daily pastebin goal
8%
SHARE
TWEET

Untitled

a guest Jan 18th, 2019 67 Never
Not a member of Pastebin yet? Sign Up, it unlocks many cool features!
  1.    
  2.     Pierwszy rozdział. Wszelkie błędy stylistyczne, logiczne, niekonsekwencje  w nazwach i (oby ich nie było!) ortograficzne zostaną proprawione. Ponieważ, pewne rzeczy kształtują się jeszcze w mojej głowie to mogę też pozmieniać imiona i niektóre nazwy. Ale Alicja poszostanie Alicją. Wiem, mogłem przed publikacją to wszystko ogarnąć, ale potrzebuję jakiejś motywacji. Potrzebuję zobaczyć, że to się wszystko w końcu rusza. PS. Rysunek Alicji też poprawię.
  3.  
  4.  
  5.                 Uczeń i Mistrz
  6.      
  7.  
  8.  
  9.  
  10.  
  11.  
  12.       Alicja spoglądała, w zadumie , w to wczesnojesienne popołudnie na odległe miasto, ze wschodniego okna, swojego małego klasztornego pokoju. Kiriandor, z dystansu wielu, wielu kilometrów było widoczne tylko dlatego, że pomiędzy miasteczkiem Velvex, a wielką metropolią rozciągała sie rozległa równina. W zachodzącym słońcu widać było sylwetkę wspaniałej stolicy oraz błyszczącą złotą kopułę zamku Imperatora, dalej zaś, daleko, daleko, mieniły się wszelkimi odcieniami czerwieni, Góry Krańca Świata, których co wyższe szczyty przyodziane były w całorocznie utrzymujący się śnieg - lodowce, prawdopodobnie niewiele młodsze co dźwiagające ich ogromny ciężar masywy skalne.  Piękny był to widok, którego podziwianiem mogła cieszyć się już od wielu lat młoda członkini Zakonu bogini Sheila'i. Poniżej owego baśniowego krajobrazu, rozpościerał się widok na małe otoczone śnieżnobiałym murem, dopiero co wspomniane miasteczko Velvex, którego czyste i zadbane domy  zwieńczone były czerwonymi (tym bardziej czerwonymi w świetle zachodzącego słonca) dachami. Jeśliby spojrzeć jeszcze niżej,  ujrzałoby się szczyty sosen i jodeł, piętrzącego się iglastego lasu, wspinającego się wschodnim stokiem, aż po same mury klasztoru. Klasztor bowiem został wzniesiony na małym zalesionym wzgórzu i jak głosi tradycja, na jego szczycie była wystarczająca przestrzeń by bez ścięcia ani jednego drzewa, i wyrwania ani jednego krzewu, można było wznieść ów niewielki ośrodek kultu boginii Miłosierdzia. Ile w tym prawdy, tego nie wiadomo.
  13.     Alicja spojrzała zupełnie w dół na delikatnie chwiejące sie wierzchołki drzew, wsłuchając się w trzeszczenie ich potężnych pni oraz, szum wiatru. Połowa zbocza, była już zakryta cieniem rzucanym przez mury klasztoru, który z minuty na minutę stale się wydłuższał.
  14.     Młoda zakonnica, a ściślej mówiąc nowicjuszka, liczyła sobie  25 wiosen oraz mniej wiecej 170 cm wzrostu. Była to na wskroś ładna, jeśli nie powiedzieć piękna niewiasta o zdrowej szczupłej budowie ciała i jasnej, lecz nie bladej, wolnej od przebarwień cerze. Gdyby nie kaptur tuniki o ciepłej morelowej barwie, naciągnięty na głowę natychmiast przykuły by uwagę ciemnobrązowe, a w słońcu płonące żywą czerwienią delitaknie falujące włosy, które w ładzie utrzymywała posrebrzana opaska, na której wyryto po obu stronach podobizny gołębi - obok złotego medalika na szyi i pierścienia zakonu, jedyny drogocenny element garderoby noszony przez członkini zakonu. Jednak tym co nabardziej przykuwało uwagę każdego, kto po raz pierwszy spojrzał na nowicjuszkę, były jej oczy. Duże, zielone, bardziej przypominające oczy kota niż człowieka, patrzyły w melancholijnej zadumie na rozmówcę, któremu nieraz zdarzało się zauwazyć, ku swojemu zaskoczeniu i zmieszaniu, że z poprzedniej refleksji nie pozostało w nich ani śladu, a której miejsce zajęła z nieprawdopodobną, niezauważalną płynnością, uwaga i przenikliwość. Jednak nie ta przenikliwość, którą ujrzymy w bystrych badawczych źrenicach śledczego. Raczej,   przenikliwosć intuicyjnego kobiecego serca, które, zdawałoby się, przez zielone witraże, tych fascynujących oczu, spoglądały w samo wnętrze ludzkiej duszy.
  15.      Jako, że kiedyś dawno temu, już nieżyjąca,wpółsiostra Ania, zwracała się do nastoletniej Alicji  "Kotek", a i czasem samej  tutejszej Arcykapłance to się wciąż zdarzało (co w dodatku nie miało swojego źródła w inpiracji zwyczajem zmarłej), a i sieroty z prowadzonego przez kapłanki sierocińca zasłyszawszy to, czasem ją tak "tytułowały", toteż i my będziemy, w tej powieście od czasu do czasu tak ją nazywać. Jednak Alicja nie była jedyną Kotką w kalsztorze, bo była też druga, prawdziwa, z krwi i kości, kot z kota, cała czarna, którą kapłanka przygarnęła jako małego kociaka i kochała najbardziej pod słońcem. Oczywiście nie wolno było trzymać jej w pokoju, co było wbrew wszelkim zasadom i regulaminom, jednak w zaciszu alejek czy krużganków "Niszea", co znaczy Noc, była powiernikiem jej najskrytszych sekretów.
  16.    Alicja odeszła od okna i zrzuciwszy kaptur na ramiona, ukazujac swoje zdrowe, piękne, brązowo czerwone włosy, usiadła na łóżku ze spelcionymi rękoma, wpatrując się swymi zielonymi oczami w jakąś odległą przestrzeń. Przed oczami nowicjuszki, znów ukazały się niechciane i wypierane obrazy z przeszłości, kiedy to odbywając swój nowicjat w Klasztorze pod Aleo, jej życie zostało całkowicie, doszczętnie i bezpowrotnie zniszczone.
  17.    To właśnie dzis, 15 wrześna, 10 lat temu, przybył ten tajemniczy Mag i zarządał  od arcykapłanki Talii, bezwarunkowego wydania mu, 14 letniej wówczas Alicji. Nie dało się zapomnieć, jak Shin Rei (co w Mrocznej Mowie oznazca Trzy Czaszki), bo tak przedstawił się Mag, otrzymawszy definitywną odmowę, po niespełna tygodniu, szturmem, przy pomocy Rycerzy Ciemności, magii oraz mocy nikomu wcześniej nieznanych zdobył świątynie i wymordował wszystkie niewiasty. Nie przeżył nikt z wyjątkiem Alicji i tej garstki sióstr, która uciekła podziemnym przejściem na rozkaz tamtejszej arcykapłanki, która, niczym kapitan na tonącym okręcie pozostałana na miejscu do samego, gorzkiego końca. Najprawdopodobniej wierzyła, że przy pomocy wspólnych modlitw całego klasztoru, bogini wybawi ich od niebezpieczeństwa. I rzeczywiście magiczna bariera, utworzona w ten sposób chroniła kapłanki przed atakami nieprzyjaciela. Jednakże Shin Rei okazał się być potężniejszy i gdy przybył osobiście, zniecierpliwiony przedużajacym się obleżeniem, dotychczas nieprzezwyciężona miagiczna ochrona pękła pod jego zaklęciem niczym bańka mydlana . Gdy ta jedyna przeszkoda została unicestwiona, rozpoczęła się bestialska rzeź bezbronnych kobiet.
  18.     Alicja już nigdy nie ujrzała siostry Anii, którą kochała miłościa szaloną, miłując ją jak starszą siostrę. Kiedy Kotka trafiła do klasztoru, pod Aleo, jako sierota, to właśnie siostra Ania opiekowała się nią, okazywała jej czułość i tuliła w płaczu, gdy Alicja budziła się z koszmarów, będących echem przeżytej naocznie śmierci rodziców.
  19.      Ojciec Alicji był bogatym kupcem, który wielokrotnie podrózował między dużymi miastami kupując i sprzedając różnorakie towary. Nieraz, kiedy wiadome było, że podróż zajmie wiele, wiele miesięcy zabierał z sobą żonę i córeczkę. Podczas jednej z takiej wypraw, kiedy Alicja miała zaledwie sześć lat, karawanę, którą podróżowała ona, jej matka oraz ojciec wraz z liczną eskortą najemników, napadli leśni bandyci i tylko dziewczynkę z nieznanych pobudek (tego czy zwykłym szyderstwem, czy może resztkami sumienia kierowali się zbrodniarze, Alicja nie wiedziała) oszczędzili i tam wśród ciał zamordowanych i wraków ograbionych do cna wozów pozostawili de facto na pewną śmierć. Tak została znaleziona przez orszak pielgrzymujących kapłanek Sheili i przygarnięta. W ten sposób trafiła do klasztoru pod Aleo i tam już pozostała, aż do czasu wspomnianego ataku przez Siły Zła.    
