swiat dotad nie widzial. Po czym przystanawszy rzekl: - Bo trzeba jeszcze dodac, ze ten najwyzszy kaplan, ktory nie wierzy w bogow, i ten bog, ktory z nich drwi, boi sie ich, jako ateista. - Dowodem to, co zaszlo w swiatyni Westy. - Co za swiat! - Jaki swiat, taki cezar! - Ale to dlugo nie potrwa. Tak rozmawiajac weszli do domu Winicjusza, ktory wesolo zawolal o wieczerze, a nastepnie zwrocil sie do Petroniusza i rzekl: - Nie, moj drogi, swiat musi sie odrodzic. - My go nie odrodzim - odpowiedzial Petroniusz - chocby dlatego, ze w czasach Nerona czlowiek jest jako motyl: zyje w sloncu laski, a przy pierwszym chlodnym powiewie ginie... chocby nie chcial! Na syna Mai! Nieraz zadaje sobie pytanie, jakim cudem taki Lucjusz Saturninus mogl dozyc dziewiecdziesieciu trzech lat, przezyc Tyberiusza, Kaligule, Klaudiusza?... Ale mniejsza z tym. Czy pozwolisz mi poslac twoja lektyke po Eunice? Przeszla mi jakos ochota do snu i chcialbym sie weselic. Kaz na wieczerze przyjsc cytrzyscie, a potem pogadamy o Ancjum. Trzeba o tym pomyslec, a zwlaszcza tobie. Winicjusz wydal rozkaz, by poslano po Eunice, ale oswiadczyl, ze nad pobytem w Ancjum nie mysli sobie lamac glowy. Niech ja lamia ci, ktorzy nie umieja zyc inaczej, jak w promieniach laski cezara. Swiat nie konczy sie na Palatynie, zwlaszcza dla tych, ktorzy co innego maja w sercu i w duszy. I mowil to tak niedbale, z takim ozywieniem i tak wesolo, ze wszystko to uderzylo Petroniusza, wiec popatrzywszy na niego przez chwile, rzekl: - Co sie z toba dzieje? Tys dzis taki, jak byles wowczas, gdys jeszcze nosil zlota bulle na szyi. - Jestem szczesliwy - odrzekl Winicjusz. - Zaprosilem cie do siebie umyslnie, by ci to powiedziec. - Co ci sie zdarzylo? - Cos takiego, czego bym nie odstapil za imperium rzymskie. To rzeklszy siadl, wsparl ramie na poreczy krzesla, glowe na ramieniu i poczal mowic z twarza pelna usmiechow i z jasniejacym wzrokiem: - Czy pamietasz, jak bylismy razem u Aulusa Plaucjusza i tam po raz pierwszy widziales boska dziewczyne, ktoras sam nazwal jutrzenka i wiosna? Pamietasz te Psyche, te nieporownana, te najpiekniejsza z dziewic i z waszych bogin? Petroniusz patrzyl na niego z takim zdziwieniem, jakby chcial sprawdzic, czy glowa jego jest w porzadku. - Po jakiemu ty mowisz? - rzekl wreszcie. - Oczywiscie, ze pamietam Ligie. A Winicjusz rzekl: - Jestem jej narzeczonym. - Co?... Lecz Winicjusz zerwal sie i zawolal dyspensatora. - Niech niewolnicy stana tu przede mna co do jednej duszy! Zywo! - Jestes jej narzeczonym? - powtorzyl Petroniusz. Lecz nim ochlonal ze zdziwienia, ogromne atrium Winicjuszowego domu zaroilo sie od ludzi. Biegli zdyszani starcy, mezczyzni w sile wieku, kobiety, chlopieta i dziewczyny. Z kazda chwila atrium napelnialo sie coraz szczelniej: na korytarzach, zwanych fauces, slychac bylo glosy nawolujace sie w rozmaitych jezykach. Wreszcie ustawili sie wszyscy murem pod scianami i wsrod kolumn, Winicjusz zas, stanawszy kolo impluvium, zwrocil sie do Demasa wyzwolenca i rzekl: - Ktorzy wysluzyli w domu lat dwadziescia, maja sie stawic jutro u pretora, gdzie otrzymaja wolnosc; ktorzy nie wysluzyli, otrzymaja po trzy sztuki zlota i podwojna porcje przez tydzien. Do ergastulow wiejskich poslac rozkaz, by odpuszczono kary, zdjeto kajdany z nog ludziom i karmiono ich dostatnio. Wiedzcie, ze nastal dla mnie szczesliwy dzien, i chce, by radosc byla w domu. Oni przez chwile stali w milczeniu, jakby uszom wlasnym nie wierzac, po czym wszystkie rece podniosly sie naraz do gory i wszystkie usta zawolaly: - Aa! Panie! aaa!... Winicjusz odprawil ich znakiem reki, wiec choc mieli ochote dziekowac i padac mu do nog, odeszli spiesznie, napelniajac dom szczesciem od podziemi do dachu. - Jutro - rzekl Winicjusz - kaze im jeszcze zejsc sie w ogrodzie i kreslic przed soba znaki, jakie chca. Tych, ktorzy nakresla rybe, wyzwoli Ligia. Lecz Petroniusz, ktory nie dziwil sie nigdy dlugo niczemu, ochlodl juz i zapytal: - Rybe? Aha! Pamietam, co mowil Chilo: to znak chrzescijan. Po czym wyciagnal reke do Winicjusza i rzekl: - Szczescie jest zawsze tam, gdzie je czlowiek widzi. Niech Flora sypie wam kwiaty pod nogi przez dlugie lata. Zycze ci wszystkiego, czego sam sobie zyczysz. - To ci dziekuje, bom myslal, ze bedziesz odradzal, a to, widzisz, bylby stracony czas. - Ja, odradzac? Bynajmniej. Owszem, mowie ci, ze dobrze robisz. - Ha, zmienniku! - odrzekl wesolo Winicjusz - zalis zapomnial, cos mi niegdys mowil, gdysmy wychodzili z domu Grecyny? Lecz Petroniusz odpowiedzial z zimna krwia: - Nie, ale zmienilem zdanie. Po chwili zas dodal: - Moj kochany! W Rzymie wszystko sie zmienia. Mezowie zmieniaja zony, zony zmieniaja mezow, dlaczegoz ja bym nie mial zmienic zdania? Niewiele braklo, a Nero bylby zaslubil Akte, ktora umyslnie dla niego wywiedli z krolewskiego rodu. I coz! Mialby uczciwa zone, a my uczciwa Auguste. Na Proteusza i jego morskie pustkowia! Zawsze bede zmienial zdanie, ilekroc uznam to za stosowne lub wygodne. Co do Ligii, jej krolewskie pochodzenie pewniejsze jest niz pergamscy przodkowie Akte. Ale ty sie strzez w Ancjum Poppei, ktora jest msciwa. - Ani mysle! Wlos mi nie spadnie z glowy w Ancjum. - Jesli sadzisz, ze mnie jeszcze raz zadziwisz, to sie mylisz, ale skad masz te pewnosc? - Powiedzial mi to Piotr Apostol. - A! Powiedzial ci to Piotr Apostol! Na to nie ma argumentu, pozwol jednak, bym ja przedsiewzial pewne srodki ostroznosci, chocby dlatego, by Piotr nie okazal sie falszywym prorokiem, bo gdyby Piotr Apostol wypadkiem sie omylil, moglby stracic twoja ufnosc, ktora i nadal zapewne Piotrowi Apostolowi sie przyda. - Czyn, co chcesz, ale ja mu wierze. I jesli myslisz, ze mnie do niego zrazisz powtarzajac z przekasem w kolko jego imie, to sie mylisz. - Wiec jeszcze jedno pytanie: czys zostal juz chrzescijaninem? - Dotad nie, ale Pawel z Tarsu jedzie ze mna, aby mi tlumaczyc nauke Chrystusa, a potem przyjme chrzest, bo to, cos mowil, ze oni sa nieprzyjaciolmi zycia i radosci, to nieprawda! - To tym lepiej dla ciebie i dla Ligii - odpowiedzial Petroniusz. Po czym wzruszywszy ramionami rzekl jakby sam do siebie: - Zadziwiajaca jednak rzecz, jak ci ludzie umieja zdobywac wyznawcow i jak ta sekta sie szerzy. A Winicjusz odpowiedzial z takim zapalem, jakby i sam byl ochrzczony. - Tak! Tysiace i dziesiatki tysiecy sa w Rzymie, w miastach Italii, w Grecji i Azji. Sa chrzescijanie wsrod legii i wsrod pretorianow, sa w samym palacu cezara. Wyznaja te nauke niewolnicy i obywatele, ubodzy i bogaci, plebs i patrycjat. Zali wiesz, ze niektorzy Korneliusze sa chrzescijanami, ze jest chrzescijanka Pomponia Grecyna, ze byla nia podobno Oktawia, a jest Akte? Tak, ta nauka ogarnia swiat i ona jedna moze go odrodzic. Nie wzruszaj ramionami, bo kto wie, czy za miesiac lub za rok sam jej nie przyjmiesz. - Ja? - rzekl Petroniusz. - Nie, na syna Lety! Ja jej nie przyjme, chocby w niej tkwila prawda i madrosc zarowno ludzka, jak boska... To wymagaloby trudu, a ja sie nie lubie trudzic. To wymagaloby zrzeczen sie, a ja sie nie lubie niczego w zyciu zrzekac... Z twoja natura, podobna do ognia i ukropu, zawsze moglo sie cos podobnego przytrafic, ale ja? Ja mam swoje gemmy, swoje kamee, swoje wazy i swoja Eunice. W Olimp nie wierze, ale go sobie urzadzam na ziemi i bede kwitnal, poki mnie nie przeszyja strzaly boskiego lucznika lub poki mi cezar nie kaze otworzyc sobie zyl. Ja nadto lubie won fiolkow i wygodne triclinium. Lubie nawet naszych bogow... jako figury retoryczne, i Achaje, do ktorej wybieram sie z naszym otylym, cienkonogim, nieporownanym boskim cezarem, Augustem, Periodonicesem... Herkulesem, Neronem!... To rzeklszy rozweselil sie na samo przypuszczenie, ze moglby przyjac nauke rybakow galilejskich, i poczal polglosem spiewac: W zielen mirtowa owine jasny miecz moj, W slad Harmodiosa i Arystogitona... Lecz przerwal, gdyz wywolywacz dal znac, ze przybyla Eunice. Wraz tez po jej przybyciu podano i wieczerze, w czasie ktorej, po kilku piesniach odspiewanych przez cytrzyste, Winicjusz opowiadal Petroniuszowi o odwiedzinach Chilona i o tym, jak te odwiedziny podaly mu mysl udania sie wprost do Apostolow, ktora przyszla mu wlasnie podczas chlosty Chilona. Na to Petroniusz, ktorego znow poczela ogarniac sennosc, przylozyl reke do czola i rzekl: - Mysl byla dobra, skoro skutek dobry. A co do Chilona, ja kazalbym mu dac piec sztuk zlota, ale skoro kazales go cwiczyc, to juz lepiej bylo i zacwiczyc, bo kto wie, czy z czasem nie beda mu sie jeszcze senatorowie klaniali, jak dzis klaniaja sie naszemu rycerzowi-Dratewce-Watyniuszowi. Dobranoc. I zdjawszy wience poczeli sie razem z Eunice zbierac do domu, a gdy wyszli, Winicjusz udal sie do biblioteki i pisal do Ligii, co nastepuje: "Chce, aby gdy otworzysz twoje sliczne oczy, o boska, list ten powiedzial ci: dzien dobry! Dlatego dzis pisze, choc jutro cie zobacze. Cezar pojutrze wyjezdza do Ancjum i ja, eheu! musze mu towarzyszyc. Wszak ci juz powiedzialem, ze nie posluchac byloby to narazic zycie, a ja teraz nie mialbym odwagi umierac. Lecz jesli ty nie chcesz, odpisz mi jedno slowo, a zostane, a juz Petroniusza rzecza bedzie odwrocic ode mnie niebezpieczenstwo. Dzis, w dniu radosci, rozdalem nagrody wszystkim niewolnikom, a tych, ktorzy przesluzyli w domu lat dwadziescia, zawiode jutro do pretora, by ich wyzwolic. Ty, droga, powinnas mi to pochwalic, gdyz mi sie zdaje, ze to bedzie zgodne z ta slodka nauka, ktora wyznajesz, a po wtore, uczynilem to dla ciebie. Powiem im jutro, ze tobie zawdzieczaja wolnosc, aby ci byli wdzieczni i slawili imie twoje. Sam za to oddaje sie w niewole szczesciu i tobie i bogdajem nigdy nie zaznal wyzwolenia. Przeklete niech bedzie Ancjum i podroze Ahenobarba. Trzykroc, czterykroc szczesliwym, zem nie tak madry jak Petroniusz, bo moze musialbym jechac do Achai. Tymczasem chwile rozstania oslodzi mi pamiec o tobie. Ilekroc bede sie mogl wyrwac, siede na konia i popedze do Rzymu, by oczy twoim widokiem, uszy twym slodkim glosem ucieszyc. Ilekroc nie zdolam, wysle niewolnika z listem i zapytaniem o ciebie. Pozdrawiam cie, boska, i obejmuje nogi twoje. Nie gniewaj sie, ze cie zwe boska. Jesli zakazesz, uslucham, ale dzis jeszcze nie umiem inaczej. Pozdrawiam cie z przyszlego twego domu - dusza cala". Wiadomo bylo w Rzymie, ze cezar chce odwiedzic po drodze Ostie, a raczej najwiekszy statek na swiecie, ktory swiezo przywiozl byl zboze z Aleksandrii, stamtad zas droga Pobrzezna uda sie do Ancjum. Rozkazy byly wydane juz kilka dni temu, dlatego od rana przy Porta Ostiensis zbieraly sie tlumy zlozone z miejscowej gawiedzi i wszystkich narodow swiata, by oczy nasycic widokiem orszaku cesarskiego, ktoremu plebs rzymski nigdy nie mogl sie dostatecznie napatrzyc. Do Ancjum droga nie byla trudna ni daleka, w samym zas miescie, zlozonym z urzadzonych wspaniale palacow i willi, mozna bylo znalezc wszystko, czego wymagala wygoda, a nawet najwyszukanszy owczesny zbytek. Jednakze cezar mial zwyczaj zabierac ze soba w droge wszelkie przedmioty, w ktorych mial upodobanie, poczawszy od narzedzi muzycznych i sprzetow domowych, skonczywszy na posagach i mozaikach, ktore ukladano nawet wowczas, gdy chcial na krotka tylko chwile zatrzymac sie w drodze czy to dla odpoczynku, czy to dla posilku. Z tego powodu towarzyszyly mu w kazdej wycieczce cale zastepy slug, nie liczac oddzialow pretorianskich i augustianow, z ktorych kazdy miewal osobny orszak niewolnikow. Wczesnym rankiem dnia tego pastuchy z Kampanii, przyodziani w kozle skory na nogach i z twarzami spieczonymi przez slonce, przepedzili naprzod przez brame piecset oslic, aby Poppea nazajutrz po przybyciu do Ancjum mogla miec swa zwyczajna kapiel w ich mleku. Gawiedz ze smiechem i zadowoleniem patrzyla na kolyszace sie wsrod klebow kurzu dlugie uszy stada i z radoscia sluchala swistu biczow oraz dzikich okrzykow pastuchow. Po przejsciu oslic roje pacholkow rzucily sie na droge i oczysciwszy ja starannie, poczely posypywac kwiatami i igliwiem pinii. W tlumach powtarzano sobie z pewnym uczuciem dumy, ze cala droga az do Ancjum miala byc tak przytrzasnieta kwieciem, ktore zebrano z ogrodow prywatnych z okolicy, a nawet zakupiono za drogie pieniadze od przekupek przy Porta Mugionis. W miare jak uplywaly godziny poranku, cizba zwiekszala sie z kazda chwila. Niektorzy poprzyprowadzali cale rodziny, by zas czas nie wydal sie im zbyt dlugi, rozkladali zapasy zywnosci na kamieniach przeznaczonych pod nowa swiatynie Cerery i jedli prandium pod golym niebem. Gdzieniegdzie potworzyly sie gromady, w ktorych rej wodzili bywalcy. Rozprawiano z powodu wyjazdu cesarskiego o jego przyszlych podrozach i o podrozach w ogole, przy czym majtkowie i wysluzeni zolnierze opowiadali dziwy o krajach, o ktorych zaslyszeli w czasie dalekich wypraw, a w ktorych nie postala dotad noga rzymska. Mieszczuchowie, ktorzy nie byli nigdy w zyciu dalej jak na Via Appia, sluchali ze zdumieniem o cudach Indii i Arabii, o archipelagach otaczajacych Brytanie, gdzie na pewnej wysepce Briarius wiezil uspionego Saturna i gdzie mieszkaly duchy, o krainach hiperborejskich, o stezalych morzach, o syczeniu i ryku, jaki wydawaly wody Oceanu w chwili, gdy zachodzace slonce zanurzalo sie w topieli. Latwo znajdowaly wiare wsrod halastry podobne wiesci, w ktore wierzyli tacy nawet ludzie, jak Pliniusz i Tacyt. Mowiono rowniez o owym okrecie, ktory mial zwiedzic cezar, iz wiezie na dwa lata pszenicy, nie liczac czterystu podroznych, tylez zalogi i mnostwa dzikich zwierzat, ktore mialy byc uzyte w czasie letnich igrzysk. Jednalo to ogolna przychylnosc dla cezara, ktory nie tylko karmil, ale bawil lud. Gotowano sie tez na pelne zapalu powitanie. Tymczasem ukazal sie oddzial numidyjskich jezdzcow, nalezacych do wojsk pretorianskich. Przybrani byli w zolte szaty, czerwone przepaski i wielkie zausznice, rzucajace zloty blask na ich czarne twarze. Ostrza ich bambusowych dzid swiecily w sloncu jak plomyki. Po przejsciu ich rozpoczal sie pochod podobny do procesji. Tlumy cisnely sie, by blizej przypatrzec sie przejsciu, lecz nadeszly oddzialy pieszych pretorianow i ustawiwszy sie wzdluz po jednej i drugiej stronie bramy, bronily przystepu do drogi. Szly naprzod wozy wiozace namioty z purpury, czerwone i fioletowe, i namioty z bialego jak snieg byssu przetykanego zlotymi nicmi, i kobierce wschodnie, i stoly cytrusowe, i kawalki mozaik, sprzety kuchenne, i klatki z ptakami ze Wschodu, Poludnia i Zachodu, ktorych mozgi lub jezyki mialy isc na stol cesarski, i amfory z winem, i kosze z owocami. Lecz przedmioty, ktorych nie chciano narazac na pogiecie lub potluczenie na wozach, niesli piesi niewolnicy. Widziano wiec cale setki ludzi niosacych naczynia i posazki z miedzi korynckiej; widziano osobnych do waz etruskich, osobnych do greckich, osobnych do naczyn zlotych, srebrnych lub wyrobionych ze szkla aleksandryjskiego. Przegradzaly ich male oddzialy pretorianow pieszych i konnych, nad kazdym zas niewolniczym zastepem czuwali dozorcy uzbrojeni w bicze, zakonczone kawalkami olowiu i zelaza zamiast trzaskawek. Pochod, zlozony z ludzi niosacych z uwaga i skupieniem rozmaite przedmioty, wygladal jak jakas uroczysta procesja religijna, a podobienstwo stawalo sie jeszcze wyrazniejsze, gdy poczely isc narzedzia muzyczne cezara i dworu. Widac tam bylo harfy, lutnie greckie, lutnie hebrajskie, i egipskie, liry, formingi, cytry, piszczalki, dlugie powyginane bucyny i cymbaly. Patrzac na to morze instrumentow, polyskujacych w sloncu zlotem, brazem, drogimi kamieniami i perlowcem, mozna by sadzic, ze Apollo lub Bachus wybrali sie w podroz po swiecie. Za czym pojawily sie wspaniale karruki, pelne skoczkow, tancerzy, tancerek malowniczo zgrupowanych, z tyrsami w reku. Za nimi jechali niewolnicy przeznaczeni nie do poslug, lecz do zbytku: wiec pacholeta i male dziewczatka, wybrane z calej Grecji i Azji Mniejszej; dlugowlose lub z wijacymi sie puklami ujetymi w zlote siatki, podobne do amorow, o twarzach cudnych, ale calkiem pokrytych gruba warstwa kosmetykow z obawy, by delikatnej ich plci nie opalil wiatr Kampanii. I znow nastepowal pretorianski oddzial olbrzymich Sykambrow, brodatych, jasno- i rudowlosych, a blekitnookich. Przed nimi chorazowie, zwani imaginarii, niesli orly rzymskie, tablice z napisami, posazki bogow germanskich i rzymskich, a wreszcie posazki i popiersia cezara. Spod skor i pancerzy zolnierskich wygladaly ramiona ogorzale i silne jak machiny wojenne, zdolne wladac ciezka bronia, w ktora zbrojne byly tego rodzaju straze. Ziemia zdawala sie uginac pod ich rownym, ciezkim krokiem, oni zas jakby swiadomi swej sily, ktorej mogli uzyc przeciw samym cezarom, spogladali wyniosle na czern uliczna, widocznie zapominajac, ze wielu z nich przyszlo do tego miasta w lancuchach. Lecz byla ich garsc nieznaczna, glowne bowiem pretorianskie sily pozostawaly w obozach na miejscu, by czuwac nad miastem i trzymac je w ryzach. Gdy przeszli, wiedziono pociagowe tygrysy i lwy Nerona, aby jesli mu przyjdzie chec nasladowac Dionizosa, bylo co zaprzac do pochodowych wozow. Prowadzili je Hindusi i Arabowie na stalowych lancuchach z petlica, ale owinietych tak w kwiaty, ze zdawaly sie z samych kwiatow uwite. Przyswojone przez bieglych bestiariow zwierzeta patrzyly na tlumy swymi zielonymi, jakby sennymi oczyma, czasem zas wznoszac olbrzymie glowy, wciagaly chrapliwie w nozdrza wyziewy ludzkie, oblizujac kolczastymi jezykami paszcze. Szly jeszcze wozy cesarskie i lektyki, wieksze i mniejsze, zlote lub purpurowe, wykladane koscia sloniowa, perlami lub grajace blaskiem klejnotow; za nimi znow maly oddzial pretorianow w rzymskich zbrojach zlozony z samych italskich zolnierzy-ochotnikow; znow tlumy wykwintnej sluzby niewolniczej i chlopiat, a wreszcie jechal sam cezar, ktorego zblizanie sie zwiastowal z daleka okrzyk tlumow. W cizbie znajdowal sie i Piotr Apostol, ktory raz w zyciu chcial ujrzec