Not a member of Pastebin yet?
Sign Up,
it unlocks many cool features!
- Prolog
- Mógłbym od razu przejść do rzeczy i zacząć właściwą opowieść, ale zapewne część z Was
- zastanawiałaby się kto, co, jak i dlaczego. Postanowiłem więc poświęcić kilka minut i opisać dlaczego i
- w jaki sposób dziadek trafił do naszego domu, a także jaką osobą był rzeczywiście.
- Widzicie, moja mama wychowała się razem z bratem niedaleko Torunia, na ziemi należącej
- do ich rodziny od kilku pokoleń. Ich ojciec, czyli mój dziadek, któremu poświęcona jest niniejsza
- opowieść, nigdy nie wylewał za kołnierz i chociaż sam nigdy otwarcie się do tego nie przyznał, to miał
- problem z alkoholem. Jego żona zmarła na zawał na długo przed tym jak przyszedłem na świat, co
- sprawiło, że Filemon chlał jeszcze więcej, zaniedbując dom, ziemię i chyba co najbardziej istotne –
- rodzinę.
- Dzieci otwarcie go nienawidziły. Brat mojej matki - Mariusz, uciekł z domu zaraz po
- skończeniu szkoły średniej. Wyjechał do Gdańska, gdzie zaczął studiować i słuch kompletnie o nim
- zaginął. Iza – czyli jego młodsza siostra została w domu jeszcze kilka lat – poszła na uniwersytet
- Mikołaja Kopernika, gdzie zdobyła tytuł magistra polonistyki, w międzyczasie dorabiając gdzie tylko
- się dało, bo jej ojciec przypijał wszystkie pieniądze jakie były w domu.
- Jakoś w trakcie studiów, mama wyszła za mąż za kolegę z roku, Adama. Kilka miesięcy później
- urodziła się Weronika, ich pierwsze dziecko, a rok później przyszedłem na świat ja – Kuba, jeśli Was to
- interesuje.
- Szczęśliwa rodzina zamieszkała w jednej z wielu toruńskich kamienic, a dziadek dalej zapijał
- się w swoim domu (teraz już popadającym w ruinę). Sielanka nie trwała długo, bo zaledwie trzy lata –
- ojciec zdradził matkę ze swoją koleżanką z pracy, był głośny rozwód, matka zabrała mnie i siostrę, po
- czym we trójkę wyjechaliśmy do Warszawy, gdzie zamieszkaliśmy na tym słynnym Mokotowie, gdzie
- wszystko jest możliwe. Jak się miało okazać, słowa te nie oznaczały niczego dobrego.
- Zbierają się burzowe chmury
- Mimo upływu lat, nad naszym domem, a właściwie rzecz biorąc mieszkaniem, ciążyło piętno
- biedy i alkoholizmu. Ktoś kiedyś powiedział, że z biedy możesz się wyrwać, ale ona nigdy nie wyrwie
- się z ciebie – bardzo mądre słowa.
- W przypadku mojej mamy nie przybrało to jakichś specjalnie ekstremalnych form, które
- zakwalifikowałyby ją do grona Grażyn, ale na pewno nie była jedną z typowych warszawianek, które
- urodziły się ze srebrnymi łyżeczkami w ustach, później zamieniając je na... Zresztą, to nieistotne.
- Mama po prostu zawsze starała się rozplanowywać domowym budżetem i regularnie odkładać
- pieniążki na czarną godzinę. Poza tym ze względu na przeżytą traumę, nigdy, przenigdy nie piła
- alkoholu – także barek w salonie (zwanym czasem również dużym pokojem) był wypełniony
- trunkami, jakie dostawała od znajomych na wszelkie uroczystości, ale nigdy żadna butelka nie została
- otwarta.
- No i w końcu, Iza nie wyszła ponownie za mąż. Przez nasz dom raz na jakiś czas przewijali się
- adoratorzy matki, ale nigdy nie zagrzewali długo miejsca i nie zostawali dla mnie i Niki „tatusiami”.
- Moi osiedlowi koledzy nazywali ich „mieczami na jedną noc”.
- Żyliśmy sobie w spokoju przez piętnaście lat, odcinając się zupełnie od dziadka-pijaka i wujka-
- sprzedawczyka (po ucieczce nad morze zerwał z sobie tylko znanych powodów kontakt z siostrą i
- odmówił jej pomocy, gdy ta się rozwiodła i nie miała gdzie się podziać) – można powiedzieć tak, jak
- powinni żyć ludzie. Do dnia, kiedy to zadzwonił ten przeklęty telefon...
- Mama rozmawiała przez dobre pół godziny, z każdą minutą stając się coraz bardziej wściekła.
- Siedziałem w swoim pokoju, grając sobie spokojnie w S.T.A.L.K.E.R.a, jak to miałem w zwyczaju w
- deszczowe dni, ale z uwagi na dobiegające z korytarza strzępki dyskusji nie mogłem się
- skoncentrować.
- Matka trzasnęła słuchawką i głośno tupiąc pomaszerowała do kuchni. Poszedłem za nią, choć nie
- miałem na to wcale ochoty.
- - Co jest, mamo? – Zapytałem, opierając się o futrynę. Kobieta chodziła bez celu po pomieszczeniu,
- próbując ochłonąć po rozmowie. Jej twarz nabiegła czerwienią, oczy przymrużyły się w widocznym
- napływie wściekłości, a włosy opadały na jej twarz, przywodząc mi na myśl Samarę z The Ring.
- - Lepiej nie pytaj. Będziemy mieli gościa... - Odwarknęła.
- Dziadek wjechał na wózku inwalidzkim do mieszkania, w asyście dwóch sanitariuszy. Jeden z
- nich trzymał w ręku worek na śmieci, w którym jak się później okazało, były ubrania należące do
- dziadka – czyli właściwie cały jego dobytek.
- Filemon, czyli dziadek mój i Niki, dostał udaru mózgu po wieloletnim chlaniu bimbru na umór. I tak
- cud, że nie udławił się rzygami albo wątroba nie odmówiła mu wcześniej posłuszeństwa.
- Ofiarą udaru padła prawa półkula jego mózgu, która kontrolowała lewą stronę ciała – obecnie
- sparaliżowaną, co tłumaczyło wózek inwalidzki.
- Stary mężczyzna z miejsca wzbudził moje obrzydzenie. Był opasły, nieogolony, bezzębny i ubrany jak
- pierwszy lepszy lump. Trochę słyszałem od matki na jego temat, ale nie przypuszczałbym nigdy, że
- jabłko może paść aż tak daleko od jabłoni.
- Siwe kępy włosów sterczały mu z głowy na wszystkie strony, z nosa wystawały mu kolejne dwie, a na
- samym nosie znajdowało się jeszcze parę kilkucentymetrowych, podkręconych kłaków.
- Spojrzałem na matkę wzrokiem z gatunku „ja pierdolę, mamo, ten pryk poważnie ma z nami
- zamieszkać?”, ona z kolei odpowiedziała mi wzrokiem „też w to nie wierzę”.
- - Ty! – Dziad krzyknął, patrząc na mnie i przy okazji plując dookoła kropelkami śliny z na wpół
- sparaliżowanych ust. – Weź to... Ten... Torbę!
- Sanitariusz podał mi worek na śmieci zawiązany u góry – ze wzruszeniem ramion położyłem go na
- podłodze, nie mając pojęcia, czy iść z nim do śmietnika czy pokoju.
- - A ty czego się gapisz, co... Kto ty? - Kontynuował wywód dziadek, tym razem kierując swoje kaprawe
- oczka ku Weronice.
- - Wystarczy! – Oburzyła się mama. – Mieszkasz pod moim dachem, więc masz odnosić się z
- szacunkiem do moich dzieci. Rozumiesz?
- - A ty co...
- - Pytam się – rozumiesz? – Kobieta nachyliła się nad siedzącego na wózku ojca, zmuszając go do
- przystania na swoje warunki.
- Filemon był z nami zaledwie kilkanaście minut, a ja już miałem dość. Szykowała się inba
- wszechczasów.
- Dlaczego my?
- Pierwszym pytaniem jakie naszło mnie po przyjeździe dziadka było „dlaczego my?” – nie
- potrafiłem na nie odpowiedzieć, chociaż próbowałem przeanalizować dosłownie każdy element
- układanki.
- Filemon był pijakiem i oprawcą, który chlał przez całe życie, aż w końcu dwójka jego dzieci od niego
- uciekła. Po tym jak dziadek dostał udaru, udało mu się w jakiś sposób skontaktować z synem,
- Mariuszem. Ten z kolei odesłał go wprost do swojej siostry, która przecież na pewno nie miałaby nic
- przeciwko, by stary pryk zamieszkał w jej domu.
- Będąc w sytuacji patowej, Iza nie miała wyboru. Chyba zwyciężyła w niej jakaś cząsteczka naiwnego
- dobra, bo wbrew samej sobie zgodziła się przyjąć ojca i zaopiekować się nim. Warszawa jakby nie
- patrzeć jest stolicą, a więc w porównaniu do toruńskiej wsi posiada na pewno dużo lepszą służbę
- zdrowia, a co za tym idzie, oferuje dużo lepsze możliwości rehabilitacji.
- Mimo wszystko nie rozumiałem dalej decyzji matki. Czy nie chciała upaść niżej od ojca, odmawiając
- mu pomocy? A może nie chciała nienawidzić się bardziej niż nienawidzi jego?
- Nie wiem – wiem za to, że jej decyzja, mimo iż kierowana pozytywnymi pobudkami, okazała się
- jednym wielkim błędem.
- Legowisko
- Wprowadzenie się dziadka wymusiło na naszej rodzinie zasadnicze zmiany w
- dotychczasowym „podziale” mieszkania. Nowy lokator zamieszkał w salonie, gdzie miał spać na
- rozkładanej kanapie, na której niegdyś nocowała mama. Ona z kolei musiała przenieść się do pokoju
- Niki, bo spanie w jednym pomieszczeniu z córką było mniej krępujące niż spanie z dorastającym
- synem. Nasza kotka, Kasia, która miała specjalnie przygotowane legowisko w salonie po kilku dniach
- przeniosła się do mnie – a powodem był oczywiście Filemon.
- Zacznijmy od tego, że kanapa, która miała służyć za łóżko, stała się miejscem wegetacji
- dziadka. Leżał na niej całymi dniami, z przerwami na wizyty w łazience lub posiłki (spożywane w
- pozycji siedzącej, dalej na kanapie).