  20.      Ale dlaczego Shin Rei zarządał wydania mu dziewczynki? Jaką wartośc to biedne poranione dzecko przedstwiało dla kogoś takiego jak on? Otóż Alicja, mniej więcej po ukończeniu trzynastu lat, zaczęła otrzymywać bardzo dziwne wizje, które skrupulatnie notowała w swoim dzienniczku i, które wraz ze starszymi kapłankami, wnikliwie badała arcykapłanka Talia. Jednak najważnieszą wizją była Przepowiednia. Gdy atak na kalsztor  rozpoczał się, arcykapłanka postanowiła w trzech częściach wysłać Przepowiednię z wyznaczonymi przez nią uciekinierkami, które w trzech grupach, miały całkowicie odzielnymi drogami, każda z innym fragmentem "duchowego przekazu najwyższej wagi", dotrzeć do klasztoru w Velvex. Niestety tylko, grupa w której podróżowałą Alicja dotarła po licznych niebezpieczeństwach do celu.  Jeden z pozostałych  fragmentów został przechwycony przez pościg Nieprzyjaciela, a jeden zaginął w drodze bez śladu wraz z jego powierniczkami. Co więcej, Alicja w czasie drogi doznała groźnego urazu głowy, spadajac z konia, w następstwie czego straciła ogromną część wspomnień, w tym pamięc o treści Przepowiedni. Jedyną pośmiertna pociechą nieszczęsnej Arcykapłanki Talii, może być fakt, że przynajmniej Shin Rei nie zdodał posiąść całej treści wizji Alicji.
  21.     Gdy Alicja przybyła do klasztoru w Velvex, została objeta troskliwą opieką. Tutejsza Arcykapłanka, Teresa, z dobrocią zajęła się dziewczynką, jednak zielonooka czternastolatka, nigdy w pełni z ogromej (i podwójnej, biorąc pod uwagę stratę rodziców) traumy się nie dźwignęła i pozostała zamknięta w ogromnej mierze na, w innych warunkach uzdrawiające, współczucie i życzliwość . Jedynie pewne ukojenie Alicja znajdywała w modlitwie  do Sheili, alecz bogini już nigdy do niej w tak szczególny sposób nie przemówiła...
  22.     Dziś w dziesiątą rocznicę tych strasznych wydarzeń, przeszłość nie wydawała się być ani odrobinę bardziej zamazana czy mniej bolesna, za to młoda nowicjuszka czuła, że coraz mniej sił w niej się ostało by skutecznie z nią żyć.
  23. -A powiadają, że "czas leczy rany."- rzekła, prawie szeptem, do siebie.
  24.     Jutro będzie musiała wracać na Uniwerystet w Kiriandorze, bo przerwa letnia dobiegła końca. Tak, Arcykapłanka, dostrzegając w Alicji niemały potencjał intelektulany, posłała ją na studia Języków Martwych Starego Świata. Zakres studiów obejmował również dwa jak najbardziej żywe i przydatne jezyki: Bretoński i Tilatański.
  25.       Na studia niechętnie i w śladowej ilości przyjmowano kobiety i tylko te z wpływowych rodzin, albo jak w przypadku Alicji, wspierane przez znaczące organizjacje i zazwyczaj po wysokich nieujednoliconych, a określanych indywidualnie kosztach, przy czym często decydowały różnorakie układy. Przyjęcie kobiety na dany kierunek musiał każdorazowo osobiście zatwierdzić Uniwersitus Genaralises, czyli Naczelnik Uniwersytetu.
  26.      Nocując przez pozostałe dni w tygodniu w mieście w mieszkaniu zakupionym  do tego celu przed laty przez klasztor, dzieląc opłacony pokój z inną nowicjuszką, Dianą, przyszła kapłanka wracała do Velvex jedynie na Sobote i Niedziele. Wyjątkami były również nakazne święta kultu Sheili, podczas których musiała wracać do "domu",  jednak te wypadały tylko dwukrotnie w ciągu roku, więc nie stwarzały jakiś wielkich  zaległości. Pełny koszt studiów pokrywał oczywiście klasztor. To miał być ostatni rok 4 letnich studiów, po których można było się cieszyć prestiżowym tytułem Magistorius de Linguistique. Alicja nie miała żadnych problemów na studiach i chłonęła wszystko błyskawicznie. Ale to nie wszystko. Kotka, po wystarczajacym opanowaniu języka, wypożyczała w nim napisaną literaturę z biblioteki i pochłaniała błyskawicznie. Z profesorami miała dobry kontakt, do wszystkich współuczniów  (a byli do mężczyżni w najrózniejszym wieku) odnosiła się  z uprzejmością, zachowując jednak zarówno odpowieni kulturowy jak i wynikajacy z jej nowicjańskiego statusu dystans.
  27.      Ale w tej chwili, cała przygoda studiów i pobytu w Stolicy  nie miały znaczenia dla niej. Nic nie miało. Nie mogąc wytrzymać dłużej, zerwała się z łóżka i energicznie wyszła z pokoju. Przemaszerowawszy korytarz i rzędy identycznych drzwi, znalazła się na, balkonie, który  otaczał  z trzech części poniższy hol i  z którego dwóch przeciwnych stron biegły schody w dół na parter. Spojrzała przez moment, przez barierkę, na niewielki ruch panujący na dole, po czym pokonała schody i minąwszy posąg Sheili, stojący przy dużych, dwuczęściowych, drewnianych drzwiach wyszła na zewnątrz. Tutaj jedna droga skręcała w lewo i prowadziła do ogrodów i sierocińca, druga zaś, o szerokości pozwalajacej na minięcie się wozów, biegła w dół przez las do miasteczka. Na niezalesionych stokach u stopy Klasztoru , po obu stronach rosły wrzosy a ich delikatna woń unosiła się w powietrzu. Wszystko skąpane było tutaj w świetle zachodzącego słońca.
  28.     Młoda nowicjuszka wciągneła powietrze w płuca po czym powoli zaczęła schodzić ścieżką w dół w kierunku lasu. Chociaż była to jedyna droga łącząca klasztor z miasteczkiem i tym samym z szerszym światem, to o tej porze nie było tutaj żywej duszy i wszelkie kroki czy odgłosy nikłego ruchu przed klasztorem, Alicja zostawiła daleko za sobą zanurzając się w zieleń sosen. Szła  z pół przymkniętymi oczyma oddechając głębo i wschłuchując się w swoje własne kroki. Powietrze, przyroda, poczucie wolności i ból, przed którym próbowała uciec rozbudziło w niej w tej chwili ogromną potrzebę bycia przytulonym. Otworzyła oczy i popatrzyła w okół siebie, na drzewa tak jakby wśród nich mogła znaleźc kogoś kto jej okaże tak upragnioną w tej chwili czułość, po czym chwyciła się oburącz za ramiona i tak skrzyżowane ręce przycinęła do piersi.  W tej chwili dziewczyna poczuła dreszcz i zimno biegnące po całym ciele i poczeła masować swoje ramiona aby ulżyć tej bolesnej, fizycznej manifestacji swoich ogromnych deficytów czułości.  
  29.     Aby uciec od swojego bólu, Kotka postanowiła zajrzeć do miasteczka i poprzechadzać się wieczorem jego baśniowymi ulicami, a być może zawitać do jakiejś znanej jej gospody i po prostu pomarzyć i posłuchać. Było to coś co kochała robić zawsze i co pozwoliło by jej odciągnąć myśli od swego cierpienia. Względne bezpieczeństwo obecnych czasów, bliskość stolicy jak i moc klasztoru skłaniały władze do pozostawiania bram otwartych przez cała noc.
  30.    Pokonawszy w 10 minut delikatnie szumiący las Alicja znalazła się u stopy klasztornego wzgórza. Tutaj gościniec łączył się, niczym dopływ ginący w prądzie większej rzeki, z zadbaną drogą, mającą swoje źródłą w bramie Velvex opodal, okrążajacą od wschodu wzgórze i wiądącą aż do odległęgo na północy Stratholm.  Nie było tutaj żadnych drzew tylko w oddali zasłaniające widok na rozległe równiny śnieżnobiałe, a w obecnym słońcu pomarańczowo-żółte mury Velvex. Nowicjuszka podeszła do bramy i minęła dwóch strażników, którzy stali po obu stronach wejścia. Mieli na sobie czerwono szare odzienie, a w dłoniach dzierżyli długie halabardy. Każdy z nich u pasa nosił krótki, szeroki miecz.