cezara. Towarzyszyla mu Ligia, majac twarz ukryta pod gesta zaslona, i Ursus, ktorego sila stanowila najpewniejsza dla dziewczyny opieke posrod niesfornych i rozpasanych tlumow. Lig wzial w rece jeden z glazow przeznaczonych pod budowe swiatyni i przyniosl go Apostolowi, aby ten, wstapiwszy na niego, mogl lepiej widziec od innych. Cizba poczela z poczatku szemrac, gdyz Ursus rozsuwal ja, jak statek rozsuwa fale, gdy jednak sam jeden podniosl kamien, ktorego czterech najtezszych z ludu mocarzy nie zdolaloby poruszyc, szemranie zmienilo sie w podziw i okrzyki: "Macte!", odezwaly sie naokolo. Lecz tymczasem nadjechal cezar. Siedzial na wozie majacym ksztalt namiotu, ciagnionym przez szesc bialych idumejskich ogierow, podkutych zlotem. Woz mial ksztalt namiotu z otwartymi umyslnie bokami, tak aby tlumy mogly cezara widziec. Moglo sie tam pomiescic kilka osob, lecz Nero chcac, by uwaga skupiala sie wylacznie na nim, jechal przez miasto sam, majac u nog tylko dwoch karzelkow-wyrodkow. Przybrany byl w biala tunike i w ametystowa toge, ktora rzucala sinawy blask na jego oblicze. Na glowie mial laurowy wieniec. Od czasu wyjazdu do Neapolis utyl znacznie. Twarz mu sie rozlala; pod dolna szczeka zwieszal sie podwojny podbrodek, przez co usta jego, zawsze zbyt blisko nosa polozone, teraz zdawaly sie byc wyciete tuz pod nozdrzami. Gruba szyje oslanial, jak zwykle, chustka jedwabna, ktora poprawial co chwila reka biala i tlusta, porosnieta na przegubie rudawym wlosem tworzacym jakby krwawe plamy, ktorego nie pozwolil wyrywac sobie epilatorom, gdyz mu powiedziano, ze sprowadza to drzenie palcow i przeszkadza w grze na lutni. Bezdenna proznosc malowala sie, jak zawsze, na jego twarzy, w polaczeniu ze zmeczeniem i nuda. W ogole byla to twarz zarazem straszna i blazenska. Jadac obracal glowe na obie strony, przymruzajac chwilami oczy i nasluchujac bacznie, jak go witaja. Witala go burza oklaskow i okrzyki: "Witaj, boski! Cezarze, imperatorze, witaj, zwycieski! Witaj, niezrownany - synu Apollina, Apollinie!" Sluchajac tych slow usmiechal sie, lecz chwilami przelatywala mu po twarzy jakby chmura, tlum bowiem rzymski byl szyderczy i zaufany w liczbe pozwalal sobie na drwiace docinki nawet wzgledem wielkich tryumfatorow, takich, ktorych istotnie kochal i szanowal. Wszakze wiadomo bylo, ze niegdys krzyczano przy wjezdzie Juliusza Cezara do Rzymu: "Obywatele, pochowajcie zony, bo wjezdza urwis z lysina!" Lecz potworna milosc wlasna Nerona nie znosila najmniejszych przygan ni docinkow, tymczasem w tlumie wsrod okrzykow pochwalnych odzywaly sie wolania: "Miedzianobrody!... Miedzianobrody! Dokad wieziesz swa plomienna brode? Czy boisz sie, by Rzym od niej nie splonal?" I ci, ktorzy tak wolali, nie wiedzieli, ze zart ich kryje w sobie straszliwe proroctwo. Cezara niezbyt zreszta gniewaly podobne glosy, tym bardziej ze brody nie nosil, albowiem dawniej jeszcze ofiarowal ja w zlotej puszce Jowiszowi Kapitolinskiemu. Lecz inni, ukryci za stosami glazow i przy zrebie swiatyni, krzyczeli: "Matricida! Nero! Orestes! Alkmeon!", a inni: "Gdzie Oktawia?", "Oddaj purpure!" - na jadaca zas tuz za nim Poppee wolano: "Flava coma!" - ktora to nazwa oznaczano ulicznice. Muzykalne ucho Nerona chwytalo i takie okrzyki, a wowczas podnosil palcami do oka swoj wypolerowany szmaragd, jakby chcac zobaczyc i zapamietac tych, ktorzy je wydali. W ten sposob wzrok jego zatrzymal sie na stojacym na kamieniu Apostole. Przez chwile dwaj ci ludzie patrzyli na siebie, nikomu zas ni z tego swietnego orszaku, ni z tych nieprzeliczonych tlumow nie przyszlo na mysl, ze spogladaja na siebie w tej minucie dwaj wladcy ziemi, z ktorych jeden minie wkrotce jak krwawy sen, drugi zas, ow starzec przybrany w prostacza lacerne, obejmie w wieczyste posiadanie swiat i miasto. Tymczasem cezar przejechal, a tuz za nim osmiu Afrow przenioslo wspaniala lektyke, w ktorej siedziala znienawidzona przez lud Poppea. Przybrana, jak i Nero, w szate ametystowej barwy, z grubym pokladem kosmetykow na twarzy, nieruchoma, zamyslona i obojetna, wygladala jak jakies bostwo zarazem piekne i zle, ktore niesiono jak na procesji. Ciagnal w jej slady znow caly dwor meskiej i zenskiej sluzby oraz szeregi wozow z przyborami do wygod i stroju. Slonce dobrze juz schodzilo z poludnia, gdy zaczal sie przejazd augustianow - korowod swietny, migotliwy, mieniacy sie jak waz i nieskonczony. Leniwy Petroniusz, zyczliwie witany przez tlumy, kazal sie wraz ze swoja do bogini podobna niewolnica niesc w lektyce. Tygellinus jechal w karruce ciagnietej przez male koniki przybrane w biale i purpurowe piora. Widziano go, jak wstawal z wozu i wyciagajac szyje wypatrywal, rychlo mu li cezar da znak, zeby sie do niego przesiadl. Sposrod innych tlumy witaly oklaskami Licynianusa Pizona, smiechem Witeliusza, gwizdaniem Watyniusza. Wzgledem Licyniusza i Lekaniusza, konsulow, zachowywano sie obojetnie, lecz Tuliusz Senecjo, ktorego lubiono nie wiadomo za co, rownie jak i Westynus zyskali poklask tluszczy. Dwor byl nieprzeliczony. Zdawalo sie, ze wszystko, co jest bogatsze i swietniejsze lub znakomite w Rzymie, emigruje do Ancjum. Nero nigdy nie podrozowal inaczej, jak w tysiac wozow, zastep zas towarzyszacych mu prawie zawsze przenosil liczbe zolnierzy w legii. Pokazywano wiec sobie i Domicjusza Afra, i zgrzybialego Lucjusza Saturnina; widziano Wespazjana, ktory nie byl jeszcze wyciagnal na swa wyprawe do Judei, z ktorej wrocil dopiero po korone cesarska, i jego synow, i mlodego Nerwe, i Lukana, i Anniusza Gallona, i Kwintianusa, i mnostwo kobiet znanych z bogactw, pieknosci, zbytku i rozpusty. Oczy tluszczy przenosily sie ze znajomych twarzy na uprzeze, wozy, konie, dziwaczne stroje sluzby, zlozonej ze wszystkich narodow swiata. W tej powodzi przepychu i wielkosci nie wiadomo bylo, na co patrzec, i nie tylko oczy, ale i mysl olsniewala od tych blaskow zlotych, od tych barw purpury i fioletu, od migotania drogich kamieni, od polyskow bisiorow, perlowca, kosci sloniowej. Zdawalo sie, ze same promienie sloneczne rozpraszaja sie w tej swietnej topieli. A choc wsrod tluszczy nie braklo nedzarzy z zaklesnietymi brzuchami i glodem w oczach, przecie widok ow zapalal ich nie tylko checia uzycia i zazdroscia, ale napelnial zarazem rozkosza i duma, dajac poczucie tej mocy i niepozytosci Rzymu, na ktora sie skladal i przed ktora kleczal swiat. Jakoz w swiecie calym nie bylo nikogo, kto by smial mniemac, ze ta potega nie przetrwa wszystkich wiekow, nie przezyje wszystkich narodow i ze cos moze jej na ziemi sie oprzec. Winicjusz, jadac na koncu orszaku, na widok Apostola i Ligii, ktorej nie spodziewal sie widziec, wyskoczyl z wozu i powitawszy ich z rozpromieniona twarza, poczal mowic przyspieszonym glosem jak czlowiek, ktory nie ma czasu do stracenia: - Przyszlas? Nie wiem, jak ci mam dziekowac, o Ligio!... Bog nie mogl mi zeslac lepszej wrozby. Pozdrawiam cie jeszcze, zegnajac, ale nie zegnam na dlugo. Po drodze rozstawie konie partyjskie i w kazdy dzien wolny bede przy tobie, poki powrotu sobie nie wyprosze. Badz zdrowa! - Badz zdrow, Marku - odrzekla Ligia i potem dodala ciszej: - Niech cie Chrystus prowadzi i otworzy ci dusze na slowa Pawla. On zas ucieszyl sie w sercu, iz chodzi jej o to, by predko zostal chrzescijaninem, wiec odpowiedzial: - Ocelle mi! Niech sie tak stanie, jak mowisz. Pawel woli jechac miedzy mymi ludzmi, ale jest ze mna i bedzie mi mistrzem i towarzyszem... Uchyl zaslony, radosci moja, abym cie jeszcze ujrzal przed droga. Czemu sie tak zakrylas? Ona podniosla reka zaslone i ukazala mu swa jasna twarz i cudne smiejace sie oczy, pytajac: - To zle? I usmiech jej mial w sobie troche dziewczecej przekory, lecz Winicjusz, patrzac na nia z uniesieniem, odpowiedzial: - Zle dla oczu moich, ktore niechby do smierci patrzyly na ciebie jedna. Po czym zwrocil sie do Ursusa i rzekl: - Ursusie, pilnuj jej jak zrenicy oka, bo to nie tylko twoja, lecz i moja - domina! To powiedziawszy chwycil jej reke i przycisnal do niej usta ku wielkiemu zdumieniu gawiedzi, ktora nie mogla zrozumiec oznaki takiej czci ze strony swietnego augustianina dla dziewczyny przybranej w proste, niemal niewolnicze szaty. - Badz zdrowa... Po czym oddalil sie predko, gdyz caly orszak cezarianski posunal sie byl znacznie naprzod. Apostol Piotr przezegnal go nieznacznym znakiem krzyza, zas dobry Ursus poczal go zaraz wyslawiac, rad, ze mloda pani slucha chciwie i patrzy na niego z wdziecznoscia. Orszak oddalal sie i przeslanial klebami zlotej kurzawy, lecz oni patrzyli jeszcze dlugo w slad za nim, poki nie zblizyl sie do nich Demas mlynarz, ten sam, u ktorego pracowal nocami Ursus. Ow ucalowawszy reke Apostola poczal go prosic, by wstapili do niego na posilek, mowiac, ze dom jego jest blisko Emporium, oni zas musza byc glodni i zmeczeni spedziwszy wieksza czesc dnia przy bramie. Poszli wiec razem i odpoczawszy, i posiliwszy sie w jego domu, pod wieczor dopiero wracali na Zatybrze. Majac zamiar przejsc rzeke przez most Emiliusza, szli przez Clivus Publicus, idacy srodkiem wzgorza Awentynskiego miedzy swiatyniami Diany i Merkurego. Apostol Piotr patrzyl z wyzyny na otaczajace go i na dalsze, ginace w oddaleniu gmachy i pograzywszy sie w milczeniu, rozmyslal nad ogromem i wladza tego miasta, do ktorego przyszedl opowiadac slowo Boze. Dotychczas widywal on panowanie rzymskie i legiony w roznych krajach, po ktorych wedrowal, lecz byly to jakby pojedyncze czlonki tej sily, ktorej uosobienie w postaci cezara ujrzal dzis po raz pierwszy. To miasto niezmierne, drapiezne i chciwe, a zarazem wyuzdane, zgnile do szpiku kosci, a zarazem niewzruszone w swej nadludzkiej mocy, ten cezar, bratobojca, matkobojca i zonobojca, za ktorym wlokl sie nie mniejszy od jego dworu orszak krwawych mar, ten rozpustnik i blazen, a zarazem pan trzydziestu legii, a przez nie ziemi calej; ci dworzanie, pokryci zlotem i szkarlatem, niepewni jutra, a zarazem wladniejsi od krolow - wszystko to razem wziete wydalo mu sie jakims piekielnym krolestwem zla i nieprawosci. I zadziwil sie w sercu prostaczym, jak Bog moze dawac tak niepojeta wszechmoc szatanowi i jak moze oddawac mu ziemie, by ja miesil, przewracal, deptal, wyciskal lzy i krew; wichrzyl jak wicher, burzyl jak burza, palil jak plomien. A od tych mysli zatrwozylo sie jego apostolskie serce i poczal mowic w duchu do Mistrza: "Panie, co poczne wobec tego miasta, do ktorego mnie poslales? Jego sa morza i lady, jego zwierz na ziemi i twor wodny, jego sa inne krolestwa i grody, i trzydziesci legii, ktore ich strzega, a jam, Panie, rybak z jeziora! Co poczne? I jakoz jego zlosc przezwycieze?" Tak mowiac wznosil swa siwa, drzaca glowe ku niebu, modlac sie i wolajac z glebi serca do swego Boskiego Mistrza, pelen smutku i trwogi. A wtem modlitwe przerwal mu glos Ligii, ktora rzekla: - Miasto cale jak w ogniu... Rzeczywiscie slonce zachodzilo dnia tego dziwnie. Ogromna jego tarcza zasunela sie juz do polowy za Janikulskie wzgorze, caly zas przestwor nieba napelnil sie czerwonym blaskiem. Z miejsca, na ktorym stali, wzrok ich obejmowal znaczne przestrzenie. Nieco na prawo widzieli wydluzone mury Circus Maximus, nad nim pietrzace sie palace Palatynu, a wprost przed soba, za Forum Boarium i Velabrum, szczyt Kapitolu ze swiatynia Jowisza. Ale mury, kolumny i szczyty swiatyn byly jakby zanurzone w ow blask zloty i purpurowy. Widne z dala czesci rzeki plynely jakby krwia i w miare jak slonce zasuwalo sie coraz bardziej za wzgorze, blask czynil sie coraz czerwienszy, coraz do luny pozaru podobniejszy, i wzmagal sie, rozszerzal, az wreszcie objal siedem wzgorz, z ktorych zdawal sie splywac na cala okolice. - Miasto cale jak w ogniu - powtorzyla Ligia. A Piotr przyslonil oczy reka i rzekl: - Gniew Bozy jest nad nim. Winicjusz do Ligii: "Niewolnik Flegon, przez ktorego posylam ci ten list, jest chrzescijaninem, bedzie zatem jednym z tych, ktorzy otrzymaja wolnosc z rak twoich, najdrozsza moja. Stary to sluga naszego domu, moge wiec pisac przez niego z cala ufnoscia i bez obawy, aby list wpadl w inne rece niz twoje. Pisze z Laurentum, gdzie zatrzymalismy sie z powodu upalu. Otho posiadal tu wspaniala wille, ktora swego czasu darowal Poppei, a ta, lubo rozwiedziona z nim, uznala za stosowne zatrzymac piekny podarek... Gdy mysle o tych kobietach, ktore mnie teraz otaczaja, i o tobie, wydaje mi sie, ze z kamieni Deukaliona musialy powstac rozne, zgola do siebie niepodobne gatunki ludzi, i ze ty nalezysz do tego, ktory sie zrodzil z krysztalu. Podziwiam cie i kocham z calej duszy tak, ze chcialbym ci mowic tylko o tobie i trzeba mi sie zmuszac, bym ci pisal o podrozy, o tym, co sie ze mna dzieje, i o nowinach dworskich. Cezar byl wiec gosciem Poppei, ktora w tajemnicy przygotowala wspaniale przyjecie. Niewielu zreszta zaprosila augustianow, ale i ja, i Petroniusz dostalismy wezwanie. Po prandium plywalismy zlotymi lodziami po morzu, ktore bylo tak ciche, jakby spalo, a tak niebieskie jak twoje oczy, o boska. Wioslowalismy sami, albowiem pochlebialo to widocznie Auguscie, ze ja wioza konsularni mezowie albo ich synowie. Cezar, stojac u rudla w purpurowej todze, spiewal hymn na czesc morza, ktory ulozyl poprzedniej nocy i do ktorego dorobil muzyke wraz z Diodorem. Na innych lodziach wtorowali niewolnicy z Indii, ktorzy umieja grac na konchach morskich, a wkolo ukazywaly sie liczne delfiny, jakby istotnie wywabione z glebin Amfitrydy muzyka. A ja, czy wiesz, com czynil? Otom myslal o tobie i tesknilem za toba, i chcialem zabrac to morze, i te pogode, i te muzyke, i oddac wszystko tobie. Czy chcesz, bysmy kiedys zamieszkali nad brzegiem morskim, Augusto moja, z dala od Rzymu? Mam w Sycylii ziemie, gdzie jest las migdalow, ktore wiosna kwitna rozowo, a schodza tak blisko do morza, ze konce galezi prawie dotykaja sie wody. Tam bede kochal ciebie i wielbil te nauke, ktorej mnie Pawel nauczyl, bo to juz wiem, ze ona nie przeciwi sie milosci i szczesciu. Czy chcesz? Lecz nim odpowiedz z twoich kochanych ust uslysze, pisze ci dalej, co sie zdarzylo na lodzi. Skoro brzeg zostal juz daleko za nami, ujrzelismy zagiel w dali przed soba i wnet powstala sprzeczka, czy to zwyczajna lodz rybacka, czy wielki statek z Ostii. Rozpoznalem go pierwszy, a wowczas Augusta rzekla, ze dla moich oczu nie ma widocznie nic skrytego, i spusciwszy nagle na twarz zaslone, spytala, czy i tak bym nawet ja rozpoznal. Petroniusz odpowiedzial zaraz, ze za chmura nawet i slonca dostrzec nie mozna, lecz ona niby sie smiejac, mowila, iz tak bystry wzrok chyba jedna milosc moglaby oslepic, i wymieniajac rozne augustianki poczela pytac i zgadywac, w ktorej sie kocham. Odpowiadalem spokojnie, lecz ona w koncu wymienila i twoje imie. Mowiac o tobie odkryla znow twarz i poczela patrzec na mnie zlymi i zarazem badawczymi oczyma. Prawdziwa wdziecznosc czuje dla Petroniusza, ktory pochylil w tej chwili lodz, przez co uwaga powszechna odwrocila sie ode mnie; gdybym byl bowiem uslyszal o tobie niechetne lub szyderskie slowa, bylbym nie umial ukryc gniewu i musialbym walczyc z checia rozbicia wioslem glowy tej przewrotnej i zlej kobiecie... Wszak pamietasz, com ci w wigilie wyjazdu opowiadal w domu Linusa o zajsciu na stawie Agryppy? Petroniusz boi sie o mnie i jeszcze dzis zaklinal mnie, bym nie draznil milosci wlasnej Augusty. Ale Petroniusz juz mnie nie rozumie i nie wie, ze poza toba nie masz dla mnie ni rozkoszy, ni pieknosci, ni kochania i ze dla Poppei mam tylko wstret i pogarde. Tys juz bardzo zmienila dusze moja i tak dalece, ze do dawnego zycia juz bym nawet wrocic nie umial. Lecz nie obawiaj sie, aby mnie tu moglo spotkac cos zlego. Poppea nie kocha mnie, bo ona nikogo kochac niezdolna, i jej zachcianki plyna tylko z gniewu na cezara, ktory jest jeszcze pod jej wplywem i ktory moze nawet ja jeszcze miluje, wszelako juz jej nie szczedzi i nie ukrywa przed nia swego bezwstydu i swych wystepkow. Powiem ci zreszta i inna rzecz, ktora cie uspokoic powinna: oto Piotr rzekl mi na wyjezdnym, abym sie nie obawial cezara, gdyz wlos nie spadnie z glowy mojej, i ja mu wierze. Jakis glos mowi mi w duszy, ze kazde slowo jego musi sie spelnic, ze zas on poblogoslawil milosc nasza, wiec ani cezar, ani wszystkie potegi Hadesu, ani samo nawet Przeznaczenie nie zdola mi cie odebrac, o Ligio! Gdy o tym mysle, jestem szczesliwy, jak gdybym byl Niebem, ktore samo jedno jest szczesliwe i spokojne. Lecz ciebie, chrzescijanke, moze uraza to, co mowie o Niebie i Przeznaczeniu? W takim razie przebacz mi, bo grzesze niechcacy. Chrzest jeszcze nie obmyl mnie, ale serce moje jest jako czara prozna, ktora Pawel z Tarsu ma napelnic slodka nauka wasza, tym slodsza dla mnie, ze jest twoja. Ty, boska, policz mi za zasluge choc to, zem z tej czary wylal plyn, ktory ja napelnial poprzednio, i ze nie cofam jej, ale ja wyciagam jak czlowiek spragniony, ktory stanal u czystego zdroju. Niech znajde laske w twych oczach. W Ancjum dni i noce beda mi schodzily na sluchaniu Pawla, ktory wsrod moich ludzi w pierwszym juz dniu podrozy pozyskal wplyw taki, ze otaczaja go bez ustanku, widzac w nim nie tylko teumaturga, ale nadprzyrodzona niemal istote. Wczoraj widzialem radosc na jego twarzy, a gdym go spytal, co czyni, odrzekl mi: "Sieje". Petroniusz wie, iz on znajduje sie miedzy mymi ludzmi, i pragnie go widziec, jak rowniez Seneka, ktory slyszal o nim od Gallona. Ale juz gwiazdy bledna, o Ligio, a poranny "Lucyfer" swieci coraz mocniej. Wkrotce jutrzenka zarozowi morze - i spi wszystko naokol, tylko ja mysle o tobie i kocham cie. Badz pozdrowiona wraz z zorza ranna, sponsa mea!" Winicjusz do Ligii: "Czys ty, droga, byla kiedy z Aulusami w Ancjum? Jesli nie, bede szczesliwy, gdy ci je z czasem pokaze. Juz od Laurentum ciagna sie na pobrzezu wille jedna za druga, a samo Ancjum to nieskonczony szereg palacow i portykow, ktorych kolumny przegladaja sie czasu pogody w wodzie. Mam i ja tu siedzibe tuz