- Mimo tego, że panowało akurat kalendarzowe lato i był środek wakacji, dziadek zabraniał otwierania
- w pokoju okien, żeby czasem go nie przewiało. Leżał tak więc podczas upałów, pocąc się jak świnia i
- całkowicie zasmradzając pomieszczenie. Biedna Kasia nie wytrzymała tego długo – w końcu zabrałem
- jej kojec do swojego pokoju.
- W pewnym momencie Nika nie wytrzymała – poszła do salonu gdy dziadek spał (a spał przez
- większość dnia), otworzyła na oścież wszystkie okna i wyszła. Mieliśmy nadzieję, że smród uleci, nie
- zostawiwszy po sobie żadnych „śladów”, choć już wtedy byliśmy pewni, że kanapę będziemy musieli
- wymienić na nową zaraz po tym, jak Filemon wreszcie się wyniesie.
- Godzinę-dwie później usłyszeliśmy nagle krzyki dziadka - najgorsze możliwe wyzwiska i przekleństwa.
- Mężczyzna mocno seplenił, ale mimo to i my, i zapewne wszyscy nasi sąsiedzi zrozumieliśmy o co mu
- chodzi.
- - Kurwo! Jebana w cipę, kurwa! Okna, okna! Zamknij te pierdolone okna bo zi mno! Chcesz mnie
- zabić, ty pierdolony wężu?!
- Matka dosłownie wbiegła do pokoju i ujrzała dziadka, który próbował wstać z łóżka żeby zamknąć
- okna. Podniesienie się z pozycji leżącej i wejście na wózek inwalidzki (zaparkowany tuż przy kanapie,
- zabezpieczony hamulcami) zajmowało mu z reguły kilka minut, a i to z czyjąś pomocą, lecz teraz pryk
- telepał się jak ryba, w kompletnym amoku.
- - Ty cipo, chcesz mnie zabić!
- Mama pobiegła w stronę okien i zaczęła je zamykać, w tym samym czasie dziadek próbował wejść na
- wózek inwalidzki. Ja i Nika staliśmy w korytarzu, bojąc się zbliżyć do szalonego i nieobliczanego
- starca.
- Filemon chwycił sprawną ręką wózek i zapewne chciał na niego wpełznąć, ale nie zachował
- równowagi i ułamek sekundy później poleciał twarzą ku podłodze.
- - Kurw... - Urwał, gdy trafił w podłogę. Matka zamknęła ostatnie okno i pobiegła do niego, rozmazując
- łzami makijaż. Dziad przy jej pomocy wrócił na kanapę, gdzie z wyrazem oburzenia zaczął udzielać jej
- reprymendy z co drugim wulgarnym słowem.
- Kąpiel
- Jak już wspomniałem, wchodzenie i schodzenie z wózka inwalidzkiego zabierało dziadkowi
- sporo czasu, a także naszego wysiłku. Jako jedyny mężczyzna w domu (bo tej starej gnidy jako
- mężczyzny nie liczyłem), pomagałem przy tych czynnościach na tyle, na ile było to możliwe.
- Mama należała do filigranowych osóbek i nie mógłbym spokojnie patrzeć jak próbuje udźwignąć
- opasłego starca.
- Na nasze szczęście, wizyty dziadka w toalecie odbywały się średnio dwa razy dziennie, a więc niezbyt
- często. Z siadaniem na muszli klozetowej nie miał większych problemów, bo miała taką samą
- wysokość jak siedzisko jego fotela, ale poważny kłopot stanowiły kąpiele.
- Te również nie były częste, bo dziadek należał do obrzydliwców, którzy kąpią się tylko od święta, ale
- po kilku dniach wegetacji na kanapie, przy zamkniętych oknach i upale za nimi, smród zaczął stawać
- się dokuczliwy dla nas. Poza potem wyczuwało się w salonie nutkę szczyn, niepodtartej dupy i
- charakterystyczny zapach starych ludzi.
- Jako że mama była kompletnym przeciwieństwem swojego ojca, nie mogła znieść smrodu we
- własnym domu. Zarządziła więc kąpiel, ku ogromnej złości Filemona.
- - Nigdzie nie pójdę, dobrze mi tu kurwa!
- - Idziemy się wykapać, nie będziesz zasmradzał mi salonu.
- - To wyczyścisz jak będzie trzeba, nie idę.
- Podszedłem bez słowa i wyrwałem dziadkowi pilot telewizora z dłoni.
- - Oddawaj to, ty pierdolony...
- - Zamknij się! – Ryknęła mama. Podziałało. Dziad spojrzał na mnie wściekły, ale zrozumiał, że
- przegrał. Wegetacja w salonie bez telewizora włączonego 24/7 byłaby nudna, a kąpiel dawała mu
- szansę na zatrzymanie pilota i kontynuowanie seansów.
- Razem z mamą podnieśliśmy mężczyznę, usadziliśmy go na wózku inwalidzkim, a potem
- zaprowadziliśmy do łazienki. Z naszą pomocą wszedł do wanny – nie musieliśmy go nawet rozbierać,
- bo i tak całe dnie spędzał w samych majtkach. Tych samych od kilku dób.
- Nie chciałem być świadkiem ich zdjęcia, więc umyłem szybko dłonie, bo po kontakcie z dziadkiem
- czułem się wręcz splugawiony i wyszedłem z łazienki.
- Filemon zakończył kąpiel mniej więcej godzinę później. Usłyszałem jego głos dobiegający z
- łazienki:
- - Ty! Cho no tu! Pomóż mi!
- Mama po raz n-ty próbowała mu wytłumaczyć, że jej dzieci mają imiona, gdy ja wszedłem do
- pomieszczenia.
- - Potrzebujesz pomocy? – Zapytałem się kobiety, nawet nie patrząc na dziadka.
- - No, sama nie dam rady usadzić go na wózku.
- Razem spróbowaliśmy więc podnieść dziadka, który ślizgał się po dnie wanny jak kostka mydła i nie
- był w stanie zachować równowagi. Był kompletnie nagi, więc wpatrywałem się w sufit, czując, że
- gdybym opuścił wzrok, zwymiotowałbym momentalnie.
- Gdy dziadek znajdował się już za krawędzią wanny, poślizgnął się i z krzykiem runął na mnie i Izę. Cała
- podłoga w łazience była mokra, więc i ja straciłem równowagę. Filemon puścił moje ramię i niczym
- żmija wystrzelił w kierunku mamy, którą uchwycił za włosy i pociągnął za sobą.
- Kolejny krzyk – tym razem kobiecy. Chwilę potem głuchy odgłos upadku.
- Oprzytomnienie zajęło mi nie więcej niż sekundę – omiotłem wzrokiem łazienkę, całą zalaną wodą, a
- potem rzuciłem się na pomoc mamie, która pod nienaturalnym kątem leżała na podłodze, próbując
- wstać. Ująłem ją w talii i podniosłem do pozycji stojącej.
- Potem odwróciłem się w kierunku dziadka, który głośno przeklinając, próbował wejść na wózek.
- Jedna jego noga wciąż znajdowała się w wannie, druga próbowała odepchnąć ciało do przodu, w
- stronę wózka. Przyrodzenie wisiało mu niczym... Sam nie wiem co. W zdrowej jego dłoni zauważyłem
- garść długich brązowych włosów.
- Do pomieszczenia wbiegła Nika, zakrywając usta dłońmi na widok nagiego Filemona i naszej dwójki,
- mokrej jakbyśmy sami przed chwilą odbyli kąpiel.
- - Kurwy! Pizdy jebane! – Warczał dziadek. Zignorowaliśmy go i wyszliśmy.
- Zmiany
- Po incydencie w łazience, mama obrała sobie za cel doprowadzenie dziadka do stanu, w
- którym mógłby się poruszać bez naszej pomocy. Razem z siostrą poszperaliśmy trochę w internecie i
- znaleźliśmy proste ćwiczenia dla osób po udarze, dzięki którym było możliwe postawienie pacjenta na
- nogi. Chcieliśmy, by był w stanie żyć samodzielnie, bez nas. A raczej my bez niego.
- Być może kierowana strachem przed podobną sytuacją w przyszłości, a być może zwykła wygodą,
- mama dzień po feralnej kąpieli odwiedziła pobliski salon fryzjerski i wróciła do domu obcięta na
- krótko - mogę się założyć, że zrobiła to po to, by dziad nie był w stanie chwycić jej za włosy po raz
- drugi. Nie wyobrażam sobie nawet jak bolesne i upokarzające zarazem to było.
- Tak też rozpoczęły się zmiany w naszym domu.
- Niedługo potem Iza załatwiła dziadkowi rehabilitację w okolicznym ośrodku zdrowia, gdzie
- miał zacząć uczęszczać na regularne wizyty z fizjoterapeutą.
- Poza oczywistymi superlatywami płynącymi z terapii, dla nas miała być to okazja do przewietrzenia
- mieszkania i zabrania się za czyszczenie salonu, w którym obecnie nie dało się przebywać.
- Był to koniec pierwszego lub początek drugiego tygodnia Filemona z nami.
- Kilka pierwszych wizyt w ośrodku zdrowia dziadek odbył na wózku inwalidzkim – później jego
- stan polepszył się na tyle, że był w stanie chodzić o kuli. Cóż, „chodzić” to może zbyt dużo
- powiedziane – był w stanie przejść kilka metrów, co i tak było niezłym wynikiem. Przystąpienie do
- rehabilitacji zaraz po udarze dobrze rokowało na przyszłość – pierwsze miesiące to okres
- podwyższonego ryzyka, ale również okazja do odrobienia tak wielu strat jak to możliwe. To z kolei
- dawało nam nadzieję, że już wkrótce dziadek opuści nasze życia i wszystko wróci do normy.
- Gdy nadeszła jesień i rozpoczęły się bardziej deszczowe dni, zamiast spacerków (ach, to warszawskie
- świeże powietrze...) mama zaczęła podwozić Filemona na rehabilitację samochodem. Wyglądało to
- następująco: pakujemy dziadka na wózek, wywozimy go na klatkę schodową, gdzie staje na własnych
- nogach i w asyście mamy schodzi na dół; ja w tym czasie zabieram wózek na dół, czekam na
- schodzącą dwójkę, ponownie sadzamy dziadka na wózku, jedziemy do samochodu, przesadzamy go
- na fotel pasażera, ja z kolei wsiadam ze złożonym wózkiem od strony kierowcy (trzydrzwiowy Focus
- II, świetny dla trzyosobowej rodziny bez kuli u nogi w postaci zapijaczonego starca po udarze), mama
- siada za kółkiem, jedziemy... A pod ośrodkiem powtarzamy cyrk z wchodzeniem, wychodzeniem i
- przesiadaniem się na wózek.