  31.      Główna droga miasteczka była ułożona z kamieni o podobnym kształcie z dwoma rowami po bokach i studzienkami do odprowadzania wody deszczowej. Zarówno z lewej jak i z prawej strony ciągnęły sie rzedy latarni, które zapalone po zmroku, rozświetlały aleje . Ruchu na ulicachi nie było prawie wcale. Jeden nieduży, niekryty wóz, zaprzegnięty w dwa konie, minął właśnie Alicje i opuścił bramę, zmierzając zapewne na jakąś pobliską farmę, których w pobliżu znajdowało się bardzo wiele. Domy Velvex również były porządne, zbudowane z kamienia, cegły czy drewna, przy czym zdecydowanie dominował mur pruski.  Na placu głównym znajdował sie ratusz, najwyższy budynek w mieście, niewielkich rozmiarów koszary dla straży, nad którymi delikatnie powiewał w słońcu  sztandar garnizonu Velvex oraz Główna Biblioteka miasteczka, do której przyszła kapłanka zaglądała niegdyś bardzo często (tj. do czasu gdy swoją pozycje, w mniemaniu Alicji, najbogatszego skarbca wiedzy i sztuki spisanej, nie utraciła na rzecz Wielkiej Biblioteki w Stolicy ). Alicja minęła plac i postanowiła dojść do przeciwległej, wschodniej bramy, i jeśli nie przejdzie jej ochota to odwiedzić znajdującą sie tam gospodę "Pod Jastrzębiem". To właśnie przy tej bramie panował największy ruch i tam na noc czy na krótki odpoczynek zatrzymywali sie podróżni w drodze do lub ze Stolicy.
  32.      Gospoda miała trzy kondygnacje: parter, o szarych, niczym nie pokrytych kamiennych ścianach,  oraz dwa białe piętra wspomagane grubymi belkami. Za Karczmą znajdował się dziedziniec na tyle duży, by pomieścić nawet kilka wozów oraz dużą stajnie. Gdy spacerujacą dotarła na miejsce, usłyszała wiele głosów dochodzących z wnetrza jak i spostrzgła kilkoro osób wchodzących do środka. Początkowo młoda kobieta zamierzała, po osiągnięciu przeciwległej bramy, zawrócić do klasztoru, jednak, po któkiej chwili namysłu, podjęła decyzję przestąpienia wysokiego progu drzwi.
  33.     Wnętrze Gospody było obszerne i podtrzymywane przez grube filary. Na kamiennej podłodze stało pełno stołów i ław. Kilka mniejszych stolików i porządniejszych krzeseł zajmowało przytulne narożniki i wnęki przy oknach.   Na parapetach stały świeczniki, które zapewne po zmroku, zostaną przez gospodarza, albo służbę zapalone.   Po przeciwnej stronie od wejścia, na końcu tej dużej przestrzeni, znajdowała się lada a po jej prawej stronie schody prowadzące na wyższe kondygnacje. Gości była tego wieczoru całkiem pokaźna liczba, w tym strażnicy po służbie, grajacy w kości i żartujący przy dwóch złączonych ławach i jakaś liczniejsza grupa kupców siedząca pod oknem. Borys Stutkov, gospodarz, łysawy, dość otyły,  z pewnością grubo już po piećdziesiątce mężczyzna, był zacnym człowiekiem, a że Alicję znał od dawna, szczerze ucieszył się na jej widok:
  34. -"Czyż to nie zacna panna Alicja we własnej osobie? Dawno nie zaszczyciliśmy swoją osobą starego Borysa."  
  35. -"Witaj Gospodarzu. No i niestety znów jakiś czas nie zaszczycę, bowiem już jutro wracam na powrót do Stolicy. Powiedz mi, jak interesy się miewają? I czy ludzie w zamian za nocleg  płacą nie tylko złotem, ale i ciekawymi wieściami o dalekim świecie?" - odpowiedziała nowicjuszka lekko się uśmiechając.
  36. -"Tak, panna studiuje, pamiętam. Cóż interes idzie raczej dobrze ostatnimi czasy. Wieści słyszy się różne, jedne mniej ciekawe, drugie bardziej. Ciekawsze od nich wydaje mi się, jednak, jak Pannie się wiedzie."
  37. -"Cóż, ostatni rok studiów mam przed sobą. Wszystko idzie raczej dobrze. No i za rok pewnie zostanę konsekrowana."- Po tych słowach, Alicja odczuła silne zmęczenie i niechęć do dalszej konwersacji , więc dodała grzecznie, choć asertywnie - "Wybacz Gospodarzu, bo chociaż spytałam o wieści, to tak naprawdę czuję się zmęczona i mówienie nie łatwo mi przychodzi. Jedyne czego mi teraz potrzeba to twojego ciasta z jagodami, którego brakowało mi tak bardzo... i do tego kubek gorącego mleka."
  38. -"He he, cieszy mnie takie powodzenie mojego ciasta. Niech panienka tylko usiądzie sobie, gdzie sobie tylko  życzy, a już Bruno czy Olaf wszystkim się zajmie. Ej no, Bruno!"
  39. Alicja cofnęła się kilka kroków i odwracając się wpadła na jakiegoś wysokiego mężczyznę, który odruchowo złapał ją w ramiona.
  40. -"Najmocniej przepraszam..." - powiedziała podnosząc ku górze oczy, po czym zamarła, zaskoczona- "Pan professor...!" - dodała.
  41. "Alicja?" - rzekł mężczyzna. Był to dżentelmen szczupły, ale mocnej budowy, szeroki w barach. Nosił średniej długości, czarne włosy, brodę, wąsy oraz zarost, które w kilku miejscach doknietę były ledwo dostrzegalną siwizną. Miał szare oczy i lekko pomarszczone czoło. Liczył sobie nie wiecej niż 45 lat. Tak przynajmniej zgadywała Alicja. Nieco znoszony płaszcz podróżny, wysokie buty, torba na ramieniu, u pasa zaś jednoręczny miecz, stanowiły jego odzienie i podróżny ekwipunek.
  42.    Chwile patrzyli na siebie w milczeniu. Nowicjuszka poczuła barzdo dziwne uderzenie różnych emocji i niespodziwany przypływ gorąca. Stał przed nią professor William Whitmore, który był jej jedynym z pośród całej kadry nauczycielów, prawdziwym autorytetem i w dodatku osobą, która w odróżnieniu od innych zdawała się ją i jej postępami naprawdę interesować. Poza tym był z wyglądu bardzo podobny do jej zmarłego ojca. Gdy miała jakieś pytanie mogła zawsze w jego gabinecie skraść mu całe kwadranse, a i on sam po wykładach, nierzadko ją zagadywał i poruszał z nią różne tematy dotyczące języków, historii czy samej Alicji. Niestety, półtora roku temu musiał wyjechać w sprawie jakiś ważnych badań i młoda nowicjuszka straciła już nadzieje, że zdąży wrócić zanim ona ukończy swój kierunek. Pomimo, że była osobą nieufną i zamkniętą w sobie, to William był dla niej kimś ważnym, o czym zdała sobie sprawę zwłaszcza kiedy go już zabrakło.
  43. -"Wszystko w porządku?" - spytał Whitmore, nie wiedząc jak zinterpretować rumieniec i zdumienie Alicji.
  44. -"Bardzo...Znaczy się: tak! " odparła zmieszana. - "Niespodziewane spotkanie. Czy to znaczy, że Pan wraca na uniwersytet?"
  45. -"Tak Alicjo. Wróciłem. Ale powiedz, bo muszę uregulowac sprawe noclegu i swojego bagażu wpierw, czy nie miałabyś ochotę za chwilkę chociaż przez moment porozmawiać?"
  46. -"Nawet bardzo chętnie... W takim razie zajmę stolik!" - odpowiedziała.
  47. -"Wobec tego za moment się widzimy. Bardzo się ciesze z naszego spotkania." - po czym odszedł w kierunku lady.
  48.     Alicja stała przez chwilkę i zrobiło jej się słabo. Szybko znalazła jakieś bardziej ustronne miejsce przy oknie i usiadła ciężko. Za dużo silnych i skrajnych emocji w tak krótkim czasie kompletnie ją wyczerpało jak i również gwałtownie zwiększając zapotrzebowanie na cukier.
  49. "Gdzie jest ten Bruno?!" - pomyślała rozdrażniona. Po czym zamknęła oczy i oparła czoło na  rękach, wspartych o stół. Tak zastał ją służący. Gdy zapłaciła i Bruno, chciał odejść nagle chwyciła go za rękaw i zatrzymując powiedziała, sama zaskoczona swoim władczym zachowaniem:
  50. -"Możesz już iść po dokładkę."
