SHARE
TWEET

sienku 3

a guest Oct 21st, 2019 78 Never
Not a member of Pastebin yet? Sign Up, it unlocks many cool features!
  1.  Oczy zwrocily sie ku niemu jakby w oczekiwaniu slow pokrzepienia i nadziei, on zas przezegnawszy zgromadzenie poczal mowic glosem spiesznym i prawie do krzyku zblizonym: - Zalujcie za grzechy wasze, albowiem chwila nadeszla. Oto na miasto zbrodni i rozpusty, oto na nowy Babilon Pan spuscil plomien niszczacy. Wybila godzina sadu, gniewu i kleski... Pan zapowiedzial przyjscie i wraz ujrzycie Go! Ale nie przyjdzie juz jako Baranek, ktory ofiarowal krew za grzechy wasze, jeno jako sedzia straszliwy, ktory w sprawiedliwosci swej pograzy w otchlan grzesznych i niewiernych... Biada swiatu i biada grzesznym, albowiem nie bedzie juz dla nich milosierdzia... Widze Cie, Chryste! Gwiazdy spadaja deszczem na ziemie, slonce sie zacmiewa, ziemia otwiera sie w przepasci i zmarli powstaja, a Ty idziesz wsrod dzwieku trab i zastepow aniolow, wsrod gromow i grzmotow. Widze i slysze Cie, o Chryste! Tu umilkl i podnioslszy twarz zdawal sie wpatrywac w cos dalekiego i strasznego. A wtem w podziemiu ozwal sie gluchy grzmot, jeden, drugi i dziesiaty. To w plonacym miescie cale ulice przepalonych domow jely sie walic z loskotem. Lecz wiekszosc chrzescijan wziela owe odglosy za widoma oznake, iz straszliwa godzina nastaje, albowiem wiara w rychle powtorne przyjscie Chrystusa i w koniec swiata byla i tak miedzy nimi rozpowszechniona, teraz zas wzmocnil ja jeszcze pozar miasta. Totez trwoga Boza ogarnela zgromadzenie. Liczne glosy poczely powtarzac: "Dzien sadu!... Oto idzie!" Niektorzy zakrywali dlonmi twarze w przekonaniu, ze wnet ziemia zatrzesie sie w posadach i z jej czelusci wyjda bestie piekielne, by rzucic sie na grzesznych. Inni wolali: "Chryste, zmiluj sie! Odkupicielu, badz milosciw!..." - inni wyznawali glosno grzechy, inni na koniec rzucali sie sobie w objecia, by w przerazajacej chwili miec jakies bliskie serca przy sobie. Lecz byli i tacy, ktorych twarze, jakby wniebowziete, pelne nadziemskich usmiechow, nie okazywaly trwogi. W kilku miejscach rozlegla sie glosa: to ludzie w uniesieniu religijnym poczeli wykrzykiwac niezrozumiale slowa w niezrozumialych jezykach. Ktos z ciemnego kata pieczary zawolal: "Zbudz sie, ktory spisz!" Nad wszystkim gorowal krzyk Kryspa: "Czuwajcie! Czuwajcie!" Chwilami jednak zapadalo milczenie, jak gdyby wszyscy, zatrzymujac dech w piersiach, czekali na to, co sie stanie. A wowczas slychac bylo daleki grzmot zapadajacych sie w gruzy dzielnic, po ktorym odzywaly sie znow jeki, modlitwy, glosy i wolania: "Odkupicielu, zmiluj sie!" Chwilami Kryspus zabieral glos i krzyczal: "Wyrzeczcie sie dobra ziemskiego, albowiem wkrotce nie stanie wam ziemi pod nogami! Wyrzeczcie sie ziemskich milosci, albowiem Pan zatraci tych, ktorzy wiecej niz Jego milowali zony i dzieci. Biada temu, kto umilowal stworzenie wiecej niz Stworzyciela! Biada moznym! Biada zbytkownikom! Biada rozpustnym! Biada mezowi, niewiescie i dziecku!..." Nagle silniejszy od poprzednich huk wstrzasnal kamieniolomem. Wszyscy padli na ziemie, wyciagajac ramiona w krzyz, aby ksztaltem tym bronic sie od zlych duchow. Nastala cisza, w ktorej slychac tylko bylo przyspieszone oddechy, pelne przerazenia szepty: "Jezus, Jezus, Jezus!", i gdzieniegdzie placz dzieci. A wtem ponad ta lezaca czernia ludzka jakis spokojny glos rzekl: - Pokoj z wami! Byl to glos Piotra Apostola, ktory przed chwila wszedl do pieczary. Na dzwiek jego slow strach przeszedl w jednej chwili, jak przechodzi strach trzody, miedzy ktora zjawil sie pasterz. Ludzie popodnosili sie z ziemi, blizsi poczeli garnac sie do jego kolan, jakby szukajac pod jego skrzydlami opieki, on zas wyciagnal nad nimi rece i mowil: - Czemu trwozycie sie w sercach? Kto z was odgadnie, co go moze spotkac, zanim godzina nadejdzie? Pan pokaral ogniem Babilon, ale nad wami, ktorych obmyl chrzest i ktorych grzechy odkupila krew Baranka, bedzie milosierdzie Jego i pomrzecie z imieniem Jego na ustach waszych. Pokoj z wami! Po groznych i niemilosiernych slowach Kryspa slowa Piotrowe spadly jak balsam na obecnych. Zamiast trwogi Bozej owladnela dusze milosc Boza. Ludzie ci odnalezli takiego Chrystusa, jakiego pokochali z opowiadan apostolskich, a zatem nie bezlitosnego sedziego, ale slodkiego i cierpliwego Baranka, ktorego milosierdzie stokroc przewyzszalo zlosc ludzka. Uczucie ulgi ogarnelo cale zgromadzenie i otucha w polaczeniu z wdziecznoscia dla Apostola przepelnila serca. Glosy z roznych stron poczely wolac: "My owce twoje, pas nas!" Blizsi zas mowili: "Nie opuszczaj nas w dniu kleski!" I klekali u jego kolan, co widzac Winicjusz zblizyl sie, chwycil kraj jego plaszcza i pochyliwszy glowe rzekl: - Panie, poratuj mnie! Szukalem jej w dymie pozaru i w tloku ludzkim, a nigdzie znalezc nie moglem, ale wierze, ze ty mozesz mi ja wrocic. Piotr zas polozyl mu reke na glowie. - Ufaj - rzekl - i pojdz za mna. Miasto plonelo ciagle. Wielki Cyrk zapadl w gruzy, potem zas w dzielnicach, ktore pierwsze zaczely plonac, zapadaly cale zaulki i ulice. Po kazdym takim upadku slupy plomienia wzbijaly sie przez chwile az pod niebo. Wiatr zmienial sie i wial teraz z niezmierna sila od strony morza, niosac na Caelius, na Esquilinus i na Viminalis fale ognia, glowni i wegli. Pomyslano juz jednak o ratunku. Z rozkazu Tygellina, ktory trzeciego dnia nadbiegl z Ancjum, poczeto burzyc domy na Eskwilinie, aby ogien trafiwszy na puste miejsca zgasl sam przez sie. Byl to jednak czczy ratunek, przedsiewziety dla ocalenia resztek miasta, albowiem o ocaleniu tego, co juz plonelo, nie bylo co i myslec. Nalezalo przy tym zapobiegac i dalszym nastepstwom kleski. Wraz z Rzymem ginely niezmierne bogactwa, ginelo cale mienie jego mieszkancow, tak ze wokol murow koczowaly teraz setki tysiecy samych nedzarzy. Drugiego juz dnia glod poczal doskwierac tej cizbie ludzkiej, niezmierne bowiem zapasy zywnosci nagromadzone w miescie gorzaly z nim razem, w powszechnym zas zamecie i rozprzezeniu urzedow nikt dotad nie pomyslal, aby sprowadzic nowe. Dopiero po przybyciu Tygellina poszly do Ostii odpowiednie rozkazy, ale tymczasem ludnosc poczela przybierac coraz grozniejsza postawe. Dom przy Aqua Appia, w ktorym tymczasowo zamieszkal Tygellinus, otaczaly tlumy kobiet krzyczac od rana do poznej nocy: "Chleba i dachu!" Prozno pretorianie, sprowadzeni z wielkiego obozu lezacego miedzy Via Salaria a Nomentana, usilowali utrzymac jaki taki lad. Tu i owdzie stawiano im otwarcie zbrojny opor, gdzie indziej bezbronne gromady wskazujac na palace sie miasto wolaly: "Mordujcie nas wobec tego ognia!" Zlorzeczono cezarowi, augustianom, pretorianskim zolnierzom i wzburzenie roslo z kazda godzina tak, ze Tygellinus, spogladajac noca na tysiace ognisk rozlozonych naokol miasta, mowil sobie, ze to sa ogniska nieprzyjacielskich obozow. Z rozkazu jego sprowadzono procz maki jak najwieksza ilosc gotowych chlebow, ktore sciagnieto nie tylko z Ostii, ale ze wszystkich miast i wsi okolicznych, lecz gdy pierwsze przesylki nadeszly noca do Emporium, lud odbil glowna brame od strony Awentynu i rozerwal w mgnieniu oka zapasy, powodujac straszliwe zamieszanie. Przy blasku luny walczono o bochenki, ktorych mnostwo wdeptano w ziemie. Maka z porozrywanych workow pokryla jakby sniegiem cala przestrzen od spichrzow az do luku Drususa i Germanika i rozruch trwal dopoty, dopoki zolnierze nie obsadzili wszystkich budynkow i nie poczeli odpedzac tlumow za pomoca strzal i pociskow. Nigdy od czasu najscia Galow pod Brennusem nie spotkala Rzymu podobna kleska. Porownywano tez z rozpacza oba te pozary. Ale wowczas ostal sie przynajmniej Kapitol. Obecnie i Kapitol otoczony byl straszliwym wiencem ognia. Marmury nie palily sie wprawdzie plomieniem, ale nocami, gdy wiatr na chwile rozchylal plomienie, widac bylo szeregi kolumn gornej swiatyni Jowisza, rozpalone i swiecace rozowo na ksztalt zarzacych sie wegli. Wreszcie za czasow Brennusa Rzym posiadal ludnosc karna, jednolita, przywiazana do miasta i oltarzy, obecnie zas naokol murow plonacego grodu koczowaly tlumy roznojezyczne, zlozone w wiekszej czesci z niewolnikow i wyzwolencow, rozhukane, niesforne i gotowe pod naciskiem nedzy zwrocic sie przeciw wladzy i miastu. Lecz sam ogrom pozaru, napelniajac serca przerazeniem, obezwladnial do pewnego stopnia tluszcze. Za kleska ognia mogla przyjsc kleska glodu i chorob, albowiem na domiar nieszczescia nastaly straszne lipcowe upaly. Powietrzem, rozpalonym od ognia i slonca, niepodobna bylo oddychac. Noc nie tylko nie przynosila ulgi, ale stawala sie pieklem. W dzien odkrywal sie przerazajacy i zlowrogi widok. W srodku olbrzymie miasto na wzgorzach, zmienione w huczacy wulkan, naokol zas, az do Gor Albanskich, jedno nieprzejrzane koczowisko, zlozone z bud, namiotow, szalasow, wozow, taczek, noszy, kramow, ognisk, przesloniete dymem, kurzawa, oswiecone rudymi promieniami slonca przechodzacego przez pozoge, pelne