- Dziadek ewidentnie nadużywał naszej pomocy i najzwyczajniej w świecie nie chciał być samodzielny –
- raz czy dwa rzeczywiście mógł nie radzić sobie z poruszaniem się o samej kuli, ale później wózek był
- mu kompletnie niepotrzebny, co nawet nieopatrznie okazywał czasami w domu. Gdy jednak
- przychodziło co do czego i zbliżała się wizyta w przychodni, nagle tracił wszystkie siły i nie mógł
- podnieść się choćby z kanapy bez czyjejś pomocy.
- Wtedy też ja i Nika wróciliśmy do szkół – ja właśnie rozpoczynałem naukę w liceum, a siostra
- miała nade mną rok przewagi. Nie byliśmy w stanie pilnować dziadka non stop, więc z reguł y od
- ósmej do szesnastej siedział kompletnie sam w domu.
- Wtedy też zaczęły się inby w jego głowie...
- Filemon sam w domu
- Otworzyłem drzwi i puściłem mamę przodem. Pracowała jako nauczycielka, a tego dnia
- kończyliśmy lekcje o podobnej godzinie, więc mogła podwieźć mnie do domu.
- Było cicho, co stanowiło powód do niepokoju. Przyzwyczailiśmy się już, że dziadek oglądał telewizor
- rozpuszczony na pełny regulator, dzień w dzień, od rana do nocy.
- Wrzuciłem plecak do pokoju, po czym za Izą udałem się w stronę salonu, chcąc sprawdzić, czy z
- dziadkiem wszystko w porządku. Prawie wpadłem na kobietę, gdy ta stanęła jak wryta,
- wytrzeszczonymi oczyma oglądając bałagan w pokoju.
- - O chuj... - Wyrwało mi się pod nosem. Mama nawet nie zwróciła na to uwagi, chociaż w normalnym
- wypadku na pewno by mnie skarciła.
- Wszystkie szafki w salonie były otwarte na oścież, a ich zawartość wyrzucona na podłogę. Dziadek
- leżał zawinięty kocem na kanapie.
- - Co tu się dzieje?! – Krzyknęła matka i zaczęła zbierać z ziemi swoją bieliznę. Miałem jej pomóc, ale
- szybko zdałem sobie sprawę, że byłoby to wielce krępujące dla nas obojga. Odwróciłem więc wzrok w
- stronę dziadka, nie zaprzątając sobie głowy walającymi się wszędzie stanikami, majtkami i kto wie
- czym jeszcze.
- - Co, co?! – Odburknął dziadek spod koca.
- - Dlaczego wyrzuciłeś wszystko z szafek?!
- - Nic nie wyrzucałem!
- - To co, samo się wyrzuciło?!
- - Mówię kurwa, że nic nie wyrzucałem!
- - Byłeś tu sam przez pół dnia! Po co wyrzucałeś moje rzeczy z szafek?!
- - Nie, nie, nie! – Wykrzyczał niczym małe dziecko starzec.
- Matka wrzuciła część swoich rzeczy do pierwszej lepszej szuflady i podeszła wściekła do przykrytego
- dziadka. Szybkim ruchem ręki zerwała z niego koc i po raz drugi tego dnia stanęła jak wryta.
- Dziadek leżał w pozycji embrionalnej, ubrany w fioletowe rajstopy należące do Izy. Patrzeliśmy na
- niego osłupiali, kompletnie nie wiedząc co powiedzieć.
- - Oddaj mi kocyk! – Ryknął Filemon i spróbował wyrwać okrycie z dłoni córki. Ta jednak zrobiła szybki
- i zdecydowany krok w tył.
- - Zdejmuj... Moje... Rajstopy... Ale już. – Mówiła powoli, pełnym wściekłości głosem, koncentrując się
- na każdym słowie.
- - Zimno!
- - Zdejmuj moje...
- - Gówno! – Przerwał jej dziadek, podnosząc się do pozycji siedzącej i ponownie bezskutecznie
- próbując wyrwać jej koc. – A majtki jak dziwka masz!
- Kłótnia trwała jeszcze kilka minut i niczego nie zmieniła. Mama nie odzyskała rajstop, a dziadek nie
- odzyskał koca.
- Filemon sam w domu, część II
- Na tyle na ile było to możliwe, staraliśmy się nie zostawiać dziadka samego w domu.
- Wychodziliśmy jak najpóźniej i wracaliśmy jak najszybciej, ale wciąż w najlepszym wypadku przez
- sześć godzin dziad siedział kompletnie sam, a my nie mieliśmy możliwości rozwiązania tego
- problemu.
- Wynajęcie pielęgniarki czy jakiejkolwiek opiekunki nie wchodziło w grę – pensja nauczycielki by tego
- nie wytrzymała, a wykorzystywanie pieniędzy z funduszu rezerwowego, czyli oszczędności na czarną
- godzinę nie było tego warte. Szaleństwa dziadka były irytujące, ale nie mogły umywać się do
- pilniejszych wydatków, na przykład związanych z edukacją moją i Weroniki.
- Tego jesiennego dnia wróciłem do domu i moje nozdrza momentalnie uderzyła słaba woń
- spalenizny. Wziąłem jeszcze jeden wdech dla pewności, po czym zacząłem szukać źródła zapachu.
- Niczym pies gończy niuchałem i parłem do przodu – w stronę drzwi łazienkowych. Przy okazji
- sprawdziłem co z dziadkiem – pryk spał na kanapie (tym razem nie w rajstopach mamy), głośno
- chrapiąc.
- Odwróciłem się i wszedłem do łazienki. Tam zapach był zdecydowanie wyraźniejszy, ale nie
- wiedziałem skąd się wziął. Dokładnie obwąchałem gniazdka elektryczne, zajrzałem do szafki, gdzie
- znajdowały się wszelakie suszarki, golarki, lokówki i prostownice, ale wciąż nic.
- Na koniec sprawdziłem jeszcze wywietrznik w ścianie – również bez skutku. Wyszedłem z
- pomieszczenia i zapomniałem o swądzie na kilka najbliższych godzin.
- Iza wróciła późnym popołudniem – już po przestąpieniu przez próg zapytała się mnie głośno:
- - Kuba, co to za zapach? Przypaliłeś coś?
- Wyszedłem z pokoju, mówiąc jej, że nic nie robiłem, ale smród był już w mieszkaniu kiedy wróciłem.
- Poszliśmy więc do dziadka.
- - Paliłeś coś w domu? – Zapytała matka dziadka, gdy byliśmy już w salonie.
- - Nie.
- Kobieta wzięła wdech i zmrużyła oczy. Nachyliła się nad dziadkiem.
- - Co paliłeś?! – Syknęła groźnie.
- - Nie, nie, nic nie paliłem.
- - Śmierdzisz... - Przerwała wypowiedź głośnym wdechem. – Opalałeś sobie włosy?!
- Podszedłem bliżej i zauważyłem, że rzeczywiście, włosy na głowie dziadka są nierówne, a w
- niektórych miejscach nie ma ich praktycznie w ogóle.
- - Co za idiota! – Wtrąciłem się.
- - Zamknij się, gówniarzu!
- - Cicho bądź, nawet nie próbuj się odzywać. – Mama była na granicy rozstroju nerwowego. Jeszcze
- chwilę wpatrywała się w Filemona, jakby nie wierząc jak głupi człowiek może być. Potem dodała:
- - W nosie też? Oszalałeś do reszty?!
- Dwie kępy siwych włosów wystających wcześniej z nosa dziadka zniknęły. Pokiwałem z
- niedowierzaniem głową. Zauważyłem jednak, że pojedyncze włoski rosnące na grzbiecie nosa nie
- zniknęły. Co za idiota.
- Włosy z cipy
- Mieszkanie pod jednym dachem z dwoma kobietami nie należy do łatwych, gdy w domu jest
- tylko jedna łazienka. Dodajmy do tego dziadka świra, który jeśli już korzystał z tego pomieszczenia, to
- siedział tam przez pół godziny, czasami nawet więcej.
- Tego dnia mama szykowała się do wyjścia na miasto – umówiła się na randkę, a raczej „spotkanie ze
- znajomymi”, jak sama to nazywała. Ja i Nika wiedzieliśmy jednak jak jest naprawdę.
- - Wyjdź, bo muszę się wysrać! – Krzyknął dziadek z salonu. Jak zwykle wegetował na kanapie.
- Brak odpowiedzi – od jakiegoś czas cała nasza trójka ignorowała Filemona, gdy tylko był wulgarny.
- - Bo się zesram pod siebie!
- - Tylko byś spróbował. – Mama wychyliła głowę zza drzwi łazienkowych. – Pytałam się dziesięć minut
- temu, czy ktoś chce skorzystać.
- - Bo wtedy mi się nie chciało!
- - Poczekasz. – Zamknęła się z powrotem.
- Po kilku minutach ciszy, dziadek znowu zaczął się niecierpliwić. Wstał z kanapy i poszedł do korytarza.
- - Ja muszę!
- - Odejdź... Aaa! – Mama krzyknęła, gdy Filemon otworzył drzwi. Usłyszałem szybkie kroki, trzask drzwi
- i odgłos przekręcanego zamka.
- - Kurwa mać! Mnie się srać chce a ty co, cipę sobie tam golisz?!
- - Dziadku, zostaw mamę w spokoju! – Wtrąciła się Nika, stając między drzwiami łazienki a
- Filemonem.
- - A ty się gówniaro nie wtrącaj! – Dziad machnął ręką i poszedł do pokoju, gdzie na powrót położył się
- na kanapie. Stękał przez kilka pierwszych minut, ale widząc, że nikogo to nie interesuje, w końcu
- przestał.
- - Ale jak zdechnę, to włóż mi swoje włosy z cipy do trumny! – Rzucił jeszcze na koniec.
- Łazienka
- Dziadek żył i żarł. Wegetował na kanapie w salonie, opuszczając ją tylko na wizyty w łazience
- lub rehabilitację w ośrodku zdrowia. To było wszystko.