nad woda, z oliwnikiem i lasem cyprysow za willa, i gdy pomysle, ze ta siedziba stanie sie kiedys twoja, bielsze wydaja mi sie jej marmury, cienistsze ogrody i lazurowsze morze. O Ligio, jak dobrze jest zyc i kochac! Stary Menikles, ktory zarzadza tu willa, posadzil na lakach pod mirtami cale kepy irysow i na ich widok przyszedl mi na mysl dom Aulusow, wasze impluvium i wasz ogrod, w ktorym siadywalem przy tobie. I tobie te irysy beda przypominaly dom rodzinny, dlatego jestem pewien, ze polubisz Ancjum i te wille. Zaraz po przybyciu dlugo rozmawialismy z Pawlem przy prandium. Mowilismy o tobie, a potem on poczal nauczac, ja zas sluchalem dlugo i to ci powiem tylko, ze gdybym nawet tak umial pisac jak Petroniusz, jeszcze bym nie potrafil wypowiedziec ci wszystkiego, co przeszlo mi przez mysl i dusze. Jam sie nie spodziewal, ze moze byc na swiecie jeszcze takie szczescie, pieknosc i spokoj, o ktorych ludzie dotad nie wiedza. Lecz to wszystko chowam na rozmowe z toba, gdy z pierwsza wolna chwila przybede do Rzymu. Powiedz mi, jak ziemia moze pomiescic razem takich ludzi, jak Piotr Apostol, jak Pawel z Tarsu i cezar? Pytam dlatego, zem wieczor po nauce Pawla spedzil u Nerona, i czy wiesz, com tam uslyszal? Oto naprzod on sam czytal swoj poemat o zburzeniu Troi i poczal narzekac, ze nigdy nie widzial plonacego miasta. Zazdroscil Priamowi i zwal go szczesliwym czlowiekiem dlatego wlasnie, iz mogl ogladac pozoge i zgube ojczystego grodu. Na to Tygellinus rzekl: "Powiedz slowo, boski, a wezme pochodnie i nim noc uplynie, ujrzysz plonace Ancjum". Lecz cezar nazwal go glupcem. "Gdziez - mowil - przyjezdzalbym oddychac morskim powietrzem i ochraniac ten glos, ktorym obdarzyli mnie bogowie i o ktory, jak mowia, dla dobra ludu dbac powinienem? Zali nie Rzym mi szkodzi, zali nie duszne wyziewy z Subury i Eskwilinu nabawiaja mnie chrypki i czyz palacy sie Rzym nie przedstawialby stokroc wspanialszego i tragiczniejszego widoku od Ancjum?" Tu wszyscy poczeli mowic, jaka tragedia nieslychana bylby obraz takiego miasta, ktore podbilo swiat, zmienionego w kupe siwych popiolow. Cezar zapowiedzial, ze wowczas poemat jego przeszedlby piesni Homera, a potem jal mowic, jak odbudowalby miasto i jak by potomne wieki musialy podziwiac jego dzielo, wobec ktorego zmalalyby wszystkie inne dziela ludzkie. Wowczas pijani biesiadnicy poczeli wolac: "Uczyn to! Uczyn!", on zas rzekl: "Musialbym miec wierniejszych i bardziej oddanych mi przyjaciol". Ja, wyznaje, sluchajac tego zaniepokoilem sie zrazu, bo w Rzymie ty jestes, carissima. Sam smieje sie teraz z tej obawy i mysle, ze cezar i augustianie, jakkolwiek szaleni, nie odwazyliby sie podobnego szalenstwa dopuscic, a jednak, patrz, jak czlowiek boi sie o swoje kochanie, jednak wolalbym, by dom Linusa nie stal na waskim zatybrzanskim zaulku i w dzielnicy zamieszkalej przez obca ludnosc, na ktora mniej by w danym razie zwazano. Dla mnie same palace palatynskie nie bylyby mieszkaniem godnym ciebie, wiec chcialbym takze, by ci nie braklo niczego z tych ozdob i wygod, do ktorych z dziecinstwa przywyklas. Przenies sie do domu Aulusow, Ligio moja. Ja duzo tu o tym myslalem. Gdyby cezar byl w Rzymie, wiesc o twym powrocie moglaby istotnie dojsc przez niewolnikow na Palatyn, zwrocic na ciebie uwage i sciagnac przesladowanie za to, zes sie osmielila postapic wbrew woli cezara. Ale on dlugo zostanie tu w Ancjum, a nim wroci, dawno i niewolnicy przestana o tym mowic. Linus i Ursus moga zamieszkac z toba. Zreszta zyje nadzieja, ze zanim Palatyn ujrzy cezara, ty, moja boska, bedziesz juz mieszkala we wlasnym domu na Karynach. Blogoslawiony dzien, godzina i chwila, w ktorej przestapisz moj prog, i jesli Chrystus, ktorego ucze sie wyznawac, to sprawi, niech bedzie blogoslawione i Jego imie. Bede Mu sluzyl i oddam za Niego zycie i krew. Zle mowie: bedziemy Mu sluzyli oboje, poki starczy nam przedzy zycia. Kocham cie i pozdrawiam dusza cala". Ursus czerpal wode w cysternie i ciagnac sznurem podwojne amfory spiewal polglosem dziwna piesn ligijska, a zarazem spogladal rozradowanymi oczyma na Ligie i Winicjusza, ktorzy wsrod cyprysow w ogrodku Linusa bielili sie jak dwa posagi. Najmniejszy wiatr nie poruszal ich odziezy. Na swiecie zapadal zmrok zloty i liliowy, oni zas wsrod spokoju wieczora rozmawiali trzymajac sie za rece. - Czy nic zlego spotkac cie nie moze, Marku, za to, ze opusciles Ancjum bez wiedzy cezara? - pytala Ligia. - Nie, droga moja - odpowiedzial Winicjusz. - Cezar zapowiedzial, ze zamknie sie na dwa dni z Terpnosem i bedzie ukladal nowe piesni. Czesto on tak czyni i wowczas o niczym innym nie wie i nie pamieta. Zreszta co mi cezar, gdy jestem przy tobie i patrze na ciebie. Zbyt juz tesknilem, a w ostatnich nocach opuscil mnie sen. Nieraz, gdym zdrzemnal ze znuzenia, budzilem sie nagle z uczuciem, ze nad toba wisi niebezpieczenstwo; czasem snilem, ze zrabowano mi rozstawne konie, ktore mialy mnie przyniesc z Ancjum do Rzymu i na ktorych przebieglem te droge tak szybko jak nigdy zaden goniec cesarski. I dluzej juz bez ciebie wytrzymac nie moglem. Zbyt cie kocham, droga, najdrozsza moja! - Wiedzialam, ze przyjedziesz. Dwa razy Ursus wybiegal na moja prosbe na Karyny i pytal o ciebie w twoim domu. Linus smial sie ze mnie i Ursus takze. Rzeczywiscie znac bylo, ze sie go spodziewala, gdyz zamiast zwyklej ciemnej odziezy miala na sobie miekka biala stole, z ktorej slicznych fald jej ramiona i glowa wychylaly sie jak rozkwitle pierwiosnki ze sniegu. Kilka rozowych anemonow zdobilo jej wlosy. Winicjusz przycisnal usta do jej reki, po czym siedli na kamiennej lawce wsrod dzikiego wina i wsparlszy sie o siebie ramionami milczeli pogladajac ku zorzom, ktorych ostatnie blaski odbijaly sie w ich oczach. Urok cichego wieczora opanowywal ich z wolna. - Jak tu cicho i jaki swiat sliczny - rzekl znizonym glosem Winicjusz. - Noc idzie ogromnie pogodna. Czuje sie tak szczesliwy, jak nigdy w zyciu nie bylem. Powiedz mi, Ligio, co to jest. Jam nigdy nie przypuszczal, zeby mogla byc taka milosc. Myslalem, ze to jest tylko ogien we krwi i zadza, a teraz dopiero widze, ze mozna kochac kazda kropla krwi i kazdym tchnieniem, a zarazem czuc taki spokoj slodki i niezmierny, jakby juz ukoily dusze Sen i Smierc. To dla mnie cos nowego. Patrze na ten spokoj drzew i zdaje mi sie, ze on jest we mnie. Teraz dopiero rozumiem, ze moze byc szczescie, o jakim ludzie dotad nie wiedzieli. Teraz dopiero rozumiem, dlaczego i ty, i Pomponia Grecyna jestescie takie pogodne... Tak!... To daje Chrystus... A ona w tej chwili polozyla swa sliczna twarz na jego ramieniu i rzekla: - Moj Marku drogi... I nie mogla mowic wiecej. Radosc, wdziecznosc i poczucie, ze teraz dopiero wolno jej kochac, odjely jej glos, a natomiast napelnily oczy lzami wzruszenia. Winicjusz, objawszy ramieniem jej drobne cialo, tulil ja przez chwile do siebie, po czym rzekl: - Ligio! Niech bedzie blogoslawiona chwila, w ktorej pierwszy raz uslyszalem Jego imie. Ona zas odpowiedziala cicho: - Kocham cie, Marku. Po czym umilkli znow oboje, nie mogac slow dobyc z wezbranych piersi. Na cyprysach zgasly ostatnie liliowe odblaski i ogrod poczal sie srebrzyc od ksiezycowego sierpa. Po chwili Winicjusz poczal mowic: - Ja wiem... Ledwiem tu wszedl, ledwiem ucalowal twoje drogie rece, wyczytalem w twoich oczach pytanie, czym pojal te Boska nauke, ktora ty wyznajesz, i czym zostal ochrzczony? Nie! Ochrzczony jeszcze nie jestem, ale czy wiesz, kwiecie, dlaczego? Oto Pawel mi rzekl: "Jam cie przekonal, ze Bog przyszedl na swiat i dal sie ukrzyzowac dla zbawienia swiata, ale niech w zdroju laski obmyje cie Piotr, ktory pierwszy wyciagnal nad toba rece i pierwszy cie blogoslawil". A i ja takze chcialem, bys ty, najdrozsza, patrzyla na moj chrzest i by mi matka byla Pomponia. Wiec dlatego nie jestem dotad ochrzczony, choc wierze w Zbawiciela i w Jego slodka nauke. Pawel mnie przekonal, nawrocil i zali moglo byc inaczej? Jakzebym mogl nie uwierzyc, ze Chrystus przyszedl na swiat, skoro tak mowi Piotr, ktory byl Jego uczniem, i Pawel, ktoremu sie objawil? Jakze moglbym nie wierzyc, ze byl Bogiem, skoro zmartwychwstal? Widzieli Go przecie i w miescie, i nad jeziorem, i na gorze, i widzieli ludzie, ktorych usta klamstwa nie zaznaly. Jam juz w to wierzyl od czasu, gdym uslyszal Piotra w Ostrianum, bom sobie juz wowczas powiedzial: na calym swiecie predzej by kazdy inny czlowiek mogl sklamac niz ten, ktory powiada: "Widzialem!" Ale nauki waszej sie balem. Zdawalo mi sie, ze ona odbiera mi ciebie. Mniemalem, ze nie masz w niej ani madrosci, ani pieknosci, ani szczescia. Dzis jednak, gdym ja poznal, coz bym byl za czlowiek, gdybym nie chcial, by na swiecie panowala prawda, a nie klamstwo, milosc, a nie nienawisc, dobro, nie zbrodnia, wiernosc, nie zas niewiernosc, litosc, nie zemsta? Ktoz by taki byl, ktory by tego nie wolal i nie chcial? A przecie tego uczy wasza nauka. Inne chca takze sprawiedliwosci, ale ta jedna czyni serce ludzkie sprawiedliwym. I procz tego czyni je czystym, jak twoje i Pomponii, i czyni je wiernym, jak twoje i Pomponii. Slepym bym byl, gdybym tego nie widzial. A jesli przy tym Chrystus Bog obiecal zycie wieczne i szczescie tak nieprzebrane, jakie tylko wszechmoc Boska dac moze, to czegoz czlowiek moze chciec wiecej? Gdybym spytal Seneki, z jakich powodow zaleca cnote, skoro przewrotnosc wiecej szczescia przynosi, nie umialby mi naprawde nic rozsadnego odpowiedziec. Ale ja wiem teraz, dlaczego mam byc cnotliwy. Oto dlatego, ze dobro i milosc plynie z Chrystusa, i dlatego, aby gdy smierc mi zamknie oczy, odnalezc zycie, odnalezc szczescie, odnalezc siebie samego i ciebie, najdrozsza moja... Jakze nie pokochac i nie przyjac nauki, ktora zarazem mowi prawde i znosi smierc? Kto by nie przelozyl dobra nad zlo? Ja myslalem, ze ta nauka przeciwi sie szczesciu, a tymczasem Pawel przekonal mnie, ze ona nie tylko nic nie odbiera, ale jeszcze dodaje. Wszystko to zaledwie mi sie w glowie chce pomiescic, ale czuje, ze tak jest, bom nigdy nie byl rownie szczesliwy i nie moglem byc, chocbym cie byl zabral przemoca i mial w domu swoim. Otos mi powiedziala przed chwila: "Kocham cie", a tych wyrazow nie bylbym z ciebie wydobyl za cala potege Rzymu. O Ligio! Rozum mowi, ze ta nauka jest boska i najlepsza, serce to czuje, a takim dwom potegom ktoz sie oprze? Ligia sluchala go utkwiwszy w niego swe niebieskie oczy, podobne przy blasku ksiezyca do kwiatow mistycznych i rownie zroszone jak kwiaty. - Tak, Marku! Prawda! - rzekla przytulajac silniej glowe do jego ramienia. I w tej chwili czuli sie oboje ogromnie szczesliwi, albowiem rozumieli, ze procz milosci laczy ich jeszcze jakas inna sila, zarazem slodka i nieprzeparta, przez ktora sama milosc staje sie czyms niepozytym, niepodleglym zmianom, zawodom, zdradzie i nawet smierci. Serca ich przepelnila zupelna pewnosc, ze cokolwiek by sie moglo zdarzyc, oni nie przestana sie kochac i nalezec do siebie. I z tego powodu splywal w ich dusze niewypowiedziany spokoj. Winicjusz czul przy tym, ze to jest milosc nie tylko czysta i gleboka, ale calkiem nowa, taka, jakiej swiat dotad nie znal i dac nie mogl. Skladalo sie na nia w jego sercu wszystko: i Ligia, i nauka Chrystusa, i swiatlo ksiezyca spiace cicho na cyprysach, i pogodna noc, tak ze caly wszechstwor wydal mu sie nia jedna przepelniony. Po chwili znow mowic poczal glosem przyciszonym i drgajacym: - Ty bedziesz dusza mojej duszy i bedziesz mi w swiecie najdrozsza. Razem nam beda bily serca, jedna bedzie modlitwa i jedna bedzie wdziecznosc Chrystusowi. O, moja droga! Zyc razem, czcic razem slodkiego Boga i wiedziec, ze gdy nadejdzie smierc, oczy nasze otworza sie znow, jak po snie blogim, na nowe swiatlo, coz mozna lepszego pomyslec! Wiec dziwie sie tylko, zem tego pierwej nie zrozumial. I wiesz, co mi sie teraz zdaje? Oto, ze tej nauce nie oprze sie nikt. Za dwiescie lub trzysta lat przyjmie ja caly swiat; ludzie zapomna o Jowiszu i nie bedzie innych bogow, tylko Chrystus, i innych swiatyn, jak chrzescijanskie. Ktoz by nie chcial wlasnego szczescia? Ach, slyszalem przecie rozmowe Pawla z Petroniuszem i czy wiesz, co Petroniusz rzekl w koncu? "To nie dla mnie", ale nic wiecej odpowiedziec nie umial. - Powtorz mi slowa Pawla - rzekla Ligia. - Bylo to u mnie wieczorem. Petroniusz poczal lekko mowic i zartowac, jak on czyni zwykle, a wowczas Pawel rzekl mu: "Jak mozesz, madry Petroniuszu, przeczyc, ze Chrystus istnial i zmartwychwstal, gdys nie byl wowczas na swiecie, Piotr zas i Jan widzieli Go, i ja widzialem w drodze do Damaszku? Pierwej zatem niech twoja madrosc wykaze, iz jestesmy klamcami, a potem dopiero zaprzeczy naszym swiadectwom". Lecz Petroniusz odpowiedzial, ze przeczyc nie mysli, gdyz wie, iz dzieje sie wiele rzeczy niepojetych, ktore jednak wiarygodni ludzie stwierdzaja. Ale mowil, ze inna jest rzecza odkrycie jakiegos nowego cudzoziemskiego Boga, a inna przyjecie Jego nauki. "Nie chce - rzekl - wiedziec o niczym, co mogloby mi popsuc zycie i zniweczyc jego pieknosc. Mniejsza, czy nasi bogowie sa prawdziwi, ale sa piekni, jest nam przy nich wesolo i mozemy zyc bez troski". Wowczas Pawel tak odpowiedzial: "Odrzucasz nauke milosci, sprawiedliwosci i milosierdzia z obawy przed troskami zycia, lecz pomysl, Petroniuszu, czy zycie wasze istotnie jest od trosk wolne? Oto i ty, panie, i nikt spomiedzy najbogatszych i najmozniejszych nie wie, czy zasypiajac wieczorem, nie zbudzi sie z wyrokiem smierci. Lecz powiedz: gdyby cezar wyznawal te nauke, ktora nakazuje milosc i sprawiedliwosc, zali twoje szczescie nie byloby pewniejsze? Boisz sie o swoje radosci, lecz czy zycie nie byloby wowczas weselsze? A co do ozdoby zycia i pieknosci, jesliscie nabudowali tyle pieknych swiatyn i posagow na czesc bostw zlych, msciwych, cudzoloznych i falszywych, czegoz byscie nie dokonali dla czci jedynego Boga milosci i prawdy? Chwalisz sobie swoj los, gdyz jestes moznym i zyjesz w rozkoszy, lecz zarowno mogles byc biednym i opuszczonym, chociaz z wielkiego domu pochodzisz, a wowczas lepiej by ci bylo zaiste na swiecie, gdyby ludzie Chrystusa wyznawali. W miescie waszym mozni nawet rodzice, nie chcac sie trudzic wychowaniem dzieci, wyrzucaja je czestokroc z domu, ktore to dzieci zowia alumnami. I ty, panie, mogles byc takim alumnem. Ale gdyby rodzice twoi zyli wedle nauki naszej, tedy nie mogloby ci sie to przygodzic. Gdybys doszedlszy meskich lat zaslubil umilowana niewiaste, wolalbys, by ci zostala wierna do smierci. A tymczasem patrz, co sie u was dzieje, ile jest sromoty, ile hanby, frymarku wiara malzenska! Wszakze juz sami dziwicie sie, gdy sie zdarzy niewiasta, ktora zowiecie univira. Ale ja ci mowie, ze te, ktore Chrystusa w sercu nosic beda, nie zlamia wiary mezom, rownie jak i chrzescijanscy mezowie dochowaja jej zonom. Ale wyscie niepewni ni waszych wladcow, ni waszych ojcow, ni zon, ni dzieci, ni slug. Przed wami drzy swiat caly, a wy drzycie przed wlasnymi niewolnikami, wiecie bowiem, ze kazdej godziny moga podniesc przeciw waszemu ciemiestwu wojne straszliwa, jaka juz nieraz podnosili. Bogatym jestes, lecz nie wiesz, czy jutro nie kaza ci porzucic bogactw; mlodym jestes, lecz jutro moze ci trzeba bedzie umrzec. Milujesz, lecz czyha na ciebie zdrada; kochasz sie w willach i posagach, lecz jutro mozesz byc wypedzon na pustkowia Pandatarii; masz tysiace slug, lecz jutro ci sludzy moga wytoczyc z ciebie krew. A jesli tak jest, to jakze mozecie byc spokojni, szczesliwi i zyc w radosci? Lecz oto ja glosze milosc i glosze nauke, ktora nakazuje wladcom kochac poddanych, panom niewolnikow, niewolnikom sluzyc z milosci, czynic sprawiedliwosc i milosierdzie, a w koncu obiecuje szczesliwosc jako morze nieprzebrane bez konca. Jakze wiec, Petroniuszu, mozesz mowic, ze ta nauka psuje zycie, skoro ona je naprawia i skoro sam bylbys stokroc szczesliwszym i pewniejszym, gdyby ona ogarnela tak swiat, jak ogarnelo go wasze wladztwo rzymskie." Tak mowil Pawel, o Ligio, a wowczas Petroniusz rzekl: "To nie dla mnie", i udajac spiacego wyszedl, a na odchodnym rzekl jeszcze: "Wole moja Eunice niz twoja nauke, Judejczyku, ale nie chcialbym walczyc z toba z mownicy". Lecz ja sluchalem slow jego cala dusza, a gdy mowil o niewiastach naszych, calym sercem wielbilem te nauke, z ktorej wyroslas, jako na wiosne wyrastaja lilie z bujnej roli. I myslalem wowczas: oto Poppea porzucila dwoch mezow dla Nerona, oto Kalwia Kryspinilla, oto Nigidia, oto wszystkie niemal, ktore znam, procz jednej Pomponii, kupczyly wiara i przysiegami, i tylko ta jedna, i tylko ta moja nie odstapi, nie zwiedzie i nie przygasi ogniska, chocby mnie zawiodlo i odstapilo wszystko, w czym polozylem ufnosc. Wiec mowilem do ciebie w duszy: czymze ci sie odwdziecze, jesli nie miloscia i czcia? Czys ty czula, zem tam w Ancjum przemawial do ciebie i rozmawialem ciagle, bez ustanku, jak gdybys byla przy mnie? Stokroc cie wiecej kocham za to, zes uciekla przede mna z domu cezara. Nie chce go juz i ja. Nie chce jego rozkoszy i muzyki, tylko ciebie jednej. Powiedz slowo, a opuscimy Rzym, by osiasc gdzies daleko. Ona zas, nie odrywajac glowy od jego ramienia, podniosla oczy, jakby w zamysleniu, na osrebrzone wierzcholki cyprysow i odrzekla: - Dobrze, Marku. Tys pisal mi o Sycylii, gdzie i Aulusowie chca osiasc na stare lata... A Winicjusz przerwal z radoscia: - Tak, droga moja! Ziemie nasze znajduja sie w poblizu. Cudny to brzeg, gdzie klimat jeszcze slodszy, a noce jeszcze pogodniejsze od rzymskich, wonne i widne... Tam zycie i szczescie to prawie jedno i to samo. Po czym zaczal marzyc o przyszlosci. - Tam mozna zapomniec o troskach. W gajach, wsrod oliwnikow, bedziemy chodzili i spoczywali w cieniu. O Ligio! Co za zycie kochac sie, koic, razem spogladac na morze, razem na niebo, razem czcic slodkiego Boga, czynic wokolo dobro i sprawiedliwosc w spokoju. Umilkli oboje, patrzac w przyszlosc; on tylko tulil ja coraz