gwaru, krzykow, grozb, nienawisci i strachu, potworny wyraj mezczyzn, kobiet i dzieci. Wsrod Kwirytow Grecy, kudlate jasnookie ludy Polnocy, Afrowie i Azjaci; wsrod obywateli niewolnicy, wyzwolency, gladiatorowie, kupcy, rzemieslnicy, chlopi i zolnierze, prawdziwe morze ludzkie oblewajace wyspe ognia. Rozmaite wiesci poruszaly tym morzem jak wiatr prawdziwa fala. Byly pomyslne i niepomyslne. Opowiadano o niezmiernych zapasach zboza i odziezy, ktore mialy nadejsc do Emporium i byc rozdawane darmo. Mowiono rowniez, ze z rozkazu cezara prowincje w Azji i Afryce zostana zlupione ze wszystkich bogactw, skarb zas, zebrany tym sposobem, bedzie rozdzielony miedzy mieszkancow Rzymu, tak aby kazdy mogl sobie wybudowac dom wlasny. Lecz jednoczesnie puszczano i takie nowiny, ze wody zostaly w wodociagach zatrute i ze Nero chce zniszczyc miasto i wygubic co do nogi mieszkancow, aby przeniesc sie do Grecji lub Egiptu i stamtad wladac swiatem. Kazda wiesc rozbiegala sie z szybkoscia blyskawicy i kazda znajdowala wiare wsrod tluszczy, powodujac wybuchy nadziei albo gniewu, strachu lub wscieklosci. Wreszcie jakas goraczka opanowala te tysiace koczownikow. Wiara chrzescijan, iz koniec swiata przez ogien jest bliski, szerzyla sie i miedzy wyznawcami bogow z kazdym dniem coraz bardziej. Ludzie wpadali w odretwienie lub szalenstwo. Wsrod oblokow, oswieconych przez lune, widziano bogow przypatrujacych sie zagubie ziemi i wyciagano do nich rece o litosc lub przeklinano ich. Tymczasem zolnierze, wspomagani przez pewna liczbe mieszkancow, burzyli wciaz domy na Eskwilinie, na Caelius, a takze i na Zatybrzu, ktore wskutek tego w znacznej czesci ocalalo. Lecz w samym miescie plonely nieprzebrane skarby, nagromadzone przez wieki zwyciestw, bezcenne dziela sztuki, wspaniale swiatynie i najdrozsze pamiatki rzymskiej przeszlosci i rzymskiej slawy. Przewidywano, ze z calego miasta ocaleje zaledwie kilka polozonych na krancach dzielnic i ze setki tysiecy ludzi pozostanie bez dachu. Inni rozszerzali jednakze wiesc, ze zolnierze burza domy nie dla zatamowania ognia, ale dlatego, aby nic nie zostalo z miasta. Tygellin blagal w kazdym liscie, by cezar przyjechal i obecnoscia swa uspokoil zrozpaczony lud. Lecz Nero ruszyl sie dopiero wowczas, gdy plomienie ogarnely "domus transitoria", i spieszyl sie, aby nie stracic chwili, w ktorej pozoga doszla do najwyzszej potegi. Ogien tymczasem dosiegnal do Via Nomentana, a od niej, wraz ze zmiana wiatru, zwrocil sie ku Via Lata i ku Tybrowi, okrazyl Kapitol, rozlal sie po Forum Boarium i niszczac wszystko, co w pierwszym pedzie pominal, zblizyl sie znow do Palatynu. Tygellinus, zebrawszy wszystkie sily pretorianow, slal gonca za goncem do zblizajacego sie cezara z oznajmieniem, ze nic nie straci ze wspanialosci widowiska, albowiem pozoga wzmogla sie jeszcze. Lecz Nero chcial przybyc w nocy, aby tym lepiej nasycac sie obrazem ginacego miasta. W tym celu zatrzymal sie w okolicach Aqua Albana i wezwawszy do namiotu tragika Aliturusa ukladal z pomoca jego postawe, twarz, wejrzenie i uczyl sie odpowiednich ruchow, spierajac sie z nim zawziecie, czy przy slowach: "O swiety grodzie, ktorys sie wydawal trwalszym od Idy" - ma podniesc do gory obie rece, czy tez trzymajac w jednej forminge opuscic ja wzdluz ciala, a podniesc tylko druga. I pytanie to wydawalo mu sie w tej chwili wazniejszym od wszystkich innych. Wyruszywszy wreszcie o zmierzchu, zasiegal jeszcze rady Petroniusza, czy by w wierszu poswieconym klesce nie umiescic kilku wspanialych bluznierstw przeciw bogom i czy by takowe, biorac ze stanowiska sztuki, nie musialy same przez sie wyrwac sie z ust w podobnym polozeniu czlowiekowi tracacemu ojczyzne. Kolo polnocy zblizyl sie wreszcie do murow wraz ze swym poteznym dworem, zlozonym z calych zastepow dworzan, senatorow, rycerzy, wyzwolencow, niewolnikow, kobiet i dzieci. Szesnascie tysiecy pretorianow, ustawionych w szyku bojowym po drodze, czuwalo nad spokojem i bezpieczenstwem jego wjazdu, utrzymujac zarazem w odpowiedniej odleglosci wzburzony lud. Lud przeklinal wprawdzie, krzyczal i gwizdal na widok orszaku, ale nie smial na niego uderzyc. W wielu miejscach ozwaly sie jednak i oklaski, dawane przez halastre, ktora nie posiadajac nic, nic tez nie utracila w pozarze, a spodziewala sie hojniejszego niz zwykle rozdawnictwa zboza, oliwy, odziezy i pieniedzy. Wreszcie zarowno okrzyki i gwizdania, jak i oklaski zgluszyl odglos trab i rogow, w ktore kazal dac Tygellin. Nero po przebyciu bramy Ostyjskiej zatrzymal sie na chwile i rzekl: "Bezdomny wladca bezdomnego ludu, gdziez zloze na noc nieszczesna swa glowe!", po czym przeszedlszy Clivus Delphini wstapil po przygotowanych dla siebie schodach na wodociag Appijski, a za nim augustianie i chor spiewakow niosacych cytry, lutnie i inne narzedzia muzyczne. I wszyscy zatrzymali dech w piersiach, czekajac, czy nie wypowie jakich wielkich slow, ktore dla wlasnego bezpieczenstwa nalezalo zapamietac. Lecz on stal uroczysty, niemy, przybrany w purpurowy plaszcz i wieniec ze zlotych laurow, wpatrujac sie w rozszalala potege plomieni. Gdy Terpnos podal mu zlota lutnie, wzniosl oczy ku oblanemu luna niebu, jakby czekajac natchnienia. Lud wskazywal go z dala rekoma, oblanego krwawym blaskiem. W oddali syczaly weze plomieni i plonely odwieczne, najswietsze zabytki: plonela swiatynia Herkulesa, ktora wzniosl Ewander, i swiatynia Jowisza Statora, i swiatynia Luny, zbudowana jeszcze przez Serwiusza Tuliusza, i dom Numy Pompiliusza, i przybytek Westy z penatami ludu rzymskiego; w grzywach plomieni ukazywal sie czasem Kapitol, plonela przeszlosc i dusza Rzymu, on zas, cezar, stal z lutnia w reku, z twarza tragicznego aktora i z mysla nie o ginacej ojczyznie, ale o postawie i patetycznych slowach, ktorymi by najlepiej wielkosc kleski mogl oddac, obudzic najwiekszy podziw i najgoretsze zyskac oklaski. Nienawidzil tego miasta, nienawidzil jego mieszkancow, kochal tylko swe piesni i wiersze; wiec radowal sie w sercu, ze wreszcie ujrzal tragedie podobna do tej, ktora opisywal. Wierszorob czul sie szczesliwy, deklamator czul sie natchniony, poszukiwacz wzruszen poil sie straszliwym widowiskiem i z rozkosza myslal, ze nawet zaglada Troi niczym byla w porownaniu z zaglada tego olbrzymiego grodu. Czegoz mogl jeszcze zadac? Oto Rzym, Rzym swiatowladny, plonie, a on stoi na lukach wodociagu, ze zlota lutnia w reku, widny, purpurowy, podziwiany, wspanialy i poetyczny. Gdzies tam ponizej, w mroku, szemrze i burzy sie lud! Ale niech szemrze. Wieki uplyna, tysiace lat przejdzie, a ludzie beda pamietali i slawili tego poete, ktory w taka noc spiewal upadek i pozar Troi. Czymze wobec niego Homer? Czym sam Apollo ze swoja drazona forminga? Tu podniosl rece i uderzywszy w struny ozwal sie slowy Priama: - O gniazdo ojcow moich, o kolebko droga!... Glos jego na otwartym powietrzu, przy huku pozaru i przy dalekim gwarze tysiacznych tlumow, wydawal sie dziwnie nikly, drzacy i slaby, a dzwiek wtoru brzmial jak brzeczenie muchy. Lecz senatorowie, urzednicy i augustianie, zebrani na wodociagu, pochylili glowy sluchajac w milczacym zachwycie. On zas spiewal dlugo i nastrajal sie coraz zalosniej. W chwilach gdy przestawal dla nabrania tchu, chor spiewakow powtarzal ostatnie wiersze, po czym znow Nero zrzucal wyuczonym od Aliturusa ruchem z ramienia tragiczna "syrme", uderzal w struny i spiewal dalej. Skonczywszy wreszcie ulozona poprzednio piesn poczal improwizowac szukajac wielkich porownan w widoku, ktory sie przed nim roztaczal. I twarz poczela mu sie mienic. Nie wzruszyla go wprawdzie zaglada ojczystego miasta, ale upoil sie i wzruszyl patosem wlasnych slow do tego stopnia, ze nagle upuscil z brzekiem lutnie pod stopy i owinawszy sie w "syrme" pozostal jak skamienialy, podobny do jednego z tych posagow Niobidow, ktore zdobily dziedziniec Palatynu. Po krotkiej chwili milczenia zawrzala burza oklaskow. Lecz z oddali odpowiedzialo mu wycie tlumow. Teraz nikt juz tam nie watpil, ze to cezar rozkazal spalic miasto, by sobie wyprawic widowisko i spiewac przy nim piesni. Nero uslyszawszy ow krzyk setek tysiecy glosow zwrocil sie do augustianow ze smutnym, pelnym rezygnacji usmiechem czlowieka, ktorego krzywdza, i rzekl: - Oto, jak Kwiryci umieja cenic mnie i poezje. - Lotry! - odpowiedzial Watyniusz - kaz, panie, uderzyc na nich pretorianom. Nero zwrocil sie do Tygellina: - Czy moge liczyc na wiernosc zolnierzy? - Tak, boski! - odpowiedzial prefekt. Lecz Petroniusz wzruszyl ramionami. - Na ich wiernosc, lecz nie na ich liczbe - rzekl. - Zostan tymczasem tu, gdzie jestes, bo tu najbezpieczniej, a ten lud trzeba uspokoic. Tego zdania byl i Seneka, i konsul Licyniusz. Tymczasem w dole wzburzenie roslo. Lud zbroil sie w kamienie, w dragi od namiotow, w deski z wozow i taczek i w rozmaite zelaziwo. Po niejakim czasie kilku z przywodcow kohort przyszlo z oznajmieniem, ze pretorianie, napierani przez tlumy, zachowuja z najwiekszym wysileniem linie bojowa i nie majac rozkazu