- Jednak nawet to potrafiło do reszty rozbić nasz dotychczasowy plan dnia – bo Filemon zawsze „chciał,
- kiedy komuś się chciało”, parafrazując Świat według Kiepskich. Przed jego wprowadzeniem się do
- nas, mama wstawała pierwsza i zajmowała łazienkę do czasu, gdy nie wstałem ja i Nika. Jako że ja nie
- potrzebowałem czasu na zrobienie sobie makijażu, wchodziłem pierwszy i oporządzałem się w nie
- więcej niż dwie-trzy minuty.
- Potem dziewczyny ponownie przejmowały pomieszczenie. No, dopóki w domu nie pojawił się
- dziadek.
- Gdy tylko staruch słyszał dzwoniący budzik Izy, zrywał się z kanapy i momentalnie bie gł do
- łazienki, zamykając się z trzaskiem. Później kompletnie zapaskudzał toaletę odchodami – i wierzcie
- mi, nie było to zwykłe wypróżnianie się.
- Każdy musi załatwić sprawy fizjologiczne, jasne, ale w jego wykonaniu przybierało to kolosalne
- rozmiary. Najpierw rozpoczynał się seans „prucia dupy”, czyli głośnych pierdnięć i odgłosów
- rzadkiego stolca wpadającego do muszli klozetowej (lub „ustępu”, jak mawiał Filemon), potem
- następowała kolejna fala pierdów, a niedługo po nich salwy przekleństw towarzyszących p rocesowi
- podcierania.
- - Kurwa mać, ujebałem se rękę!
- - Ja pierdolę...
- - Ale się zesrałem...
- - Ten to chyba z tydzień we mnie siedział.
- To tylko kilka przykładów jego powiedzeń. Kiedy dziadek kończył swój monolog, zaczął spuszczanie
- wody. Jeśli do tej pory ja i Nika nie obudziliśmy się, to właśnie teraz to następowało.
- Filemon wypuszczał za jednym podejściem całą wodę ze spłuczki – do samego końca. Nieraz i to mu
- nie wystarczało, bo zdarzało się, że gdy wody w spłuczce zabrakło, to wsadzał wąż prysznicowy do
- muszli i puszczał wodę. Zazwyczaj ciepłą.
- Już po pierwszym razie poważnie naraził się Izie. Kobieta była wściekła i zdegustowana
- zarazem, bo oprócz odpierdalania świństw w łazience, dziadek nie przejmował się tym, że budzi mnie
- i moją siostrę.
- To jednak nie było najgorsze. Najgorszy był nieziemski smród, który wypełniał calutką łazienkę po
- porannej wizycie starca. Przypominał odór miejskich szaletów, a czasami był jeszcze gorszy.
- Nie mam pojęcia jakim cudem było to możliwe – przed przeprowadzką dziadka nie zdarzyło się
- bowiem, by ktoś zesrał się tak, by nie dało się później wejść do pomieszczenia. Chociaż co ja tam
- wiem – mieszkałem z dwiema kobietami, dla których defekacja stanowiła tabu i starały się
- zamaskować fakt jej istnienia za wszelką cenę. To było życie jak w bajce, które jednego dnia
- przemieniło się w koszmar.
- Każdego ranka wchodziłem więc do łazienki, targany odruchami wymiotnymi, załatwiałem
- szybko swoją potrzebę i uciekałem czym prędzej na śniadanie. Było to niemożliwe do uniknięcia, bo
- przecież nie opróżniłbym pęcherza do zlewu w kuchni (o czym innym razem...). Podobnie rzecz miała
- się z myciem zębów – ale i na to przyszedł czas...
- Łazienka, część II
- Po porannych wizytach dziadka, nasza łazienka wydawała się być poligonem testowym broni
- chemicznej. Ćwiczyłem wstrzymywanie oddechu, byle tylko nie musieć wdychać odoru starczych
- odchodów. Szybko pojąłem, że wcale nie muszę wykonywać wszystkich czynności kosmetycznych w
- toalecie – postanowiłem więc, że zacznę myć zęby i płukać usta w kuchni, a dezodorantu będę używał
- u siebie w pokoju.
- Gdy jednak otworzyłem szafeczkę z kosmetykami, czekało mnie kolejne zaskoczenie. Pojemnik ze
- szczoteczkami do zębów był w innym niż zwykle miejscu, a same szczoteczki powkładane kompletnie
- chaotycznie – dwie z czterech były do góry nogami.
- Wiedziałem, że nie mogła to być sprawka moja, Niki i mamy. Ta ostatnia była pedantką, więc w życiu
- nie narobiłaby takiego bałaganu, a Nika i ja po prostu podporządkowaliśmy się jej zasadom.
- Logicznym było, że Kasia – nasza kotka, też nie mogła niczego zrobić.
- Sięgnąłem po moją szczoteczkę – jedną z tych odwróconych. Była cała mokra, a na części,
- którą wkłada się do ust nie było plastikowej osłonki.
- Dziad korzystał z mojej szczoteczki. Kurwa, rozumiem, gdyby wszystkie miały taki sam kolor, ale każdy
- z lokatorów miał swoją barwę. Mama miała róż, Nika fiolet, ja błękit, a Filemon żółć. Jak można
- pomylić pierdoloną kanarkową szczoteczkę z niebieską? Przecież to są kompletnie przeciwieństwa!
- Nie dość, że dziadek mył resztki zębów raz na tydzień, to jeszcze nie potrafił zapamiętać koloru swojej
- szczoteczki.
- Tego było już za wiele – mama zrobiła pogadankę na temat korzystania z cudzych przyborów
- toaletowych, grzebania w tamponach (o czym wcześniej nie wiedziałem) i oczywiście zasmradzaniu
- łazienki każdego ranka.
- - Ale ja tylko siurkałem... - Bronił się dziadek. Po raz kolejny używał słownictwa przedszkolaka, co
- jeszcze bardziej pogłębiło mój wstręt do jego osoby. Mamy najwidoczniej też, bo zaraz potem
- wydarła się na niego tak, jak na mnie nigdy.
- Zgadnijcie jednak co – to nie był koniec.
- Dziadek na jakiś czas przestał korzystać z łazienki wtedy, kiedy dzień miała rozpoczynać reszta
- domowników. Od czasu afery ze szczoteczkami zaczął po cichu chodzić za potrzebą w środku nocy,
- przy okazji nie spuszczając wody żeby nikogo nie budzić – co było jednym z tematów pogadanki Izy.
- Tym razem kiedy rano udawaliśmy się do toalety, witał nas smród starczego, zjełczałego moczu
- wypełniającego muszlę klozetową. Mimo kolejnych awantur ze strony matki, Filemon nie zmienił
- swoich obrzydliwych przyzwyczajeń.
- Nie potrafił pojąć, że niespuszczanie wody równa się odorowi. Zupełnie jak dzikie zwierzę.
- 40
- Zbliżała się zima – poza świętami, mikołajkami i nowym rokiem był to również urodzin mamy.
- W tym roku kończyła równo czterdzieści lat, co było dosyć sporym wydarzeniem.
- Jak co roku, w naszym mieszkanku miało odbyć się przyjęcie – problem w tym, że goście musieli
- zebrać się w salonie, który wtedy nie nadawał się już do tego celu.
- Ubrania dziadka walały się po podłodze i na wózku inwalidzkim stojącym w kącie (od dawna już przez
- niego nieużywanym), rozłożona kanapa była na środku odgnieciona od ciała starca, a całe
- pomieszczenie wypełniał odór starości, moczu i kału.
- Dziadka wypędziliśmy do kuchni, gdzie siedział opatulony kocem (wiecznie było mu zimno), a
- nasza trójka zabrała się za szykowanie salonu do nadchodzącego wydarzenia. Zabrało nam to prawie
- pół dnia – najpierw musieliśmy posegregować ubrania Filemona i oddzielić czyste od brudnych,
- później te pierwsze powkładać do szafek i szuflad (gdzie nie było już rzeczy mamy – dawno wyniosła
- się do pokoju Niki), usunęliśmy walające się śmieci, papierki i opakowania, odkurzyliśmy wszystko
- dokładnie, a na koniec przewietrzyliśmy pomieszczenie, mimo panującego na zewnątrz mrozu.
- Nie było najgorzej, ale gołym okiem było widać, że nie jest to ten sam salon co kiedyś. Kanapa nawet
- w pozycji złożonej posiadała odleżane wgłębienie na środku, a stolik koło niej miał wyraźnie odrapaną
- krawędź. Na beżowym dywanie koło kanapy widniały wyraźne plamy – efekt spożywania jedzenia jak
- świnia.
- Po ciężkich przygotowaniach, nadszedł wielki dzień. Dziadek, jako że nie miał w swoim worku
- na śmieci żadnego garnituru, czy nawet koszuli, miał spędzić wieczór w kuchni. Zdecydowaliśmy, że
- tak będzie najlepiej, z kilku powodów:
- Dziadek był lumpem. Kupienie mu nowych eleganckich ubrań nie sprawiłoby, że zacząłby wyglądać i
- zachowywać się normalnie. Strata pieniędzy.
- Moje ubrania nie pasowałyby na dziadka – był ode mnie wyższy i miał opasły brzuch (choć teraz
- dzięki zdrowej diecie mojej matki nieco już zmalał).
- Było wiadome, że jego obecność na przyjęciu byłaby tylko powodem wstydu dla nas wszystkich.
- Mama i siostra wystroiły się w swoje najlepsze sukienki, ja zaś przywdziałem garnitur z bierzmowania.
- Dziadek siedział w kuchni pod kocem, ubrany w stare dziurawe kalesony, skarpetki i jakąś brudną
- koszulkę. Odmówił włożenia czegokolwiek mniej lumpiarskiego.
- Pierwsi goście przybyli około dziewiętnastej – koleżanki-nauczycielki z pracy mamy, jej
- ówczesny „chłopak”, na koniec również zaprzyjaźnieni sąsiedzi. Łącznie w salonie zasiadło dziewięć
- osób.
- Impreza wydawała się dosyć nudna dla mnie i dla Niki, bo byliśmy jedynymi nieletnimi w
- pomieszczeniu, ale jakoś się trzymaliśmy – nie chcieliśmy sprawić mamie przykrości, zwłaszcza po
- tym co każdego dnia fundował jej Filemon.