silniej do siebie, przy czym w blaskach ksiezyca migotal na jego reku rycerski zloty pierscien. W dzielnicy, zamieszkalej przez uboga ludnosc robocza, spalo juz wszystko i zaden szmer nie macil ciszy. - Pozwolisz mi widywac Pomponie? - spytala Ligia. - Tak, droga. Bedziemy ich zapraszali w dom nasz lub sami jezdzili do nich. Czy chcesz, bysmy zabrali ze soba Piotra Apostola? On przycisniety wiekiem i praca. Pawel bedzie nas takze odwiedzal, nawroci Aulusa Plaucjusza, i jako zolnierze zakladaja kolonie w odleglych krajach, tak my zalozymy kolonie chrzescijan. Ligia podniosla reke i wziawszy dlon Winicjusza chciala przycisnac do niej usta, lecz on poczal mowic szepcac, jakby sie bal sploszyc szczescie: - Nie, Ligio, nie! To ja czcze cie i uwielbiam, daj mi ty rece. - Kocham cie. Lecz on przycisnal juz usta do jej bialych jak jasmin dloni i przez chwile slyszeli tylko bicie wlasnych serc. W powietrzu nie bylo najmniejszego powiewu i cyprysy staly tak nieruchome, jakby rowniez zatrzymaly dech w piersiach... Nagle cisze przerwal grzmot niespodziany, gleboki i jakby wychodzacy spod ziemi. Dreszcz przebiegl przez cialo Ligii, Winicjusz zas powstawszy rzekl: - To lwy rycza w vivariach... I poczeli oboje nasluchiwac. Tymczasem pierwszemu grzmotowi odpowiedzial drugi, trzeci, dziesiaty, ze wszystkich stron i dzielnic. W miescie bywalo czasem po kilka tysiecy lwow pomieszczonych przy roznych arenach i nieraz nocami, zblizajac sie do krat i opierajac o nie olbrzymie glowy, glosily w ten sposob swa tesknote za wolnoscia i pustynia. Tak poczely tesknic i teraz, i podajac jeden drugiemu glos w ciszy nocnej, napelnily rykiem cale miasto. Bylo w tym cos niewypowiedzianie groznego i posepnego, totez Ligia, ktorej owe glosy sploszyly jasne i spokojne widzenia przyszlosci, sluchala ich z sercem scisnietym jakas dziwna trwoga i smutkiem. Lecz Winicjusz otoczyl ja ramieniem i rzekl: - Nie boj sie, droga. Igrzyska blisko, wiec wszystkie vivaria przepelnione. Po czym weszli oboje do domku Linusa, przeprowadzeni coraz potezniejszym grzmotem lwich glosow. W Ancjum tymczasem Petroniusz odnosil niemal kazdego dnia nowe zwyciestwa nad augustianami wspolubiegajacymi sie z nim o laske cezara. Wplyw Tygellina upadl zupelnie. W Rzymie, gdy trzeba bylo usuwac ludzi, ktorzy wydawali sie niebezpieczni, lupic ich mienie, zalatwiac sprawy polityczne, dawac widowiska, zdumiewajace przepychem i zlym smakiem, a wreszcie zaspakajac potworne zachcenia cezara, Tygellinus, zarowno przebiegly, jak gotow na wszystko, okazywal sie niezbednym. Ale w Ancjum, wsrod palacow przegladajacych sie w lazurach morza, cezar zyl zyciem hellenskim. Od rana do wieczora czytywano wiersze, rozprawiano nad ich budowa i doskonaloscia, zachwycano sie szczesliwymi zwrotami, zajmowano sie muzyka, teatrem, slowem, wylacznie tym, co wynalazl i czym przyozdobil zycie geniusz grecki. Lecz w takich warunkach, niezrownanie wiecej wyksztalcony od Tygellina i innych augustianow, Petroniusz, dowcipny, wymowny, pelen subtelnych poczuc i smaku, musial uzyskac przewage. Cezar szukal jego towarzystwa, zasiegal jego zdania, pytal o rade, gdy sam tworzyl, i okazywal przyjazn zywsza niz kiedykolwiek. Otaczajacym wydawalo sie, ze wplyw jego odniosl wreszcie ostateczne zwyciestwo, ze przyjazn miedzy nim i cezarem weszla juz w okres staly i ze przetrwa lata. Ci nawet, ktorzy dawniej okazywali niechec wykwintnemu epikurejczykowi, poczeli go teraz otaczac i ubiegac sie o jego laski. Niejeden rad byl nawet szczerze w duszy, ze przewage uzyskal czlowiek, ktory wiedzial wprawdzie, co o kim ma myslec, i przyjmowal ze sceptycznym usmiechem pochlebstwa wczorajszych wrogow, lecz czy to przez lenistwo, czy przez wytwornosc nie byl msciwym i potegi swej nie uzywal na cudza zgube lub szkode. Bywaly chwile, ze mogl zgubic nawet i Tygellina, ale on wolal go wysmiewac i wyprowadzac na jaw jego brak wyksztalcenia i pospolitosc. Senat w Rzymie odetchnal, gdyz od poltora miesiaca zaden wyrok smierci nie zostal wydany. I w Ancjum, i w miescie opowiadano wprawdzie dziwy o wyrafinowaniu, do jakiego doszla rozpusta cezara i jego faworyta, kazdy jednak wolal czuc nad soba cezara wyrafinowanego niz zezwierzeconego w rekach Tygellina. Sam Tygellinus tracil glowe i wahal sie, czy nie dac za wygrana, albowiem cezar wielokrotnie odzywal sie, ze w calym Rzymie i na calym dworze sa tylko dwie dusze zdolne sie zrozumiec i dwoch prawdziwych Hellenow: on i Petroniusz. Zdumiewajaca zrecznosc tego ostatniego utwierdzila ludzi w przekonaniu, iz jego wplyw przetrwa wszystkie inne. Nie zdawano juz sobie sprawy, jak by cezar zdolal sie bez niego obejsc, z kim by mogl rozmawiac o poezji, muzyce, wyscigach i w czyje oczy by patrzyl chcac sprawdzic, czy to, co tworzy, jest naprawde doskonalym. Petroniusz zas, ze zwykla sobie niedbaloscia, zdawal sie nie przywiazywac zadnej wagi do swego stanowiska. Bywal, jak zwykle, opieszaly, leniwy, dowcipny i sceptyczny. Czestokroc czynil na ludziach wrazenie czlowieka, ktory drwi z nich, z siebie, z cezara i z calego swiata. Chwilami osmielal sie przyganiac w oczy cezarowi i gdy inni sadzili, iz posuwa sie za daleko lub wprost gotuje sobie zgube, on umial przygane przyprawic nagle w taki sposob, ze wychodzila na jego korzysc, w obecnych zas budzila podziw i przekonanie, ze nie masz polozenia, z ktorego nie wyszedlby z tryumfem. Raz, mniej wiecej w tydzien po powrocie Winicjusza z Rzymu, cezar czytal w malym kolku ustep ze swej Troiki gdy zas skonczyl i gdy przebrzmialy okrzyki zachwytu, Petroniusz zapytywany wzrokiem przez cezara rzekl: - Niegodziwe wiersze, godne rzucenia w ogien. Obecnym serca przestaly bic z przerazenia, Nero bowiem od dziecinnych lat nie uslyszal nigdy z niczyich ust podobnego wyroku; tylko twarz Tygellina zaswiecila radoscia. Winicjusz natomiast pobladl, sadzac, ze Petroniusz, ktory nie upijal sie nigdy, upil sie tym razem. A Nero poczal pytac miodowym glosem, w ktorym drgala wszelako zraniona milosc wlasna: - Co znajdujesz w nich niedobrego? Petroniusz zas napadl na niego. - Nie wierz im - rzekl wskazujac reka na obecnych - oni sie na niczym nie znaja. Pytasz, co niedobrego w tych wierszach? Jesli chcesz prawdy, to ci powiem: dobre sa dla Wergiliusza, dobre dla Owidiusza, dobre nawet dla Homera, ale nie dla ciebie. Tobie nie wolno takich pisac. Ten pozar, ktory opisujesz, nie dosc plonie, twoj ogien nie dosc parzy. Nie sluchaj pochlebstw Lukana. Jemu za takie same wiersze przyznalbym geniusz, ale nie tobie. A wiesz dlaczego? Bos wiekszy od nich. Komu bogowie dali tyle co tobie, od tego wiecej mozna wymagac. Ale ty sie lenisz. Wolisz sypiac po prandium niz przysiedziec faldow. Ty mozesz stworzyc dzielo, o jakim swiat dotad nie slyszal, i dlatego w oczy ci powiadam: napisz lepsze! I mowil to od niechcenia, jakby drwiac, a zarazem zrzedzac, lecz oczy cezara zaszly mgla rozkoszy i rzekl: - Bogowie dali mi troche talentu, ale dali procz tego wiecej, bo prawdziwego znawce i przyjaciela, ktory jeden umie mowic prawde w oczy. To rzeklszy wyciagnal swa tlusta, pokryta rdzawym wlosem reke do zlotego kandelabru, zlupionego w Delfach, by spalic wiersze. Lecz Petroniusz odebral mu je, nim plomien dotknal papirusu. - Nie, nie! - rzekl - nawet tak niegodziwe naleza do ludzkosci. Zostaw mi je. - Pozwol mi w takim razie odeslac ci je w puszce mego pomyslu - odpowiedzial sciskajac go Nero. I po chwili mowic poczal: - Tak jest. Masz slusznosc. Moj pozar Troi nie dosc swieci, moj ogien nie dosc parzy. Myslalem jednak, ze gdy wyrownam Homerowi, to wystarczy. Pewna niesmialosc i male rozumienie o sobie przeszkadzaly mi zawsze. Tys mi otworzyl oczy. Ale czy wiesz, dlaczego jest tak, jak mowisz? Oto gdy rzezbiarz chce stworzyc postac boga, szuka sobie wzoru, jam zas nie mial wzoru. Nie widzialem nigdy plonacego miasta i dlatego w opisie moim brak prawdy. - Wiec ci powiem, ze trzeba jednak byc wielkim artysta, by to zrozumiec. Nero zamyslil sie, po chwili zas rzekl: - Odpowiedz mi, Petroniuszu, na jedno pytanie: czy ty zalujesz, ze Troja sie spalila? - Czy zaluje?... Na chromego malzonka Wenery, bynajmniej! I powiem ci, dlaczego. Oto Troja nie spalilaby sie, gdyby Prometeusz nie podarowal ludziom ognia i gdyby Grecy nie wypowiedzieli Priamowi wojny; gdyby zas nie bylo ognia, Eschilos nie napisalby swego Prometeusza, rownie jak bez wojny Homer nie napisalby Iliady, a ja wole, ze istnieje Prometeusz i Iliada, niz zeby zachowala sie miescina, prawdopodobnie licha i brudna, w ktorej by teraz co najmniej siedzial jakis zakazany prokurator i nudzil cie zatargami z miejscowym areopagiem. - Oto co sie nazywa mowic rozumnie - odpowiedzial cezar. - Dla poezji i sztuki wolno i nalezy wszystko poswiecic. Szczesliwi Achaje, ktorzy dostarczyli Homerowi tresci do Iliady, i szczesliwy Priam, ktory ogladal zgube ojczyzny. A ja? Ja nie widzialem plonacego miasta. Nastala chwila milczenia, ktora przerwal wreszcie Tygellinus. - Wszakzem ci juz mowil, cezarze - rzekl - rozkaz, a spale Ancjum. Albo wiesz co? Jesli ci zal tych willi i palacow, kaze spalic okrety w Ostii lub zbuduje ci na podgorzu albanskim drewniane miasto, w ktore sam rzucisz plomien. Czy chcesz? Lecz Nero rzucil mu spojrzenie pelne pogardy. - Ja mam patrzec na plonace drewniane budy? Twoj umysl zupelnie wyjalowial, Tygellinie! I widze przy tym, ze nie bardzo cenisz moj talent i moja Troike, skoro sadzisz, ze jakas inna ofiara bylaby dla niej za wielka. Tygellinus zmieszal sie, Nero zas po chwili, jakby chcac zmienic rozmowe, dodal: - Lato idzie... O, jak ten Rzym musi teraz cuchnac!... A jednak na letnie igrzyska trzeba tam bedzie wrocic. Wtem Tygellinus rzekl: - Gdy odprawisz augustianow, cezarze, pozwol mi na chwile zostac ze soba... W godzine pozniej Winicjusz, wracajac z Petroniuszem z cesarskiej willi, mowil: - Mialem przez ciebie chwile trwogi. Sadzilem, zes sie po pijanemu zgubil bez ratunku. Pamietaj, ze igrasz ze smiercia. - To jest moja arena - odrzekl niedbale Petroniusz - i bawi mnie poczucie, ze jestem na niej najlepszym z gladiatorow. Patrzze, jak sie skonczylo. Wplyw moj urosl jeszcze tego wieczoru. Odesle mi swoje wiersze w puszce, ktora (chcesz sie zalozyc?) bedzie ogromnie bogata i ogromnie w zlym smaku. Kaze memu lekarzowi trzymac w niej srodki czyszczace. Ja uczynilem to i dlatego jeszcze, ze Tygellinus widzac, jak takie rzeczy sie udaja, zechce mnie niechybnie nasladowac, i wyobrazam sobie, co sie stanie, skoro ruszy konceptem. To bedzie, jak gdyby pirenejski niedzwiedz chcial chodzic po linie. Bede sie smial jak Demokryt. Gdybym koniecznie chcial, potrafilbym moze zgubic Tygellina i zostac na jego miejscu prefektem pretorianow. Wowczas mialbym w reku samego Ahenobarba. Ale sie lenie... Wole od biedy takie zycie, jakie prowadze, i nawet wiersze cezara. - Co za zrecznosc, ktora nawet z nagany potrafi zrobic pochlebstwo! Ale czy istotnie te wiersze sa tak zle? Ja sie na tym nie znam. - Nie sa gorsze od innych. Lukan ma w jednym palcu wiecej talentu, ale i w Miedzianobrodym cos jest. Jest przede wszystkim niezmierne zamilowanie do poezji i muzyki. Za dwa dni mamy byc u niego, by wysluchac muzyki do hymnu na czesc Afrodyty, ktory dzis lub jutro skonczy. Bedziemy w malym kolku. Tylko ja, ty, Tuliusz Senecjo i mlody Nerwa. A co do wierszy, to, com ci mowil, ze uzywam ich po uczcie, tak jak Witeliusz uzywa piora flaminga, to nieprawda!... Bywaja czasem wymowne. Slowa Hekuby sa wzruszajace... Skarzy sie ona na meki porodu i Nero umial znalezc szczesliwe wyrazenia, moze dlatego, ze sam rodzi w mece kazdy wiersz... Czasem mi go zal. Na Polluksa! Co to za dziwna mieszanina! Kaliguli braklo piatej klepki, ale nie byl jednak takim dziwotworem. - Kto przewidzi, dokad moze zajsc szalenstwo Ahenobarba? - rzekl Winicjusz. - Nikt zgola. Moga sie jeszcze zdarzyc rzeczy takie, ze ludziom przez wieki cale beda na mysl o nich powstawaly wlosy na glowie. Ale to wlasnie jest ciekawe, jest zajmujace i chociaz nudze sie nieraz, jak Jowisz Ammonski na pustyni, mysle, ze pod innym cezarem nudzilbym sie jeszcze setniej. Twoj Judejczyk Pawel jest wymowny, to mu przyznaje, i jesli podobni ludzie beda opowiadali te nauke, nasi bogowie musza sie strzec nie zartem, by z czasem nie pojsc na strych. Prawda, ze gdyby na przyklad cezar byl chrzescijaninem, wszyscy czulibysmy sie bezpieczniejsi. Ale twoj prorok z Tarsu, stosujac swoje dowody do mnie, nie pomyslal, widzisz, ze dla mnie ta niepewnosc stanowi ponete zycia. Kto nie gra w kosci, nie przegra mienia, a jednak ludzie w kosci grywaja. Jest w tym jakas rozkosz i jakies zapomnienie. Znalem synow rycerzy i senatorow, ktorzy dobrowolnie zostali gladiatorami. Ja, mowisz, igram z zyciem, i tak jest, ale czynie to, bo mnie to bawi, zas wasze cnoty chrzescijanskie znudzilyby mnie, jak rozprawy Seneki, w jeden dzien. Dlatego wymowa Pawla poszla na marne. On powinien rozumiec, ze tacy ludzie, jak ja, nie przyjma tej nauki nigdy. Ty co innego! Z twoim usposobieniem mogles albo nienawidziec imienia chrzescijanina jak zarazy, albo nim zostac. Ja przyznaje im slusznosc, ziewajac. Szalejem, dazym do przepasci, cos nieznanego idzie ku nam z przyszlosci, cos sie zalamuje pod nami, cos umrze obok nas, zgoda! Ale umrzec potrafimy, a tymczasem nie chce sie nam obarczac zycia i sluzyc smierci wpierw, nim nas zabierze. Zycie istnieje dla siebie samego, nie dla niej. - A mnie ciebie zal, Petroniuszu. - Nie zaluj mnie wiecej niz ja sam siebie. Dawniej bylo ci miedzy nami niezle i wojujac w Armenii, teskniles za Rzymem. - I teraz tesknie za Rzymem. - Tak! bos pokochal chrzescijanska westalke, ktora siedzi na Zatybrzu. Ani sie temu dziwie, ani ci to naganiam. Dziwie sie wiecej temu, ze mimo tej nauki, o ktorej mowisz, iz jest morzem szczescia, i mimo tej milosci, ktora ma byc wkrotce uwienczona, smutek nie schodzi z twojej twarzy. Pomponia Grecyna jest wiecznie smutna, ty od czasu, jak zostales chrzescijaninem, przestales sie usmiechac. Nie wmawiajze we mnie, ze to jest wesola nauka! Z Rzymu wrociles jeszcze smutniejszy. Jesli wy sie tak po chrzescijansku kochacie, na jasne kedziory Bakcha! nie pojde waszym sladem. - To jest co innego - odpowiedzial Winicjusz. - Ja ci przysiegam nie na kedziory Bakcha, ale na dusze ojca mego, ze nigdy za dawnych czasow nie doznalem nawet przedsmaku takiego szczescia, jakim oddycham dzisiaj. Ale tesknie niezmiernie i co dziwniejsza, gdy jestem od Ligii daleko, zdaje mi sie, ze wisi nad nia jakies niebezpieczenstwo. Nie wiem jakie i nie wiem, skad by przyjsc moglo, ale przeczuwam je tak, jak sie przeczuwa burze. - Za dwa dni podejmuje sie wyrobic dla ciebie pozwolenie opuszczenia Ancjum na tak dlugo, jak zechcesz, Poppea jakas spokojniejsza i, o ile wiem, nic od niej nie grozi ni tobie, ni Ligii. - Dzis jeszcze pytala mnie, com czynil w Rzymie, choc wyjazd moj byl tajemnica. - Byc moze, ze kazala cie szpiegowac. Teraz jednak i ona musi sie ze mna liczyc. Winicjusz zatrzymal sie i rzekl: - Pawel mowil, ze Bog czasem przestrzega, ale we wrozby wierzyc nie dozwala, wiec bronie sie przeciw tej wierze i nie moge sie obronic. Powiem ci, co sie zdarzylo, by zrzucic ciezar z serca. Siedzielismy z Ligia obok siebie w noc tak pogodna jak dzisiejsza i ukladalismy sobie przyszle zycie. Nie umiem ci powiedziec, jak bylismy szczesliwi i spokojni. A wtem poczely ryczec lwy. Rzecz to w Rzymie zwykla, a jednak od tej chwili nie mam spokoju. Wydaje mi sie, ze byla w tym jakby grozba, jakby zapowiedz nieszczescia... Wiesz, ze trwoga nie chwyta mnie latwo, ale wowczas zrobilo sie cos takiego, ze trwoga napelnila cala ciemnosc nocy. Tak to przyszlo dziwnie i niespodzianie, ze teraz ciagle mam w uszach te odglosy i ciagly niepokoj w sercu, jakby Ligia potrzebowala mojej obrony od czegos strasznego... chocby od tych samych lwow. I mecze sie. Uzyskajze dla mnie pozwolenie wyjazdu, bo inaczej wyjade bez pozwolenia. Nie moge tu siedziec, powtarzam ci, nie moge! Petroniusz poczal sie smiac. - Jeszcze tez do tego nie przyszlo - rzekl - by synowie mezow konsularnych lub ich zony byly oddawane lwom na arenach. Moze was spotkac kazda inna smierc, ale nie taka. Kto wie zreszta, czy to byly lwy, bo tury germanskie wcale nie gorzej od nich rycza. Co do mnie, drwie z wrozb i losow. Wczoraj noc byla ciepla i widzialem gwiazdy spadajace jak deszcz. Niejednemu czyni sie niemilo na taki widok, ale ja pomyslalem sobie: jesli miedzy nimi jest i moja, to mi przynajmniej towarzystwa nie zbraknie!... Po czym umilkl na chwile i pomyslawszy rzekl: - Zreszta, widzisz, jesli wasz Chrystus zmartwychwstal, to moze i was oboje obronic od smierci. - Moze - odpowiedzial Winicjusz, spogladajac na nabite gwiazdami niebo. Nero gral i spiewal hymn na czesc "Pani Cypru", do ktorego sam ulozyl wiersze i muzyke. Byl tego dnia przy glosie i czul, ze muzyka jego naprawde porywa obecnych, a poczucie to tyle dodalo sily dzwiekom, ktore z siebie wydobywal, i tak rozkolysalo jego wlasna dusze, ze wydawal sie byc natchniony. W koncu pobladl sam ze szczerego wzruszenia. Pierwszy tez zapewne raz w zyciu nie chcial sluchac pochwal obecnych. Przez chwile siedzial z rekoma wspartymi na cytrze i z pochylona glowa, po czym powstal nagle i rzekl: - Zmeczony jestem i potrzeba mi powietrza. Nastrojcie tymczasem cytry. To powiedziawszy obwinal gardlo jedwabna chustka. - Wy pojdzcie za mna - rzekl zwracajac sie do Petroniusza i Winicjusza siedzacych w kacie sali. - Ty, Winicjuszu, podaj mi reke, bo mi sil brak, Petroniusz zas bedzie mi mowil o muzyce. Po czym wyszli razem na wylozony alabastrem i posypany szafranem taras palacowy. - Tu sie oddycha swobodniej - rzekl Nero. - Dusze mam wzruszona i smutna, choc widze, ze z tym, co wam na probe zaspiewalem, moge wystapic publicznie i ze to bedzie tryumf, jakiego nigdy jeszcze zaden Rzymianin nie odniosl. - Mozesz wystapic tu, w Rzymie i w Achai. Podziwialem cie calym sercem i