  51. Biedak chyba przestraszył się tych zielonych, rozkazujących oczu, bo czym prędzej pośpieszył w kierunku zaplecza.
  52.     Rozbita emocjonalnie dziewczyna, szybko zjadła całą porcje ciasta i dopiero teraz, gdy nagłe udzerzenie osłabienia minęło, zaczęła zbierać myśli i poczęłą w duchu ganić siebie za swoje zachowanie. Była w takim stanie, że miała ochotę się rozpłakać, zarówno ze wstydu jak i ze złości i smutku. Była tak pogrążona w rozpamiętywaniu całej sytuacji i krytyką siebie, że nawet nie zauważyła jak William przysiadł się do niej i począł ją obserwować bez wytrącania jej ze swojej zadumy. Alicja dopiero po  dłuższej chwili uświadomiła sobie jego obecność i rzekła tłumacząc się:
  53. -"Przepraszam. Strasznie dziwnie się zachowuję, profesor zapewne myśli. Miałam bardzo ciężki dzień."
  54. On pokiwał głową ze zrozumieniem i z troska w głosie spytał:
  55. -"Może potrzebujesz aby ciebie odwieść do klasztoru, Alicjo? Opłacę dyliżans. Przedtem miałaś bardzo silny rumieniec na twarzy, teraz zaś jesteś bardzo blada. Byłbym dużo spokojniejszy, gdybyś wyraziłą zgodę."
  56. Alicja, do której tak od dawna nikt nie mówił, ani nie okazał takiej troski, była po raz wtóry o krok od płaczu. Siłą woli zdławiła w sobie niechciane emocje i zapewniła, że wszystko jest już w porządku. Jednak po krótkiej namowie i ponawianej trosce pana Whitmore'a ustąpiła godząc się, że gdy tylko skończą rozmowę da sie odwiesć pod sam klasztor.
  57. -"A teraz, powiedz mi Alicjo, jak studia i ogólnie cała reszta?"  
  58. -"Studia bardzo dobrze. Nie mam żadnych problemów z żadnym z przedmiotów. Znajduje też przy tym dużo czasu by dalej czytać rozszerzając swoje słownistwo. W zasadzie, każdy dzień wyglada podobnie. W piątek wieczorem przyjeżdżam z powrotem tutaj."
  59. -"A egzaminy semestralne?"
  60. -"Tutaj wszystko w pierwszych terminach. Bardzo się stresuje zawsze i boję, że nie podołam, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze. Trochę się boję utraty tego życia uniwersyteckiego, które bardzo wypełniło mi czas."
  61. W tej chwili podszedł Bruno ze żelazną tacą i postawił kolacje przed Williamem. Chleb, miód twarożek, ser, szynkę oraz wino. Służący nalał wina obojgu chociaż Alicja nic już nie zamawiała.  
  62. -"Dziękuję." - powiedziała, domyśłaljąc się ,ze to na życzenie Withmore'a.
  63. -"Jeśli czegoś sobie życzysz Alicjo to powiedz, nie krępuj się."
  64. -"Nie dziękuję. Jestem po późnym obiedzie a teraz i cieście. Wina za to skorzysztuje. Smacznego."
  65. Whitmore musiał być długo tego dnia w podróży, bez konkretnego posiłku, bo jadł długo, jednak był na tyle grzeczny, że co rusz pytał o różne mniej istotne sprawy a Alicja chętnie mu obszernie odpowiadała.  Jednak postanowiła, że po posiłku spróbuje dowiedzieć się czegoś o jego podróży, bo bardzo ją to ciekawiło. Okazało się to jednak zbyteczne, bowiem gdy po raz kolejny Bruno zjawił sie zabierając naczynia rzekł:
  66. -"Nie bez powodu o to wszystko pytałem Alicjo." - mówiąc do niej bez uprzedzenia po Bretońsku. - "Zanim powiem to co chcę powiedzieć, chciałem się upewnić, że nie masz żadnych kłopotów na studaich, a Twoje zdolności lingwistyczne rozwiajają się równie imponującą jak na starcie."
  67. "Moje zdolności lingwistyczne zdałyby się na nic, panie profesorze, gdyby nie cieżka praca jak i inpiracja mająca, swój początek, swoje źródło w tym, który teraz w tajemniczy sposób przemawia do mnie." - odpowiedziała również po Bretońsku.
  68. -"Niezwykłe. O ile nie zmienił się system nauczania, tylko pół roku styczności miałaś z Bretońskim. Czyż nie tak?"
  69. -"Jak to professor mawiał << Każdy kolejny język przychodzi łatwiej>> a także <<czytajcie a biegli będziecie>>. No i <<odkrywając język odkrywasz siebie>> Wszystko się sprawdziło w moim przypadku. Bretoński jest podobny do Tileańskiego, czytałam w nim to co mnie interesuje no i wiedziałam już z doświadczenia w jaki sposób najłatwiej mi się przyswaja wiedzę, czyli <<poznałam siębie>>. Dodam, też jeszcze ważną dla mnie obserwację, że gdy dany schemat nauki czegoś od zera przynosi owoce po kilkakroć, znika w nas obawa, że nie podołamy." - Tutaj Alicja dla pokazania swojej biegłości, obok doskonałego bretońskiego,  cytaty spostrzeżeń i rad Whitmore'a wypowiedziała po Tileańsku. Jakoś w obcym jezyku ośmielała się od razu i miała wrażenie, że wysławia się lepiej niż we własnym. Zupełnie jakby można się było skryć za obcą mową. Doktor William popatrzył na nią z podziwem i rzek, kontynuująca po Bretońsku ściszonym głosem:
  70.  
  71. -"Prawda jest taka, Alicjo, że moja podróż miała charakter rangi bezpieczeństwa całego Imperium. Siły Zła pomimo wielu lat wzglednego spokoju stanowią wciaż najwieksze zagrożnie całego stworzenia, działając w ukryciu zakonspirowane. Ich mowa jest całkowitym sekretem, najważniejsze dokumenty, doktryny niepoznane, wiec tropienie, śledzenie i zrozumienie wroga jest utrudnione. Dlatego to wybitni jezykowznawcy wykorzystując lata pokoju, próbują rozszyfrować Mroczna Mową a następnie stworzyć praktyczną metodologię nauki, która umożliwiłaby szkolenie elitarnych odziałów Strażników w języku wroga. Chyba się zaczynasz domyślać Alicjo? Potrzebuje asystenta. Kogoś wybitnie zdolnego, ze zmysłem jezykowym, intuicją, doświadczeniem i ogromną cierpliwością. I taką osobą niewątpliwie jesteś Ty."
  72. Alicja zaskoczona i chociaż podekscytowana spytała przezornie :
  73. -"Czy to nie jest niebezpieczne?"
  74. -"Twój udział będzie całkowicie tajny, nieoficjalny. Zresztą w projekt jest zaangażowanych bardzo wielu ludzi.  Zbyt wielu dla Nieprzyjaciela, aby mógł upatrywać sens w zastraszeniu nas czy czymś gorszym. Pomyśl tylko: gdyby wszyscy obywatele znali Mroczną Mowę, to stan ich bezpieczenstwa by zasadzniczo nie uległ zmianie, bo Nieprzyjaciel i tak dąży do zniszczenia świata takim jakim go znamy, czy zna on Jego sekrety czy nie. Mały zespół stanowiłby dla niego zagrożenie do pokonania, zastraszenia, a tak, w zasadzie status bezieczeństwa nikogo sie nie zmienia. Będziesz jedną z wielu, wielu zaangażwoanych i to jedną z tych nieoficjalnych."
  75. -"Hmmm. A czy upowszechnienie znajomości Mowy nie jest groźne? Może te doktryny i nauki same w sobie są też groźne? Może w samym czytaniu kryje się wielkie zło? Przekleństwa, uroki lub inicjacje? Panie Doktorze, ja jestem nowicjuszką Sheili. Tu takie rzeczy traktujemy poważnie. Poza tym nawet nie wiem czy mi wolno."
  76. -"Alicjo rozumiem Twoje obawy, aczkolwiek z punktu widzenia nauki, uważam, że nie ma powodu do niepokoju. I chociaż zdaje sobie sprawę z realności sił nadprzyrodzonych tekst czytany w celu badań pozostanie dla mnie tylko tekstem. I zapeniam ciebie, że nie będę w żaden sposób nalegał. Jeśli odmówisz, i tak z radością przyjme ciebie na katedrę jako twój promotor pracy dyplomowej, jeśli tylko zażyczysz sobie tego. Jednak, kończąc ten temat, uwazam, że sprawa jest warta przynajmniej rozważenia. Pomyśl tylko, że Twoja pomoc może przyczynić się od ratowania żyć wielu istneiń ludzkich. Dostałaś wielki dar, który można ku wielkim rzeczom wykorzystać. Nie mowiąc już przygodzie i wyzwaniu."
  77. Alicja nie odpowiedziała nic. Chociaż wątpliwosći pewne wciąż miała, to wspólna przygoda w rozszyfrowaniu mowy nieprzyjaciela i doniosłość przedsięwzięcia prawie w zasadzie ją przekonały. Popatrzyła na niego. Jego szare, mądre i znużone oczy, te zaczątki siwizny...znowu to dziwne uczucie.