uderzenia nie wiedza, co czynic. - Bogowie! - rzekl Nero - co za noc! Z jednej strony pozar, z drugiej rozhukane morze ludu. I poczal szukac dalej wyrazen, ktore by najwspanialej mogly okreslic niebezpieczenstwo chwili, lecz widzac naokol twarze blade i niespokojne spojrzenia, zlakl sie takze. - Dajcie mi ciemny plaszcz z kapturem! - zawolal. - Czyby naprawde mialo przyjsc do bitwy? - Panie - odpowiedzial niepewnym glosem Tygellin - ja zrobilem wszystko, co moglem, ale niebezpieczenstwo jest grozne... Przemow, panie, do ludu i poczyn mu obietnice. - Cezar mialby przemawiac do tluszczy? Niech to uczyni inny w moim imieniu. Kto sie tego podejmie? - Ja! - odrzekl spokojnie Petroniusz. - Idz, przyjacielu! Tys mi najwierniejszy w kazdej potrzebie... Idz i nie szczedz obietnic. Petroniusz zwrocil sie do orszaku z twarza niedbala i szydercza. - Senatorowie tu obecni - rzekl - a oprocz nich Pizo, Nerwa i Senecjo pojada za mna. Po czym zszedl z wolna z wodociagu, owi zas, ktorych wezwal, szli za nim nie bez wahania, ale z pewna otucha, ktora napelnial ich jego spokoj. Petroniusz, stanawszy u stop arkad, kazal sobie podac bialego konia i siadlszy na niego pojechal na czele towarzyszy przez glebokie szeregi pretorianskie ku czarnej, wyjacej tluszczy, bezbronny, majac w reku cienka laske z kosci sloniowej, ktora sie zwykle podpieral. I przyjechawszy tuz, wparl konia w tlumy. Naokol, przy swietle pozogi widac bylo wzniesione rece zbrojne we wszelakiego rodzaju bron, rozpalone oczy, spotniale twarze i ryczace, zapienione wargi. Rozszalala fala wnet otoczyla jego i orszak, za nia widac bylo istotnie jakby morze glow, ruchome, kotlujace sie, straszne. Wrzaski wzmogly sie jeszcze i zmienily sie w nieludzki ryk; dragi, widly, a nawet i miecze chwialy sie nad glowa Petroniusza, drapiezne rece wyciagaly sie ku cuglom jego konia i ku niemu, lecz on wjezdzal coraz glebiej, zimny, obojetny, pogardliwy. Chwilami uderzal laska po glowach najzuchwalszych, tak jakby torowal sobie droge w zwyklym scisku, i ta jego pewnosc, ten spokoj zdumiewaly jednakze rozhukana tluszcze. Poznano go wreszcie i liczne glosy poczely wolac: - Petroniusz! Arbiter elegantiarum! Petroniusz!... - Petroniusz! - zabrzmialo ze wszystkich stron. I w miare jak powtarzano to imie, twarze naokol stawaly sie mniej grozne, a wrzaski mniej wsciekle, albowiem ow wykwintny patrycjusz, jakkolwiek nigdy nie zabiegal o laski ludu, byl jednak jego ulubiencem. Uchodzil za czlowieka ludzkiego i hojnego, a popularnosc jego wzrosla zwlaszcza od czasu sprawy Pedaniusza Sekunda, w ktorej przemawial za zlagodzeniem okrutnego wyroku skazujacego na smierc wszystkich niewolnikow prefekta. Szczegolniej tlumy niewolnikow kochaly go odtad taka niepohamowana miloscia, jaka ludzie pognebieni i nieszczesni zwykli milowac tych, ktorzy okazuja im choc troche wspolczucia. Procz tego w chwili obecnej dolaczyla sie i ciekawosc, co powie wyslannik cezara, nikt bowiem nie watpil, ze cezar wyslal go umyslnie. On zas, zdjawszy z siebie swa biala, obramowana szkarlatnym szlakiem toge, podniosl ja w gore i poczal nia wywijac nad glowa na znak, ze chce przemowic. - Milczec! Milczec! - wolano ze wszystkich stron. Po chwili uciszylo sie istotnie. Wowczas wyprostowal sie na koniu i poczal mowic donosnym, spokojnym glosem: - Obywatele! Niech ci, ktorzy mnie uslysza, powtorza slowa moje tym, ktorzy stoja dalej, wszyscy zas niechaj sie zachowuja jak ludzie, nie jak zwierzeta w arenach. - Sluchamy! Sluchamy!... - Zatem sluchajcie. Miasto zostanie odbudowane. Ogrody Lukulla, Mecenasa, Cezara i Agrypiny beda dla was otwarte! Od jutra rozpocznie sie rozdawnictwo zboza, wina i oliwy, tak aby kazdy mogl napelnic brzuch az do gardla! Potem cezar wyprawi wam igrzyska, jakich swiat nie widzial dotad, przy ktorych czekaja was uczty i dary. Bogatsi bedziecie po pozarze jak przed pozarem! Odpowiedzial mu pomruk, ktory rozchodzil sie tak od srodka na wszystkie strony, jak rozchodza sie fale na wodzie, w ktora rzucil ktos kamien: to blizsi powtarzali dalszym jego slowa. Potem tu i owdzie ozwaly sie okrzyki gniewne lub potakujace, ktore zmienily sie wreszcie w jeden powszechny, olbrzymi wrzask: - Panem et circenses!... Petroniusz owinal sie w toge i przez czas jakis sluchal nieruchomy, podobny w swej bialej odziezy do marmurowego posagu. Wrzask wzrastal, gluszyl odglosy pozaru, odzywal sie ze wszystkich stron i z coraz wiekszych glebin, lecz wyslannik widocznie mial jeszcze cos do powiedzenia, albowiem czekal. I wreszcie, nakazawszy znow wzniesiona reka milczenie, zawolal: - Obiecuje wam panem et circenses, a teraz wydajcie okrzyk na czesc cezara, ktory was karmi, odziewa, po czym idz spac, holoto, albowiem niedlugo switac zacznie. To rzeklszy zwrocil konia i uderzajac z lekka laska po glowach i twarzach tych, ktorzy mu stali na drodze, odjechal z wolna do pretorianskich szeregow. Po chwili byl pod wodociagiem. Na gorze zastal niemal poploch. Nie zrozumiano tam okrzyku: "Panem et circenses", i sadzono, ze to jest nowy wybuch wscieklosci. Nie spodziewano sie nawet, by Petroniusz mogl sie uratowac, totez Nero ujrzawszy go przybiegl az do schodow i z twarza pobladla ze wzruszenia poczal pytac: - I coz? Co sie tam dzieje? Czy juz bitwa? Petroniusz nabral powietrza w pluca, odetchnal gleboko i odrzekl: - Na Polluksa! Poca sie i cuchna! Niech mi kto poda epilimme, bo zemdleje. Po czym zwrocil sie do cezara. - Obiecalem im - rzekl - zboze, oliwe, otwarcie ogrodow i igrzyska. Ubostwiaja cie znowu i wrzeszcza spierzchlymi wargami na twoja czesc. Bogowie, jaki ten plebs ma nieprzyjemny zapach! - Pretorianow mialem gotowych - zawolal Tygellin - i gdybys ich nie uspokoil, krzykacze umilkliby na wieki. Szkoda, cezarze, iz mi nie pozwoliles uzyc sily. Petroniusz popatrzyl na mowiacego, wzruszyl ramionami i rzekl: - To jeszcze nie stracone. Moze bedziesz jej musial uzyc jutro. - Nie, nie - rzekl cezar. - Kaze im otworzyc ogrody i rozdawac zboze. Dzieki ci, Petroniuszu! Igrzyska wyprawie, a te piesn, ktora wam spiewalem dzisiaj, odspiewam publicznie. To rzeklszy polozyl reke na ramieniu Petroniusza, chwile milczal, a na koniec, ochlonawszy, zapytal: - Powiedz szczerze: jak ci sie wydalem, gdym spiewal? - Byles godnym widoku, jak widok byl godnym ciebie - odpowiedzial Petroniusz. Po czym zwrocil sie do pozaru. - Ale przypatrzmy sie jeszcze - rzekl - i pozegnajmy sie ze starym Rzymem. Slowa Apostola wlaly ufnosc w dusze chrzescijan. Koniec swiata wydawal im sie zawsze bliskim, poczeli jednak wierzyc, ze straszliwy sad nie nastapi natychmiast i ze przedtem jeszcze zobacza moze koniec panowania Nerona, ktore uwazali za panowanie Antychrysta, i kare Boska na wolajace o pomste jego zbrodnie. Pokrzepieni wiec w sercach, poczeli rozchodzic sie po ukonczeniu modlow z podziemia i wracac do swych tymczasowych schronisk, a nawet i na Zatybrze, gdyz przyszly wiesci, ze ogien, podlozony w kilkunastu miejscach, zwrocil sie wraz ze zmiana wiatru znow ku rzece i strawiwszy tu i owdzie, co mogl strawic, przestal sie szerzyc. Apostol w towarzystwie Winicjusza i idacego za nimi Chilona opuscil rowniez podziemie. Mlody trybun nie smial mu przerywac modlitwy, wiec czas jakis szedl w milczeniu, oczyma tylko blagajac litosci i drzac z niepokoju. Lecz wiele osob przychodzilo jeszcze calowac rece i kraj odziezy Apostola, matki wyciagaly ku niemu dzieci, inni klekali w ciemnym, dlugim przejsciu i podnoszac w gore kaganki prosili o blogoslawienstwo; inni wreszcie idac w pobok spiewali, tak ze nie bylo chwili sposobnej ni na zapytanie, ni na odpowiedz. Tak bylo i w wawozie. Dopiero gdy wyszli na wolniejsza przestrzen, z ktorej widac juz bylo plonace miasto, Apostol przezegnawszy je trzykrotnie, zwrocil sie do Winicjusza i rzekl: - Nie trwoz sie. Blisko stad jest chata fossora, w ktorej znajdziemy Ligie z Linusem i z wiernym jej sluga. Chrystus, ktory ci ja przeznaczyl, zachowal ja dla ciebie. A Winicjusz zachwial sie i wsparl reka o skale. Droga z Ancjum, wypadki pod murami, poszukiwanie Ligii wsrod goracych dymow, bezsennosc i straszny niepokoj o nia wyczerpaly jego sily, a reszty ich pozbawila go wiadomosc, ze ta najdrozsza mu w swiecie glowa jest blisko i ze za chwile ja ujrzy. Ogarnelo go nagle oslabienie tak wielkie, ze osunal sie do nog Apostola i objawszy jego kolana pozostal tak, nie mogac slowa przemowic. Apostol zas broniac sie od podzieki i czci rzekl: - Nie mnie, nie mnie, lecz Chrystusowi! - Co za walne bostwo! - ozwal sie z tylu glos Chilona. - Ale nie wiem, co mam czynic z mulami, ktore tu czekaja opodal. - Wstan i pojdz ze mna - rzekl Piotr biorac za reke mlodego czlowieka. Winicjusz wstal. Przy swietle luny widac bylo lzy sciekajace mu po pobladlej ze wzruszenia twarzy. Usta trzesly sie mu, jakby sie modlil. - Pojdzmy - rzekl. Lecz Chilon znow powtorzyl: - Panie, co mam robic z mulami, ktore czekaja? Moze by ten godny prorok wolal jechac niz isc. Winicjusz sam nie wiedzial, co odpowiedziec, lecz