umyslem, boski! - odpowiedzial Petroniusz. - Wiem. Jestes zbyt leniwy, bys sie mial zmuszac do pochwal. I szczery jestes jak Tuliusz Senecjo, ale sie lepiej znasz od niego. Powiedz mi, co ty sadzisz o muzyce? - Gdy slucham poezji, gdy patrze na kwadryge, ktora powozisz w cyrku, na piekny posag, piekna swiatynie lub obraz, czuje, ze ogarniam to, co widze, w calosci i ze w moim zachwycie miesci sie wszystko, co te rzeczy dac moga. Ale gdy slucham muzyki, zwlaszcza twojej, otwieraja sie przede mna coraz nowe pieknosci i rozkosze. Biegne za nimi, chwytam je, lecz zanim przyjme je w siebie, naplywaja znow nowe i nowe, zupelnie jak fale morskie, ktore ida z nieskonczonosci. Wiec oto powiem ci, ze muzyka jest jak morze. Stoimy na jednym brzegu i widzimy dal, ale drugiego brzegu dojrzec niepodobna. - Ach, jakim ty jestes glebokim znawca! - rzekl Nero. I przez chwile chodzili w milczeniu, tylko szafran szelescil cicho pod ich stopami. - Wypowiedziales moja mysl - rzekl wreszcie Nero - i dlatego powiadam zawsze, ze w calym Rzymie ty jeden potrafisz mnie zrozumiec. Tak jest. To samo i ja sadze o muzyce. Gdy gram i spiewam, widze takie rzeczy, o ktorych nie wiedzialem, ze istnieja w panstwie moim lub na swiecie. Oto jestem cezarem i swiat nalezy do mnie, moge wszystko. A jednak muzyka odkrywa mi nowe krolestwa, nowe gory i morza, i nowe rozkosze, ktorych nie znalem dotad. Najczesciej nie umiem ich nazwac ni pojac umyslem - czuje je tylko. Czuje bogow, widze Olimp. Jakis wiatr zaziemski wieje na mnie; spostrzegam, jak we mgle, jakies wielkosci niezmierzone a spokojne i tak jasne jak wschod slonca... Sferos caly gra wokol mnie i powiem ci (tu glos Nerona zadrgal rzeczywistym zdziwieniem)... ze ja, cezar i bog, czuje sie wowczas malym jak proch. Dasz temu wiare? - Tak. Tylko wielcy artysci moga sie czuc wobec sztuki malymi... - Dzis jest noc szczerosci, wiec otwieram przed toba dusze jak przed przyjacielem i powiem ci wiecej... Czy sadzisz, ze jestem slepy lub pozbawiony rozumu? Czy myslisz, ze nie wiem, iz w Rzymie wypisuja na murach obelgi na mnie, ze zwa mnie matkobojca i zonobojca... ze maja mnie za potwora i okrutnika dlatego, ze Tygellinus uzyskal ode mnie kilka wyrokow smierci na moich nieprzyjaciol... Tak, drogi, maja mnie za potwora i ja wiem o tym... Wmowili we mnie okrucienstwo do tego stopnia, iz ja sam zadaje sobie czasem pytanie, czy nie jestem okrutnikiem... Ale oni nie rozumieja tego, ze czyny czlowieka moga byc czasem okrutne, a czlowiek moze nie byc okrutnikiem. Ach, nikt nie uwierzy, a moze i ty, moj drogi, nie uwierzysz, ze chwilami, gdy muzyka kolysze moja dusze, ja czuje sie tak dobry jak dziecie w kolebce. Przysiegam ci na te gwiazdy, ktore nad nami swieca, ze mowie szczera prawde: ludzie nie wiedza, ile dobrego lezy w tym sercu i jakie ja sam spostrzegam w nim skarby, gdy muzyka drzwi do nich otworzy. Petroniusz, ktory nie mial najmniejszej watpliwosci, ze Nero mowi w tej chwili szczerze i ze muzyka istotnie moze wydobywac na jaw rozne szlachetniejsze sklonnosci jego duszy, zawalone gorami egoizmu, rozpusty i zbrodni, rzekl: - Ciebie trzeba znac tak blisko jak ja. Rzym nie umial cie nigdy ocenic. Cezar wsparl sie silniej na ramieniu Winicjusza, jakby sie ugial pod brzemieniem niesprawiedliwosci, i odpowiedzial: - Tygellin mowil mi, iz w senacie szepcza sobie do uszu, ze Diodor i Terpnos lepiej graja ode mnie na cytrach. Odmawiaja mi nawet i tego! Ale ty, ktory mowisz zawsze prawde, powiedz mi szczerze: czy oni graja lepiej ode mnie albo rownie dobrze jak ja? - Bynajmniej. Ty masz slodsze dotkniecie, a zarazem wiecej sily. W tobie znac artyste, w nich - bieglych rzemieslnikow. Owszem! Slyszac poprzednio ich muzyke, lepiej sie rozumie, czym ty jestes. - Jesli tak, to niech sobie zyja. Nie domysla sie nigdy, jaka im oddales w tej chwili usluge. Zreszta, gdybym ich skazal, musialbym wziac na ich miejsce innych. - I ludzie mowiliby w dodatku, ze z milosci dla muzyki tepisz w panstwie muzyke. Nie zabijaj nigdy sztuki dla sztuki, boski. - Jakis ty rozny od Tygellina - odpowiedzial Nero. - Ale, widzisz, ja wlasnie jestem we wszystkim artysta i poniewaz muzyka otwiera przede mna przestwory, ktorych nie domyslalem sie istnienia, krainy, ktorymi nie wladam, rozkosz i szczescie, ktorych nie zaznalem, wiec ja nie moge zyc zyciem zwyczajnym. Ona mi mowi, ze nadzwyczajnosc istnieje, przeto jej szukam cala potega wladzy, ktora bogowie zlozyli w moje rece. Czasem wydaje mi sie, ze aby sie dostac do tych olimpijskich swiatow, trzeba zrobic cos takiego, czego zaden czlowiek dotad nigdy nie uczynil, trzeba przewyzszyc ludzkie poglowie w dobrym lub w zlym. Wiem takze, ze ludzie posadzaja mnie, iz szaleje. Ale ja nie szaleje, tylko szukam! A jesli szaleje, to z nudy i niecierpliwosci, ze znalezc nie moge. Ja szukam - rozumiesz mnie - i dlatego chce byc wiekszym niz czlowiek, bo tylko w ten sposob moge byc najwiekszy jako artysta. Tu znizyl glos tak, aby Winicjusz nie mogl go slyszec, i przylozywszy usta do ucha Petroniusza, poczal szeptac: - Czy wiesz, ze ja glownie dlatego skazalem na smierc matke i zone? U bram nieznanego swiata chcialem zlozyc najwieksza ofiare, jaka czlowiek mogl zlozyc. Mniemalem, ze sie potem cos stanie i ze jakies drzwi sie otworza, za ktorymi dojrze cos nieznanego. Niechby to bylo cudniejsze lub straszliwsze nad ludzkie pojecie, byle bylo niezwyczajne i wielkie... Ale tej ofiary nie bylo dosc. Dla otwarcia empirejskich drzwi potrzeba widocznie wiekszej - i niech sie tak stanie, jak chca wyroki. - Co zamierzasz uczynic? - Zobaczysz, zobaczysz predzej, niz myslisz. Tymczasem wiedz, ze jest dwoch Neronow: jeden taki, jakim go ludzie znaja, drugi artysta, ktorego znasz tylko ty jeden i ktory, jesli zabija jak smierc lub szaleje jak Bachus, to wlasnie dlatego, ze go dlawi plaskosc i lichota zwyklego zycia i chcialby je wyplenic, chocby przyszlo uzyc ognia i zelaza... O, jaki ten swiat bedzie plaski, gdy mnie nie stanie!... Nikt sie jeszcze nie domysla, nawet ty, drogi, jakim ja jestem artysta. Ale wlasnie dlatego cierpie i szczerze ci mowie, ze dusza bywa we mnie czasami tak smutna jak te cyprysy, ktore tam czernia sie przed nami. Ciezko czlowiekowi dzwigac naraz brzemie najwyzszej wladzy i najwiekszego talentu... - Wspolczuje ci, cezarze, z calego serca, a ze mna ziemia i morze, nie liczac Winicjusza, ktory cie w duszy ubostwia. - Byl mi tez i on zawsze milym - rzekl Nero - choc sluzy Marsowi, nie muzom. - On przede wszystkim sluzy Afrodycie - odrzekl Petroniusz. I nagle postanowil za jednym zamachem zalatwic sprawe siostrzenca, a zarazem usunac wszelkie niebezpieczenstwa, jakie mogly mu grozic. - On jest zakochany, jak Troilus w Kressydzie - rzekl. - Pozwol mu, panie, odjechac do Rzymu, bo mi uschnie. Czy wiesz, ze owa zakladniczka ligijska, ktora mu podarowales, odnalazla sie i Winicjusz wyjezdzajac do Ancjum zostawil ja pod opieka niejakiego Linusa? Nie wspominalem ci o tym, gdyz ukladales swoj hymn, a to jest rzecz wazniejsza od wszystkiego. Winicjusz chcial z niej miec kochanke, lecz gdy okazala sie cnotliwa jak Lukrecja, rozkochal sie w jej cnocie i teraz pragnie ja poslubic. Jest to krolewska corka, wiec ujmy mu nie przyniesie, ale on to prawdziwy zolnierz: wzdycha, schnie, jeczy, lecz czeka na pozwolenie swego imperatora. - Imperator nie wybiera zon zolnierzom. Po co mu moje pozwolenie? - Mowilem ci, panie, ze on cie ubostwia. - Tym bardziej moze byc pewny pozwolenia. To ladna dziewczyna, ale za waska w biodrach. Augusta Poppea skarzyla sie na nia przede mna, ze urzekla nasze dziecko w ogrodach Palatynu... - Ale ja powiedzialem Tygellinowi, ze bostwa nie podlegaja zlym urokom. Pamietasz, boski, jak sie zmieszal i jak sam krzyczales: "Habet!" - Pamietam. Tu zwrocil sie do Winicjusza: - Kochaszze ja tak, jak mowi Petroniusz? - Kocham ja, panie! - odpowiedzial Winicjusz. - A wiec rozkazuje ci jechac zaraz jutro do Rzymu, zaslubic ja i nie pokazywac mi sie na oczy bez slubnego pierscienia. - Dzieki ci, panie, z serca i duszy. - O, jak milo jest uszczesliwiac ludzi - rzekl cezar. - Chcialbym nic innego przez cale zycie nie czynic. - Uczyn nam jeszcze jedna laske, boski - rzekl Petroniusz - i oswiadcz te swoja wole wobec Augusty. Winicjusz nie osmielilby sie nigdy zaslubic istoty, do ktorej Augusta zywi niechec, ale ty, panie, rozproszysz jednym slowem jej uprzedzenia, oznajmiajac, zes sam tak rozkazal. - Dobrze - rzekl cezar - tobie i Winicjuszowi nie umialbym niczego odmowic. I zawrocil do willi, a oni poszli z nim razem, pelni w sercach radosci ze zwyciestwa. Winicjusz musial sie powstrzymywac, by nie rzucic sie na szyje Petroniusza, teraz bowiem wszelkie niebezpieczenstwa i przeszkody zdawaly sie byc usuniete. W atrium willi mlody Nerwa i Tuliusz Senecjo zabawiali Auguste rozmowa, Terpnos zas i Diodor stroili cytry. Nero wszedlszy siadl na wykladanym szylkretem krzesle i szepnawszy cos do ucha przybocznemu greckiemu pacholeciu, czekal. Pachole wrocilo niebawem ze zlota skrzynka - Nero otworzyl ja i wybrawszy naszyjnik z wielkich opalow, rzekl: - Oto sa klejnoty godne dzisiejszego wieczora. - Mieni sie na nich jutrzenka - odpowiedziala Poppea w przekonaniu, ze naszyjnik dla niej jest przeznaczony. Cezar przez chwile to podnosil, to znizal rozowe kamienie i wreszcie rzekl: - Winicjuszu, podarujesz ode mnie ten naszyjnik mlodej krolewnie ligijskiej, ktora nakazuje ci zaslubic. Pelen gniewu i naglego zdziwienia wzrok Poppei poczal przenosic sie z cezara na Winicjusza, w koncu zas spoczal na Petroniuszu. Lecz ow, przechylony niedbale przez porecz krzesla, wodzil reka po gryfie harfy, jakby chcac dokladnie ksztalt jego zapamietac. Tymczasem Winicjusz, zlozywszy dzieki za podarek, zblizyl sie do Petroniusza i rzekl: - Czym ja ci sie odwdziecze za to, cos dzis dla mnie uczynil? - Ofiaruj Euterpie pare labedzi - odpowiedzial Petroniusz - chwal piesni cezara i smiej sie z wrozb. Spodziewam sie, ze ryk lwow nie bedzie odtad przerywal snu ani tobie, ani twojej lilii ligijskiej. - Nie - rzekl Winicjusz - teraz jestem zupelnie spokojny. - Niechze Fortuna bedzie wam laskawa. A teraz uwazaj, bo cezar bierze znow forminge. Zatrzymaj oddech, sluchaj i ron lzy. Jakoz cezar wzial rzeczywiscie forminge do reki i podniosl oczy w gore. W sali ustaly rozmowy i ludzie siedzieli nieruchomie, jakby skamienieli. Tylko Terpnos i Diodor, ktorzy mieli akompaniowac cezarowi, spogladali, krecac glowami, to na siebie, to na jego usta, w oczekiwaniu pierwszych tonow piesni. Wtem w przedsionku wszczal sie ruch i halas, a po chwili zza zaslony wychylil sie naprzod wyzwoleniec cesarski, Faon, a tuz za nim konsul Lekaniusz. Nero zmarszczyl brwi. - Wybacz, boski imperatorze - rzekl zdyszanym glosem Faon - w Rzymie pozar! Wieksza czesc miasta w plomieniach!... Na te wiadomosc wszyscy zerwali sie z miejsc. Nero zlozyl forminge i rzekl: - Bogowie!... Ujrze plonace miasto i skoncze Troike. Po czym zwrocil sie do konsula: - Czy wyjechawszy natychmiast, zdaze jeszcze zobaczyc pozar? - Panie! - odpowiedzial blady jak sciana konsul - nad miastem jedno morze plomieni: dym dusi mieszkancow i ludzie mdleja lub z szalenstwa rzucaja sie w ogien... Rzym ginie, panie! Nastala chwila ciszy, ktora przerwal okrzyk Winicjusza: - Vae misero mihi!... I mlody czlowiek, zrzuciwszy toge, w samej tunice wybiegl z palacu. Nero zas podniosl rece ku niebu i zawolal: - Biada ci, swiety grodzie Priama!... Winicjusz zaledwie mial czas rozkazac kilku niewolnikom, by jechali za nim, po czym wskoczywszy na konia, popedzil wsrod glebokiej nocy przez puste ulice Ancjum, w kierunku Laurentum. Wpadlszy pod wplywem straszliwej wiesci w stan jakby szalu i umyslowego zdziczenia, chwilami nie zdawal sobie dokladnie sprawy, co sie z nim dzieje, mial tylko poczucie, ze na tym samym koniu siedzi za jego plecami nieszczescie i krzyczac mu do uszu: "Rzym sie pali!", smaga jego samego, konia i pedzi ich w ten ogien. Polozywszy swa odkryta glowe na karku konskim, biegl w samej tunice na oslep, nie patrzac przed siebie i nie zwazajac na przeszkody, o ktore mogl sie roztrzaskac. Wsrod ciszy i wsrod nocy, spokojnej i gwiazdzistej, jezdziec i kon, oblani blaskiem ksiezyca, czynili wrazenie sennych widziadel. Idumejski ogier, stuliwszy uszy i wyciagnawszy szyje, mknal jak strzala mijajac nieruchome cyprysy i biale, pochowane wsrod nich wille. Tetent kopyt o plyty kamienne budzil tu i owdzie psy, ktore szczekaniem przeprowadzaly dziwne zjawisko, potem zas, zaniepokojone jego nagloscia, poczynaly wyc podnoszac paszcze do ksiezyca. Niewolnicy biegnacy za Winicjuszem, majac konie o wiele gorsze, wkrotce pozostali w tyle. On sam, przebieglszy jak burza spiace Laurentum, zawrocil ku Ardei, w ktorej rowniez jak w Arycji, w Bovillae i Ustrinum, trzymal od czasu przyjazdu do Ancjum rozstawne konie, aby moc w jak najkrotszym czasie przebiegac przestrzen dzielaca go od Rzymu. Pamietajac o tym wydobywal ostatki sil z konia. Za Ardea wydalo mu sie, ze niebo w polnocno-wschodniej stronie powleka sie rozowym odblaskiem. Mogla to byc i zorza ranna, gdyz godzina byla pozna, dzien zas czynil sie wczesnie w lipcu. Lecz Winicjusz nie mogl powstrzymac okrzyku rozpaczy i wscieklosci, wydalo mu sie bowiem, ze to jest luna pozogi. Przypomnialy mu sie slowa Lekaniusza: "Miasto cale jednym morzem plomieni!" - i przez chwile czul, ze grozi mu naprawde szalenstwo, stracil bowiem calkowicie nadzieje, by mogl uratowac Ligie, a nawet dobiec, zanim miasto nie zmieni sie w jeden stos popiolu. Mysli jego staly sie teraz jeszcze szybsze niz ped konia i gnaly przed nim jak stado czarnego ptactwa - rozpaczliwe i potworne. Nie wiedzial wprawdzie, ktora czesc miasta zaczela plonac, przypuszczal jednak, ze dzielnica zatybrzanska, pelna skupionych domow, skladow drzewa i drewnianych bud, w ktorych sprzedawano niewolnikow, pierwsza mogla stac sie pastwa plomienia. W Rzymie pozary zdarzaly sie dosc czesto, przy ktorych rownie czesto przychodzilo do gwaltow i rabunkow, zwlaszcza w dzielnicach zamieszkalych przez ludnosc uboga i na wpol barbarzynska - coz wiec moglo dziac sie na takim Zatybrzu, ktore bylo gniazdem halastry pochodzacej ze wszystkich stron swiata? Tu Ursus ze swa nadludzka sila mignal sie w glowie Winicjusza, lecz coz mogl poradzic chocby nie czlowiek, ale tytan, przeciw niszczacej sile ognia? Obawa buntu niewolnikow byla rowniez zmora, ktora dusila Rzym od lat calych. Mowiono, iz setki tysiecy tych ludzi marzy o czasach Spartakusa i czeka tylko na sposobna chwile, by chwycic za bron przeciw ciemiezcom i miastu. A oto chwila nadeszla! Byc moze, ze tam w miescie obok pozogi wre rzez i wojna. Moze nawet pretorianie rzucili sie na miasto i morduja z rozkazu cezara. I wlosy powstaly nagle z przerazenia na glowie Winicjusza. Przypomnial sobie wszystkie rozmowy o pozarach miast, ktore od pewnego czasu z dziwna uporczywoscia prowadzono na dworze cezara, przypomnial sobie jego skargi, ze musi opisywac plonace miasto nie widzac nigdy prawdziwego pozaru, jego pogardliwa odpowiedz Tygellinowi, ktory podejmowal sie podpalic Ancjum lub sztuczne drewniane miasto, wreszcie jego narzekania na Rzym i smrodliwe zaulki Subury. Tak! To cezar kazal spalic miasto! On jeden mogl sie na to wazyc, tak jak jeden Tygellinus mogl sie podjac wykonania podobnego rozkazu. A jesli Rzym plonie z rozkazu cezara, to ktoz moze zareczyc, ze i ludnosc nie zostanie z jego rozkazu wymordowana. Potwor byl zdolnym i do takiego czynu. Wiec pozar, bunt niewolnikow i rzez! Jakis straszliwy chaos, jakies rozpetanie niszczacych zywiolow i wscieklosci ludzkiej, a w tym wszystkim Ligia! Jeki Winicjusza pomieszaly sie z chrapaniem i jekami konia, ktory biegnac droga wznoszaca sie ciagle do Arycji w gore, pedzil juz ostatkiem tchu. Kto ja wyrwie z plonacego miasta i kto moze ja ocalic? Tu Winicjusz, polozywszy sie calkiem na koniu, wpil palce we wlosy, gotow z bolu kasac kark konski. Lecz w tej chwili jakis jezdziec pedzacy rowniez jak wicher, ale ze strony przeciwnej, do Ancjum, krzyknal przebiegajac kolo niego: "Roma ginie!", i popedzil dalej. Do uszu Winicjusza doszedl tylko jeszcze wyraz: "bogowie", reszte zgluszyl tetent kopyt. Lecz ow wyraz wytrzezwil go. Bogowie!... Winicjusz podniosl nagle glowe i wyciagnawszy ramiona ku niebu nabitemu gwiazdami, poczal sie modlic: "Nie was wzywam, ktorych swiatynie plona, ale Ciebie!... Tys sam cierpial, Tys jeden milosierny! Tys jeden rozumial ludzki bol! Tys przyszedl na swiat, by ludzi nauczyc litosci, wiec ja teraz okaz! Jeslis jest taki, jak mowia Piotr i Pawel, to mi uratuj Ligie. Wez ja na rece i wynies z plomieni. Ty to mozesz! Oddaj mi ja, a ja ci oddam krew. A jesli dla mnie nie zechcesz tego uczynic, to uczyn dla niej. Ona Cie kocha i ufa Ci. Obiecujesz zycie po smierci i szczescie, ale szczescie po smierci nie minie, a ona nie chce jeszcze umierac. Daj jej zyc. Wez ja na rece i wynies z Rzymu. Ty mozesz, chybabys nie chcial..." I przerwal, czul bowiem, ze dalsza modlitwa mogla sie zmienic w grozbe; bal sie obrazic bostwo w chwili, gdy najbardziej potrzebowal Jego litosci i laski. Zlakl sie na sama mysl o tym, i, by nie dopuscic do glowy ani cienia grozby, poczal znow smagac konia, tym bardziej ze biale mury Arycji, ktora lezala na polowie drogi do Rzymu, zaswiecily juz przed nim w blasku ksiezyca. Po pewnym czasie przebiegl w calym pedzie kolo swiatyni Merkurego, ktora lezala w gaju przed miastem. Wiedziano juz tu widocznie o nieszczesciu, albowiem przed swiatynia panowal ruch niezwykly. Winicjusz dojrzal w przelocie na schodach i miedzy kolumnami roje ludzi swiecacych sobie pochodniami, ktorzy cisneli sie pod opieke bostwa. Droga nie byla tez juz ani tak pusta, ani tak wolna jak za Ardea. Tlumy dazyly wprawdzie do gaju bocznymi sciezkami, ale i na glownym goscincu staly gromadki, ktore usuwaly sie pospiesznie przed pedzacym jezdzcem. Z miasta dochodzil gwar