  78. -Czuję się bardzo słabo. - powiedziała już we Współnej Mowie.
  79. -W takim razie, Alicjo, kończymy na dzisiaj. Wrócimy do tematu na uniwersytecie. Odwiozę Ciebie teraz do klasztoru.
  80.  
  81.                     *    *    *
  82.     Zaprzęgnięty w dwa konie dyliżans wspinał się powoli leśną drogą na klasztorne wzgórze. Alicja i William nie rozmawiali, jako, że oboje czuli silne zmęczenie, aczkolwiek z zupełnie róznych powodów . Gdy wóz zatrzymał się na wzgórzu przed klasztorem woźnica otworzył drzwi i podając rękę nowicjuszce pomógł jej wysiąść. Zanim to jednak uczyniła, odwróciła się do współpasażera i rzekła:
  83. -Bardzo dziękuję, Panie profesorze. Dobrej nocy!
  84. -Dobranoc Alicjo. Do zobaczenia na Uniwersytecie.
  85. Alicja stanowszy na ziemi odwróciła się i z uśmiechem pomachała lekko ręką na pożegnanie. Woźnica zamknął drzwi, powiedział "dobranoc", po czym wspiąwszy się na powrót na swoje miesjce machnął cuglami i okrzykiem pogonił konie. Po chwili można już było jedynie słyszeć odległe skrzypienie kół i tętent kopyt. Alicja została sama.
  86.  
  87.     Była już północ i biały księżyc oświetlał wgórze i białe mury klasztoru. Drzwi były wciąż otwarte, ale po obu jego stronach płonęły teraz, żywym ogniem, pochodnie. Alicja nie miała ochoty wracać jeszcze i zamiast tego skręciła w prawo i poczęłą spacerować alejkami pod gwieździstym niebem, aż dotarłą do fontanny. Tam usiadła na ławce i głęboko się zamyśliła.  Co mogło oznaczać dla niej to spotkanie? I czy powinna spytać arcykapłankę o zgodę, jeśliby sie zdecydowała asystować panu Williamowi? Bardzo jej zaczęło zależeć, na tym aby podjąć się tego nowego wyzwania, które pozwoliłoby jej wypełnić, albo chociaż zagłuszyć tą straszną pustkę jej smutnego życia. Młoda nowicjuszka odrzuciła kaptur i spojrzała w gwieździste niebo wsłuchując się zarazem w plusk wody i cichy szelst poruszanych przez delikatny wietrzyk źdźbeł trawy.
  88.    Nagle, po niespełna kilku minutach, Alicja usłyszała głośne "miał" dochodzące z lewej strony. Odwróciła się i zobaczyła małą czarną czworonożną istotę, która podbiegła  do ławki, wskoczyła dziewczynie na kolana i zaczeła mruczeć, miauczeć i, tak jak to zwykle czynią koty, w zadowoleniu stąpać w miejscu, wbijając na przemian chowane i wysuwane pazury. Alicja była jednak do tego przyzwyczajona. Pogłaskała Niszee, po czy delikatnie chwyciła maleństwo pod przednimi łapkami i uniosła aby spojrzeć w jej zielone (całkiem jak jej własne), teraz przymrużone z zadowolenia, oczy i rzekła prawie szeptem:
  89. -"Jednak zdążyłyśmy się pożegnać..."  
  90.  
  91.                     *    *    *
  92.     Withmore spoglądał przez okno, podskakującego teraz na drodze, dyliżansu w ciemności lasu. Z zadumy nie wyrwał go nawet mocno wyczuwalny ruch w jego zewnętrznej kieszeni płaszcza. Tak! Z płaszcza nagle wśród piskow i jęków wygramoliła się malutka kobieca sylwetka i jęła balansować na krawędzi kieszeni. Wtem, gdy wóz podskoczył na jakimś korzeniu,  utraciwszy równowagę z komicznym piskiem spadła w dół. Szczęśliwie, małe motyle skrzydełka w porę zatrzepotały i wróżka wzbiła się w górę i zawisłszy w powietrzu przed twarzą pasażera, skrzyżowawszy ręce przed sobą, rzekła w tonie nagany:
  93. - "Wciągasz to biedactwo w coś w co nie powienieneś. Nie wstyd ci?"
  94. -"Czemu twierdziś że <<wciągam>>?  To dorosła kobieta, niezwykle inteligentna  mógłbym dodać. Podejmie swoją decyzje." - odparł profesor nie odwracając głowy od szyby.  
  95. -"Phi. <<Podejmnie swoję decyzję>>." - powtórzyła ironicznie. - "To zagubione dziecko wpatruje się w Ciebie jak w obrazek od poczatku studiów, każda Twoja zachęta to dla niej głos wyroczni, a ty podobne brednie masz czelność mówić. Pytanie czy przy tych wszystkich swoich tytułach naukowy jesteś po prostu osłem, czy gorszym cynikiem niż wcześniej sądziłam? "
  96. -"Czemu uważasz, że zagubiona? Jak to  <<w obrazek>> ?" - Whitmore, w końcu odwrócił wzrok i spojrzał  na małą unoszącą się przed jego obliczem istotę.
  97.       Była to wróżka Lia  (czyt. li-a), i pomimo półroku można było zobaczyć, iż jest to śliczna blondynka, z długim warkoczem i śnieżnobiałej sukience. Jej kolorowe skrzydła motyla, trzepotały w powietrzu. Jak już zapewne wiecie, miała porywczy charakter, miała dobrą wrodzoną intuicję i lubiła moralizować. Jednak o historii przyjaźni tych dwojga opowiemy, kiedy indziej. Lia na pytanie  Williama odparła jeszcze bardziej gniewnie, swym nieco piskliwym głosem:
  98. - "Więc jednak głupota! Czemu?! Kobieta widzi takie rzeczy! Ta dziecina jest w totalnej rozsypce. Zresztą nie udawaj totalnego ignoranta: sam zauważyłeś, iż trzeba ją odwieść. I owszem, ona zrobi wszystko co uznasz za właściwe. Ona potrzebuje autorytetu. Więc mowy nie ma o wolnej woli. Już, jej bardziej nakierować nie mogłeś."  
  99. -"Dobrze. Ale w takim razie pozostaje to co powiedziałem Alicji. Nie widzę w tym nic złego. Słyszałaś o czym rozmawialiśmy więc nie muszą powtarzać. Tutaj nie ma ryzyka. Moje sumienie nic mi nie wyrzuca."
  100. -"A ja twierdzę coś przeciwnego. Ryzyko jest i to duże. I ja nie muszę powtarzać się, bo odradzałam i Tobie uczestnictwa 3 lata temu.  Poza tym ona jest nowicjuszką Sheili i z tego co mówiła wynika, że ma wątpliwości natury doktrynalnej i etycznej. Ona się tak pięknie rozwija, a Ty jej teraz będziesz proponował coś co jest jej niepotrzebne i tylko w jej zagubieniu przysporzyć może niepotrzebych dylematów? "
  101.  Whitmore przez chwilę milczał, po czym odrzekł pojednawczo:
  102. -"Jeszcze wrócę z nią do tej rozmowy. Do tego czasu sie jeszcze raz zastanowię. Może masz trochę racji."
  103. Lia uniosła nieco swoje ściągniete brwi i rzekła łagodniej:
  104. -"To dobrze." - po czym spojrzała na kieszeń, z której się poprzednio wygramoliła i dodała znów rozgdrażniona - "Ile razy tłumaczyłam ci, żebyć nie zapinał tej kieszeni! Zaklęcie zakotwiczające mnie (niech to szlag, że byłam taką debiutantką!) do twojego świata zmusza mnie do pojawiania się właśnie w niej.  Inne wróżki się ze mnie śmieją, że mam takie problemy."
  105. -"Mnie ten układ bardzo się podoba. I zdaje się, że pora na wymianę guzika." - odparł William z chytrym uśmiechem. -"Poza tym jest to jedyny sposób, żeby mieć nad Tobą jakąś kontrolę, moja droga. Do tematu powrócimy jak w końcu zrozumiesz i uszanujesz ludzkie pojmowanie prywatności i potrzebę okresowej samotności. Tymczasem dojeżdżamy do zajazdu więc schowaj się, żeby nikt Ciebie nie zauważył."
  106.     Wróżce nie trzeba było powtarzać. Zanim woźnica otworzył drzwi by wypuścić Williama, Lia była już bezpiecznie skryta w głębokiej kieszeni jego czarnego płaszcza.
  107.  
  108. ===========================================================================
  109.  
  110.  
  111.  
  112.         Rozdział II:  Stawką jest życie
  113.  
  114.  
  115.  
  116.  
  117.       Pracownia była całkowicie zdemolowana: szuflady, książki oraz sterty notatek mieszające się z odłamkami szkła stanowiły ślady pośpiesznych poszukiwań.