uslyszawszy od Piotra, ze chata kopacza lezy tuz, odrzekl: - Odprowadz muly do Makryna. - Wybacz, panie, ze ci przypomne dom w Amerioli. Wobec tego okropnego pozaru latwo zapomniec o rzeczy tak drobnej. - Dostaniesz go. - O wnuku Numy Pompiliusza, bylem zawsze pewny, ale teraz, gdy obietnice uslyszal i ten wielkoduszny Apostol, nie przypominam ci nawet tego, ze przyrzekles mi i winnice. Pax vobiscum. Ja cie odnajde, panie. Pax vobiscum. Oni zas odpowiedzieli: - I z toba. Po czym zawrocili obaj na prawo ku wzgorzom. Po drodze Winicjusz rzekl: - Panie! Obmyj mnie woda chrztu, abym mogl sie nazwac prawdziwym wyznawca Chrystusa, gdyz miluje Go ze wszystkich sil duszy mojej. Obmyj mnie predko, bom w sercu juz gotow. I co mi przykaze, to uczynie, ale ty mi powiedz, co bym mogl nadto uczynic. - Miluj ludzi jak braci swoich - odpowiedzial Apostol - bo tylko miloscia mozesz Mu sluzyc. - Tak! Ja to juz rozumiem i czuje. Dzieckiem bedac wierzylem w bogow rzymskich, alem ich nie kochal, a tego Jedynego kocham, tak, ze oddalbym za Niego z radoscia zycie. I poczal patrzec w niebo, powtarzajac z uniesieniem: - Bo On jeden jest! Bo On jeden dobry i milosierny! Wiec niechby nie tylko ginelo to miasto, ale swiat caly, Jemu jednemu bede swiadczyl i Jego wyznawal! - A On bedzie blogoslawil tobie i twemu domowi - zakonczyl Apostol. Tymczasem skrecili w inny wawoz, na ktorego koncu widac bylo mdle swiatelko. Piotr ukazal na nie reka i rzekl: - Oto chata kopacza, ktory dal nam schronienie, gdy wrociwszy z chorym Linusem z Ostrianum, nie moglismy sie przedostac na Zatybrze. Po chwili doszli. Chata byla raczej jaskinia wydrazona w zalomie gory, ktora od zewnatrz zamknieto sciana ulepiona z gliny i trzcin. Drzwi byly zamkniete, ale przez otwor, ktory zastepowal okno, widac bylo oswiecone ogniskiem wnetrze. Jakas ciemna, olbrzymia postac podniosla sie na spotkanie przybylych i poczela pytac: - Kto jestescie? - Sludzy Chrystusa - odrzekl Piotr. - Pokoj z toba, Ursusie. Ursus pochylil sie do nog Apostola, po czym poznawszy Winicjusza chwycil w kostce jego reke i podniosl ja do ust. - I ty, panie? - rzekl. - Blogoslawione niech bedzie imie Baranka za radosc, jaka sprawisz Kallinie. To rzeklszy otworzyl drzwi i weszli. Chory Linus lezal na peku slomy z twarza wychudla i zoltym jak kosc sloniowa czolem. Obok ogniska siedziala Ligia trzymajac w reku peczek malych ryb, nanizanych na sznurek i przeznaczonych widocznie na wieczerze. Zajeta zdejmowaniem ryb ze sznurka i w przekonaniu, ze to wchodzi Ursus, nie podniosla wcale oczu. Lecz Winicjusz zblizyl sie i wymowiwszy jej imie wyciagnal ku niej rece. Wowczas podniosla sie szybko: blyskawica zdumienia i radosci przemknela po jej twarzy i bez slowa, jak dziecko, ktore po dniach trwogi i kleski odzyskuje ojca lub matke, rzucila sie w jego otwarte ramiona. On zas objal ja i czas jakis przyciskal do piersi, rowniez z takim uniesieniem, jakby cudownie uratowana. Wiec nastepnie rozplotlszy ramiona wzial w rece jej skronie, calowal czolo, oczy, i znow ja obejmowal, powtarzal jej imie, potem schylal sie do jej kolan i do dloni, wital ja, wielbil, czcil. Radosc jego nie miala wprost granic, jak jego milosc i szczescie. Wreszcie poczal jej opowiadac, jak przylecial z Ancjum, jak szukal jej pod murami i wsrod dymow, w domu Linusa, ile sie namartwil i natrwozyl, i ile wycierpial, zanim Apostol wskazal mu jej schronienie. - Lecz teraz - mowil - gdym cie odnalazl, ja cie tu nie zostawie wobec tego ognia i rozszalalych tlumow. Ludzie tu morduja sie pod murami, burza sie i lupia niewolnicy. Bog jeden wie, jakie jeszcze kleski moga spasc na Rzym. Ale ja ocale ciebie i was wszystkich. O droga moja!... Czy chcecie jechac ze mna do Ancjum? Tam siadziemy na statek i poplyniemy do Sycylii. Ziemie moje to wasze ziemie, domy moje to wasze domy. Sluchaj mnie! W Sycylii odnajdziesz Aulusow, wroce cie Pomponii i wezme cie potem z jej rak. Wszak ty, o carissima, nie lekasz sie juz mnie wiecej. Chrzest jeszcze mnie nie obmyl, ale o to zapytaj Piotra, czym mu przed chwila, idac do ciebie, nie rzekl, ze chce byc prawdziwym wyznawca Chrystusa, i czym go nie prosil, by mnie ochrzcil, chocby w tej chacie fossora. Zaufaj mi i zaufajcie mi wszyscy. Ligia sluchala z rozjasniona twarza tych slow. Wszyscy tu, przedtem z powodu przesladowan ze strony Zydow, a obecnie z powodu pozaru i zametu wywolanego przez kleske, zyli istotnie w ciaglej niepewnosci i trwodze. Wyjazd do spokojnej Sycylii polozylby koniec wszystkim niepokojom, a zarazem otworzyl nowa epoke szczescia w ich zyciu. Gdyby Winicjusz chcial przy tym zabrac tylko sama Ligie, zapewne oparlaby sie pokusie nie chcac porzucac Piotra Apostola i Linusa, ale Winicjusz mowil przecie im: "Jedzcie ze mna! Ziemie moje to wasze ziemie, domy moje to wasze domy!" Wiec pochyliwszy sie do jego reki, by ja ucalowac na znak posluszenstwa, rzekla: - Twoje ognisko moim. Po czym zawstydzona, ze wymowila slowa, ktore wedle rzymskiego zwyczaju powtarzaly tylko oblubienice przy slubie, oblala sie rumiencem i stala w blasku ognia, ze spuszczona glowa, niepewna, czy jej nie wezma ich za zle. Lecz we wzroku Winicjusza malowalo sie tylko bezgraniczne uwielbienie. Zwrocil sie nastepnie do Piotra i poczal znow mowic: - Rzym plonie z rozkazu cezara. Juz w Ancjum skarzyl sie, ze nie widzial nigdy wielkiej pozogi. Ale jesli nie cofnal sie przed taka zbrodnia, pomyslcie, co sie jeszcze stac moze. Kto wie, czy sciagnawszy wojska nie kaze wymordowac mieszkancow. Kto wie, jakie nastapia proskrypcje, kto wie, czy po klesce pozaru nie nastapi kleska wojny domowej, mordow i glodu? Chroncie sie wiec i chronmy Ligie. Tam przeczekacie burze w spokoju, a gdy przeminie, wrocicie znowu siac ziarno wasze. Na zewnatrz, od strony Ager Vaticanus, jakby na potwierdzenie obaw Winicjusza ozwaly sie jakies odlegle krzyki, pelne wscieklosci i przerazenia. W tej chwili nadszedl takze kamieniarz, wlasciciel chaty, i zamknawszy pospiesznie drzwi zawolal: - Ludzie morduja sie kolo cyrku Nerona. Niewolnicy i gladiatorowie uderzyli na obywateli. - Slyszycie? - rzekl Winicjusz. - Dopelnia sie miara - rzekl Apostol - i kleski beda jako morze nieprzebrane. Po czym zwrocil sie do Winicjusza i wskazujac na Ligie rzekl: - Wez te dzieweczke, ktora ci Bog przeznaczyl, i ocal ja, a Linus, ktory jest chory, i Ursus niechaj odjada z wami. Lecz Winicjusz, ktory pokochal Apostola cala sila swej niepohamowanej duszy, zawolal: - Przysiegam ci, nauczycielu, iz cie tu nie zostawie na zgube. - I poblogoslawi cie Pan za twoja chec - odrzekl Apostol - ale zali nie slyszales, ze Chrystus trzykroc powtorzyl mi nad jeziorem: "Pas baranki moje!" Winicjusz umilkl. - Wiec jesli ty, ktoremu nikt nie powierzyl pieczy nade mna, mowisz, ze mnie tu nie zostawisz na zgube, jakze chcesz, abym ja odbiezal trzody mojej w dniu kleski? Gdy byla burza na jeziorze i gdysmy sie trwozyli w sercach, On nie opuscil nas, jakoz wiec ja, sluga, nie mam isc za przykladem Pana mojego? Wtem Linus podniosl swa wychudla twarz i zapytal: - A jakoz ja, namiestniku Panski, nie mam isc za przykladem twoim? Winicjusz poczal wodzic reka po glowie, jakby walczyl ze soba lub bil sie z myslami, po czym chwyciwszy Ligie za reke rzekl glosem, w ktorym drgala energia rzymskiego zolnierza: - Sluchajcie mnie, Piotrze, Linusie i ty, Ligio! Mowilem, co mi nakazal moj ludzki rozum, ale wy macie inny, ktory nie wlasnego bezpieczenstwa patrzy, jeno przykazan Zbawiciela. Tak! Jam tego nie rozumial i zbladzilem, bo z oczu moich nie zdjete jeszcze bielmo i dawna natura odzywa sie we mnie. Ale ze miluje Chrystusa i chce byc Jego sluga, przeto, choc mi tu o cos wiecej niz o wlasna glowe chodzi, klekam oto przed wami i przysiegam, ze i ja spelnie przykazanie milosci i nie opuszcze braci moich w dniu kleski. To rzeklszy kleknal i nagle ogarnelo go uniesienie: oczy i rece wzniosl w gore i poczal wolac: - Zali rozumiem Cie juz, o Chryste? Zalim Cie godzien? Rece drzaly mu, oczy rozblysly lzami, cialem wstrzasal dreszcz wiary i milosci, Piotr zas Apostol wzial gliniana amfore z woda i zblizywszy sie do niego rzekl uroczyscie: - Oto cie chrzcze w imie Ojca i Syna, i Ducha, amen! Wowczas uniesienie religijne ogarnelo wszystkich obecnych. Zdalo im sie, ze izba napelnia sie jakims swiatlem nadziemskim, ze slysza jakas nadziemska muzyke, ze skala jaskini otwiera sie nad ich glowami, ze z nieba splywaja roje aniolow, a hen, w gorze, widac krzyz i przebite rece blogoslawiace. Tymczasem zewnatrz rozlegaly sie krzyki walczacych ludzi i huk plomieni gorzejacego miasta. Obozowiska ludzkie rozlozyly sie we wspanialych ogrodach cezara, dawnych Domicji i Agrypiny, na polu Marsowym, w ogrodach Pompejusza, Salustiusza i Mecenasa. Pozajmowano portyki, budynki przeznaczone na gre w pilke, rozkoszne domy letnie i szopy zbudowane dla zwierzat. Pawie, flamingi, labedzie i strusie, gazele i antylopy z Afryki, jelenie i sarny, sluzace za ozdobe ogrodow, poszly pod noz tluszczy. Zywnosc