glosow. Winicjusz wpadl w nie jak wicher, przewrociwszy i stratowawszy kilku ludzi po drodze. Naokol teraz otoczyly go okrzyki: "Rzym plonie! Miasto w ogniu! Bogowie, ratujcie Rzym!" Kon potknal sie i sciagniety silna reka, osiadl na zadzie przed gospoda, w ktorej Winicjusz trzymal innego do zmiany. Niewolnicy, jakby spodziewajac sie przybycia pana, stali przed gospoda i na jego rozkaz ruszyli na wyscigi, by przyprowadzic nowego konia. Winicjusz zas widzac oddzial zlozony z dziesieciu konnych pretorianow, ktorzy widocznie jechali z wiescia z miasta do Ancjum, skoczyl ku nim i poczal pytac: - Ktora czesc miasta w ogniu? - Ktos jest? - spytal dziesietnik. - Winicjusz, trybun wojskowy i augustianin! Odpowiadaj, na glowe twoja! - Pozar, panie, wybuchl w kramach przy Wielkim Cyrku. Gdy nas wyslano, srodek miasta byl w ogniu. - A Zatybrze? - Plomien tam dotychczas nie doszedl, lecz z niepowstrzymana sila ogarnia coraz nowe dzielnice. Ludzie gina od zaru i dymu i wszelki ratunek niemozliwy. W tej chwili podano Winicjuszowi nowego konia. Mlody trybun skoczyl na niego i popedzil dalej. Jechal teraz ku Albanum, pozostawiajac na prawo Albalonge i jej wspaniale jezioro. Gosciniec do Arycji szedl pod gore, ktora zaslaniala calkowicie widnokrag i lezace po drugiej jej stronie Albanum. Winicjusz jednakze wiedzial, ze wydostawszy sie na szczyt obaczy nie tylko Bovillae i Ustrinum, w ktorych czekaly na niego nowe konie, ale i Rzym, za Albanum bowiem ciagnela sie po obu bokach Appijskiej drogi rowna, niska Kampania, po ktorej biegly ku miastu tylko arkady akweduktow i nic juz nie zaslanialo widoku. - Ze szczytu zobacze plomienie - mowil sobie. I poczynal znow smagac konia. Lecz zanim dobiegl do szczytu gory, uczul na twarzy powiew wiatru i wraz z nim zapach dymu doszedl do jego nozdrzy. A wtem i wierzcholek wzgorza zaczal sie zlocic. "Luna!" - pomyslal Winicjusz. Noc jednak bladla juz od dawna, brzask przechodzil w swit i na wszystkich pobliskich wzgorzach swiecily rowniez zlote i rozowe blaski, mogace pochodzic zarazem od pozogi i od jutrzni. Winicjusz dobiegl do szczytu i wowczas straszliwy widok uderzyl jego oczy. Cala nizina pokryta byla dymami, tworzacymi jakby jedna olbrzymia, lezaca tuz przy ziemi chmure, w ktorej znikly miasta, akwedukty, wille, drzewa; na koncu zas tej szarej, okropnej plaszczyzny gorzalo na wzgorzach miasto. Pozar jednakze nie mial ksztaltu ognistego slupa, jak bywa wowczas, gdy sie pali pojedynczy, chocby najwiekszy budynek. Byla to raczej dluga, podobna do zorzy wstega. Nad ta wstega unosil sie wal dymu, miejscami zupelnie czarny, miejscami mieniacy sie rozowo i krwawo, zbity w sobie, wydety, gesty i klebiacy sie jak waz, ktory sie kurczy i wydluza. Potworny ow wal chwilami zdawal sie przykrywac nawet wstege ognista, tak iz czynila sie waska, jak tasma, lecz chwilami ona rozswiecala go od dolu, zmieniajac jego dolne kleby w fale plomienne. Oboje ciagnely sie od kranca do kranca widnokregu, zamykajac go tak, jak czasem zamyka go pasmo lesne. Gor Sabinskich nie bylo wcale widac. Winicjuszowi na pierwszy rzut oka wydalo sie, ze to nie tylko plonie miasto, ale swiat caly, i ze zadna zywa istota nie moze sie uratowac z tego oceanu ognia i dymow. Wiatr wial coraz silniejszy od strony pozaru, niosac zapach spalenizny i srezoge, ktora poczynala przeslaniac nawet blizsze przedmioty. Dzien uczynil sie zupelny i slonce oswiecilo szczyty otaczajace Jezioro Albanskie. Lecz jasnozlote poranne promienie wydawaly sie przez srezoge jakby rude i chore. Winicjusz, spuszczajac sie ku Albanum, wjezdzal w dymy coraz gestsze i coraz mniej przenikliwe. Samo miasteczko bylo zupelnie w nich pograzone. Zaniepokojeni mieszkancy wylegli na ulice i strach bylo pomyslec, co sie musi dziac w Rzymie, gdyz tu juz trudno bylo oddychac. Rozpacz ogarnela znow Winicjusza i przerazenie poczelo mu podnosic wlosy na glowie. Lecz probowal sie pokrzepiac, jak mogl. "Niepodobna - myslal - by cale miasto poczelo naraz plonac. Wiatr wieje z polnocy i zwiewa dymy w te tylko strone. Po drugiej stronie nie ma ich. Zatybrze, przedzielone rzeka, moze calkiem ocalalo, a w kazdym razie dosc bedzie Ursusowi przedostac sie wraz z Ligia przez brame Janikulska, by uchronic sie od niebezpieczenstwa. Rowniez niepodobna, by zginela cala ludnosc i by miasto, ktore wlada swiatem, starte bylo wraz z mieszkancami z powierzchni ziemi. Nawet w zdobywanych miastach, gdy rzez i ogien sroza sie naraz, pewna liczba ludzi zostaje zawsze przy zyciu, dlaczego wiec mialaby koniecznie zginac Ligia? "Wszak czuwa nad nia Bog, ktory sam zwyciezyl smierc!" Tak rozumujac poczal znow modlic sie i wedle obyczaju, do ktorego przywykl, czynic Chrystusowi wielkie sluby, wraz z obietnicami darow i ofiar. Przebieglszy Albanum, ktorego cala niemal ludnosc siedziala na dachach i drzewach, by spogladac na Rzym, uspokoil sie cokolwiek i odzyskal zimna krew. Pomyslal tez, ze Ligia opiekuje sie nie tylko Ursus i Linus, ale i Piotr Apostol. Na samo wspomnienie o tym nowa otucha wstapila mu do serca. Piotr byl zawsze dla niego istota niepojeta, niemal nadludzka. Od chwili gdy slyszal go w Ostrianum, zostalo mu dziwne wrazenie, o ktorym na poczatku pobytu w Ancjum pisal do Ligii: ze kazde slowo tego starca jest prawda lub musi sie stac prawda. Blizsza znajomosc, jaka zawarl z Apostolem w czasie choroby, wzmogla jeszcze to wrazenie, ktore nastepnie zmienilo sie w niezachwiana wiare. Wiec skoro Piotr blogoslawil jego milosci i przyobiecal mu Ligie, to Ligia nie mogla zginac w plomieniach. Miasto moze sobie splonac, lecz zadna iskra pozaru nie padnie na jej odziez. Pod wplywem bezsennej nocy, szalonej jazdy i wzruszen Winicjusza poczela ogarniac teraz dziwna egzaltacja, w ktorej wszystko wydalo mu sie mozliwym: Piotr przezegna plomienie, otworzy je jednym slowem i przejda bezpieczni wsrod alei z ognia. Piotr wiedzial przy tym rzeczy przyszle, wiec niechybnie przewidzial i kleske pozaru, a w takim razie jakzeby mogl nie ostrzec i nie wyprowadzic z miasta chrzescijan, a miedzy nimi i Ligii, ktora kochal jak dziecko wlasne. I coraz silniejsza nadzieja poczela wstepowac w serce Winicjusza. Pomyslal, ze jesli oni uciekaja z miasta, to moze ich znalezc w Bovillae lub napotkac w drodze. Moze oto lada chwila kochana twarz wychyli sie z tych domow, rozposcierajacych sie coraz szerzej po calej Kampanii. Wydalo mu sie to tym prawdopodobniejszym, ze na drodze poczal napotykac coraz wiecej ludzi, ktorzy opusciwszy miasto jechali do Gor Albanskich, by ocaliwszy sie od ognia wydostac sie nastepnie i poza granice dymow. Nie dojechawszy do Ustrinum musial zwolnic z powodu zatloczenia drogi. Obok pieszych z manatkami na plecach napotykal objuczone konie, muly, wozy naladowane dobytkiem, a wreszcie i lektyki, w ktorych niewolnicy niesli zamozniejszych mieszkancow. Ustrinum tak juz bylo nabite zbiegami z Rzymu, ze przez tlum trudno sie bylo przecisnac. Na rynku, pod kolumnami swiatyn i na ulicach roilo sie od zbiegow. Tu i owdzie poczeto rozbijac juz namioty, pod ktorymi mialy szukac schronienia cale rodziny. Inni obozowali pod golym niebem, krzyczac, wzywajac bogow lub przeklinajac losy. W powszechnym przerazeniu trudno sie bylo o cos dopytac. Ludzie, do ktorych zwracal sie Winicjusz, albo nie odpowiadali mu wcale lub podnosili na niego wpoloblakane z przerazenia oczy, odpowiadajac, ze ginie miasto i swiat. Od strony Rzymu naplywaly z kazda chwila nowe tlumy, zlozone z mezczyzn, kobiet i dzieci, ktore wzmagaly zamieszanie i lament. Niektorzy, pogubiwszy sie w scisku, szukali rozpaczliwie zaginionych. Inni bili sie o obozowiska. Gromady na wpol dzikich pasterzy z Kampanii przyciagnely do miasteczka szukajac nowin lub zyskow z kradziezy, ktora ulatwialo zamieszanie. Tu i owdzie tlum, zlozony z niewolnikow wszelkiej narodowosci i z gladiatorow, poczal grabic domy i wille w miescie i bic sie z zolnierzami wystepujacymi w obronie mieszkancow. Senator Juniusz, ktorego Winicjusz spostrzegl przy gospodzie otoczonego zastepem batawskich niewolnikow, pierwszy dal mu nieco dokladniejsza wiadomosc o pozarze. Ogien wszczal sie rzeczywiscie przy Wielkim Cyrku, w miejscu, ktore dotyka Palatynu i wzgorza Caelius, lecz rozszerzyl sie z niepojeta szybkoscia, tak iz ogarnal caly srodek miasta. Nigdy jeszcze od czasow Brennusa nie spotkala miasta tak straszna kleska. "Cyrk zgorzal caly, rowniez jak otaczajace go kramy i domy - mowil Juniusz - Awentyn i Caelius w ogniu. Plomien otoczywszy Palatyn dostal sie na Karyny..." Tu Juniusz, ktory na Karynach posiadal wspaniala insule pelna dziel sztuki, w ktorych sie kochal, porwal garsc brudnego pylu i posypawszy nim glowe poczal przez chwile jeczec rozpaczliwie. Lecz Winicjusz potrzasnal go za ramiona. - I moj dom na Karynach - rzekl - lecz gdy wszystko ginie, niech i on ginie. Po czym przypomniawszy sobie, ze Ligia idac za jego rada mogla sie przeniesc do domu Aulusow, spytal: - A Vicus Patricius? - W ogniu - odpowiedzial Juniusz. - A Zatybrze? Juniusz spojrzal na niego ze zdziwieniem. - Mniejsza o Zatybrze - rzekl sciskajac dlonmi zbolale skronie. - Mnie wiecej chodzi o Zatybrze niz o caly Rzym - zawolal gwaltownie Winicjusz. - To sie tam dostaniesz chyba przez Via Portuensis, bo obok Awentynu zar cie udusi... Zatybrze?... Nie wiem. Ogien nie mogl tam chyba jeszcze dojsc, lecz czy juz w tej chwili nie doszedl, jedni bogowie wiedza... Tu Juniusz zawahal sie przez chwile, nastepnie rzekl znizonym glosem: - Wiem, ze mnie nie zdradzisz, wiec ci powiem, ze to nie jest zwykly pozar. Cyrku nie dawano ratowac... Sam slyszalem... Gdy domy poczely wkolo plonac, tysiace glosow wolalo: "Smierc ratujacym!" Jacys ludzie przebiegaja miasto i ciskaja w domy plonace pochodnie... Z drugiej strony lud sie burzy i wola, ze miasto plonie z rozkazu. Nic wiecej nie powiem. Biada miastu, biada nam wszystkim i mnie! Co sie tam dzieje, tego ludzki jezyk nie wyrazi. Ludnosc ginie w ogniu lub morduje sie wzajemnie w scisku... To koniec Rzymu!... I znow poczal powtarzac: "Biada! Biada miastu i nam!" - lecz Winicjusz wskoczyl na konia i ruszyl przed siebie dalej droga Appijska. Lecz bylo to obecnie raczej przepychanie sie wsrod rzeki ludzi i wozow, ktora plynela z miasta. - Miasto lezalo teraz przed Winicjuszem jak na dloni, objete potwornym pozarem... Od morza ognia i dymu bil zar straszliwy, a wrzaski ludzkie nie mogly stlumic syczenia i huku plomieni. W miare jak Winicjusz zblizal sie do murow, okazywalo sie, ze latwiej bylo przyjechac do Rzymu niz dostac sie do srodka miasta. Przez droge Appijska trudno bylo sie przecisnac z powodu natloku ludzi. Domy, pola, cmentarze, ogrody i swiatynie, lezace po obu jej stronach, zmienione byly w obozowiska. W swiatyni Marsa, lezacej tuz kolo Porta Appia, tlum odbil drzwi, aby w jej wnetrzu znalezc przytulek na noc. Na cmentarzach brano w posiadanie wieksze grobowce i toczono o nie walki, ktore dochodzily do rozlewu krwi. Ustrinum ze swoim nieladem dawalo zaledwie lekki przedsmak tego, co dzialo sie pod murami samego miasta. Ustal wszelki wzglad na powage prawa, na urzad, na wezly rodzinne, na roznice stanu. Widziano niewolnikow okladajacych kijami obywateli. Gladiatorowie, pijani winem zlupionym w Emporium, polaczywszy sie w duze gromady przebiegali z dzikimi okrzykami place przydrozne, rozpedzajac ludzi, tratujac, lupiac. Mnostwo barbarzyncow, wystawionych na sprzedaz w miescie, pouciekalo z bud sprzedaznych. Pozar i zaguba miasta byly dla nich zarazem koncem niewoli i godzina pomsty, totez gdy osiadla ludnosc, ktora w ogniu tracila cale mienie, wyciagala z rozpacza rece do bogow wolajac o ratunek, oni z wyciem radosci rozbijali tlumy, sciagajac ludziom odziez z ramion i porywajac mlodsze niewiasty. Laczyli sie z nimi niewolnicy z dawna juz sluzacy w Rzymie, nedzarze nie majacy nic na ciele procz welnianej opaski na biodrach, straszne postacie z zaulkow, ktorych po dniu nie widywalo sie niemal nigdy na ulicach i ktorych istnienia w Rzymie trudno sie bylo domyslec. Tlum ten, zlozony z Azjatow, Afrykanow, Grekow, Trakow, Germanow i Brytanow, wrzeszczacy wszystkimi jezykami ziemi, dziki i rozpasany, szalal sadzac, iz nadeszla chwila, w ktorej wolno mu sobie wynagrodzic za lata cierpien i nedzy. Wsrod tej rozkolysanej cizby ludzkiej, w blasku dnia i pozogi migotaly helmy pretorianow, pod ktorych opieke chronila sie ludnosc spokojniejsza i ktorzy w wielu miejscach wstepnym bojem musieli uderzac na rozbestwiona tluszcze. Winicjusz widzial w zyciu swoim zdobywane miasta, lecz nigdy oczy jego nie patrzyly na widowisko, w ktorym by rozpacz, lzy, bol, jeki, dzika radosc, szalenstwo, wscieklosc i rozpasanie zmieszaly sie razem w taki niezmierny chaos. Nad ta zas falujaca, oblakana cizba ludzka huczal pozar, plonelo na wzgorzach najwieksze w swiecie miasto, slac w zamieszanie swoj ognisty oddech i przykrywajac je dymami, nad ktorymi nie bylo juz widac blekitu nieba. Mlody trybun z najwiekszym wysileniem, narazajac co chwila zycie, dotarl wreszcie do bramy Appijskiej, lecz tu spostrzegl, ze przez dzielnice Porta Capena nie bedzie mogl dostac sie do miasta nie tylko z powodu cizby, lecz i dla straszliwego zaru, od ktorego tuz za brama drzalo cale powietrze. Przy tym most przy Porta Trigemina, naprzeciw swiatyni Bonae Deae, jeszcze nie istnial, chcac wiec dostac sie za Tyber trzeba bylo przedrzec sie az do mostu Palowego, to jest przejechac kolo Awentynu, przez czesc miasta zalana jednym morzem plomieni. Bylo to zupelnym niepodobienstwem. Winicjusz zrozumial, ze musi wrocic w kierunku Ustrinum, tam skrecic z drogi Appijskiej, przejechac rzeke ponizej miasta i dostac sie na Via Portuensis, ktora wiodla wprost na Zatybrze. Nie bylo i to rzecza latwa z powodu coraz wiekszego zametu panujacego na drodze Appijskiej. Trzeba tam bylo torowac sobie droge chyba mieczem, Winicjusz zas nie mial broni, wyjechal bowiem z Ancjum tak, jak wiesc o pozarze zastala go w willi cezara. Lecz przy Zrodle Merkurego ujrzal znajomego centuriona pretorianow, ktory na czele kilkudziesieciu ludzi bronil przystepu do obrebu swiatyni, i kazal mu jechac za soba, ten zas poznawszy trybuna i augustianina nie smial sie rozkazowi sprzeciwic. Winicjusz sam objal dowodztwo oddzialu i przepomniawszy na te chwile nauk Pawla o milosci blizniego, parl i rozcinal przed soba tlum z pospiechem zgubnym dla wielu, ktorzy na czas nie potrafili sie usunac. Scigaly ich przeklenstwa i grad kamieni, lecz on nie zwazal na to pragnac predzej wydostac sie na miejsca wolniejsze. Jednakze mozna sie bylo posuwac naprzod tylko z najwiekszym wysileniem. Ludzie, ktorzy rozlozyli sie juz obozem, nie chcieli zolnierzom ustepowac z drogi, klnac na glos cezara i pretorianow. W niektorych miejscach tlum przybieral grozna postawe. Do uszu Winicjusza dochodzily glosy oskarzajace Nerona o podpalenie miasta. Grozono otwarcie smiercia i jemu, i Poppei. Okrzyki: "Sannio!", "Histrio!" (blazen, aktor), "Matkobojca!", rozlegaly sie dookola. Niektorzy wolali, by go powlec do Tybru, inni, ze dosc Rzym okazal cierpliwosci. Widocznym bylo, ze grozby owe moga sie zmienic w bunt otwarty, ktory byle sie znalazl przywodca, moze lada chwila wybuchnac. Tymczasem wscieklosc i rozpacz tlumu zwracala sie przeciw pretorianom, ktorzy i dlatego jeszcze nie mogli sie z cizby wydobyc, ze droge zagradzaly cale stosy rzeczy wyniesionych napredce z pozaru: skrzynie i beczki z zywnoscia, kosztowniejsze sprzety, naczynia, kolebki dziecinne, posciel, wozy i nosze reczne. Tu i owdzie przyszlo do starc, lecz pretorianie predko radzili sobie z bezbronna tluszcza. Przejechawszy z trudem w poprzek droge Lacinska, Numicyjska, Ardejska, Lawinijska i Ostyjska, okrazajac wille, ogrody, cmentarze i swiatynie, Winicjusz dotarl w koncu do miasteczka zwanego Vicus Aleksandri, za ktorym przeprawil sie przez Tyber. Bylo tam juz luzniej i mniej dymu. Od zbiegow, ktorych jednak i tu nie braklo, dowiedzial sie, ze tylko niektore zaulki Zatybrza zostaly objete pozarem, ale ze zapewne nic sie nie ostoi przed potega ognia, poniewaz sa ludzie, ktorzy podkladaja go umyslnie i nie pozwalaja ratowac, krzyczac, iz czynia to z rozkazu. Mlody trybun nie mial juz teraz najmniejszej watpliwosci, ze to cezar kazal istotnie podpalic Rzym, i pomsta, o jaka wolaly tlumy, wydala mu sie rzecza sluszna i sprawiedliwa. Coz wiecej mogl byl uczynic Mitrydat lub ktorykolwiek z najzawzietszych nieprzyjaciol Rzymu? Miara byla przebrana, szalenstwo stalo sie zbyt potwornym, a zycie ludzkie zbyt wobec niego niemozliwym. Winicjusz wierzyl tez, ze godzina Nerona wybila, ze te gruzy, w ktore rozpada sie miasto, powinny i musza przywalic potwornego blazna razem z jego wszystkimi zbrodniami. Gdyby znalazl sie maz dosc smialy, by stanac na czele zrozpaczonej ludnosci, stac sie to moglo w przeciagu kilku godzin. Tu smiale i msciwe mysli poczely przelatywac przez glowe Winicjusza. A gdyby to uczynil on? Dom Winicjuszow, ktory az do ostatnich czasow liczyl cale szeregi konsulow, znany byl w calym Rzymie. Tlumy potrzebowalyby tylko nazwiska. Przecie juz raz z powodu skazania na smierc czterystu niewolnikow prefekta Pedaniusza Sekunda o malo nie przyszlo do buntu i wojny domowej, coz by wiec stalo sie dzis wobec straszliwej kleski, przewyzszajacej niemal wszystkie, jakich Rzym w przeciagu osmiu wiekow doznal. Kto wezwie do broni Kwirytow (myslal Winicjusz), ten niewatpliwie obali Nerona i sam przeoblecze sie w purpure. A wiec czemu by on nie mial tego uczynic? Byl tezszym, dzielniejszym i mlodszym od innych augustianow... Nero rozkazywal wprawdzie trzydziestu legiom stojacym na krancach panstwa, ale czyz i te legie, i ich przywodcy nie wzburza sie na wiesc o spaleniu Rzymu i jego swiatyn?... A w takim razie on, Winicjusz, moglby zostac cezarem. Wszakze szeptano miedzy augustianami, ze jakis wieszczek przepowiedzial purpure Othonowi. W czymze on gorszy? Moze i Chrystus dopomoglby mu