  118. Dwa ciała leżały na podłodze przed biurkiem, na którym wciąż paliła się świeca. Twarze zostały tak pocięte nożami, że pierwotnych rysów nie dało się rozpoznać. Oszacowanie wieku na pierwszy rzut oka było możliwe jedynie dzięki włosom: jeden nieszczęśnik był już mocno siwy, drugi zaś miał brązowe włosy.
  119.     Książe Richard z niesmakiem odwrócił głowę. Co prawda przeszedł wszelkie szkolenia wojskowe, widział niejedną bitwę, śmierć nie była mu obca, uczył się walki u najznamienitszych mistrzów wszelkiego oręża, jak na następcę tronu przystało, to jednak pociąg do pięknych kobiet i salonowe życie przez wielu uważane były za najmocniejszą stronę jego persony. I właśnie teraz, podczas pobytu w Magneburgu, kiedy już podbijał serce miejscowej piękności, córki wpływowego lorda, musiano mu w tak niesmaczny sposób przeszkodzić.
  120.      Prawdą jest jednak, iż syn Imperatora, posiadał wciąż pogrążone w uśpieniu, liczne talenty. Był doskonałym szachistą, strategiem i retorykiem (z tego ostatniego atutu ów bon vivant korzystał nader często).  Ukończył też Inżynierię okrętową na Akademii Morskiej im. Admirała Jacka Michelle'a w Stratholm.
  121.      Książe był przystojnym mężczyzną, o złotych długich włosach, które z wyjątkiem tych znajdujących się z przodu, były wszystkie ściągnięte i związane z tyłu głowy w kucyk. Rysy księcia były bardzo delikatne, chłopięce można by rzec,  oczy duże i niebieskie, twarz zaś zawsze ogolona o jasnej cerze. Był wysoki i smukły, nosił czerwoną pelerynę i biały, szyty grubymi, złotymi nićmi strój. Obręcz barkową młodego mężczyzny uwydatniały masywne, złote naramienniki. U mosiężnego pasa wisiał jednoręczny miecz schowany w bogato zdobionej pochwie. Następca tronu posiadał również ogromny miecz dwuręczny, legendarny Thunder Heart, przekazywany z pokolenia na pokolenie, najstarszemu synowi Imperatora,  którego jednak poza szkoleniem i być może przyszłą wojną, z oczywistych przyczyn praktycznych, Richard nigdy nie nosił.  
  122. Imperator wciąż nie tracił nadziei, iż jego syn niebawem dojrzeje i zrozumie wagę swojej pozycji. Jednak przez wiele lat sceptyków raczej przybywało niż ubywało. Wielu pływowych posłów jak i lordów, przewidujących swoje polityczne posunięcia na dwie dekady wprzód, wyrażała nadzieję,  że za jego panowania nastąpi silne osłabienie Korony na rzecz parlamentu, jako że nowy władca zdawał się nie interesować polityką wcale. Jednak do czasu...
  123.   Księciu przysługiwał tytuł najwyższego zwierzchnika Gwardii oraz Admirała Floty Imperialnej. Książe lubił statki. W ciągu 5 lat kazał wybudować olbrzymimi kosztem 10 okrętów i nakazał szaloną rozbudowę portu w Stratholm. Ze skarbca ufundował okręt flagowy, który został ochrzczony Victoria i przy którego projektowaniu brał czynny udział. Był to najpotężniejszy i najnowocześniejszy okręt kiedykolwiek wybudowany. Liczył sobie 50 armat, zaś kadłub został podzielony w poprzek wodoszczelnymi grodziami na sześć przedziałów,co czyniło go prawie niezatapialnym - był on bowiem w stanie utrzymać się na wodzie nawet przy zalaniu dwóch segmentów. Specjalnie zaprojektowane włazy można było w razie uszkodzenia i przecieku zamknąć uniemożliwiając dalsze rozprzestrzenianie się wody. Krążyły także głosy, iż statek posiadał na pokładzie jakąś ukrytą, tajną broń, jednak czy owa plotka pokrywała się z faktami, nikt w zasadzie nie wiedział.
  124.      Dziób okrętu został wykonany z mithrilu, niemal niezniszczalnego stopu, co umożliwiło taranować wrogie jednostki bez uszkodzenia własnego okretu. Czy książe był tego świadomy czy nie, to faktem jest, iż tak kosztownym zamówieniem najcenniejszego z metali bardzo zjednał sobie przychylność króla Dominium Kransoludów - największego sojusznika Imperium.  Ale i jego wydatki zaniepokoiły bardzo parlament. Ojciec jednak, licząc, że militarne ciągnoty syna są ostatnią szansą zainteresowania się jego pierworodnego i jedynego syna losami państwa, z ciężkim sercem zgadzał się na wszystko.
  125.      Oczywiście czym byłby statek bez swojej załogi. Książe oddał okręt pod opiekę kapitana Camerona Longstaffa, znanego ze swojej żelaznej, surowej dyscypliny, wynosząc go jednocześnie do rangi vice admirała. Pod jego okiem wyszkolono najlepszych ludzi, przepełnionych wielką dumą i gotowych na wszystko.  I w tym przypadku książe zdobył sobie potężnego sojusznika: flota była Księciu bezgranicznie oddana. Na pokładzie Victorii, już dwukrotnie książe urządzał huczne (i dosłownie i w przenośni, bowiem prochu na oddawanie uroczystych salw nie żałowano) urodziny i właśnie zbliżały się 30-te, uchodzące za wiek pełnej dojrzałości.
  126.    Następca Tronu nie pozostał też bierny jeśli idzie o podlegającą mu  Gwardię Imperialną. Zwiększył żołd i wyniósł do rangi generałów dwóch swoich byłych nauczycieli z Akademii Wojskowej, na której kształcił się przez półtora roku,  oraz rozszerzył ich ziemskie posiadłości znajdujące się na północy. W ten sposób zyskał dwóch lojanych ludzi, a podniesienie żołdu przyniosło mu popularność w Gwardii. Gdy wszelkie nadzieje, na swoistą odwilż polityczną, za panowania Richarda zostały rozwiane, niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy książę nie okaże się większym autokratą niż jego ojciec, który bardzo skonsolidował swoją władcę podczas ostatniej wojny z Siłami Zła. Podatki, które wówczas za zgodą parlamentu zostały podniesione na potrzeby wojny, nie zostały obniżone, a część uprawnień Zgromadzenia, wówczas ograniczonych, tylko częściowo przywrócone po zakończeniu konfliktu. W czasie ostatniej wojny Imperator również bardzo zwiększył swobodę operowania Zakonu Strażników i obecnie, po latach pokoju, coraz głośniej domagano się jej ograniczenia.
  127. Jednak ogólny sprzeciw wobec Korony, wciąż był słaby, bowiem pamięć wojny sprzyjała opieraniu się społeczeństwa na władzy silnej ręki. Pozycja Imperatora była w tej chwili bardzo mocna i wszelka nierozważna krytyka czy to samego władcy czy jego syna, mogła skończyć się więzieniem, a nawet gorzej.
  128.      Książę podszedł do ściany gdzie wypisane były krwią, przypuszczalnie  bestialsko zamordowanych, dziwne symbole, po czym zwrócił się z pytaniem do inspektora, który stał w milczeniu oczekując na jego reakcję:
  129. - "Co tu jest napisane?"
  130. - "Nie wiemy, panie. To Mroczna Mowa. Właśnie ci dżentelmeni starali się ją rozszyfrować. Niestety, to co ustalili, o ile nie ostały się żadne notatki, zabrali ze sobą na tamten świat. Wielka strata! Prof. Locke, był wielkim autorytetem w swojej dziedzinie."
  131.     Richard podszedł do biurka i zobaczył znajdujący się tam list:
  132.  
  133.                     Magneburg, 19 Września
  134. Szanowny Williamie,
  135. Udało nam sie poczynić ogromne postępy dot. konstruckji czasu zaprzeszłego. Przysyłamy też listę wszystkich deklinacji, które udało nam się ustalić. Piszę w liczbie mnogiej, ponieważ pracujemy teraz we dwójkę. Dr Stone, który dopiero co obronił pracę doktorską za moją namową zainteresował się naszym szczytnym przedsięwzięciem.  Pracę nabierają tempa. Oczekuję jeszcze na pismo od prof. Chamberlaina, którego również miałeś przyjemność poznać. Dzięki Twojej przeszło dwuletniej pomocy, w ciągu niecałych następnych dwóch lat, powinniśmy zakończyć nasze badania. Ostatnio zjawili się tutaj Strażnicy i zapewnili, że nikt z zaangażowanych dotychczas nie ucierpiał, więc można już chyba spokojnie  uznać, że nie nadstawiamy karków. Może też rozważysz wzięcie sobie kogoś do pomocy? Nie podoba mi się tylko, że Strażnicy potrafią tak najść bez zapowiedzi. Pytają o postępy, czy proszą o kopię niektórych materiałów, zaś prośba  ta przypomina raczej żądanie. No cóż, pewnie mają swoje powody, a nam lepiej nie wchodzić im w drogę.