poczeto sprowadzac z Ostii tak obficie, ze po tratwach i roznorodnych statkach mozna bylo przechodzic z jednej strony Tybru na druga, jak po moscie. Rozdawano zboze po nieslychanie niskiej cenie trzech sestercyj, a ubozszym calkiem darmo. Sciagnieto niezmierne zapasy wina, oliwy i kasztanow; z gor przypedzano codziennie stada wolow i owiec. Nedzarze, kryjacy sie przed pozarem w zaulkach Subury i przymierajacy w zwyklych czasach glodem, zyli obecnie lepiej niz poprzednio. Grozba glodu zostala stanowczo usunieta, natomiast trudniej bylo zapobiec rozbojom, grabiezy i naduzyciom. Koczujace zycie zapewnialo bezkarnosc rzezimieszkom, tym bardziej ze glosili sie wielbicielami cezara i nie zalowali mu oklaskow, gdziekolwiek sie ukazal. Gdy przy tym urzedy sila rzeczy byly zawieszone, a zarazem braklo na miejscu i dostatecznej sily zbrojnej, ktora moglaby swawoli zapobiec, w miescie, zamieszkalym przez mety calego owczesnego swiata, dzialy sie rzeczy przechodzace wyobraznie ludzka. Co noc zdarzaly sie bitwy, morderstwa, porywania kobiet i pacholat. Przy Porta Mugionis, gdzie byl postoj dla przypedzanych z Kampanii stad, przychodzilo do walk, w ktorych ginely setki ludzi. Co rano brzegi Tybru roily sie od utopionych cial, ktorych nikt nie grzebal, a ktore gnijac szybko wskutek upalow, zwiekszonych jeszcze pozarem, napelnialy powietrze smrodliwymi wyziewami. W obozowiskach wszczely sie choroby i lekliwsi przewidywali wielka zaraze. A miasto plonelo ciagle. Szostego dopiero dnia pozar trafiwszy na puste przestrzenie Eskwilinu, na ktorych zburzono umyslnie ogromna ilosc domow, poczal slabnac. Lecz stosy gorejacego wegla swiecily jeszcze tak mocno, ze lud nie chcial wierzyc, by to byl juz koniec kleski. Jakoz siodmej nocy pozar wybuchnal z nowa sila w budynkach Tygellina, dla braku jednak strawy trwal juz krotko. Tylko przepalone domy zapadaly sie jeszcze tu i owdzie, wyrzucajac w gore weze plomieni i slupy skier. Lecz z wolna zarzace sie w glebi zgliszcza poczely czerniec po wierzchu. Niebo po zachodzie slonca przestalo swiecic krwawa luna i tylko podczas nocy na rozleglym czarnym pustkowiu skakaly blekitne jezyki, wydobywajace sie ze stosow wegla. Z czternastu dzielnic Rzymu pozostaly zaledwie cztery, liczac w to i Zatybrze, reszte pozarly plomienie. Gdy wreszcie spopielaly stosy wegla, widac bylo, poczawszy od Tybru az do Eskwilinu, ogromna przestrzen siwa, smutna, umarla, na ktorej sterczaly szeregi kominow na ksztalt kolumn grobowych na cmentarzu. Miedzy tymi kolumnami snuly sie we dnie posepne gromady ludzi, poszukujacych to drogich rzeczy, to kosci drogich osob. Nocami psy wyly na popieliskach i zgliszczach dawnych domow. Cala hojnosc i pomoc, jaka cezar okazal ludowi, nie powstrzymala zlorzeczen i wzburzenia. Zadowolony byl tylko tlum rzezimieszkow, zlodziei i bezdomnych nedzarzy, ktory mogl do woli jesc, pic i rabowac. Ale ludzie, ktorzy potracili najblizsze istoty i mienie, nie dali sie zjednac ni otwarciem ogrodow, ni rozdawnictwem zboza, ni obietnica igrzysk i darow. Nieszczescie bylo zbyt wielkie i zbyt nieslychane. Innych, w ktorych tlila sie jeszcze jakas iskra milosci do miasta-ojczyzny, przywodzila do rozpaczy wiesc, ze stara nazwa "Roma" ma zniknac z powierzchni ziemi i ze cezar ma zamiar wzniesc z popiolow nowe miasto pod nazwa Neropolis. Fala niecheci wzbierala i rosla z dniem kazdym i mimo pochlebstw augustianow, mimo klamstw Tygellina Nero, wrazliwy, jak zaden z poprzednich cezarow, na laske tlumow, z trwoga rozmyslal, ze w gluchej walce na smierc i zycie, jaka prowadzil z patrycjuszami i senatem, moze mu zbraknac podpory. Sami augustianie nie mniej byli zaniepokojeni, gdyz kazde jutro moglo im przyniesc zaglade. Tygellin zamyslal o sprowadzeniu kilku legii z Azji Mniejszej; Watyniusz, ktory smial sie nawet wowczas, gdy go policzkowano, stracil humor. Witeliusz stracil apetyt. Inni naradzali sie miedzy soba, jak odwrocic niebezpieczenstwo, nikomu bowiem nie bylo tajnym, ze gdyby jaki wybuch zmiotl cezara, to z wyjatkiem moze Petroniusza ani jeden z augustianow nie uszedlby z zyciem. Ich to przecie wplywom przypisywano szalenstwa Nerona, ich podszeptom wszystkie zbrodnie, jakie spelnil. Nienawisc przeciw nim byla niemal silniejsza niz przeciw niemu. Poczeli wiec wysilac glowy, jak by zrzucic z siebie odpowiedzialnosc za spalenie miasta. Ale chcac ja zrzucic z siebie, nalezalo oczyscic od posadzen i cezara, inaczej bowiem nikt by nie uwierzyl, ze nie byli sprawcami kleski. Tygellin naradzal sie w tym celu z Domicjuszem Afrem, a nawet z Seneka, chociaz go nienawidzil. Poppea rozumiejac rowniez, ze zguba Nerona bylaby wyrokiem i na nia, zasiegala zdania swych powiernikow i kaplanow hebrajskich, przypuszczano bowiem powszechnie, ze od lat kilku wyznawala wiare w Jehowe. Nero wynajdowal sposoby na swoja reke, czesto straszne, czesciej jeszcze blazenskie, i na przemian to wpadal w strach, to bawil sie jak dziecko, przede wszystkim jednak wyrzekal. Pewnego razu w ocalonym z pozaru domu Tyberiusza trwala dluga i bezskuteczna narada. Petroniusz byl zdania, zeby poniechawszy klopotow jechac do Grecji, a nastepnie do Egiptu i Azji Mniejszej. Podroz byla przecie zamierzona od dawna, po co wiec ja odkladac, gdy w Rzymie i smutno, i niebezpiecznie. Cezar przyjal rade z zapalem, lecz Seneka pomyslawszy chwile rzekl: - Pojechac latwo, ale wrocic byloby potem trudniej. - Na Herakla! - odpowiedzial Petroniusz. - Wrocic mozna by na czele legii azjatyckich. - Tak uczynie! - zawolal Nero. Ale Tygellinus poczal sie sprzeciwiac. Nie umial sam nic wynalezc i gdyby pomysl Petroniusza przyszedl mu do glowy, oglosilby go niewatpliwie jako zbawczy, chodzilo mu jednak o to, by Petroniusz nie okazal sie powtornie jedynym czlowiekiem, ktory w ciezkich chwilach potrafi wszystko i wszystkich ocalic. - Sluchaj mnie, boski! - rzekl - rada jest zgubna! Zanim dojedziesz do Ostii, rozpocznie sie wojna domowa; kto wie, czy kto z zyjacych jeszcze pobocznych potomkow boskiego Augusta nie oglosi sie cezarem, a wowczas co uczynimy, jesli legie stana po jego stronie? - Uczynimy to - odrzekl Nero - iz przedtem postaramy sie, aby zbraklo potomkow Augusta. Niewielu juz ich jest, wiec uwolnic sie od nich latwo. - Uczynic to mozna, ale czy tylko o nich chodzi? Ludzie moi, nie dawniej jak wczoraj, slyszeli w tlumie, ze cezarem powinien byc taki maz jak Trazeasz. Nero przygryzl wargi. Po chwili jednak wzniosl oczy w gore i rzekl: - Nienasyceni i niewdzieczni. Maja dosc zboza i wegli, na ktorych moga piec placki, czegoz chca wiecej? Na to Tygellinus rzekl: - Zemsty. Nastalo milczenie. Nagle cezar wstal, podniosl reke do gory i poczal deklamowac: Serca zemsty wolaja, a zemsta ofiary. Po czym zapomniawszy o wszystkim, zawolal z rozjasniona twarza: - Niech mi podadza tabliczki i styl, abym ten wiersz zapisal. Nigdy Lukan nie ulozyl podobnego. Czyscie uwazali, zem znalazl go w mgnieniu oka? - O, niezrownany! - ozwalo sie kilka glosow. Nero zapisal wiersz i rzekl: - Tak! Zemsta chce ofiary. Po czym powiodl wzrokiem po otaczajacych: - A gdyby puscic wiesc, ze to Watyniusz kazal podpalic miasto, i poswiecic go gniewowi ludu? - O boski! Kimze ja jestem? - zawolal Watyniusz. - Prawda! Trzeba kogos wiekszego od ciebie... Witeliusza?... Witeliusz pobladl, lecz poczal sie smiac. - Moj tluszcz - odrzekl - moglby chyba na nowo rozniecic pozar. Ale Nero mial co innego na mysli, szukal bowiem w duszy ofiary, ktora by naprawde mogla zaspokoic gniew ludu, i znalazl ja. - Tygellinie - rzekl po chwili - ty spaliles Rzym! Po zgromadzonych przebiegl dreszcz. Zrozumieli, ze cezar tym razem przestal zartowac i ze nadchodzi chwila brzemienna w wypadki. A twarz Tygellina skurczyla sie jak paszcza psa gotowego kasac. - Spalilem Rzym z twego rozkazu - rzekl. I poczeli patrzec na siebie jak dwa demony. Nastala taka cisza, ze slychac bylo brzek much przelatujacych przez atrium. - Tygellinie - ozwal sie Nero - czy ty mnie kochasz? - Ty wiesz, panie. - Poswiec sie dla mnie! - Boski cezarze - odrzekl Tygellinus - czemu mi podajesz slodki napoj, ktorego mi nie wolno do ust podniesc? Lud szemrze i burzy sie, czy chcesz, by poczeli burzyc sie i pretorianie? Poczucie grozy scisnelo serca obecnych. Tygellinus byl prefektem pretorii i slowa jego mialy wprost znaczenie grozby. Sam Nero zrozumial to i twarz jego oblekla sie bladoscia. Wtem wszedl Epafrodyt, wyzwoleniec cezara, z oznajmieniem, ze boska Augusta zyczy sobie widziec Tygellina, albowiem ma u siebie ludzi, ktorych prefekt powinien wysluchac. Tygellin sklonil sie cezarowi i wyszedl z twarza spokojna i pogardliwa. Oto, gdy chciano go uderzyc, pokazal zeby; dal do zrozumienia, kim jest, i znajac tchorzostwo Nerona byl pewien, ze ow wladca swiata nigdy nie powazy sie podniesc przeciw niemu reki. Nero zas siedzial przez chwile w milczeniu, lecz widzac, ze obecni oczekuja od niego jakiegos slowa, rzekl: - Wyhodowalem weza na lonie. Petroniusz wzruszyl ramionami, jakby chcial