- W pewnym momencie jednak, gdy goście oglądali w ciszy zdjęcia nowonarodzonego syna jednej z
- przyjaciółek Izy, usłyszeliśmy wyraźny dźwięk strumienia wody uderzającego o dno kuchennego
- zlewu.
- Mama zamarła z chłodnym wyrazem twarzy, po czym wstała i stukając groźnie obcasami szpilek,
- ruszyła do kuchni.
- - Co on znowu wyprawia? – Zapytała się mnie cicho Weronika, patrząc w kierunku korytarza. Z kuchni
- dobiegły mnie ciche warkoty.
- - Poczekaj, zobaczę. – Odpowiedziałem jej, siląc się na blady uśmiech. Wiedziałem, że dziadek
- odpierdala właśnie jakąś inbę.
- Pobiegłem do kuchni i zobaczyłem Filemona stojącego jedną nogą na kuchennym stołku, a drugą
- klęczący na blacie mebli, sikając do zlewu. Matka bliska łez próbowała przemówić mu do rozsądku i
- ściągnąć go na ziemię.
- - Złaź, ty idioto! – Syknąłem.
- - Zara, siurkam.
- - Siurka. Słyszałeś go? – Zapytała mnie retorycznie mama, śmiejąc się opętańczo.
- Dziadek skończył, powolnymi i ślamazarnymi ruchami zszedł z blatu, podciągając sobie przy okazji
- kalesony. Na jego kroczu pojawiła się mokra plamka – resztki moczu. Nie przejął się nimi.
- 987
- Dałem Izie znak żeby nie podchodziła bliżej, po czym podszedłem do dziadka i spojrzałem na niego
- wściekle.
- - Spróbuj tylko zepsuć mamie jej urodziny... - Warknąłem starcowi w twarz.
- - Aaa, bo urodziny masz! – Nagle jakby dostał olśnienia. Podszedł do mojej mamy i zaśmiał się głośno.
- Kobieta nie wiedziała jak się zachować – stała w miejscu, jakby zamurowana.
- Starzec tą samą ręką, którą minutę wcześniej przytrzymywał swojego zgrzybiałego, obwisłego penisa,
- rozczochrał jej misternie przygotowaną fryzurę i życzył wszystkiego najlepszego.
- Matka stała tak chwilę, jakby nie docierało do niej co się właśnie stało, po czym bez słowa odwróciła
- się i pobiegła do łazienki.
- - Już nie żyjesz, stary gnoju. – Powiedziałem z obrzydzeniem do Filemona, po czym poszedłem szybko
- po Nikę do salonu.
- - Hej. Mogę cię na chwilę prosić? – Zapytałem, szeroko uśmiechnięty. Goście chyba nie
- zauważyli, że coś jest nie tak.
- - Co jest, Kuba? – Siostry jednak nie oszukałem. Widziałem, że jej źrenice zwęziły się nagle. Czujność.
- - Dziadka popierdoliło znowu. – Wytłumaczyłem jej, gdy wyszliśmy z salonu. – Najpierw najszczał do
- zlewu, a potem rozczochrał mamie włosy.
- - Jak źle jest?
- - Nie wiem, nie znam się na tym. Ale to chyba nie problem, co? Przecież wystarczy parę pociągnięć
- grzebieniem.
- Spojrzała na mnie jakbym był niedorozwinięty, potem westchnęła.
- - Dobra, zobaczę co da się zrobić...
- Iza i Nika wróciły na przyjęcie po kilkunastu minutach, jakby nie wydarzyło się nic złego.
- Przyjęcie zakończyło się przed północą, gdy dziadek od dawna chrapał już w kuchni.
- Jako ostatni został ówczesny kochanek mamy, który w końcu mimo protestów kobiety i zachęt ze
- strony Weroniki i mojej, zabrał ją na noc do siebie.
- Dziadek już dość narozrabiał, więc pomyśleliśmy, że niech się Iza trochę zabawi. My za to niechętnie
- wzięliśmy się za sprzątanie – ktoś musiał to zrobić, a starzec prędzej zgniłby w brudzie niż cokolwiek
- uprzątnął.
- Niezwykłe przygody kotki Kasi
- Kasia, nasza domowa kotka nie miała łatwego życia, gdy wprowadził się dziadek. Jak
- wspomniałem na początku historii, już w pierwszych dniach musiała się ona przenieść do mojego
- pokoju, gdzie mieliśmy nadzieję, że będzie miała spokój. Tak jednak nie było.
- Podczas jednego z jesiennych dni, kiedy to Filemon został sam w domu, przypadkiem (?)
- nadepnął na kuwetę Kasi, stojącą w łazience. Było to bardzo niepokojące, bo przedmiot był położony
- w kącie, nikomu nie wadząc. Plastik pękł, część kociego żwirku wysypała się na posadzkę. Dziadek nie
- zaprzątał sobie tym głowy i później próbował nam wmówić, że to Kasia musiała nabroić. Nie
- uwierzyliśmy, to jasne, a kuwetę zastąpiliśmy nową – potem zapomnieliśmy o całej sprawie.
- Drugi raz nie przeszedł jednak bez echa. Była to wigilia, czyli prawie dwa tygodnie po
- nieszczęsnych urodzinach mamy, które zepsuł Filemon. Starzec ubrał się w swoje odświętne
- (niedziurawe) dresy i w kuchni przygotowaliśmy mu stanowisko do jedzenia, bo wierzcie mi na s łowo,
- nie dało się z nim usiedzieć przy jednym stole. Siorbał, chlapał, rozlewał, jadł rękoma, a przy tym
- głośno przeklinał.
- Nawet siedząc w salonie słyszeliśmy wydawane przez niego odgłosy, co skutecznie odbierało nam
- apetyt. Dziad w pewnym momencie przestał i poszedł do łazienki. Odgłos wypróżnienia. Nika z
- wyrzutem odłożyła widelec z nabitym kawałkiem karpia. Przekleństwa przy podcieraniu. Mama
- nerwowo napiła się soku, starając zachować spokój. A potem nagły trzask plastiku, kolejna fala
- przekleństw i krzyków dziadka.
- - Kurrrwaaa! Co za skurwysyn postawił tu to pudełeczko?! Kurwa w cipę! Pierdolony kot!
- Dziadek zaczął wściekle uderzać kuwetą o podłogę, rozsypując wokoło żwirek i niszcząc toaletę Kasi.
- Matka wstała od stołu i podreptała uspokoić idiotę.
- - To już kurwa drugi raz. – Powiedziała oschle Weronika.
- - Uwziął się na tą kuwetę czy co? – Zapytałem. Pokiwała głową bardziej z zażenowania zachowaniem
- starca niż w odpowiedzi.
- Sklepy w święta były zamknięte, a nikt z nas nie pomyślał żeby kupować zapasową kuwetę na
- wypadek, gdyby Filemonowi coś odjebało we łbie.
- Kuweta nie nadawała się już do użytku – choćby prowizorycznego. Była połamana na tuzin
- części, więc musieliśmy ustawić Kasi jakąś starą formę do ciasta, do której nasypaliśmy żwirku.
- Drugiego dnia świąt dziadek ponownie wdepnął w tą „kuwetę” i rozsypał jej zawartość po całej
- łazience.
- Filemon w ogóle obrał sobie biedną Kasię na celownik – gdy ta przechodziła przez salon,
- rzucał w nią czymkolwiek miał pod ręką – z reguły klapkami. Gdy mijali się w korytarzu, kopał ją bez
- powodu. Gdy nikt nie patrzył, po cichu zamykał drzwi łazienki tak, by kotka nie mogła wejść do środka
- i skorzystać z kuwety. I w końcu niby przypadkiem przewracał jej miseczkę stojącą w kuchni, przy
- ścianie.
- Kasia szybko nauczyła się omijać idiotę, ale dziadek nie ustępował – w końcu zaczął śledzić każdy jej
- krok, przy okazji mówiąc do siebie. Wtedy właśnie naprawdę uciążliwe stało się całe to gadanie do
- siebie. Wcześniej zdarzało się, że Filemon coś tam przeklinał pod nosem, ale teraz zaczął już
- dyskutować pełnymi zdaniami, śmiać się bez powodu, witać się i żegnać – nierzadko w środku nocy.
- Mama pewnego dnia nie wytrzymała się i poszła do salonu.
- - Z kim ty ciągle rozmawiasz?!
- - Z kotem.
- Kasia była akurat w kuchni.
- - Tu nie ma Kasi.
- - Jest tu. Dzień dobry dzień dobry.
- - Co?!
- - Nic nie mówiłem.
- - Witałeś się z kimś.
- - Patrz, kot! – Wskazał mamie na balkonowe drzwi, gdzie oczywiście niczego nie było. – Kszy, kszy!
- Prawda wychodzi na jaw
- Raz na jakiś czas mama jeździła z dziadkiem do szpitala, gdzie przechodził on okresowe
- badania, a neurolog ustalał jakie leki będzie pobierał. Było ich sporo, zwłaszcza na samym początku
- jego pobytu w naszym domu. To jednak nie jest aż tak bardzo istotne.
- Ważniejszym wydarzeniem w całej tej szopce okazała się wizyta u neurologa, który przeprowadził
- rentgen mózgu dziadka i później oszacował jakie udar rzeczywiście wprowadził zmiany w jego
- funkcjonowaniu.
- Spodziewałem się złych rezultatów – w końcu Filemon przez pierwszych kilka tygodni poruszał się
- wyłącznie na wózku inwalidzkim, co miało tragiczne wręcz skutki w postaci obić na rogach ścian,
- śladach czarnej gumy na panelach podłogowych no i oczywiście wyrwanej kępie włosów mamy.
- Okazało się jednak, że sam udar był... Niewielki. Obumarł jedynie mały fragment mózgu dziadka,
- jednak zgodnie z tym, co później przekazała mi matka (bo nie byłem obecny podczas rozmowy z
- lekarzem), alkohol wywołał u dziadka przeogromne szkody i to on przyczynił się do jego szaleństwa,
- choć oczywiście słowo to nie padło ani razu z ust lekarza.
- Nikt nie wiedział, czy całe te rozmowy z samym sobą, ogólna głupota, wulgarność i brak
- jakiejkolwiek kultury miały coś wspólnego z udarem. Gdybym miał obstawiać, to powiedziałbym, że
- wszystko to występowało u dziadka już wcześniej – był chamem z krwi i kości, a udar wydawał się być
- idealną okazją do usprawiedliwienia swojego zachowania i być może wzbudzenia w innych litości.