  136. Róbmy swoje, połowa pracy za nami.
  137. W oczekiwaniu na Twoją odpowiedź,    
  138. z poważeniem,
  139. Deckard Locke
  140.  
  141. -"Kim jest ten William"? - spytał książe.
  142. -"Nie wiemy, Panie. Nie zdołaliśmy tego jeszcze ustalić. Wszystko co tutaj miało miejsce musiało wydarzyć się zaledwie parę godzin temu. Ponieważ ofiary zajmowały się sprawą wiadomą, a wasza wysokość, byliście na miejscu postanowiłem was niezwłocznie poinformować."
  143.        Książę, nic nie mówiąc, schylił się, kierując się jakimś przeczuciem i ze sterty papierów wyciągnął i zaczął oglądać jakąś dużą kopertę.
  144.  
  145. -"Panie?" - spytał inspektor księcia, który, kierując się do drzwi,  bez słowa minąwszy go  wręczył mu, nie spojrzawszy nań, kopertę. Dwaj strażnicy, którzy tam stali natychmiast wyprostowali się na baczność.
  146. Tam stanąwszy w wejściu, nie odwracając się, następca tronu, rzekł:
  147. -"Jutro chcę dostać szczegółowy raport odnośnie śledztwa. Będę na pokładzie Victorii."
  148. -"A jeśli zjawią się Strażnicy?"
  149. -"Pora aby sobie przypomnieli kto tu rządzi. Przejmuję tę sprawę. Nie mają prawa zabrać stąd ani jednego dowodu rzeczowego." - po czym książę rozpłynął się w mroku korytarza po drugiej stronie drzwi.
  150. Inspektor spojrzał na kopertę: Na tylnej stronie widniał następujący adres nadawcy:
  151.  
  152. prof. William Whitemore,  katedra jezyków martwych
  153. Uniwerstet Wielki
  154.  Aleja Chwały  13
  155. Kiriandor
  156.  
  157.                 *     *    *
  158.     Alicja pędziła jak wicher ulicami miasta. Biegała wieczorami od kiedy pamiętała. Była szybka i zwinna niczym pantera, a każdy jej krok był niemal bezgłośny. Było już ciemno i pochmurno. Tylko w niektórych oknach paliły się światła. Domy tutaj miały nawet do trzech pięter a ulice były wąskie, ponure i pozbawione ruchu. Nowicjuszka przebiegła ostatnie kilkanaście metrów i stanęła u drzwi swojego domu, całkiem zdyszana i z rozpaloną do czerwoności twarzą. Otworzyła drzwi i weszła do sieni. Minąwszy ją stanęła przed starymi schodami prowadzącymi na piętro. Po prawej stronie znajdowały się  zamknięte, bardzo zniszczone drzwi do mieszkania Hildy, służącej, która dbała o ciepło w domu i porządek. Była 40 letnią wdową, samotnie wychowującą dwójkę dzieci. Alicji zdawało się, iż chyba była niegdyś ładną kobietą. Jednakże obecnie lata znoszenia trudów samotnego macierzyństwa w ubóstwie ,dawały w przedwczesnych zmarszczkach, zmęczonych oczach i nieco przygarbionej postawie o sobie znać.
  159.        W tej chwili nie dochodziły z mieszkania żadne dźwięki - dzieci pewnie spały, a z sobą samym rzadko kto prowadzi głośny dialog.
  160. Alicja chwilkę odczekała i poczęła wspinać się po schodach, które głośno skrzypiały nawet pod jej delikatnymi, miękko stawianymi stopami. Chociaż była bardzo zmęczona i zdyszana to była jednak młoda ,zdrowa, więc stanąwszy u drzwi na pierwszym piętrze oddech miała już w dużej mierze unormowany. Tam wyszukawszy  w kieszeniach stary zardzewiały kluczyk otworzyła drzwi  i przestąpiła próg swojego małego mieszkanka, które współdzieliła z siostrą Jennifer, którą wszyscy nazywali, w skrócie, „Jen”. Tej nie było jeszcze, miała bowiem pełnić dyżur w przytułku dla bezdomnych aż do godziny 10-ej. Mieszkanie składało się z pokoju-sypialni i małej łazienki. Było dość ciepło, bo służąca posiadawszy drugi klucz do mieszkania regularnie dokładała drewna do kominka. Alicja otworzyła żelazne drzwiczki i od ognia zapaliła przy pomocy długiego patyczka świeczkę, która postawiła na stoliku znajdującego się pomiędzy łóżkami obu sióstr zakonnych.
  161.     Chociaż bardzo jej się nie chciało, to pośpiesznie umyła się poczym przebrała w swoją ciepłą piżamę i zanurkowała pod dwie baardzo grube zimowe kołdry. Świeczkę zostawiło zapaloną aby dawała światło. Po krótkich poszukiwaniach w tym bezkresnym morzu pościeli, Kotek znalazła to czego brakowało: dużego  pluszowego misia, którego oddał jej pewien chłopiec z domu dziecka. Tak! Pewnego dnia zastał Alicję płaczącą tak przejmująco, a że skrycie bardzo ją kochał, w swojej wielkoduszności obdarował ją tym co było mu najdroższe : swoim pluszowym misiem, aby nigdy nie była sama. Alicja przyjęła ten piękny podarunek i spała z nim już dobre kilka lat. Był taki wytulony, wygnieciony, bez jednego oka,  wyliniały i w każdy inny sposób zużyty, że za kilka kolejnych lat można się było spodziewać, iż misiu misia przypominać nie będzie już wcale, jednak dla niej, pomimo całego swojego zużycia czy zniszczenia i jej dorosłego wieku, był wciąż ogromnym skarbem.
  162.    Tak teraz leżała i myślała o swoim życiu. Miała o czym myśleć. Postanowiła nie pytać arcykapłankę o zgodę odnośnie Alicji zaangażowania się w pracę pana Williama. Trochę gryzło ją sumienie i powtarzała sobie, że za jakiś czas, temat poruszy, ale póki co, już dwóch okazji ku temu nie wykorzystała.  Jutro po wykładach miała znów się stawić w gabinecie pana profesora i była tym bardzo podekscytowana. Z dwóch powodów. Pierwszym była fascynacja nowym językiem i całą tą tajemniczą otoczką, która spowijała całe to zadanie, drugim powodem zaś był sam Whitmore, który był pełen tajemnic. Posiadał wiele ksiąg- tytułów których na próżno szukała w Wielkiej Bibliotece, liczne mapy, oraz różne pamiątki ze swoich podróży, których musiał odbyć w życiu wiele. Co było ciekawe, różne osobliwe persony odwiedzały go w jego pracowni, opuszczając jego gabinet gdy Alicja stawiała się o oznaczonym czasie. Byli to nieraz, sądząc po stroju, podróżni z dalekich stron, a nader często krasnoludowie. Z niektórymi ze swoich gości żegnał się bardzo serdecznie, całkiem jak z rodziną, a przecież  nie był krasnoludem. Ale było coś jeszcze. Alicja mogła przysiąc, iż kilkakrotnie wyraźnie słyszała jak profesor z kimś rozmawia w swojej pracowni, prowadząc żywy dialog, jednak poza jego własnym głosem innego nie słyszała (chociaż czasami miała wrażenie, że jakiś cichutki głosik słyszy) i co ważniejsze, gdy otwierał jej drzwi, okazywało się, iż był w środku zupełnie sam!
  163. "Dziwna sprawa..." - pomyślała. U Alicji, jak u każdego kota, ciekawość stanowiła jej drugą naturą  i przez chwilę przeszedł jej przez głowę śmiały pomysł, aby zacząć szpiegować Williama. Jednak tak szybko jak koncept się zjawił, tak szybko sumienie Alicji wytknęło jej niegodziwość takiego czynu, który przecież nie przystoi przyszłej kapłance Sheili (jeśli w ogóle przystoi komukolwiek). Porzuciwszy zatem w swoim znużeniu ten zajmujący, ale i intelektualnie wymagający temat rozmyślań, młoda nowicjuszka  pozwoliła swoim myślom zboczyć na inne tory. Alicja, przytuliła misia i głęboko westchnęła, a jej odpływająca, balansująca między światem jawy a snu, świadomość powędrowała ku wspomnieniom, kiedy przez krótki okres czuła się bezpiecznie. Ku Ani. O tym, jak to było się przytulić i spać razem w ramionach, gdy koszmar straty rodziców w nocy powracał. "Och Aniu.." - pomyślała i jeszcze pocniej przycisnęłą przytulankę do piersi, a z jej oczu stoczyły się po wciąż jeszcze rozpalonych policzkach dwie duże łzy. Po chwili już spała.
  164.     Tymczasem na zewnątrz panowała cisza i spokój. Ciemne chmury mkneły przez niebo, pozostawiając jednak jego cześć odsłoniętą.