powiedziec, ze takiemu wezowi nietrudno urwac glowe. - Co powiesz? Mow, radz! - zawolal Nero ujrzawszy jego ruch. - Tobie jednemu ufam, bo ty masz wiecej rozumu od nich wszystkich i kochasz mnie! Petroniusz mial juz na ustach: "Mianuj mnie prefektem pretorii, a ja wydam ludowi Tygellina i uspokoje w jednym dniu miasto". Lecz wrodzone mu lenistwo przemoglo. Byc prefektem znaczylo wlasciwie dzwigac na barkach osobe cezara i tysiace spraw publicznych. I po co mu ten trud? Zali nie lepiej czytywac w rozkosznej bibliotece wiersze, ogladac wazy i posagi lub trzymajac na lonie boskie cialo Eunice przebierac palcami w jej zlotych wlosach i schylac usta do jej koralowych ust. Wiec rzekl: - Ja radze jechac do Achai. - Ach - odpowiedzial Nero - czekalem od ciebie czegos wiecej. Senat mnie nienawidzi. Gdy wyjade, ktoz mi zareczy, czy nie zbuntuja sie przeciw mnie i nie oglosza kogo innego cezarem? Lud byl mi dawniej wierny, ale dzis pojdzie za nimi... Na Hades! Gdyby ten senat i ten lud mial jedna glowe!... - Pozwol powiedziec sobie, o boski, ze chcac zachowac Rzym, trzeba zachowac choc kilku Rzymian - rzekl z usmiechem Petroniusz. Lecz Nero poczal narzekac: - Co mi po Rzymie i Rzymianach! Sluchano by mnie w Achai. Tu otacza mnie tylko zdrada. Wszyscy mnie opuszczaja! I wy gotowiscie mnie zdradzic! Wiem to, wiem!... Wy ani pomyslicie, co powiedza o was potomne wieki, gdy opuscicie takiego artyste jak ja. Tu nagle uderzyl sie w czolo i zawolal: - Prawda!... Wsrod tych trosk zapominam i ja, kim jestem. To rzeklszy zwrocil sie do Petroniusza z twarza calkiem juz rozjasniona. - Petroniuszu - rzekl - lud szemrze, ale gdybym wzial lutnie i wyszedl z nia na pole Marsowe, gdybym zaspiewal mu te piesn, ktora spiewalem wam w czasie pozaru, czy sadzisz, ze nie wzruszylbym go mym spiewem, jak niegdys Orfeusz wzruszal dzikie zwierzeta? Na to Tuliusz Senecjo, ktoremu pilno bylo wrocic do swoich niewolnic przywiezionych z Ancjum i ktory niecierpliwil sie od dawna, rzekl: - Bez watpienia, cezarze, gdyby ci pozwolili rozpoczac. - Jedzmy do Hellady! - zawolal z niechecia Nero. Lecz w tej chwili weszla Poppea, a za nia Tygellinus. Oczy obecnych zwrocily sie mimo woli ku niemu, nigdy bowiem zaden tryumfator nie wjezdzal z taka duma na Kapitol, z jaka on stanal przed cezarem. Po czym jal mowic z wolna i dobitnie, glosem, w ktorym byl jakby zgrzyt zelaza: - Wysluchaj mnie, cezarze, albowiem moge ci powiedziec: znalazlem! Ludowi potrzeba zemsty i ofiary, ale nie jednej, lecz setek i tysiecy. Zalis ty kiedy slyszal, panie, kto byl Chrestos, ten przez Poncjusza Pilata ukrzyzowan? I czy wiesz, kto sa chrzescijanie? Zalim ci nie mowil o ich zbrodniach i bezecnych obrzedach, o przepowiedniach, iz ogien przyniesie koniec swiatu? Lud nienawidzi ich i podejrzewa. Nikt ich nie widzial w swiatyniach, albowiem bogow naszych poczytuja za zle duchy; nie masz ich w Stadium, bo pogardzaja gonitwami. Nigdy dlonie zadnego chrzescijanina nie uczcily cie oklaskiem. Nigdy zaden nie uznal cie za boga. Nieprzyjaciolmi sa rodu ludzkiego, nieprzyjaciolmi miasta i twymi. Lud szemrze przeciw tobie, ale nie tys mi, cezarze, kazal spalic Rzym i nie ja go spalilem... Lud pragnie zemsty, niech ja ma. Lud pragnie krwi i igrzysk, niech je ma. Lud podejrzewa ciebie, niech jego podejrzenia zwroca sie w inna strone. Nero sluchal z poczatku ze zdumieniem. Lecz w miare slow Tygellina aktorska twarz jego poczela sie zmieniac i przybierac na przemian wyraz gniewu, zalu, wspolczucia, oburzenia. Nagle powstal i zrzuciwszy z siebie toge, ktora splynela mu do stop, wyciagnal obie rece w gore i przez chwile pozostal tak w milczeniu. Wreszcie ozwal sie glosem tragika: - Zeusie, Apollinie, Hero, Atene, Persefono i wy wszyscy niesmiertelni bogowie, czemuscie nie przyszli nam w pomoc? Co to nieszczesne miasto uczynilo tym okrutnikom, ze je tak nieludzko spalili? - Nieprzyjaciolmi sa rodu ludzkiego i twymi - rzekla Poppea. A inni poczeli wolac: - Uczyn sprawiedliwosc! Ukarz podpalaczy! Sami bogowie chca pomsty. On zas siadl, spuscil glowe na piersi i znow milczal, jakby niegodziwosc, o ktorej uslyszal, ogluszyla go. Lecz po chwili potrzasnal rekoma i ozwal sie: - Jakiez kary i jakiez meki godne sa takiej zbrodni?... Ale bogi mnie natchna i z pomoca poteg Tartaru dam biednemu ludowi memu takie widowisko, ze przez wieki bedzie mnie wspominal z wdziecznoscia. Czolo Petroniusza pokrylo sie nagle chmura. Pomyslal o niebezpieczenstwie, jakie zawisnie nad Ligia, nad Winicjuszem, ktorego kochal, i nad wszystkimi tymi ludzmi, ktorych nauke odrzucal, ale o ktorych niewinnosci byl przekonany. Pomyslal rowniez, ze rozpocznie sie jedna z takich krwawych orgii, jakich nie znosily jego oczy estety. Lecz przede wszystkim mowil sobie: "Musze ratowac Winicjusza, ktory oszaleje, jesli tamta dziewczyna zginie", i ten wzglad przewazyl wszystkie inne, Petroniusz rozumial bowiem dobrze, ze poczyna gre tak niebezpieczna jak nigdy w zyciu. Poczal wszelako mowic swobodnie i niedbale, jak mowil zwykle, gdy krytykowal lub wysmiewal nie dosc estetyczne pomysly cezara i augustianow: - A wiec znalezliscie ofiary! Dobrze! Mozecie je poslac na areny lub przybrac w "bolesne tuniki". Rowniez dobrze! Ale posluchajcie mnie. Macie wladze, macie pretorianow, macie sile, badzcie zatem szczerzy przynajmniej wowczas, gdy nikt was nie slyszy. Oszukujcie lud, ale nie siebie samych. Wydajcie ludowi chrzescijan, skazcie ich, na jakie chcecie meki, miejcie jednak odwage powiedziec sobie, ze nie oni spalili Rzym!... Phy! Nazywacie mnie arbitrem elegancji, wiec oswiadczam wam, ze nie znosze nedznych komedii. Phy! Ach, jak to wszystko przypomina mi budy teatralne kolo Porta Asinaria, w ktorych aktorowie graja dla uciechy przedmiejskiej gawiedzi bogow i krolow, a po przedstawieniu popijaja cebule kwasnym winem lub dostaja baty. Badzcie naprawde bogami i krolami, bo mowie wam, ze mozecie sobie na to pozwolic. Co do ciebie, cezarze, groziles nam sadem wiekow potomnych, ale pomysl, ze one wydadza wyrok i o tobie. Na boska Klio! Nero, wladca swiata, Nero, bog, spalil Rzym, bo byl tak poteznym na ziemi jak Zeus w Olimpie. Nero, poeta, kochal tak poezje, ze poswiecil dla niej ojczyzne! Od poczatku swiata nikt nic podobnego nie uczynil, na nic podobnego sie nie wazyl. Zaklinam cie w imie dziewieciu Libetryd, nie wyrzekaj sie takiej slawy, bo oto piesni o tobie beda brzmialy do skonczenia wiekow. Czymze przy tobie bedzie Priam, czym Agamemnon, czym Achilles, czym sami bogowie? Mniejsza, czy spalenie Rzymu jest rzecza dobra, ale jest wielka i niezwykla! A przy tym mowie ci, ze lud nie podniesie na ciebie dloni! To nieprawda! Miej odwage! Strzez sie postepkow niegodnych ciebie, bo tobie grozi tylko to, ze potomne wieki moga powiedziec: "Nero spalil Rzym, ale jako maloduszny cezar i maloduszny poeta, wyparl sie wielkiego czynu ze strachu i zrzucil wine na niewinnych!" Slowa Petroniusza czynily zwykle silne na Neronie wrazenie, lecz tym razem sam Petroniusz nie ludzil sie, rozumial bowiem, iz to, co mowi, jest srodkiem ostatecznym, ktory moze wprawdzie w szczesliwym wypadku uratowac chrzescijan, ale jeszcze lacniej moze zgubic jego samego. Nie zawahal sie jednak, gdyz szlo mu zarazem o Winicjusza, ktorego kochal, i o hazard, ktorym sie bawil. "Kosci sa rzucone - mowil sobie - i zobaczymy, o ile w malpie strach o wlasna skore przewazy nad miloscia dla slawy". I w duszy nie watpil, ze jednak przewazy strach. Tymczasem po slowach jego zapadlo milczenie. Poppea i wszyscy obecni patrzyli jak w tecze w oczy Nerona, ow zas poczal podnosic wargi w gore, zblizajac je do samych nozdrzy, jak zwykl byl czynic, gdy nie wiedzial, co poczac. Wreszcie zaklopotanie i niechec odbily sie widocznie na jego twarzy. - Panie - zawolal widzac to Tygellinus - pozwol mi odejsc, bo gdy chca wystawic na zgube twa osobe, a przy tym zwa cie malodusznym cezarem, malodusznym poeta, podpalaczem i komediantem, uszy moje nie moga zniesc takich slow. "Przegralem" - pomyslal Petroniusz. Lecz zwrociwszy sie do Tygellina zmierzyl go wzrokiem, w ktorym byla pogarda wielkiego pana i wykwintnego czlowieka dla nedznika, po czym rzekl: - Tygellinie, ciebie to nazwalem komediantem, albowiem jestes nim nawet i teraz. - Czy dlatego, ze nie chce sluchac twych obelg? - Dlatego, ze udajesz milosc bez granic dla cezara, a przed chwila groziles mu pretorianami, co zrozumielismy my wszyscy i on takze. Tygellinus, ktory nie spodziewal sie, aby Petroniusz osmielil sie rzucic na stol podobne kosci, pobladl, stracil glowe i oniemial. Ale bylo to ostatnie zwyciestwo arbitra elegancji nad wspolzawodnikiem, gdyz w tej chwili Poppea rzekla: - Panie, jak mozesz pozwolic, by nawet mysl taka przeszla przez czyjas glowe, a tym bardziej, by ktos osmielil sie wypowiedziec ja glosno wobec ciebie. - Ukarz zuchwalca! - zawolal Witeliusz. Nero podniosl znow wargi do nozdrzy i zwrociwszy na Petroniusza swe szkliste oczy krotkowidza, rzekl: - Takze ty wyplacasz mi sie za