swa Boska potega, moze to Jego natchnienie? "Oby tak bylo!" - wolal w duchu Winicjusz. Pomscilby sie wowczas na Neronie za niebezpieczenstwo Ligii i za swoj niepokoj, zaprowadzilby panowanie sprawiedliwosci i prawdy, rozszerzylby nauke Chrystusa od Eufratu az do mglistych brzegow Brytanii, a zarazem przyodzialby w purpure Ligie i uczynil ja pania ziemi. Lecz mysli te, wybuchnawszy z jego glowy jak snop iskier z plonacego domu, zagasly jak iskry. Przede wszystkim nalezalo Ligie ratowac. Patrzyl teraz na kleske z bliska, wiec lek zdjal go na nowo, a wobec tego morza ognia i dymu, wobec zetkniecia sie ze straszliwa rzeczywistoscia, owa ufnosc, z jaka wierzyl, iz Piotr Apostol uratuje Ligie, zamarla zupelnie w jego sercu. Rozpacz chwycila go po raz drugi, wiec wydostawszy sie na Via Portuensis, wiodaca wprost na Zatybrze, nie opamietal sie az w bramie, przy ktorej powtorzono mu to, co poprzednio mowili zbiegowie, ze wieksza czesc tej dzielnicy nie byla jeszcze objeta pozarem, lubo ogien w kilku miejscach przerzucil sie juz za rzeke. Zatybrze jednak pelne bylo takze dymu i uciekajacych tlumow, przez ktore trudniej bylo sie w glab przedostac dlatego, ze ludzie majac wiecej czasu wynosili i ratowali wiecej rzeczy. Sama glowna droga Portowa byla w wielu miejscach zupelnie nimi zawalona, a kolo Naumachii Augusta wznosily sie ich cale stosy. Ciasniejsze zaulki, w ktorych nagromadzily sie gesciej dymy, byly wprost nieprzystepne. Mieszkancy uciekali z nich tysiacami. Winicjusz widzial po drodze przerazajace obrazy. Nieraz dwie rzeki ludzkie plynace ze stron przeciwnych, spotkawszy sie w ciasnym przejsciu, parly sie wzajem i walczyly ze soba na zaboj. Ludzie bili sie i tratowali jedni po drugich. Rodziny gubily sie w zamieszaniu, matki nawolywaly rozpaczliwie dzieci. Winicjuszowi wlosy powstawaly na mysl, co musialo sie dziac blizej ognia. Wsrod wrzaskow i zgielku trudno bylo sie o cos rozpytac lub zrozumiec wolania. Chwilami zza rzeki przytaczaly sie nowe balwany dymow czarnych i tak ciezkich, iz toczyly sie tuz przy ziemi, zakrywajac tak domy, ludzi i wszystkie przedmioty, jak je zakrywa noc. Lecz wiatr, spowodowany pozarem, rozwiewal je i wowczas Winicjusz mogl posuwac sie dalej ku zaulkowi, na ktorym stal dom Linusa. Upal lipcowego dnia, zwiekszony zarem bijacym od plonacych dzielnic, stal sie nieznosnym. Dym gryzl w oczy, piersiom braklo tchu. Nawet i ci mieszkancy, ktorzy w nadziei, ze plomien nie przekroczy rzeki, zostali dotad w domach, poczeli je opuszczac i cizba zwiekszala sie z kazda godzina. Pretorianie towarzyszacy Winicjuszowi pozostali w tyle. W tloku zranil ktos mlotem jego konia, ktory poczal rzucac zakrwawionym lbem, wspinac sie i odmawiac posluszenstwa jezdzcowi. Poznano tez po bogatej tunice augustianina i natychmiast rozlegly sie wokol okrzyki: "Smierc Neronowi i jego podpalaczom!" Nadeszla chwila groznego niebezpieczenstwa, albowiem setki rak wyciagnely sie ku Winicjuszowi, lecz sploszony kon uniosl go tratujac ludzi, a zarazem nadplynela nowa fala czarnego dymu i pograzyla w mroku ulice. Winicjusz widzac, ze nie przejedzie, zeskoczyl wreszcie na ziemie i poczal biec piechota, przeslizgujac sie kolo murow, a czasami czekajac, by uciekajacy tlum minal go. W duszy mowil sobie, ze to sa prozne wysilenia. Ligia mogla nie byc juz w miescie, mogla w tej chwili ratowac sie ucieczka: latwiej bylo odnalezc szpilke nad brzegiem morza niz ja w tym natloku i chaosie. Chcial jednak chocby za cene zycia dotrzec do domu Linusa. Chwilami zatrzymywal sie i tarl oczy. Urwawszy brzeg tuniki zaslonil nia nos i usta i biegl dalej. W miare jak zblizal sie do rzeki, upal powiekszal sie straszliwie. Winicjusz wiedzac, ze pozar wszczal sie przy Wielkim Cyrku, sadzil z poczatku, ze zar ow bije od jego zgliszcz oraz od Forum Boarium i od Velabrum, ktore, lezac w poblizu, musialy byc rowniez ogarniete plomieniem. Lecz goraco stawalo sie nie do zniesienia. Ktos uciekajacy, ostatni, jakiego Winicjusz spostrzegl, starzec o kulach, krzyknal: "Nie zblizaj sie do mostu Cestiusza! Cala wyspa w ogniu". Jakoz nie mozna sie bylo dluzej ludzic. Na zakrecie ku Vicus Judaeorum, na ktorym stal dom Linusa, mlody trybun dojrzal wsrod chmury dymow plomien: palila sie nie tylko wyspa, ale i Zatybrze, a przynajmniej drugi koniec uliczki, na ktorej mieszkala Ligia. Winicjusz jednak pamietal, ze dom Linusa otoczony byl ogrodem, za ktorym od strony Tybru bylo niezbyt rozlegle, niezabudowane pole. Ta mysl dodala mu otuchy. Ogien mogl zatrzymac sie na pustym miejscu. W tej nadziei biegl dalej, jakkolwiek kazdy powiew przynosil juz nie tylko dymy, ale tysiace iskier, ktore mogly wzniecic pozar z drugiego konca zaulka i przeciac odwrot. Na koniec ujrzal jednak przez dymna zaslone cyprysy w ogrodzie Linusa. Domy lezace za niezabudowanym polem palily sie juz jak stosy drzewa, ale mala insula Linusowa stala jeszcze nietknieta. Winicjusz spojrzal z wdziecznoscia w niebo i skoczyl ku niej, jakkolwiek samo powietrze poczelo go parzyc. Drzwi byly przymkniete, lecz on pchnal je i wpadl do srodka. W ogrodku nie bylo zywej duszy i dom zdawal sie byc rowniez zupelnie pusty. "Moze pomdleli od dymu i zarow" - pomyslal Winicjusz. I poczal wolac: - Ligio! Ligio! Odpowiedzialo mu milczenie. W ciszy slychac bylo tylko huk dalekiego ognia. - Ligio! Nagle do uszu jego doszedl ow posepny glos, ktory slyszal juz raz w tym ogrodku. Na pobliskiej wyspie zapalilo sie widocznie vivarium lezace niedaleko swiatyni Eskulapa, w ktorym wszelkiego rodzaju zwierzeta, a miedzy nimi lwy, poczely ryczec z przerazenia. Winicjusza dreszcz przebiegl od stop do glowy. Oto drugi juz raz, w chwili gdy cala jego istota byla skupiona w mysli o Ligii, te straszliwe glosy odzywaly sie jak zapowiedz nieszczescia, jak dziwna wrozba zlowrogiej przyszlosci. Bylo to jednak krotkie, chwilowe wrazenie, albowiem jeszcze straszliwszy od ryku dzikich zwierzat huk pozaru nakazywal myslec o czym innym. Ligia nie odpowiedziala wprawdzie na wolanie, lecz mogla znajdowac sie w tym zagrozonym budynku, zemdlona lub zduszona dymem. Winicjusz skoczyl do srodka domu. W malym atrium bylo pusto i ciemno od dymu. Szukajac rekoma drzwi prowadzacych do cubiculow, spostrzegl migocacy plomyk lampki i zblizywszy sie ujrzal lararium, w ktorym zamiast larow byl krzyz. Pod krzyzem tym plonal kaganek. Przez glowe mlodego katechumena przebiegla z blyskawiczna szybkoscia mysl, ze ow krzyz zsyla mu to swiatelko, przy ktorym moze odnalezc Ligie, wzial wiec kaganek i poczal szukac cubiculow. Znalazlszy jedno odsunal zaslone i swiecac kagankiem, poczal patrzec. Lecz i tu nie bylo nikogo. Winicjusz pewien byl jednak, ze trafil do cubiculum Ligii, albowiem na gwozdziach nabitych w sciane wisiala jej odziez, na lozku zas lezalo capitium, to jest obcisla szata, ktora kobiety nosily bezposrednio na ciele. Winicjusz porwal ja, przycisnal do ust i przewiesiwszy ja przez ramie ruszyl na dalsze poszukiwania. Domek byl maly, wiec w krotkim przeciagu czasu zwiedzil wszystkie izby, a nawet i piwnice. Lecz nigdzie nie znalazl zywej duszy. Bylo rzecza az nadto widoczna, ze Ligia, Linus i Ursus musieli wraz z innymi mieszkancami dzielnicy szukac w ucieczce ocalenia przed pozarem. "Trzeba ich szukac miedzy tlumem, za bramami miasta" - pomyslal Winicjusz. Nie zdziwilo go tez zbytnio, ze nie napotkal ich na Via Portuensis, mogli bowiem wyjsc z Zatybrza ze strony przeciwnej, w kierunku wzgorza Watykanskiego. W kazdym razie ocaleli przynajmniej od ognia. Winicjuszowi kamien spadl z piersi. Widzial wprawdzie, z jak strasznymi niebezpieczenstwami byla polaczona ucieczka, ale mysl o nadludzkiej sile Ursusa dodawala mu otuchy. "Trzeba mi teraz (mowil sobie) uciekac stad i przez ogrody Domicji przedostac sie do ogrodow Agrypiny. Tam ich znajde. Dymy tam niestraszne, bo wiatr wieje od Gor Sabinskich". Przyszedl jednak najwyzszy czas, w ktorym musial myslec o wlasnym ocaleniu, albowiem fala ognia naplywala coraz blizej od strony wyspy i kleby dymu przeslonily niemal zupelnie zaulek. Kaganek, ktorym swiecil sobie w domu, zgasl od przeciagu powietrza. Winicjusz wypadlszy na ulice biegl teraz calym pedem ku Via Portuensis, w te sama strone, z ktorej przyszedl, a pozar zdawal sie go gonic swym ognistym oddechem, to otaczajac go coraz nowymi chmurami dymu, to obsypujac skrami, ktore padaly mu na wlosy, na szyje i odziez. Tunika poczela sie na nim tlic w kilku miejscach, lecz on nie zwazal na to i biegl dalej, w obawie, ze dym moze go zadusic. Jakoz w ustach mial smak spalenizny i sadzy, gardlo i pluca palily go jak ogien. Krew naplywala mu do glowy tak, iz chwilami widzial wszystko czerwono i same dymy wydawaly mu sie rowniez czerwone. Wowczas mowil sobie w duszy: "To zywy ogien! Lepiej mi rzucic sie na ziemie i zginac". Bieg meczyl go coraz bardziej. Glowa, szyja i plecy oblewaly mu sie potem, a ow pot parzyl go jak ukrop. Gdyby nie imie Ligii, ktore powtarzal w mysli, i gdyby nie jej capitium, ktorym obwinal sobie usta, bylby padl. W kilka chwil pozniej poczal juz jednak nie rozeznawac zaulku, ktorym biegl. Stopniowo opuszczala go swiadomosc, pamietal tylko, ze musi uciekac, albowiem na otwartym polu czeka go Ligia, ktora przyobiecal mu Piotr Apostol. I nagle ogarnela go jakas dziwna, na wpol juz goraczkowa, podobna do przedsmiertnego widzenia pewnosc, ze ja musi zobaczyc, zaslubic, a potem zaraz umrze. Biegl juz jednak jak pijany, taczajac sie od jednej strony ulicy do drugiej. A wtem zmienilo sie cos w potwornym ognisku ogarniajacym olbrzymie miasto. Wszystko, co dotychczas jeszcze sie tylko tlilo, wybuchnelo widocznie jednym morzem plomieni, albowiem wiatr przestal przynosic dymy, te zas, ktore sie nagromadzily w zaulkach, zwial szalony ped rozpalonego powietrza. Ped ow gnal teraz miliony skier, tak ze Winicjusz biegl jakby w ognistej chmurze. Natomiast mogl lepiej widziec przed soba i w chwili prawie gdy juz mial padac, ujrzal koniec zaulka. Widok ten dodal mu znowu sil. Ominawszy naroznik znalazl sie w ulicy, ktora wiodla ku Via Portuensis i polu Kodetanskiemu. Skry przestaly go gonic. Zrozumial, ze jesli zdola dobiec do Portowej drogi, to ocaleje, chocby mu nawet przyszlo na niej zemdlec. Na koncu ulicy dojrzal znow jakby chmure, ktora przeslaniala wyjscie. "Jesli to sa dymy - pomyslal - to juz nie przejde". Biegl reszta sil. Po drodze zrzucil z siebie tunike, ktora zatlona od iskier, poczela go palic jak koszula Nessusa, i lecial nagi, majac tylko na glowie i na ustach capitium Ligii. Dobieglszy blizej, rozpoznal, ze to, co bral za dym, bylo kurzawa, z ktorej na domiar dochodzily glosy i krzyki ludzkie. "Tluszcza rabuje domy" - rzekl sobie. Lecz biegl w kierunku glosow. Zawsze byli tam ludzie, ktorzy mogli mu dac pomoc. W tej nadziei, zanim jeszcze dobiegl, poczal krzyczec cala sila glosu o ratunek. Lecz bylo to jego ostatnie wysilenie: w oczach poczerwienialo mu jeszcze bardziej, w plucach zbraklo oddechu, w kosciach sily, i padl. Doslyszano go jednak, a raczej spostrzezono, i dwoch ludzi ruszylo mu na pomoc z gurdami pelnymi wody. Winicjusz, ktory padl z wyczerpania, ale nie stracil przytomnosci, chwycil obu rekoma naczynie i wychylil je do polowy. - Dzieki - rzekl - postawcie mnie na nogi, dalej sam pojde! Drugi robotnik oblal mu glowe woda, obaj zas nie tylko postawili go na nogi, ale podjeli z ziemi i poniesli do gromady innych, ktorzy otoczyli go wkolo, badajac troskliwie, czy nie poniosl zbytniego szwanku. Troskliwosc ta zdziwila Winicjusza. - Ludzie - zapytal - coscie za jedni? - Burzymy domy, aby pozar nie mogl dojsc do drogi Portowej - odpowiedzial jeden z robotnikow. - Przyszliscie mi na pomoc, gdym juz padl. Dzieki wam. - Nam nie wolno odmowic pomocy - ozwalo sie kilka glosow. Wowczas Winicjusz, ktory poprzednio od rana patrzyl na rozbestwione tlumy, na bojki i grabiez, spojrzal uwazniej na otaczajace go twarze i rzekl: - Niech wam wynagrodzi... Chrystus. - Chwala imieniowi Jego! - zawolal caly chor glosow. - Linus?... - spytal Winicjusz. Lecz nie mogl pytac dluzej i nie doslyszal odpowiedzi, gdyz ze wzruszenia i przebytych wysilen zemdlal. Obudzil sie dopiero na polu Kodetanskim, w ogrodzie, otoczony przez kilkoro kobiet i mezczyzn, i pierwsze slowa, na jakie znowu sie zdobyl, byly: - Gdzie Linus? Przez chwile nie bylo odpowiedzi, po czym jakis znajomy Winicjuszowi glos rzekl nagle: - Za brama Nomentanska; wyszedl do Ostrianum... od dwoch dni... Pokoj ci, krolu perski! Winicjusz podniosl sie i siadl, ujrzawszy niespodzianie nad soba Chilona. Grek zas mowil: - Dom twoj, panie, zapewne splonal, bo Karyny w plomieniu, ale ty zawsze bedziesz bogaty jak Midas. O, co za nieszczescie! Chrzescijanie, synu Serapisa, przepowiadali od dawna, ze ogien zniszczy to miasto... A Linus wraz z corka Jowisza jest na Ostrianum... O, co za nieszczescie na to miasto!... Winicjuszowi znow uczynilo sie slabo. - Widziales ich? - spytal. - Widzialem, panie!... Niech beda dzieki Chrystusowi i wszystkim bogom, zem ci mogl dobra wiescia odplacic za twoje dobrodziejstwa. Ale ja ci, Ozyrysie, jeszcze odplace, przysiegam na ten palacy sie Rzym! Na dworze czynil sie wieczor, ale w ogrodzie widno bylo jak w dzien, gdyz pozar wzmogl sie jeszcze. Zdawalo sie, ze plona juz nie pojedyncze dzielnice, ale cale miasto, jak dlugie i szerokie. Niebo bylo czerwone, jak okiem siegnac, i na swiecie czynila sie noc czerwona. Luna od palacego sie miasta zalala niebo tak szeroko, jak wzrok ludzki mogl siegnac. Zza wzgorz wytoczyl sie ksiezyc wielki i pelny, ktory rozgorzal wnet od blasku i przybrawszy barwe rozpalonej miedzi zdawal sie ze zdumieniem spogladac na ginacy grod swiatowladny. W zarozowionych przepasciach nieba swiecily rowniez rozowe gwiazdy, lecz w przeciwienstwie do zwyklych nocy ziemia jasniejsza byla od niebios. Rzym oswiecal na ksztalt olbrzymiego stosu cala Kampanie. Przy krwawym blasku widac bylo dalsze wzgorza miasta, wille, swiatynie, pomniki i akwedukty biegnace ze wszystkich okolicznych gor ku miastu, na akweduktach zas roje ludzi, ktorzy schronili sie tam dla bezpieczenstwa lub dla przypatrywania sie pozarowi. Tymczasem straszny zywiol obejmowal coraz nowe dzielnice. Nie mozna bylo watpic, ze jakies zbrodnicze rece podpalaja miasto, gdy coraz nowe pozary wybuchaly w miejscach od glownego ogniska odleglych. Ze wzgorz, na ktorych Rzym byl zbudowany, plomienie splywaly na ksztalt fal morskich na doliny, szczelnie zabudowane domami liczacymi po piec i szesc pieter, pelne bud, kramow, drewnianych ruchomych amfiteatrow, zbudowanych przygodnie na rozmaite widowiska, i wreszcie skladow drzewa, oliwy, zboza, orzechow, szyszek pinij, ktorych ziarnem zywila sie uboga ludnosc, i odziezy, ktora czasem z laski cezarow rozdawano halastrze gniezdzacej sie po ciasnych zaulkach. Tam pozar znajdujac dostatek palnych materialow zmienial sie niemal w szereg wybuchow i z nieslychana szybkoscia ogarnial cale ulice. Ludzie, obozujacy za miastem lub stojacy na wodociagach, odgadywali z barwy plomienia, co sie pali. Szalony ped powietrza wynosil chwilami z ognistej toni tysiace i miliony rozzarzonych skorup od orzechow i migdalow, ktore wzbijaly sie nagle w gore jak nieprzeliczone stada jasniejacych motyli - i pekaly z trzaskiem w powietrzu lub gnane wiatrem spadaly na nowe dzielnice, na wodociagi i na pola otaczajace miasto. Wszelka mysl o ratunku wydawala sie niedorzeczna, zamieszanie zas wzrastalo coraz bardziej, gdy bowiem z jednej strony ludnosc miejska uciekala wszystkimi bramami za mury, z drugiej pozar przywabil tysiace ludzi z okolicy, tak mieszkancow malych miast, jak chlopstwa i na wpol dzikich pasterzy z Kampanii, ktorych znecila takze nadzieja rabunku. Okrzyk "Rzym ginie!" nie schodzil z ust tlumu, zguba zas miasta wydawala sie w owych czasach zarazem koncem wladztwa i rozwiazaniem wszelkich wezlow, ktore az dotad zwiazywaly ludzkosc w jedna calosc. Tluszcza tez, w ktorej wiekszosci ludzi, zlozonej z niewolnikow i przybyszow, nie zalezalo nic na panowaniu Rzymu, a ktora przewrot mogl tylko uwolnic od pet, przybierala tu i owdzie grozna postawe. Szerzyla sie przemoc i grabiez. Zdawalo sie, ze jedynie samo widowisko ginacego grodu przykuwa uwage ludzka i powstrzymuje jeszcze wybuch rzezi, ktora rozpocznie sie natychmiast, jak tylko miasto zmieni sie w zgliszcza. Setki tysiecy niewolnikow zapominajac, ze Rzym procz swiatyn i murow posiada jeszcze kilkadziesiat legii we wszystkich stronach swiata - zdawaly sie tylko czekac hasla i wodza. Poczeto wspominac imie Spartakusa - lecz Spartakusa nie bylo - natomiast obywatele jeli sie skupiac i zbroic, czym kto mogl. Najpotworniejsze wiesci krazyly po wszystkich bramach. Niektorzy twierdzili, ze to Wulkan z rozkazu Jowisza niszczy miasto ogniem wydobywajacym sie spod ziemi; inni, ze to jest zemsta Westy za westalke Rubrie. Ludzie, tak przekonani, nie chcieli nic ratowac, natomiast oblegajac swiatynie, prosili o zmilowanie sie bogow. Lecz najpowszechniej powtarzano, iz cezar kazal spalic Rzym dlatego, by sie uwolnic od zapachow zalatujacych od Subury i by wybudowac nowe miasto pod nazwiskiem Neronii. Na te mysl wscieklosc ogarniala ludzi i gdyby, jak to myslal Winicjusz, znalazl sie przywodca, ktory by chcial skorzystac z tego wybuchu nienawisci, godzina Nerona bylaby wybila o cale lata wczesniej. Mowiono rowniez, ze cezar oszalal, ze kaze pretorianom i gladiatorom uderzyc na lud i sprawic rzez ogolna. Niektorzy przysiegali na bogi, ze zwierzeta ze wszystkich vivariow zostaly z polecenia Miedzianobrodego wypuszczone. Widziano na ulicy lwy z plonacymi grzywami i rozszalale slonie, i tury tratujace gromadami ludzi. Byla w tym nawet czesc prawdy, gdyz w kilku miejscach slonie na widok zblizajacego sie pozaru rozwalily vivaria i wydostawszy sie na wolnosc, gnaly w dzikim poplochu w strone od ognia przeciwna, niszczac wszystko przed soba jak burza. Wiesc publiczna podawala na dziesiatki