- Ja i Nika dowiedzieliśmy się o tym wszystkim jeszcze tego samego dnia. Dziadek miał problemy z
- wymową (ponieważ jedną stronę ust rzeczywiście miał sparaliżowaną), na pewno również utracił
- kontrolę nad lewą ręką i nogą, ale jego stan psychiczny był inną stroną medalu.
- Na tym polu oszukiwał nas od samego początku, tylko udając głupiego. W rzeczywistości rozumiał aż
- zbyt wiele i sukcesywnie realizował swój plan. Dziad jednak nie wiedział, że my to wiemy.
- Spacery
- Gdy przyszła wiosna, mama zaczęła wysyłać dziadka na spacery po okolicy. Miało mu to
- pomóc w odzyskaniu formy, bo pomimo regularnych jesiennych treningów, wciąż mocno utykał,
- seplenił i nie miał należytej koordynacji ruchów.
- Nie ukrywajmy też, że jego nieobecność działała na naszą korzyść – mogliśmy wreszcie odpocząć od
- ciągłego chamstwa, pierdnięć, beknięć, gadania do siebie, zajmowania łazienki i prześladowania Kasi.
- Filemon łaził godzinami po Polu Mokotowskim, a przynajmniej z tego co było wiadome nam.
- W praktyce nie byliśmy pewni, czy w ogóle dociera do jakichkolwiek terenów zielonych, bo po
- pewnym czasie mama zaczęła zauważać, że z jej portfela drobniaki jakby ubywają. I rzeczywiście, gdy
- tylko przeniosła portfel i kluczyki z szafeczki stojącej w korytarzu do sypialni Niki, dziadek
- momentalnie spochmurniał i wydawał się bardziej markotny niż zwykle. Po kilku dniach zaniechał
- wychodzenia na spacery, idąc tokiem rozumowania małego dziecka – „zrobię mamie na złość i się
- rozchoruję”.
- Nasiliły się nocne wizyty w łazience i ciągłe gadanie do siebie. Do dziś nie wiem, czy było to świadome
- działanie na złość, czy może rzeczywiście brak wizyt na świeżym powietrzu szkodził dziadkowi aż tak
- bardzo. Raczej to pierwsze.
- Mama w końcu nie wytrzymała i poszła do salonu, gdzie jak zawsze, Filemon wylegiwał się na kanapie
- – teraz już brudnej, śmierdzącej i zapadłej.
- - Musisz wychodzić na spacery. – Powiedziała mu stanowczo.
- - Nie, bo... Zimno!
- - Zbieraj się, nie możesz leżeć całymi dniami, musisz ćwiczyć.
- - Czukut mi się zrobił.
- Kobieta stała w miejscu rozwścieczona, przypominając posąg. W końcu przez zęby zapytała:
- - Co ci się zrobiło?
- - Czukut.
- - Dosyć tego. Zbieraj się i jazda na spacer!
- Dziadek krzyknął ze strachu, gdy matka wybuchła. Wprawiło ją to w jeszcze większą złość. Mnie
- zresztą też.
- Dziad zaczął płakać. Iza dotknęła dłońmi skroni i zamknęła oczy, starając się opanować nagłą falę
- wściekłości.
- - Daję ci pięć minut na ubranie się. Potem dzwonię po pogotowie neurologiczne – zabiorą cię do
- szpitala i przebadają.
- - Chwila, kurwa, skarpy sobie włożę.
- - Co włożysz?!
- - No te, skarpetki!
- Matka wypuściła powietrze ustami i wyszła z pokoju, czerwona ze złości.
- Dziadek pięć minut później stał już w korytarzu i otwierał drzwi. Mama przyszła żeby go
- „pożegnać” i przekręcić zamek.
- - Jesteś za nerwowa. Powinnaś sobie Kaśkę częściej robić. – Zaśmiał się. Ni chuja nie wiedziałem czym
- miałoby być „robienie Kaśki” – strzelam, że chodziło o palcówkę, ale głowy nie dam. Kto by zrozumiał
- bełkot zapijaczonego starca?
- Iza podeszła do drzwi, czekając tylko, aż dziad wyjdzie na klatkę schodową.
- - Powinnaś się częściej dupczyć! – Krzyknął Filemon i uciekł.
- Spacery, część II
- Kiedy dziadka nie było w domu, mogliśmy wreszcie należycie odpocząć. Rozkoszować się
- normalnością. Poczuć się tak, jak niecały rok wcześniej, zanim na nasze plecy zwalił się Filemon i jego
- inby.
- Z reguły gdy łapaliśmy przysłowiowy oddech i zapominaliśmy o codziennych torturach, dziad
- powracał, przerywając błogą ciszę. Zaczynało się jeszcze na klatce schodowej – jako że mój pokój
- znajdował się najbliżej drzwi wejściowych mieszkania, słyszałem charakterystyczne głośne
- chrząknięcia wydawane przez dziadka. Nikt inny nie darł się na klatce, tylko on jeden.
- Czasami również kichał, a właściwie krzyczał, bo chyba wyuczenie się kulturalniejszego „a psik!” albo
- zasłanianie ust rękoma przerastało jego możliwości.
- Potem następowała próba otwarcia drzwi – choć mieszkał już z nami prawie rok, nie nauczył się, że
- drzwi wejściowe zamykamy na zamek, a nie zostawiamy je otwarte jak w oborze. Nigdy nie pukał,
- nigdy nie dzwonił – po prostu ruszał klamką i czekał, aż ktoś go wpuści.
- - Co tak długo? – Zapytał się mnie, gdy przekręciłem zamek i bez słowa wróciłem do pokoju. Nie
- rozmawiałem z dziadkiem o ile nie było to absolutnie konieczne.
- - Jestem! – Zaryczał, żeby oznajmić dziewczynom, że zaczyna się kolejna sesja horroru. Coś jednak
- było nie tak – usłyszałem jakąś różnicę w jego głosie, jakby był bardziej gardłowy i sepleniący.
- Dziadek zdjął buty i kurtkę, rzucił je w kąt i poszedł do salonu, gdzie zaległ na kanapie i zaczął zrzucać
- z siebie resztę ubrań. Jak zwykle, rozrzucił je po całym pomieszczeniu.
- - Złóż te ubrania tak jak się należy. – Powiedziała mu Iza.
- - Po co, i tak je kiedyś podniosę!
- Kobieta stała chwilę, wpatrując się w jego zachowanie. Podświadomie czułem, że ona też czuje, że
- coś jest nie tak. Filemon pokracznymi ruchami zdjął spodnie i odrzucił je na bok. Starcze obrzydliwe
- jądra wystawały mu z nogawki majtek.
- - Schowaj to, do licha! – Oburzyła się zniesmaczona matka.
- - Co?
- - Popraw sobie majtki!
- Dziadek zabrał się do chowania widocznych części jego przyrodzenia, w ogóle nie zawstydzony. Jego
- ruchy były sztywniejsze niż zwykle. Poza tym był bordowy na twarzy – miał widocznie podwyższone
- ciśnienie.
- - Piłeś coś? – Zapytała podejrzliwie Iza.
- - Nie!
- - Piłeś. Ty idioto, przeżyłeś udar! Jak teraz będziesz chlał, to drugi raz ci się nie uda!
- - A weź spierdalaj stąd!
- - Pamiętaj, że to jest mój dom. Jesteś tu tylko gościem, nikim więcej.
- - Jesteś dla mnie gównem!
- Mama podeszła do stolika, zabrała z niego pilota od telewizora i wyszła z pokoju.
- - Twoja matka to cipa. – Powiedział mi Filemon.
- - Zamknij mordę, gnido. – Odwarknąłem i odszedłem.
- W korytarzu mama grzebała właśnie w kieszeniach kurtki dziadka, szukając dowodów na jego
- pijaństwo i skradzionych pieniędzy, zapewne. Gdy już wchodziłem do swojego pokoju, kobieta
- odskoczyła jak poparzona, wciągając powietrze przerażona i wypuszczając coś z dłoni.
- - Mamo, co jest?!
- - Nic, nic... - Odparła uspokoiwszy się. Spojrzałem na podłogę, na której leżał... Ząb. Ludzki ząb.
- Dziadek sam wyrwał sobie zęba, bądź ten wypadł sam i schował go do kieszeni. Jakby tego było mało,
- kiedy tydzień czy dwa później sprzątaliśmy w szafkach, znaleźliśmy kolejnego, tym razem
- schowanego w pudełku po zapałkach.
- Gdy zrobiło się jeszcze trochę cieplej, zaczęliśmy szukać dla dziadka jakiegoś lokum wiedząc,
- że nie jesteśmy w stanie żyć z nim pod jednym dachem. Mieliśmy szczerze dość tego wszystkiego.
- Filemon sam w domu, część III
- Na dworze było już ciepło – nadchodziło lato i wakacje. Mama doskonale wiedziała, że to
- jedyny dobry moment żeby znaleźć dziadkowi jakieś lokum, w którym mógłby się zaklimatyzować
- przed nadejściem zimy.
- Zaczęliśmy szukać w internecie ofert wynajmu mieszkań w okolicach Torunia, bo było jasne, że
- powrót do rodzinnego domu, który teraz nie był już chyba nawet w posiadaniu dziadka nie wchodził
- w grę. A nawet jeśli dalej byłby jego formalną własnością, to nie nadawałby się do zamieszkania. W
- ruinę podupadał od lat, a od kilkunastu miesięcy był kompletnie opuszczony.
- Z pomocą przyszedł „znajomy” Izy, już prawdopodobnie nie ten sam, który był u nas na przyjęciu
- urodzinowym zeszłej zimy. On albo jego brat pracował w nieruchomościach i dzięki jego kontaktom,
- znaleźliśmy małą klitkę na pierwszym piętrze jednej z toruńskich kamienic. Było stamtąd blisko do
- szpitala, tuż za rogiem znajdował się sklep spożywczy, a parę ulic dalej mały park, gdzie dziadek
- mógłby chodzić na spacery.
- Mimo protestów ze strony Filemona, któremu życie na garnuszku córki i robienie jej na złość na
- każdym kroku przypadło do gustu, Iza ze swoim ukochanym pojechała przeprowadzić rekonesans, a
- ja i Nika zostaliśmy z dziadkiem sami.