przyjazn, ktora dla ciebie mialem? - Jesli sie myle, dowiedz mi tego - odpowiedzial Petroniusz - lecz wiedz, ze mowie to, co mi nakazuje milosc do ciebie. - Ukarz zuchwalca! - powtorzyl Witeliusz. - Uczyn to! - ozwalo sie kilka glosow. W atrium zrobil sie szmer i ruch, albowiem ludzie poczeli sie odsuwac od Petroniusza. Odsunal sie nawet Tuliusz Senecjo, jego staly towarzysz przy dworze, i mlody Nerwa, ktory okazywal mu dotychczas najzywsza przyjazn. Po chwili Petroniusz zostal sam po lewej stronie atrium i z usmiechem na ustach, rozgarniajac dlonia faldy togi, czekal jeszcze, co powie lub pocznie cezar. Cezar zas rzekl: - Chcecie, bym go ukaral, lecz to moj towarzysz i przyjaciel, wiec chociaz zranil mi serce, niech wie, ze to serce ma dla przyjaciol tylko... przebaczenie. "Przegralem i zginalem" - pomyslal Petroniusz. Tymczasem cezar wstal, narada byla skonczona. Petroniusz udal sie do siebie, Nero zas z Tygellinem przeszli do atrium Poppei, gdzie czekali na nich ludzie, z ktorymi prefekt poprzednio rozmawial. Bylo tam dwoch "rabbich" z Zatybrza, przybranych w dlugie uroczyste szaty, z mitrami na glowach, mlody pisarz, ich pomocnik, oraz Chilo. Na widok cezara kaplani pobledli ze wzruszenia i podnioslszy na wysokosc ramion rece, pochylili glowy az do dloni. - Witaj, monarcho monarchow i krolu krolow - rzekl starszy - witaj, wladco ziemi, opiekunie ludu wybranego i cezarze, lwie miedzy ludzmi, ktorego panowanie jest jako swiatlosc sloneczna i jako cedr libanski, i jako zrodlo, i jako palma, i jako balsam jerychonski!... - Nie nazywacie mnie bogiem? - spytal cezar. Kaplani pobledli jeszcze mocniej, starszy znow zabral glos: - Slowa twoje, panie, sa slodkie jako grono winnej macicy i jako figa dojrzala, albowiem Jehowa napelnil dobrocia serce twoje. Lecz poprzednik ojca twego, cezar Kajus, byl okrutnikiem, a jednak wyslancy nasi nie nazywali go bogiem, przekladajac smierc sama nad obraze Zakonu. - I Kaligula kazal ich rzucic lwom? - Nie, panie. Cezar Kajus ulakl sie gniewu Jehowy. I podniesli glowy, albowiem imie poteznego Jehowy dodalo im odwagi. Ufni w moc jego, smielej juz patrzyli w oczy Nerona. - Oskarzacie chrzescijan o spalenie Rzymu? - spytal cezar. - My, panie, oskarzamy ich tylko, ze sa nieprzyjaciolmi Zakonu, nieprzyjaciolmi rodu ludzkiego, nieprzyjaciolmi Rzymu i twymi i ze od dawna grozili miastu i swiatu ogniem. Reszte dopowie ci ten czlowiek, ktorego usta nie skalaja sie klamstwem, albowiem w zylach jego matki plynela krew wybranego narodu. Nero zwrocil sie do Chilona: - Kto jestes? - Twoj czciciel, Ozyrysie, a przy tym ubogi stoik... - Nienawidze stoikow - rzekl Nero - nienawidze Trazeasza, nienawidze Muzoniusza i Kornuta. Wstretna mi jest ich mowa, ich pogarda sztuki, ich dobrowolna nedza i niechlujstwo. - Panie, twoj mistrz, Seneka, ma tysiac stolow cytrusowych. Zechciej tylko, a bede ich mial dwakroc wiecej. Jestem stoikiem z potrzeby. Przybierz, o Promienisty, moj stoicyzm w wieniec z roz i postaw przed nim dzban wina, a bedzie spiewal Anakreonta tak, ze zgluszy wszystkich epikurejczykow. Nero, ktoremu przypadl do smaku przydomek "Promienisty", usmiechnal sie i rzekl: - Podobasz mi sie! - Ten czlowiek wart tyle zlota, ile sam wazy - zawolal Tygellinus. Chilo zas odpowiedzial: - Dopelnij, panie, mojej wagi twoja hojnoscia, gdyz inaczej wiatr uniesie zaplate. - Zaiste, nie przewazylbys Witeliusza - wtracil cezar. - Eheu, Srebrnoluki, moj dowcip nie jest z olowiu. - Widze, ze twoj Zakon nie zabrania ci zwac mnie bogiem? - O niesmiertelny! oj Zakon jest w tobie: chrzescijanie bluznili przeciw temu Zakonowi i dlategom ich znienawidzil. - Co wiesz o chrzescijanach? - Czy pozwolisz mi plakac, boski? - Nie - rzekl Nero - to mnie nudzi. - I po trzykroc masz slusznosc, albowiem oczy, ktore cie widzialy, powinny raz na zawsze oschnac z lez. Panie, bron mnie od moich nieprzyjaciol. - Mow o chrzescijanach - rzekla Poppea z odcieniem niecierpliwosci. - Bedzie, jak ty kazesz, Izydo - odpowiedzial Chilo. - Oto od mlodosci poswiecilem sie filozofii i szukalem prawdy. Szukalem jej i u dawnych boskich medrcow, i w Akademii w Atenach, i w Serapeum aleksandryjskim. Poslyszawszy o chrzescijanach, sadzilem, ze to jest jakas nowa szkola, w ktorej bede mogl znalezc kilka ziarn prawdy, i poznalem sie z nimi, na moje nieszczescie! Pierwszym chrzescijaninem, do ktorego mnie zly los zblizyl, byl Glaukos, lekarz w Neapolu. Od niego to dowiedzialem sie z czasem, ze oni oddaja czesc niejakiemu Chrestosowi, ktory im obiecal wytepic wszystkich ludzi i zniszczyc wszystkie miasta na ziemi, ich zas zostawic, jezeli mu pomoga w wytepieniu Deukalionowych dzieci. Dlatego to, o panie, oni nienawidza ludzi, dlatego zatruwaja fontanny, dlatego na zebraniach swych miotaja przeklenstwa na Rzym i na wszystkie swiatynie, w ktorych czesc bywa oddawana naszym bogom. Chrestos byl ukrzyzowan, ale obiecal im, ze gdy Rzym bedzie zniszczony ogniem, wowczas po raz drugi przyjdzie na swiat - i odda im panowanie nad ziemia... - Teraz lud zrozumie, dlaczego Rzym zostal spalony - przerwal Tygellinus. - Wielu juz rozumie, panie - odpowiedzial Chilo - albowiem chodze po ogrodach, po polu Marsowym i nauczam. Lecz jesli mnie zechcecie wysluchac do konca, zrozumiecie, jakie mam do zemsty powody. Glaukos lekarz nie zdradzal sie z poczatku przede mna, ze ich nauka nakazuje nienawisc do ludzi. Owszem, mowil mi, ze Chrestos jest dobrym bostwem i ze podstawa jego nauki jest milosc. Tkliwe moje serce nie moglo sie oprzec takim prawdom, wiec pokochalem Glaukosa i zaufalem mu. Dzielilem sie z nim kazdym kawalkiem chleba, kazdym groszem i czy wiesz, panie, jak mi sie wyplacil? Oto w drodze z Neapolu do Rzymu pchnal mnie nozem, moja zas zone, moja piekna i mloda Berenike, zaprzedal handlarzom niewolnikow. Gdyby Sofokles znal moje dzieje... Ale co mowie! Slucha mnie ktos lepszy niz Sofokles. - Biedny czlowiek! - rzekla Poppea. - Kto ujrzal oblicze Afrodyty, nie jest biednym, pani, a ja widze je w tej chwili. Lecz wowczas szukalem pociechy w filozofii. Przybywszy do Rzymu staralem sie trafic do starszych chrzescijanskich, aby uzyskac sprawiedliwosc na Glauku. Myslalem, ze go zmusze do oddania mi zony... Poznalem ich arcykaplana, poznalem drugiego, imieniem Pawel, ktory byl tu uwiezion, ale potem zostal uwolniony, poznalem syna Zebedeusza, poznalem Lina i Kleta, i wielu innych. Wiem, gdzie mieszkali przed pozarem, wiem, gdzie sie schodza, moge wskazac jedno podziemie we wzgorzu Watykanskim i jeden cmentarz za brama Nomentanska, na ktorym odprawuja swoje bezecne obrzedy. Widzialem tam Piotra Apostola, widzialem Glauka, jak mordowal dzieci, aby Apostol mial czym skrapiac glowy obecnych, i widzialem Ligie, wychowanke Pomponii Grecyny, ktora chelpila sie, ze nie mogac przyniesc krwi dzieciecej przynosi jednak smierc dziecka, albowiem urzekla mala Auguste, corke twoja, o Ozyrysie, i twoja, o Izydo! - Slyszysz, cezarze! - rzekla Poppea. - Bycze to moze? - zawolal Nero. - Moglem odpuscic krzywdy wlasne - mowil dalej Chilo - lecz uslyszawszy o waszych chcialem ja nozem pchnac. Niestety, przeszkodzil mi szlachetny Winicjusz, ktory ja miluje. - Winicjusz? Wszakze ona od niego uciekla? - Ona uciekla, ale on jej szukal, gdyz nie mogl bez niej zyc. Za nedzna zaplate pomagalem mu jej szukac i ja to wskazalem mu dom, w ktorym mieszkala wsrod chrzescijan na Zatybrzu. Udalismy sie tam razem, a z nami i twoj zapasnik, Kroto, ktorego szlachetny Winicjusz najal dla bezpieczenstwa. Lecz Ursus, niewolnik Ligii, zdusil Krotona. Czlowiek to strasznej sily, o panie, ktory bykom skreca glowy tak latwo, jak by inny skrecal makowki. Aulus i Pomponia milowali go za to. - Na Herkulesa! - rzekl Nero. - Smiertelnik, ktory zdusil Krotona, godzien jest miec posag na Forum. Ale mylisz sie lub zmyslasz, starcze, albowiem Krotona zabil nozem Winicjusz. - Tak to ludzie oklamuja bogow. O panie, ja sam widzialem, jak zebra Krotona lamaly sie w rekach Ursusa, ktory nastepnie powalil i Winicjusza. Bylby go zabil, gdyby nie Ligia. Winicjusz dlugo potem chorowal, lecz oni pielegnowali go majac nadzieje, ze z milosci stanie sie chrzescijaninem. Jakoz stal sie chrzescijaninem. - Winicjusz? - Tak jest. - A moze i Petroniusz? - spytal skwapliwie Tygellin. Chilo poczal wic sie, trzec rece i rzekl: - Podziwiam twa przenikliwosc, panie! O... byc moze! Bardzo byc moze! - Teraz rozumiem, dlaczego tak bronil chrzescijan. Lecz Nero poczal sie smiac. - Petroniusz chrzescijaninem!... Petroniusz nieprzyjacielem zycia i rozkoszy! Nie badzcie glupcami i nie chciejcie, abym w to wierzyl, gdyz gotowem w nic nie uwierzyc. - Lecz szlachetny Winicjusz zostal chrzescijaninem, panie. Przysiegam na ten blask, jaki od ciebie bije, ze mowie prawde i ze nic nie przejmuje mnie takim obrzydzeniem, jak klamstwo. Pomponia jest chrzescijanka, maly Aulus jest chrzescijaninem i Ligia, i Winicjusz. Sluzylem mu wiernie, on zas w nagrode na zadanie Glauka lekarza kazal mnie schlostac, choc jestem