tysiecy liczbe osob, ktore zginely w ogniu. Jakoz zginelo mnostwo. Byli tacy, ktorzy straciwszy cale mienie lub najdrozsze sercu istoty, dobrowolnie rzucali sie z rozpaczy w plomienie. Innych udusily dymy. W srodku miasta, miedzy Kapitolem z jednej, a Kwirynalem, Wiminalem i Eskwilinem z drugiej strony, jak rowniez miedzy Palatynem a wzgorzem Caelius, gdzie byly najgesciej zabudowane ulice, pozar wszczynal sie w tak wielu miejscach naraz, ze cale gromady ludzi, uciekajac w jedna strone, trafialy najniespodzianiej na nowa sciane plomienia ze strony przeciwnej i ginely straszna smiercia wsrod ognistego zalewiska. W przestrachu, zamecie i oblakaniu nie wiedziano wreszcie, gdzie uciekac. Drogi byly zawalone rzeczami, a w wielu ciasnych miejscach wprost zamkniete. Ci, ktorzy chronili sie na rynki i place, w miejscu gdzie pozniej stanal amfiteatr Flawianski, kolo swiatyni Ziemi, kolo portyku Liwii i wyzej kolo swiatyn Junony i Lucyny oraz miedzy Clivus Vibrius a stara brama Eskwilinska, otoczeni naokol morzem ognia, pogineli od zaru. W miejscach, do ktorych plomien nie doszedl, poznajdowano pozniej setki cial spieczonych na wegiel, choc i tu, i owdzie nieszczesliwi wyrywali plyty kamienne i dla ochrony przed zarem zagrzebywali sie do polowy w ziemi. Zadna prawie z rodzin zamieszkujacych srodek miasta nie ocalala w zupelnosci, dlatego wzdluz murow i u wszystkich bram, i na wszystkich drogach slychac bylo wycia rozpaczliwe kobiet, wywolujacych drogie imiona zaginionych w tloku lub w ogniu. I tak, gdy jedni zebrali u bogow milosierdzia, drudzy bluznili im wobec tej straszliwej kleski. Widziano starcow zwroconych w strone swiatyni Jowisza Liberatora, ktorzy wyciagajac rece wolali: "Jestes wybawca, wybaw twoj oltarz i miasto!" Rozpacz jednakze zwracala sie glownie przeciw starym rzymskim bogom, ktorzy w pojeciu ludnosci obowiazani byli czuwac troskliwiej od innych nad grodem. Okazali sie bezsilni, wiec uragano im. Natomiast zdarzylo sie, ze gdy na Via Asinaria ukazal sie zastep kaplanow egipskich przeprowadzajacy posag Izydy, ktory uratowano z swiatyni lezacej w okolicy Porta Caelimontana, tlum rzucil sie miedzy orszak, przyprzagl sie do wozu, przyciagnal go az do bramy Appijskiej i porwawszy posag umiescil go w swiatyni Marsa, poturbowawszy zarazem kaplanow tegoz bostwa, ktorzy osmielili sie stawiac opor. W innych miejscach wzywano Serapisa, Baala lub Jehowe, ktorego wyznawcy, wyroiwszy sie z zaulkow w okolicach Subury i z Zatybrza, napelniali wrzaskiem i wolaniem pola lezace pod murami. W krzykach ich brzmialy jednakze tony jakby tryumfu, dlatego tez gdy jedni z mieszkancow przylaczyli sie do choru, slawiac "Pana swiata", drudzy, oburzajac sie tym radosnym zgielkiem, usilowali go potlumic przemoca. Gdzieniegdzie slyszano, spiewane przez mezczyzn w sile wieku, starcow, kobiety i dzieci, piesni dziwne i uroczyste, ktorych znaczenia nie umiano pojac, ale w ktorych powtarzaly sie co chwila slowa: "Oto nadchodzi sedzia w dniu gniewu i kleski." Tak to ruchliwa i bezsenna fala ludzka otaczala na ksztalt wzburzonego morza plonace miasto. Lecz nic nie pomagala ni rozpacz, ni bluznierstwa, ni piesni. Kleska zdawala sie byc nieprzeparta, zupelna i nieublagana jak Przeznaczenie. Kolo amfiteatru Pompejusza zapalily sie sklady konopi i lin, ktorych potrzebowano mnostwa do cyrkow, aren i do wszelkiego rodzaju machin uzywanych przy igrzyskach, a zarazem przylegle budynki zawierajace beczki smoly, ktora smarowano liny. Przez kilka godzin cala ta czesc miasta, za ktora lezalo pole Marsowe, swiecila tak jasnozoltym plomieniem, ze na wpol przytomnym z przerazenia widzom wydawalo sie przez jakis czas, iz przy powszechnej zgubie porzadek dnia i nocy zostal rowniez pomieszany i ze widza blask sloneczny. Lecz potem krwawy jednolity blask pokonal wszystkie inne barwy plomieni. Z morza ognia strzelaly ku rozgorzalemu niebu jakby olbrzymie fontanny i slupy plomienia, rozwiewajac sie w gorze w ogniste kiscie i piora, wiatr zas porywal je, zmienial w zlote nici i wlosy skier i niosl hen nad Kampania, az ku Gorom Albanskim. Noc stawala sie coraz widniejsza; samo powietrze zdawalo sie byc przesiakniete nie tylko blaskiem, ale i plomieniem. Tyber plynal zywym ogniem. Nieszczesne miasto zmienilo sie w jedno pieklo. Pozar ogarnial coraz wieksze przestrzenie, bral szturmem wzgorza, rozlewal sie po rowninach, zatapial doliny, szalal, huczal, grzmial. Makrynus tkacz, do ktorego domu przyniesiono Winicjusza, obmyl go, zaopatrzyl w odziez i posilil, po czym mlody trybun odzyskawszy zupelnie sily oswiadczyl, ze tejze jeszcze nocy rozpocznie dalsze poszukiwania za Linusem. Makryn, ktory byl chrzescijaninem, potwierdzil slowa Chilona, ze Linus wraz ze starszym kaplanem Klemensem udali sie do Ostrianum, gdzie Piotr mial chrzcic cale gromady zwolennikow nowej nauki. W dzielnicy wiadomo bylo chrzescijanom, ze Linus piecze nad domem swym powierzyl od dwoch dni niejakiemu Gajusowi. Dla Winicjusza stanowilo to dowod, ze ani Ligia, ani Ursus nie pozostali w domu i ze musieli udac sie rowniez do Ostrianum. Mysl ta sprawila mu wielka ulge. Linus byl to czlowiek stary, ktoremu trudno bylo chodzic codziennie z Zatybrza az za odlegla brame Nomentanska i wracac znow stamtad na Zatybrze, prawdopodobnie wiec zamieszkal na te kilka dni u ktorego ze wspolwyznawcow za murami, a wraz z nim i Ligia, i Ursus. W ten sposob unikneli pozaru, ktory w ogole nie przedostal sie na drugi stok Eskwilinu. Winicjusz widzial w tym wszystkim zrzadzenie Chrystusa; poczul nad soba Jego opieke i z sercem wezbranym wieksza niz kiedykolwiek miloscia poprzysiegal Mu w duszy wyplacic sie calym zyciem za te widome znaki laski. Tym bardziej jednak spieszno mu bylo do Ostrianum. Odnajdzie Ligie, odnajdzie Linusa, Piotra i zabierze ich gdzie daleko, do ktorejkolwiek ze swoich ziem, chocby az do Sycylii. Rzym oto plonie i za kilka dni zostanie po nim tylko kupa zgliszcz, po co wiec maja tu zostawac wobec kleski i rozhukanej ludnosci? Tam otocza ich zastepy karnych niewolnikow, otoczy ich cisza wsi i beda zyli spokojnie pod skrzydlami Chrystusa, poblogoslawieni przez Piotra. Byle ich tylko teraz odnalezc. Nie bylo to zas rzecza latwa. Winicjusz pamietal, z jakim trudem przedostal sie z Via Appia na Zatybrze i jak musial kolowac, aby dotrzec do drogi Portowej, postanowil wiec teraz obejsc miasto ze strony przeciwnej. Idac droga Tryumfalna mozna bylo dotrzec, posuwajac sie wzdluz rzeki, az do mostu Emiliusza, stamtad zas, pomijajac Pincius, wzdluz pola Marsowego, obok ogrodow Pompejusza, Lukulla i Salustiusza, przedrzec sie na Via Nomentana. Byla to droga najkrotsza, lecz i Makrynus, i Chilon nie radzili sie na nia zapuszczac. Ogien nie objal wprawdzie dotychczas tej czesci miasta, lecz wszystkie rynki i ulice mogly byc zupelnie zatloczone ludzmi i ich rzeczami. Chilo radzil udac sie przez Ager Vaticanus az do Porta Flaminia, tam przejsc rzeke i posuwac sie dalej na zewnatrz murow, za ogrodami Acyliusza, ku Porta Salaria. Winicjusz po chwili wahania zgodzil sie na te rade. Makryn musial pozostac na strazy domu, lecz wystaral sie o dwa muly, ktore mogly posluzyc i do dalszej podrozy dla Ligii. Chcial rowniez dodac niewolnika, lecz Winicjusz odmowil sadzac, ze jak to juz zdarzylo sie poprzednio, pierwszy lepszy oddzial pretorianow, napotkany w drodze, podda sie pod jego rozkazy. I po chwili obaj z Chilonem ruszyli przez Pagus Janiculensis ku drodze Tryumfalnej. Na otwartych miejscach byly i tu obozowiska, przeciskali sie jednak przez nie z mniejszym trudem, albowiem wieksza czesc mieszkancow uciekala ku morzu droga Portowa. Za brama Septymianska jechali miedzy rzeka a wspanialymi ogrodami Domicji, ktorych potezne cyprysy swiecily czerwono od pozaru jakby od zorzy zachodniej. Droga stawala sie wolniejsza, czasem tylko przychodzilo im walczyc z pradem naplywajacego wiesniactwa. Winicjusz popedzal, o ile mogl, mula, Chilo zas, jadac tuz za nim, rozmawial przez cala droge sam ze soba: "Oto pozar zostal za nami i teraz grzeje nas w plecy. Nigdy jeszcze na tej drodze nie bylo tak widno w nocy. O Zeusie! Jesli nie spuscisz ulewy na ten pozar, to znac, ze nie kochasz Rzymu. Moc ludzka nie zagasi tego ognia. Takie miasto, ktoremu sluzyla Grecja i caly swiat! A teraz pierwszy lepszy Grek bedzie mogl prazyc swoj bob w jego popiolach! Kto by sie tego spodziewal!... I nie bedzie juz Rzymu ni panow rzymskich... A kto zechce chodzic po zgliszczach, gdy wystygna, i swistac, ten bedzie swistal bezpiecznie. O bogowie! Swistac nad takim swiatowladnym miastem! Kto by z Grekow albo nawet z barbarzyncow mogl sie tego spodziewac?... A jednak mozna swistac, bo kupa popiolu, czy zostanie po ognisku pastuchow, czy po spalonym grodzie, jest tylko kupa popiolow, ktora predzej czy pozniej wiatr rozwieje." Tak mowiac obracal sie chwilami w strone pozaru i patrzyl na fale ognia z twarza zarazem zla i radosna. Po czym mowil dalej: "Ginie! Ginie! I nie bedzie go juz wiecej na ziemi. Gdzie teraz swiat bedzie wysylal swoje zboze, swoja oliwe i swoje pieniadze? Kto mu bedzie wyciskal zloto i lzy? Marmur nie pali sie, ale kruszeje w ogniu. Kapitol pojdzie w gruzy i Palatyn w gruzy. O Zeusie! Rzym byl jako pasterz, a inne ludy jako owce. Gdy pasterz byl glodny, zarzynal jedna z owiec, zjadal mieso, a tobie, ojcze bogow, ofiarowal skore. Kto, o Chmurowladny, bedzie teraz zarzynal i w czyje rece zlozysz bicz pasterski? Bo Rzym gorzeje, ojcze, tak dobrze, jakbys go sam zapalil piorunem". - Spiesz sie! - naglil Winicjusz. - Co tam robisz? - Placze nad Rzymem, panie - odpowiedzial Chilo. - Takie Jowiszowe miasto!... I czas jakis jechali w milczeniu, wsluchujac sie w huk pozogi i w szum skrzydel ptasich. Golebie, ktorych mnostwo gniezdzilo sie przy willach i po miasteczkach Kampanii, a zarazem i wszelkiego rodzaju polne ptaki znad morza i z gor okolicznych, biorac widocznie blask pozaru za swiatlo sloneczne, lecialy calymi stadami na oslep w ogien. Winicjusz pierwszy przerwal milczenie: - Gdzie byles, gdy pozar wybuchnal? - Szedlem do mego przyjaciela Eurycjusza, panie, ktory trzymal kram przy Wielkim Cyrku, i rozmyslalem wlasnie nad nauka Chrystusa, gdy poczeto wolac: "Ogien!" Ludzie gromadzili sie kolo cyrku dla ratunku i przez ciekawosc, ale gdy plomienie ogarnely caly cyrk, a procz tego poczely sie ukazywac naraz i w innych miejscach, trzeba bylo myslec o wlasnym ocaleniu. - Czy widziales ludzi rzucajacych pochodnie do domow? - Czego ja nie widzialem, wnuku Eneasza! Widzialem ludzi torujacych sobie w tloku droge mieczami; widzialem bitwy i rozdeptane na bruku wnetrznosci ludzkie. Ach, panie, gdybys na to patrzyl, sadzilbys, ze barbarzyncy zdobyli miasto i wyprawiaja rzez. Ludzie naokol wolali, ze nadszedl koniec swiata. Niektorzy stracili zupelnie glowy i zaniechawszy ucieczki czekali bezmyslnie, poki ich nie ogarna plomienie. Inni wpadli w obled, inni wyli z rozpaczy, ale widzialem i takich, ktorzy wyli z radosci, albowiem, o panie, duzo jest na swiecie zlych ludzi, ktorzy nie umieja ocenic dobrodziejstw waszego lagodnego panowania i tych slusznych praw, na mocy ktorych odbieracie wszystkim to, co maja, i przywlaszczacie sobie. Ludzie nie umieja sie pogodzic z wola bogow! Winicjusz zbyt byl zajety wlasnymi myslami, by zauwazyc ironie drgajaca w slowach Chilona. Dreszcz przerazenia chwytal go na sama mysl, ze Ligia mogla sie znalezc wsrod tego zametu, na tych strasznych ulicach, na ktorych rozdeptywano wnetrznosci ludzkie. Wiec jakkolwiek malo dziesiec razy wypytywal juz Chilona o wszystko, co ten mogl wiedziec, zwrocil sie do niego raz jeszcze: - A ich widziales na Ostrianum wlasnymi oczyma? - Widzialem, synu Wenery, widzialem dziewice, dobrego Liga, swietego Linusa i Piotra Apostola. - Przed pozarem? - Przed pozarem, Mitro! Lecz w duszy Winicjusza zrodzila sie watpliwosc, czy Chilo nie klamie, wiec powstrzymawszy mula spojrzal groznie na starego Greka i spytal: - Cos ty tam robil? Chilo zmieszal sie. Wprawdzie jak wielu ludziom, tak i jemu wydawalo sie, ze razem z zaguba Rzymu nadchodzi kres i rzymskiego wladztwa, ale tymczasem byl sam na sam z Winicjuszem, przypomnial zas sobie, ze tenze zakazal mu pod straszliwa grozba podpatrywac chrzescijan, a zwlaszcza Linusa i Ligie. - Panie - rzekl - czemu mi nie wierzysz, ze ich miluje? Tak jest! Bylem na Ostrianum, albowiem jestem na wpol chrzescijaninem. Pirron nauczyl mnie cenic wiecej cnote od filozofii, wiec coraz bardziej lgne do ludzi cnotliwych. A przy tym, o panie, jestem ubogim i gdy ty, Jowiszu, bawiles w Ancjum, czesto przymieralem glodem nad ksiegami, wiec siadalem przy murze w Ostrianum, albowiem chrzescijanie, jakkolwiek sami ubodzy, wiecej rozdaja jalmuzn niz wszyscy inni razem wzieci mieszkancy Rzymu. Powod ten wydal sie Winicjuszowi wystarczajacym, wiec zapytal mniej groznie: - I nie wiesz, gdzie na ten czas zamieszkal Linus? - Ukarales mnie raz za ciekawosc, panie, okrutnie - odpowiedzial Grek. Winicjusz umilkl i jechali dalej. - Panie - rzekl po chwili Chilo - nie odnalazlbys dziewicy, gdyby nie ja, ale jesli ja odnajdziemy, nie zapomnisz o ubogim medrcu? - Dostaniesz dom z winnica pod Ameriola - odpowiedzial Winicjusz. - Dzieki ci, Herkulesie! Z winnica?... Dzieki ci! O, tak! Z winnica! Mijali teraz wzgorza Watykanu, ktore swiecily czerwono od pozaru, lecz za Naumachia skrecili w prawo, by po przebyciu pola Watykanskiego zblizyc sie do rzeki i przeprawiwszy sie przez nia, dotrzec do Porta Flaminia. Nagle Chilo powstrzymal mula i rzekl: - Panie! Przyszla mi do glowy dobra mysl. - Mow - odpowiedzial Winicjusz. - Miedzy wzgorzem Janikulskim a Watykanem, za ogrodami Agrypiny, sa podziemia, z ktorych wybierano kamienie i piasek pod budowe cyrku Nerona. Posluchaj mnie, panie! W ostatnich czasach Zydzi, ktorych, jak wiesz, mnostwo jest na Zatybrzu, poczeli okrutnie przesladowac chrzescijan. Pamietasz, ze juz za boskiego Klaudiusza takie tam byly rozruchy, iz cezar zmuszony byl wygnac ich z Rzymu. Dzis, gdy wrocili i gdy dzieki opiece Augusty czuja sie bezpieczni, tym zuchwalej pomiataja chrzescijanami. Ja to wiem! Jam widzial. Zaden edykt przeciw chrzescijanom nie zostal wydany, ale Zydzi oskarzaja ich przed prefektem miasta, iz morduja dzieci, czcza osla i opowiadaja nauke nie uznana przez senat, a sami bija ich i napadaja na domy modlitwy tak zawziecie, ze chrzescijanie kryc sie przed nimi musza. - Co wiec chcesz powiedziec? - spytal Winicjusz. - To, panie, ze synagogi istnieja otwarcie na Zatybrzu, ale chrzescijanie, chcac uniknac przesladowan, musza sie modlic w ukryciu i zbieraja sie w opustoszalych szopach za miastem lub w arenariach. Ci, ktorzy mieszkaja na Zatybrzu, wybrali sobie to wlasnie, ktore powstalo z przyczyny budowy cyrku i roznych domow wzdluz Tybru. Teraz, gdy ginie miasto, niechybnie wyznawcy Chrystusa modla sie. Znajdziemy ich nieprzeliczone mnostwo w podziemiach, dlatego radze ci, panie, abysmy tam wstapili po drodze. - Wszakzes mowil, ze Linus udal sie do Ostrianum! - zawolal niecierpliwie Winicjusz. - A ty mi przyrzekles dom z winnica pod Ameriola - odpowiedzial Chilo - wiec chce szukac dziewicy wszedzie, gdzie mam nadzieje ja znalezc. Po wybuchu pozaru mogli powrocic na Zatybrze... Mogli okrazyc miasto, tak jak my okrazamy je w tej chwili. Linus ma dom, moze chcial byc blizej domu, by obaczyc, czy pozar nie ogarnie i tej dzielnicy. Jesli wrocili, tedy przysiegam ci, panie, na Persefone, ze znajdziemy ich na modlitwie w podziemiu, a w najgorszym razie zasiegniemy o nich wiadomosci. - Masz slusznosc, a zatem prowadz! - rzekl trybun. Chilo bez namyslu skrecil na lewo, ku wzgorzu. Na chwile zbocze owego wzgorza przeslonilo im pozar tak, ze jakkolwiek pobliskie wzniesienia byly w swietle, oni sami znalezli sie w cieniu. Minawszy cyrk skrecili jeszcze na lewo i weszli w rodzaj wawozu, w ktorym bylo zupelnie ciemno. Ale w ciemnosciach owych Winicjusz dojrzal roje migajacych latarek. - Oto oni! - rzekl Chilo. - Bedzie ich dzis wiecej niz kiedykolwiek, bo inne domy modlitwy splonely lub pelne sa dymu, jak cale Zatybrze. - Tak! Slysze spiewy - rzekl Winicjusz. Jakoz z ciemnego otworu w gorze dochodzily spiewajace glosy ludzkie, latarki zas ginely w nim jedna za druga. Lecz z bocznych wawozow wysuwaly sie coraz nowe postacie, tak ze po niejakim czasie Winicjusz i Chilo znalezli sie wsrod calej gromady ludzi. Chilo zsunal sie z mula i skinawszy na wyrostka, ktory szedl obok, rzekl mu: - Jestem kaplanem Chrystusa i biskupem. Potrzymaj nam muly, a dostaniesz moje blogoslawienstwo i odpuszczenie grzechow. Potem nie czekajac odpowiedzi, wsunal mu w reke cugle, sam zas przylaczyl sie wraz z Winicjuszem do idacej gromady. Po chwili weszli do podziemia i posuwali sie przy mdlym blasku latarek ciemnym korytarzem, poki nie dotarli do obszernej jaskini, z ktorej widocznie wybierano poprzednio kamien, albowiem sciany utworzone byly z swiezych jego odlamow. Bylo tam widniej niz w korytarzu, gdyz procz kagankow i latarek plonely pochodnie. Przy ich swietle ujrzal Winicjusz caly tlum ludzi kleczacych z rekoma wyciagnietymi do gory. Ligii, Piotra Apostola ni Linusa nie mogl nigdzie dojrzec, natomiast naokol otaczaly go twarze uroczyste i wzruszone. W niektorych widoczne bylo oczekiwanie, trwoga, nadzieja. Blask odbijal sie w bialkach wzniesionych oczu, pot splywal po bladych jak kreda czolach; niektorzy spiewali piesni, inni powtarzali goraczkowo imie Jezus, niektorzy bili sie w piersi. Po wszystkich znac bylo, iz lada chwila oczekuja czegos nadzwyczajnego. Wtem piesni umilkly i nad zgromadzeniem, we framudze powstalej po wyjeciu ogromnego glazu, ukazal sie znajomy Winicjuszowi Kryspus, z twarza jakby na wpol przytomna, blada, fanatyczna i surowa.
RAW Paste Data
We use cookies for various purposes including analytics. By continuing to use Pastebin, you agree to our use of cookies as described in the Cookies Policy. OK, I Understand
 
Top