  165.       Nagle z cienia rzucanego przez komin jedne z domów, wyłonił się drugi dzień i począł pełznąć szybko, z niesamowitą zwinnością przemieścił się do krawędzi i potem zaś, w oka mgnieniu, po osiągnięciu 1 piętra, bez żadnej szkody dla jego właściciela zeskoczył na drogę i z ogromną prędkością przemierzył jej całą szerokość i znalazł się po drugiej stronie, tuż pod drzwiami prowadzącymi do klatki schodowe. Właściciel cienia, był ubrany w czarny płaszcz, twarz zaś skrywał kaptur. Cień na moment zamarł, jakby nasłuchując. Cisza. Dłoń nieznajomego wyłoniła sie z rękawa, a z wnętrza kaptura dało się usłyszeć szmer, niczym skandowanie po cichu zaklęcia. Na moment z dłoni błysnęła błyskawica i zamek ustąpił. Mroczne widmo natychmiast zniknęło w drzwiach. Pokonawszy schody szybkim, ale niemal bezgłośnym biegiem cień wyrósł przed wejściem do mieszkania nowicjuszki. I tym razem drzwi zostały podobnie sforsowane...Alicja poruszyła się w łóżku, ale nie obudziła się. Cień posuwał się naprzód aż zatrzymał się całkiem nad śpiącą dziewczyną. Przez chwilę panowała cisza, a powietrze stało się bardzo ciężkie. Nagle z w świetle księżyca błysnęło ostrze, które już po chwili zawisło nad dziewczyną. Akurat w tym momencie jej twarz w świetle padającym do pokoju stała się całkiem widoczna. W tym momencie sztylet upadł na ziemię, a postać cofnęła się ciężko do tyłu, prawie potykając się o własne nogi! Alicja rzuciła się w łóżku, po czym powoli otworzyła oczy i zobaczyła złowrogą  postać. Krzyknęła siadają i przyciskając kołdrę do piersi. Postać rzuciła się czym prędzej do ucieczki. Alicja zerwała się z łóżka i potknęła o upuszczony sztylet. Spojrzała na niego i podniosła, po czym, uczyniła coś czego by się po sobie nie spodziewała nigdy - rzuciła się w pogoń. Wybiegła boso na ulicę ubrana jedynie w swoją piżamę i zobaczyła postać jak już wspina się po ścianie przeciwlegle położonego domu. Alicja dobiegła i nie wahając się wdrapała z... porównywalną zwinnością na dach. Gdy stanęła na górze zobaczyła, ze postać stoi na końcu dachu i patrzy na nią.
  166. -Stój! - krzyknęła Alicja. Postać, ani myśląc usłuchać wezwania, przeskoczyła na drugi dach, kotka zaś za nią z ogromnym pędem, rozpędziwszy się na całym odcinku. Adrenalina sprawiła, ze nie czuła chłodu ani bólu nagich stóp. Ani lęku. Widmo, nie spodziewało się  tego i obie postaci stanęły twarzą w twarz w odległości zaledwie dziesięciu może metrów.
  167. - Kim jesteś i czemu chciałeś odebrać moje życie?! Czemu tego nie zrobiłeś?!- krzyknęła Alicja. Ku swojemu zdumienia postać nie była wyższa od niej i wydała się bardzo smukła, wręcz drobna. To jej dodało odwagi i rzuciła się na nią i oboje przewrócili się i zaczęli mocować. Przez moment wydawało się, że Alicja będzie górą, jednak jej przeciwnik nagle zamachnąwszy się prawą ręką uwolnił z dłoni jakiś dziwny złoty pył, który wywołał u dzielnej dziewczyny kaszel i utratę świadomości.
  168.     Alicja obudziła się w swoim łóżku. Była jeszcze noc.
  169. - Kolejny koszmar – pomyślała uspokajając się, i na pamięć o nim, sięgnęła odruchowo ręką do kieszeni płaszcza. Zamarła. Sztylet wciąż tam był. Zerwała się. Podeszła szybko od drzwi – były zamknięte tylko na klamkę – zamek był zniszczony. Alicja usiadła przy drzwiach i zaczęła płakać, nie wiedząc co czynić dalej.
  170. W takim stanie znalazła ją, o późnej godzinie, Jennifer, po czym obie wezwały pomoc. „Pomoc” zaś wezwała straż miejską. Obie nowicjuszki nie wiedziały, że cały ten czas obserwowała je zza okna malutka skrzydlata istota...
  171.  
  172.  
  173.                        *     *    *
  174.  - Dziękuję panienko. Straż miejska zajmie się tą sprawą. - odpowiedział sierżant Kane. Alicja, w towarzystwie Jen, wyszła z pokoju odprowadzona przez straż. W pokoju palił się kominek, ale nie dawał zbyt wiele światła i odleglejsze  narożniki pokoju spowijała ciemność. Na stole paliła się świeca. Obok znajdowała się większa sala z dużym  owalnym stołem, który służył do większych narad. Udekorowanie pokoju było skromne: poza tym, że w roku stała na stojaku zbroja,  na jednej ze ścian dość już zniszczony gobelin. Nad paleniskiem,  na kamiennym kominie, umocowane było godło miasta.
  175. Gdy 55 letni, mocno już siwawy, mężczyzna został sam, odezwał się:
  176. - I co dalej? To biedne dziecko jest w niebezpieczeństwie, a co gorsza nie udało się pochwycić tych co napadli na pana. Nie mamy nic.
  177. Z najciemniejszego narożnika pokoju wyłonił się William Whitmore. Ze swojego ukrycia przysłuchiwał się zeznaniom Alicji.  Po chwili milczenia, oglądając jakiś drobiazg, stojący na półeczce, przy kominku, zauważył:
  178. -  Wręcz przeciwnie. Wiemy, że morderca, który miał uśmiercić Alicję, z jakiś powodów się wycofał. Ba, nawet ją odniósł do jej mieszkania. Ciekawe, ciekawe...
  179.  
  180.     Alicji i Jen przydzielono oddzielny, mały pokój w koszarach, aby nie musiały wracać tej nocy do napadniętego mieszkania z wyłamanym zamkiem.  Tym czy klasztor wynajmie im inne mieszkanie, czy w ogóle, kogo o tym zajściu poinformują i jakie będą tego konsekwencje, postanowiły zająć się jutrzejszego dnia.
  181.      W kwaterze były  dwa  skrzypiące łóżka, małe okno, szafka i dywan ma podłodze.  Było dość zimno, pomimo że widziały, że na końcu korytarza znajdował się ogromny komin, który zaopatrywał swoim ciepłem pozostałe kwatery.  Jen widząc, że Alicja nie śpi, usiadła koło niej, na łóżku,  objęła ją i poczęła delikatnie przesuwać się palcami, niczym grzebieniem po jej czerwonych włosach. Na zewnątrz, za oknem, słychać było jakieś rozkazy i regularny tupot ciężkich butów – pewnie zmiana warty przy jednym z wejść.
  182. - Popełniłam chyba wielki błąd godząc się na pomoc panu profesorowi. - Powiedziała patrząc przed siebie Alicja.
  183. -Kiciuś, nie wiń się. To on powiedział tobie, że niczym nie ryzykujesz. To jego wina.
  184. -To prawda, ale ja mam swój rozum, a nawet nie poruszyłam tego z Arcykapłanką. Dostałam nauczkę, ale najgorsze jest to, że ty mogłaś paść ofiarą mojej głupoty. Nie wiem, czy powinnaś mi to, kiedykolwiek, wybaczyć...
  185. -Nasza religia uczy przede wszystkim przebaczania, moja droga. - To powiedziawszy posadziła sobie na kolanach Alicję i owinęła w jeden koc, który leżał na łóżku. Kotka przypomniała sobie, od razu Anię. Czemu to się powtarza? Poczuła mieszankę pragnienia bliskości i lęku, przed tym, że jej pragnienie jest złe, jak i lęk, wynikający z tego, że już jedną osobę, z którą była tak blisko (za blisko?), straciła.
  186. -Co się dzieje, Kiciu?
  187. -Nie mam mojego misia... - odpowiedziała, po czym urwała i zbladła, bo uświadomiła sobie, po co to powiedziała.
  188. -Tej nocy ja będę twoim misiem.
  189. Młode nowicjuszki zasnęły w swoich objęciach chłonąc swoją woń i słuchając bicia swoich serc. Alicji towarzyszyło temu wielkie poczucie winy, ale i jeszcze większe szczęście. Czuła, że czynią coś bardzo złego, pomimo że tylko się tuliły i nawet jeden, jedyny pocałunek nie miał miejsca. Ale też pragnęła tego i podporządkowała się inicjatywie Jen (ach, czy nie całkiem jak panu Whitmore'owi?). Kiedyś się nad tym zastanowi. Ale jeszcze nie dziś. Zresztą, to tylko zwykła czułość. Prawda...?
RAW Paste Data
We use cookies for various purposes including analytics. By continuing to use Pastebin, you agree to our use of cookies as described in the Cookies Policy. OK, I Understand
 
Top