- Siostra wyruchała mnie już pierwszego dnia – oczywiście w sensie metaforycznym. Umówiła
- się z koleżankami na łażenie po Galerii Mokotów, a później na imprezę. Wątpiłem, by wróciła przed
- świtem – zresztą, sam pewnie postąpiłbym podobnie. Wyspanie się u kogoś, w pachnącym, czystym i
- cichym domu było lepsze od nerwowego i przerywanego snu u nas, gdzie dziadek albo chrapał na
- całe gardło, albo wypuszczał wodę ze spłuczki za każdym razem gdy szedł do łazienki.
- W pewnym momencie, gdy siedziałem przy komputerze, postanowiłem zrobić sobie własną
- „imprezkę”. Sprawdziłem fundusze w portfelu, powiedziałem Filemonowi, że idę do sklepu, po czym
- włożyłem buty i beztrosko ruszyłem na zakupy.
- Powrót jednak okazał się trudniejszy niż myślałem – drzwi mieszkania były zamknięte od środka.
- Przekląłem w duchu samego siebie, bo zapomniałem wziąć ze sobą klucze. Dziadek do tej pory jednak
- nigdy nie pojął, że drzwi zamykamy od wewnątrz, więc byłem przekonany, że tym razem coś mu się
- nie odwidzi. Drugi raz przekląłem siebie samego w duchu za swoją głupotę.
- Jako że spacerek do sklepu nie trwał więcej niż pięć minut w jedną stronę, telefonu również nie
- zabrałem. Trzeci raz przekląłem samego siebie i zacząłem walić do drzwi.
- Po kilku minutach postanowiłem więc odwiedzić sąsiadów z mieszkania poniżej mojego. Sąsiadka
- (jedna z gości na przyjęciu urodzinowym matki, gdyby ktoś pytał) powitała mnie serdecznie –
- wytłumaczyłem jej pokrótce sytuację, bezskutecznie spróbowaliśmy zadzwonić na moją komórkę i
- telefon domowy (numeru Niki nie znałem na pamięć), a w końcu zapytałem, czy mógłbym wejść do
- siebie przez balkon.
- Kobieta spojrzała na mnie trochę pytająco, trochę jak na świra, ale w końcu się zgodziła. Na dobrą
- sprawę mieszkała na parterze, więc co mogłoby się stać, gdybym spadł?
- Z reklamówką chipsów i coli zawieszonej na ramieniu zacząłem wdrapywać się na swoje piętro. Było
- to dosyć trudne, bo po mamie odziedziczyłem nieco niską i delikatną budowę ciała. Mięśnie jednak
- nie zawiodły mnie i w końcu podciągnąłem się uchwycony metalowych barierek.
- Pierwsze co zauważyłem to to, że wszystkie okna były zamknięte. Oczywiście – „bo zimno”.
- Przekląłem w duchu dziadka, przy okazji sprawdziłem, czy któreś z okien nie jest przypadkiem
- uchylone. Wszystko było jednak szczelnie zatrzaśnięte.
- Zajrzałem do środka – brak jakiegokolwiek ruchu.
- - I jak, Kubuś? Udało ci się wejść? – Krzyknęła kobieta z dołu.
- - Nie, wszystko jest zamknięte. Tędy się nie dostanę.
- Wściekły i zmieszany przeszedłem na drugą stronę barierek i zacząłem schodzić w dół.
- - Ej, ty, stój, nie ruszaj się! – Usłyszałem męski, groźny głos. Odwróciłem głowę, i ujrzałem dwóch
- policjantów gotowych do rozpoczęcia akcji.
- - Panie władzo, ja tutaj mieszkam!
- Ostrożnie zszedłem na dół, czując na sobie świdrujący wzrok stróżów prawa. Gdy tylko stanąłem
- stabilnie na twardym podłożu, jeden z policjantów doskoczył do mnie i chwycił mnie mocno za rękę.
- - Dowód osobisty!
- - Już, chwila, mam w kieszeni portfel! – Chyba pierwsza rzecz, jakiej nie zapomniałem ze sobą zabrać
- tego dnia. Podałem dowód policjantowi – gdy ten sprawdził wpisany adres zorientował się, że nie
- jestem złodziejem. Wreszcie!
- Policjanci podobno dostali wezwanie od starszego mężczyzny, żyjącego w tym samym mieszkaniu co
- ja, który twierdził, że ktoś chce się do niego włamać. Słyszał łomotanie do drzwi i próby ich otwarcia,
- a także dziwne głosy na klatce schodowej.
- Wytłumaczyłem im, że dziadek miał udar mózgu i jest niepoczytalny. Zaproponowali, że pójdą ze mną
- na górę i spróbują przemówić Filemonowi do rozumu, by otworzył drzwi. Ucieszyło mnie to i dał o
- nadzieję na happy end.
- - Policja, proszę otworzyć! – Zakomenderował policjant chyba po raz dziesiąty. Odzewu ze strony
- dziadka nie było.
- - Niech pan może zadzwoni po ślusarza, chyba że ktoś z lokatorów ma jeszcze zapasowe klucze.
- Olśniło mnie. Podziękowałem policjantom za pomoc, zostawiłem reklamówkę u sąsiadki z dołu, po
- czym jak szalony pobiegłem do Galerii Mokotów, mając nadzieję, że znajdę tam siostrę.
- Obleciałem centrum handlowe wzdłuż i wszerz, ale nigdzie nie znalazłem Niki. Po godzinie
- bezowocnych poszukiwań postanowiłem wrócić więc do domu i zadzwonić po tego przeklętego
- ślusarza.
- Po godzinie się zjawił, kolejną godzinę zajęło rozbrojenie zamka w mieszkaniu. W końcu
- jednak drzwi otworzyły się na oścież. Zapłaciłem ślusarzowi za fatygę praktycznie wszystkim, co
- mama zostawiła mi na trzydniowy okres jej nieobecności i pożegnałem się.
- Dziadka nigdzie nie było. Zajrzałem do swojego pokoju – pusto. Salon – pusto. Pokój Niki – pusto.
- Kuchnia – pusto. Została łazienka.
- Otworzyłem drzwi i momentalnie coś uderzyło moje ramię. Głośny pisk Kasi przeszył powietrze, kotka
- odbiła się od ściany i wylądowała na podłodze, a potem uciekła. Włączyłem światło i zobaczyłem, że
- dziadek klęczy skulony w kącie koło muszli, z zamarzniętym wyrazem paniki i gotowości do wal ki na
- twarzy. W jednej ręce trzymał pustą butelkę po winie, które mama dostała w prezencie, w drugiej
- kuwetę, niczym tarczę.
- Nie miałem pojęcia co robić, więc szybko zamknąłem drzwi i wyłączyłem światło. Pobiegłem do
- kuchni, wziąłem stojący przy oknie stolik i przeniosłem go do korytarza, gdzie zastawiłem nim drzwi –
- tak, że nie dało się ich otworzyć od wewnątrz.
- Podczas gdy Nika balowała najlepsze, a mama pewnie kochała się w toruńskim hotelu, ja
- siedziałem w swoim pokoju nie zmrużywszy oka przez całą noc, wysłuchując pijackich śpiewów
- dziadka na przemian z donośnym chrapaniem.
- Kac
- Nika wróciła około siódmej rano. Byłem wycieńczony po całonocnym maratonie dziadka, więc
- fizycznie byłem w podobnym stanie co siostra – oboje mieliśmy podpuchnięte, ciemne kręgi pod
- oczyma, ledwo trzymaliśmy się na nogach, a włosy na głowach sterczały nam w przeróżnych
- kierunkach. Na polu kondycji psychicznej ona jednak zdecydowanie wygrywała, ale nie chciałem z nią
- o tym rozmawiać. Wstyd byłoby się przyznać, że pozwoliłem dziadkowi zamknąć się w domu,
- wspinałem się po balkonie, prawie zostałem aresztowany, musiałem wzywać ślusarza, a na koniec
- otrzymałem cios Kasią i musiałem zamknąć pijanego wariata w łazience. Na samą myśl o tym
- pomieszczeniu, pęcherz aż mnie zabolał.
- - Czemu stolik blokuje drzwi od łazienki? – Zapytała dziewczyna niepewnie.
- - Lepiej nie pytaj. Dziadek wariował, musiałem go zamknąć.
- - W łazience?! – Zezłościła się i pobiegła odsunąć blokadę.
- - Czekaj, Nika, czekaj! On tam się sam zamknął, bo ukradł wino mamy!
- - Co?
- - Najebał się i chciał mnie zabić jak próbowałem wejść! Butelkę trzymał jak jakąś maczugę!
- Zamiast zapytać się czy nic mi nie jest, Weronika spojrzała na mnie i zapytała się:
- - Pozwoliłeś temu idiocie zakosić wino mamy?
- Dzięki za troskę, siostrzyczko.
- Ten dzień oboje spędziliśmy w domu. Dziadek i Nika mieli kaca w dosłownym tego słowa
- znaczeniu, ja z kolei kaca moralnego. We dwójkę podrzuciliśmy do łazienki kilka kanapek, potem
- znowu blokując drzwi.
- Potem, gdy Filemon rozpoczął salwę wyzwisk i śpiewów, udawaliśmy po prostu, że nie ma nas w
- domu. Szkoda, że ucierpieli przy tym sąsiedzi, bo pogłos w łazience rozchodzi się po całym bloku, ale
- nie było wyjścia – nie mogliśmy pozwolić chodzić świrowi samodzielnie po domu.
- - Kurwy, pizdy! Wy jebane kurwa niedouki!
- - Izka, ty jebana dziwko! Wypuść mnie! Ty kurwo, co z cipy najpierw dupą wyszłaś!
- - Skurwysyny!
- - Ja tu jestem panem! Wy chuje!
- Obeszło się bez interwencji policji – sam nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. Z jednej strony byłem
- wdzięczny sąsiadom, bo gdyby teraz okazało się, że dziadek jest kompletnie niepoczytalny i nie może
- żyć samodzielnie, to jego ciężar spadłby na nas na jeszcze wiele lat. Z drugiej, musieliśmy znosić
- przekleństwa i obelgi starego świra, co było naprawdę upadlające.
