Not a member of Pastebin yet?
Sign Up,
it unlocks many cool features!
- Eksperci śledzący sprawy irańskie wariant kurdyjski w wojnie Izraela i USA z Iranem przyjmują sceptycznie, niezależnie od sympatii do sprawy Kurdów. Ich walka z ajatollahami mogłaby pchnąć Iran w kryzys wewnętrzny i zaognić sytuację w regionie.
- Wojnę z ajatollahami mieliby pomóc wygrać Kurdowie. Taki był pomysł rządu Donalda Trumpa. Irańczycy nie posłuchali dotąd jego wezwania, by wzięli sprawy w swoje ręce i wykorzystali zamieszanie wynikające z amerykańskich i izraelskich nalotów. Bo nie jest żadną tajemnicą, że samymi samolotami, rakietami i bombami nie da się zmienić jakiegokolwiek reżimu. Potrzebny jest na miejscu ktoś, kto zdoła zastąpić dotychczasową władzę. Jeśli nie przekrój Irańczyków, to – taki jest amerykański zamiar – przynajmniej pod flagą jednej z czołowych grup etnicznych kraju, będącej częścią nawet ok. 40-milionowego narodu, największego bez własnego państwa.
- Irańscy Kurdowie stają przed dylematem dobrze znanym nad Wisłą: bić się czy nie bić? Niektórzy mają się rwać do walki, przynajmniej taką perspektywę przedstawiają rozmówcy telewizji CNN. W niedzielę, w drugim dniu wojny, Trump rozmawiał z przywódcami Kurdów w Iranie. Nad ich postawą od miesięcy pracowały władze Izraela. Dziś namawiają ich, by skorzystali z wyjątkowej okazji i pierwszego tak poważnego osłabienia systemu ajatollahów. Plan brzmi dość prosto. Izraelczycy i Amerykanie będą zbroić irańskich Kurdów z pomocą Kurdów z Iraku, broń podobno jest przerzucana co najmniej od czerwcowej wojny 12-dniowej, w której Izrael i Iran poszły na wymianę rakietowych ciosów, później do uderzenia w irańskie cele dołączyli jeszcze Amerykanie. Teraz izraelskie lotnictwo bombarduje irańskie posterunki na pograniczu, by ułatwić Kurdom działania.
- Zatem kurdyjscy powstańcy mieliby związać walką siły podległe dotychczasowej władzy. Zaabsorbują tych samych żołnierzy i funkcjonariuszy, którzy mogliby strzelać do nieuzbrojonych obywateli, demonstrantów protestujących na ulicach czy osób podejmujących akty obywatelskiego nieposłuszeństwa. Na zachodnim pograniczu Iranu, w pasie przyległym do Iraku, miałby powstać kontrolowany przez Kurdów przyczółek. Korzyścią dla Kurdów byłaby walka o własną sprawę. Stanowią do 15 proc. Irańskiego społeczeństwa. Owszem, walczyli z państwem, ale ostatnio trzy dekady temu i przez kilka lat. Spotyka ich dyskryminacja, język i tożsamość nie są uznawane. I oczywiście nie są z tego zadowoleni. Podczas niedawnych protestów Kurdowie zorganizowali strajki generalne w 39 miejscowościach irańskiego Kurdystanu.
- Tak zarysowany plan ma sporo raf. O ile bojownicy są przeszkoleni – m.in. przez Amerykanów, uczestniczyli w walkach z Państwem Islamskim – o tyle reszta Irańczyków nie jest uzbrojona. W przeciwieństwie do uzbrojonego po zęby i walczącego o przetrwanie systemu, który zachowuje monopol na przemoc i nie waha się jej brutalnie stosować. Demonstranci nie garną się na ulice, bo spodziewają się, że reżim będzie się bronił. Podczas niedawnych protestów można było się przekonać, jaką ma wprawę w masakrowaniu oponentów. I można przewidywać, że jeśli przeżyje obecną wojnę, to będzie się na pewno mścił na wszystkich tych, którzy próbowali mu zaszkodzić.
- Zwykłych obywateli do bohaterszczyzny nie zachęca i to, że wojna toczy się dość mgławicowym torem. Od strony technicznej idzie zgodnie ze sztuką, wywiady i armie Izraela i Stanów Zjednoczonych z dużą sprawnością realizują powierzone im zadania. Tyle że żołnierze, szpiedzy i analitycy są jedynie narzędziami w rękach polityków. Tymczasem ich intencje pozostają nieznane. Nie wskazują, jak długo ta wojna może potrwać. I przede wszystkim, co – izraelski premier i amerykański prezydent – potraktują jako sukces w tej wojnie. Amerykanie nie mówią też, jak długo będą potrzebować Kurdów. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że Trump konfliktem prędzej czy później się znuży i pozostawi Kurdów, by samotnie ścierali się reżimem.
- Eksperci śledzący sprawy irańskie wariant kurdyjski przyjmują sceptycznie, niezależnie od sympatii do sprawy Kurdów i ich bardzo trudnego położenia. Ostrzegają, że może to być sposób na pchnięcie Iranu w kryzys wewnętrzny, który może przerodzić się w dramat humanitarny. Tak poważny, że spora część 93-milionowego społeczeństwa zacznie myśleć o emigracji lub o ucieczce do krajów sąsiednich, jeśli sprawy przybiorą bardzo zły obrót. A to wcale nie koniec zmian, które w regionie może wywołać wzmocnienie potencjału Kurdów. Mogą jeszcze np. rozchybotać sytuację w Iraku, już i tak bardzo niestabilną. Oczywiście swoje w zdecydowanym stylu zgłosi Turcja, walcząca zaciekle z kurdyjskimi dążeniami do samodzielności.
- Podobne operacje były już ćwiczone wielokrotnie. Te z ostatnich dekad nie nastrajają optymistycznie. Za znaczną część obecnych problemów Syrii czy Libii stoją scenariusze szykowane teraz w Iranie. Jest też przykład Afganistanu, gdzie wspieranie różnych sił nie zapewniło stabilizacji. Sprzeczne mogą być wreszcie interesy Kurdów i reszty Irańczyków, którzy przyzwyczajeni są do bardzo silnej centralizacji państwa, osadzonej jeszcze w perskiej tradycji. Kurdowie mogą być więc zaczynem, ale do zmiany, która mogłaby rzeczywiście i może na lepsze odmienić Iran, potrzeba udziału grup, które nie będą kibicowały kurdyjskiej niezależności.
Advertisement
Add Comment
Please, Sign In to add comment