- Mama przyjechała z powrotem kolejnego dnia, zgodnie z planem. Do tego czasu z Weroniką
- uprzątnęliśmy nieco dom i uzbrojeni w metalowe, odkręcane nogi od stołu (kuchennego, tego
- samego, który służył za blokadę drzwi łazienki), wypędziliśmy dziadka do salonu. Powyzywał nas, ale
- bał się podejść bliżej – i dobrze.
- Tak więc, kiedy Iza wróciła, wszystko było we względnym porządku (poza łazienką – tam nawet nie
- byliśmy w stanie wejść, nie mówiąc już o czyszczeniu muszli klozetowej). Kobieta była w świetnym
- humorze, bo jak się okazało, kawalerka była gotowa do wynajęcia – ale wszyscy wiedzieliśmy, że nie
- tylko to było powodem jej dobrego nastroju.
- Poinformowaliśmy Filemona, że już niedługo będzie mógł zamieszkać na swoim – nie był tym ani
- trochę zachwycony, w przeciwieństwie do nas. Powyzywał nas od chujów i kurw, ale w końcu dał
- sobie spokój.
- Wycieczka
- Nieco ponad tydzień później, gdy już udało się załatwić wszystkie formalności oraz ustalić co i
- jak w toruńskim szpitalu, spakowaliśmy rzeczy dziadka do plecaka, co i tak było ogromnym
- przeskokiem w porównaniu do worka na śmieci, jaki miał na początku i pojechaliśmy do Torunia.
- Wózek inwalidzki był wciśnięty na tylne siedzenie, ja siedziałem obok niego, dziadek zajmował
- siedzenie pasażera z przodu, trzymając z boku kulę, a prowadziła Iza. Nika darowała sobie wyjazd i ja
- pewnie też bym to zrobił, gdyby nie to, że na miejscu mogła być potrzebna „męska ręka”.
- Filemon co minutę rozkazywał mamie, by ta przyciszyła radio – według niego było zbyt
- głośno, według nas grało normalnie, później nieco za cicho, później zdecydowanie zbyt cicho, aż w
- końcu Iza całkowicie wyłączyła je na jakiś czas. Dziadek wyraźnie igrał z nami, bo w domu telewizor
- oglądał rozpuszczony na cały regulator – tak, że będąc w każdym jednym pomieszczeniu naszego
- mieszanka, słyszałem bez problemu o czym dany program jest.
- Na miejsce dojechaliśmy w porze obiadowej – który razem z mamą zjedliśmy w niewielkiej
- knajpce. Dziadkowi przygotowaliśmy na masce samochodu zdrowe kanapki – z sałatą, serem i innymi
- dodatkami, w bułce z ziarnami... Mimo starań, Filemon odstawiał cyrki – najpierw mówił, że jedzenie
- jest chujowe, a później zaczął jeść jak świnia. Mimo, że mama kazała mu spożywać posiłek poza
- samochodem (czyt. siedzieć po kątem 90 stopni na fotelu i wychylić się na zewnątrz) żeby nie
- nakruszył i nie poplamił tapicerki, to i tak później znajdowaliśmy resztki pieczywa i sera w całym
- samochodzie.
- Kiedy głośno i bez skrępowania beknął, wzbudzając tym samym zainteresowanie pobliskich pieszych,
- uznaliśmy, że najwyższa pora jechać do mieszkanka.
- O dziwo okolica była dużo lepsza niżbym się tego spodziewał – widać znajomości mamy
- naprawdę zdziałały cuda. Podjechaliśmy pod jedną z klasycznie wyglądających kamieniczek, jednakże
- odrestaurowanej i zadbanej.
- - Niezła okolica. – Powiedziałem do Izy.
- - No, ładnie tu. Poczekaj aż zobaczysz jak jest w środku. – Uśmiechnęła się.
- Weszliśmy do budynku, później po schodach na piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie Filemona i
- otworzyliśmy drzwi. Mimo niewielkiego metrażu, kawalerka była całkiem spora i co przykuło moją
- uwagę, wysoka.
- Pomieszczenia były już częściowo umeblowane – zobaczyłem, że w sypialni jest łóżko, stolik i spora
- szafa, w kuchni znajduje się gotowy do użytku sprzęt, a łazienka... Jest czysta i pachnąca.
- Do czasu – pomyślałem.
- Przyniosłem z samochodu wózek inwalidzki i kulę dziadka, a potem „prezenty”, które
- przygotowała mu mama – prosty telefon, jakieś sztućce, szklanki i talerzyki (nietłukące oczywiście),
- parę kompletów krzyżówek i sudoku na ćwiczenie mózgu, kilka książek i inne na pozór błahe
- przedmioty, bez których jednak dom nie mógł być domem.
- Filemon w międzyczasie na przemian wściekał się, płakał, znów się wściekał, obrażał nas, znów się
- wściekał...
- - No, to chyba wszystko. Poradzisz sobie już bez nas? – Powiedziała mu w końcu mama. Nadchodziła
- pora, byśmy wyjechali z Torunia, jeśli chcieliśmy wrócić do domu przed nadejściem nocy.
- - Ty... Ty niewdzięczna dziwko!
- Stanąłem między dwójką, omiatając wściekłym wzrokiem dziada.
- - I ty, skurwysynie!
- Iza odciągnęła mnie od Filemona za ramię, a potem pożegnaliśmy się cicho i wyszliśmy z mieszkania.
- - Jutro wpadnie do ciebie pielęgniarka z pobliskiego szpitala! – Krzyknęła jeszcze mama, po czym
- zamknęła drzwi.
- Byliśmy wolni.
- Wracając już do Warszawy bez konkretnych powodów oboje się śmialiśmy. Nie musieliśmy
- nic mówić – wiedzieliśmy, że powodem naszej radości jest błogi, upragniony spokój i cisza. Nikt nie
- wydawał gazów, nikt nie bekał, nikt nas nie obrażał.
- Ludzie bez doświadczeń takich jak my nawet nie zwracaliby uwagi na takie drobnostki, które tego
- dnia były wręcz błogą ulgą po wielomiesięcznych torturach.
- Toruń-Warszawa
- Pierwszego dnia po powrocie, Iza i Nika z samego rana poszły na zakupy do galerii.
- Obskoczyły chyba wszystkie możliwe sklepy z ubraniami, kosmetykami, nie ominęły również salonu
- piękności. Świętowały na całego.
- Nie powiem – mnie też sprawiły kilka prezentów żeby uczcić pierwszy dzień nowej wolności, ale na
- pewno nie umywały się one do kilkunastu pękatych toreb jakie miały dla siebie – zupełnie jak w
- filmach.
- Przez pierwszy tydzień czy dwa pobytu dziadka w Toruniu, nadużywał on telefonu, jaki dostał
- od Izy. Wydzwaniał do nas o każdej porze dnia i nocy, nierzadko budząc cały dom.
- - Halo, Iza, ty pizdo niewdzięczna!
- - Ty, gnoju jeden bachorze!
- - Iza gól tę cipę!
- - Przyjedź tu bo żem zasrał kibel!
- - A dupczyłaś się już dzisiaj?!
- - Jak ja cię wychowałem?
- - Ta pielęgniarka to jakaś kurwa niedouczona!
- - Pobudka, kurwa! Nie śpij!
- Dziadek krzyczał do słuchawki, więc jeśli ktoś odbierał, to musiał trzymać swoją kilkanaście
- centymetrów od ucha. Wszystkie jego wypowiedzi doskonale słychać było nawet w moim pokoju.
- Z czasem telefonów zaczęło jednak ubywać. Filemon wiedział, że zdążyliśmy przyzwyczaić się do
- obelg i wyzwisk, więc nie reagujemy na nie tak jak należy. Nocne telefony dawały się we znaki, ale
- kiedy kilka razy pod rząd odłożyliśmy słuchawkę przed pójściem spać tak, by linia była teoretycznie
- zajęta, dziadek dał sobie spokój.
- Czasami telefonował do nas jeden z pracowników szpitala, narzekając na wulgarne
- zachowanie Filemona – mówiliśmy, że nie jesteśmy za niego odpowiedzialni, ale przykro nam, że
- sprawia kłopoty. Co innego mieliśmy niby powiedzieć? Że wsiądziemy do samochodu i pojedziemy do
- Torunia tylko po to, żeby go opieprzyć?
- Tak też wszystko powoli zaczęło wracać do normy. Łazienka na powrót była błyszcząca i
- pachnąca, kanapę z salonu wyrzuciliśmy i zastąpiliśmy nową, wszystkie plamy z dywanu usunęliśmy, a
- legowisko Kasi wróciło na swoje pierwotne miejsce. Na powrót było czuć, że domem opiekuje się
- kobieta, czy raczej dwie kobiety.
- Mama na dobre opuściła pokój Niki i ponownie zadomowiła się w salonie. Dzięki temu wszyscy
- mieliśmy własne kąty i odrobinę prywatności, której przez ostatni rok aż tak nam brakowało.
- Dziadek wegetował w swoim mieszkaniu – ani ja, ani Nika nie odwiedzaliśmy go. Mama, już
- kiedy ustały irytujące telefony, jeździła do Filemona raz na tydzień czy dwa, żeby sprawdzić, czy
- wszystko jest z nim w porządku.
- Nie będzie chyba niespodzianką jeśli powiem, że jego apartament stawał się z każdą wizytą coraz
- bardziej obskurny i śmierdzący.
- Niektórzy ludzie w ogóle się nie zmieniają – ktoś, kto był chamem przez całe życie, pozostanie
- chamem nawet gdy wydarzy mu się coś tak tragicznego jak udar. Tymi, których ta sytuacja zmienia są
- bliscy – zaczynają widzieć w chorym to, czego wcześniej podświadomie nie chcieli dostrzegać. To, że
- choroba nie była przypadkiem, lecz punktem kulminacyjnym wieloletnich szaleństw, pijaństwa i
- obżarstwa. To, że chory zrobi wszystko, byle tylko zwrócić na siebi e uwagę, wykorzystać i upokorzyć
- opiekunów. I w końcu to, że to nie udar sprawił, że stał się on niepoczytalny. To następowało
- sukcesywnie przez wiele długich lat przed udarem, gdy chlał samogon i zapijał do denaturatem.
- Istnienie więzów krwi wcale nie znaczy, że dwójka ludzi należy do jednej rodziny. Rodziną jest przede
- wszystkim zaufanie i platoniczna miłość, a tego dziadek ani nie brał, ani tym bardziej nie dawał.
Advertisement
Add Comment
Please, Sign In to add comment