stary, a bylem chory i glodny. I przysiaglem na Hades, ze mu to zapamietam. O panie, pomscij na nich moje krzywdy, a ja wam wydam Piotra Apostola i Linusa, i Kleta, i Glauka, i Kryspa, samych starszych, i Ligie, i Ursusa, wskaze wam ich setki, tysiace, wskaze domy modlitwy, cmentarze, wszystkie wasze wiezienia nie obejma ich!... Beze mnie nie potrafilibyscie ich znalezc! Dotychczas w biedach moich szukalem pociechy tylko w filozofii, niechaj ja teraz znajde w laskach, jakie na mnie splyna... Stary jestem, a nie zaznalem zycia, niech odpoczne!... - Chcesz byc stoikiem przed pelna misa - rzekl Nero. - Kto oddaje przysluge tobie, tym samym ja napelnia. - Nie mylisz sie, filozofie. Ale Poppea nie tracila z mysli swych nieprzyjaciol. Upodobanie jej do Winicjusza bylo wprawdzie raczej chwilowym zachceniem, powstalym pod wplywem zazdrosci, gniewu i obrazonej milosci wlasnej. A jednak chlod mlodego patrycjusza dotknal ja gleboko i napelnil jej serce zawzieta uraza. Juz to samo, ze smial przeniesc nad nia inna, zdawalo jej sie wystepkiem wolajacym o pomste. Co do Ligii, znienawidzila ja od pierwszej chwili, w ktorej zaniepokoila ja pieknosc tej polnocnej lilii. Petroniusz, ktory mowil o zbyt waskich biodrach dziewczyny, mogl wmowic, co chcial, w cezara, ale nie w Auguste. Znawczyni Poppea od jednego rzutu oka zrozumiala, ze w calym Rzymie jedna Ligia moze z nia wspolzawodniczyc, a nawet ja zwyciezyc. I od tej chwili zaprzysiegla jej zgube. - Panie - rzekla - pomscij nasze dziecko! - Spieszcie sie! - zawolal Chilo. - Spieszcie sie. Inaczej Winicjusz ja ukryje. Ja wskaze dom, do ktorego znow wrocili po pozarze. - Dam ci dziesieciu ludzi i idz natychmiast - rzekl Tygellinus. - Panie! Tys nie widzial Krotona w rekach Ursusa: jesli dasz piecdziesieciu, pokaze tylko z daleka dom. Ale jesli nie uwiezicie i Winicjusza, zginalem. Tygellin spojrzal na Nerona. - Czyby nie bylo dobrze, o boski, zalatwic sie zarazem z wujem i siostrzencem? Nero pomyslal chwile i odrzekl: - Nie! nie teraz!... Ludzie nie uwierzyliby, gdyby chciano w nich wmowic, ze Petroniusz, Winicjusz lub Pomponia Grecyna podpalili Rzym. Zbyt piekne mieli domy... Dzis trzeba innych ofiar, a tamtych kolej przyjdzie pozniej. - Wiec daj mi, panie, zolnierzy, by mnie strzegli - rzekl Chilo. - Tygellin pomysli o tym. - Zamieszkasz tymczasem u mnie - rzekl prefekt. Radosc poczela bic od twarzy Chilona. - Wydam wszystkich! Tylko sie spieszcie! Spieszcie sie! - wolal ochryplym glosem. Petroniusz wyszedlszy od cezara kazal sie niesc do swego domu na Karynach, ktory, otoczony z trzech stron ogrodem i majac z przodu male forum Cecyliow, wyjatkowo ocalal w czasie pozaru. Z tego powodu inni augustianie, ktorzy potracili domy, a w nich mnostwo bogactw i dziel sztuki, nazywali Petroniusza szczesliwym. Mowiono zreszta o nim od dawna, ze jest pierworodnym synem Fortuny, a coraz zywsza przyjazn, jaka mu w ostatnich czasach okazywal cezar, zdawala sie potwierdzac slusznosc tego mniemania. Lecz ow pierworodny syn Fortuny mogl rozmyslac teraz chyba nad zmiennoscia tej matki, a raczej nad podobienstwem jej z Chronosem pozerajacym wlasne dzieci. "Gdyby moj dom byl sie spalil - mowil sobie - a z nim razem moje gemmy, moje naczynia etruskie i szklo aleksandryjskie, i miedz koryncka, to moze Nero naprawde zapomnialby urazy. Na Polluksa! I pomyslec, ze ode mnie tylko zalezalo, by w obecnej chwili byc prefektem pretorianow. Bylbym Tygellina oglosil za podpalacza, ktorym zreszta jest, bylbym go ubral w "bolesna tunike", wydal ludowi, ochronil chrzescijan i odbudowal Rzym. Kto wie nawet, czy uczciwym ludziom nie poczeloby sie dziac lepiej. Powinienem byl to zrobic chocby ze wzgledu na Winicjusza. W razie zbytniej roboty jemu ustapilbym urzad prefekta - i Nero nie probowalby sie nawet opierac... Niechby sobie Winicjusz ochrzcil potem wszystkich pretorianow i samego nawet cezara, co by mi to moglo szkodzic! Nero pobozny, Nero cnotliwy i milosierny - pocieszny by nawet przedstawial widok. I jego nieklopotliwosc byla tak wielka, ze poczal sie usmiechac. Lecz po chwili mysl jego zwrocila sie w inna strone. Zdawalo mu sie, ze jest w Ancjum i ze Pawel z Tarsu mowi do niego: "Nazywacie nas nieprzyjaciolmi zycia, ale odpowiedz mi, Petroniuszu: gdyby cezar byl chrzescijaninem i postepowal wedle naszej nauki, czy zycie wasze nie byloby pewniejsze i bezpieczniejsze?" I wspomniawszy te slowa, mowil sobie dalej: "Na Kastora! Ilu tu chrzescijan pomorduja, tylu Pawel znajdzie nowych, bo jesli swiat nie moze stac na lotrostwie, to on ma slusznosc... Ale kto wie, czy nie moze, skoro stoi. Ja sam, ktory nauczylem sie niemalo, nie nauczylem sie, jak byc dosc wielkim lotrem, i dlatego przyjdzie sobie zyly otworzyc... Ale przecie na tym musialoby sie skonczyc, a gdyby nawet nie skonczylo sie tak, to skonczyloby sie inaczej. Szkoda mi Eunice i mojej wazy mirrenskiej, ale Eunice jest wolna, a waza pojdzie ze mna. Ahenobarbus nie dostanie jej w zadnym razie! Szkoda mi rowniez Winicjusza. Zreszta, jakkolwiek mniej nudzilem sie w ostatnich czasach niz dawniej, jestem gotow. Na swiecie rzeczy sa piekne, ale ludzie w wiekszej czesci tak plugawi, ze zycia nie warto zalowac. Kto umial zyc, ten powinien umiec umrzec. Jakkolwiek nalezalem do augustianow, bylem czlowiekiem wiecej wolnym, niz oni tam przypuszczaja". Tu wzruszyl ramionami: "Oni tam moze mysla, ze w tej chwili drza mi kolana i strach podnosi mi wlosy na glowie, a ja wrociwszy do domu wezme kapiel w fiolkowej wodzie, po czym moja Zlotowlosa sama mnie namasci i po posilku kazemy sobie spiewac na glosy ten hymn do Apollina, ktory ulozyl Antemios. Sam kiedys powiedzialem: "O smierci nie warto myslec, bo ona bez naszej pomocy o nas mysli". Byloby jednak rzecza godna podziwu, gdyby naprawde istnialy jakie Pola Elizejskie, a na nich cienie... Eunice przyszlaby z czasem do mnie i bladzilibysmy razem po lakach poroslych asfodelem. Znalazlbym tez towarzystwo lepsze niz tu. Co za blazny! Co za kuglarze, co za gmin plugawy bez smaku i poloru! Dziesieciu arbitrow elegancji nie przerobiloby tych Trymalchionow na przyzwoitych ludzi. Na Persefone! Mam ich dosyc!" Lecz nastepnie poczal zastanawiac sie nad polozeniem. Dzieki swej przenikliwosci zrozumial, ze zguba nie grozi mu natychmiast. Nero skorzystal przecie z odpowiedniej chwili, aby wypowiedziec kilka pieknych, podnioslych slow o przyjazni, o przebaczeniu, i poniekad zwiazal sie nimi. Bedzie teraz musial szukac pozorow, a nim je znajdzie, moze uplynac sporo czasu. "Przede wszystkim wyprawi igrzysko z chrzescijan - mowil sobie Petroniusz - potem dopiero pomysli o mnie, a jesli tak, to nie warto sie tym klopotac ni zmieniac trybu zycia. Blizsze niebezpieczenstwo grozi Winicjuszowi!..." I odtad myslal juz tylko o Winicjuszu, ktorego postanowil ratowac. Niewolnicy niesli szybko lektyke wsrod ruin, popielisk i kominow, jakimi byly jeszcze zapelnione Karyny, lecz on rozkazal im biec pedem, by jak najpredzej stanac u siebie. Winicjusz, ktorego insula splonela, mieszkal u niego i na szczescie byl w domu. - Widziales dzis Ligie? - spytal go na wstepie Petroniusz. - Od niej wracam. - Sluchajze, co ci powiem, i nie trac czasu na pytania. Postanowiono dzis u cezara zlozyc na chrzescijan wine za podpalenie Rzymu. Grozi im przesladowanie i meki. Poscig rozpocznie sie lada chwila. Bierz Ligie i uciekajcie natychmiast chocby za Alpy lub do Afryki. I spiesz sie, bo z Palatynu blizej na Zatybrze niz stad! Winicjusz byl istotnie nadto zolnierzem, by tracic czas na zbyteczne pytania. Sluchal z namarszczona brwia, z twarza skupiona i grozna, ale bez przerazenia. Widocznie pierwszym uczuciem, jakie budzilo sie w tej naturze wobec niebezpieczenstwa, byla chec walki i obrony. - Ide - rzekl. - Slowo jeszcze: wez kapse ze zlotem, wez bron i garsc twoich ludzi chrzescijan. W razie potrzeby, odbij! Winicjusz byl juz we drzwiach atrium. - Przyslij mi wiadomosc przez niewolnika - zawolal za odchodzacym Petroniusz. I pozostawszy sam, poczal chodzic wzdluz kolumn zdobiacych atrium, rozmyslajac nad tym, co sie stanie. Wiedzial, ze Ligia i Linus wrocili po pozarze do dawnego domu, ktory, jak wieksza czesc Zatybrza, ocalal, i to byla okolicznosc niepomyslna, inaczej bowiem nielatwo byloby ich odnalezc wsrod tlumow. Spodziewal sie jednak, ze i tak nikt w Palatynie nie wie, gdzie mieszkaja, a wiec ze w kazdym razie Winicjusz uprzedzi pretorianow. Przyszlo mu rowniez na mysl, iz Tygellin, chcac wylowic za jednym zamachem jak najwieksza ilosc chrzescijan, musi siec rozciagnac na caly Rzym, to jest podzielic pretorianow na male oddzialy. Jesli przysla po nia nie wiecej jak dziesieciu ludzi - myslal - to sam olbrzym ligijski polamie im kosci, a coz dopiero, gdy w pomoc przyjdzie mu Winicjusz. I myslac o tym nabral otuchy. Wprawdzie postawic zbrojny opor pretorianom bylo to niemal toz samo, co rozpoczac wojne z cezarem. Petroniusz wiedzial takze, ze jezeli Winicjusz uchroni sie przed zemsta Nerona, to zemsta ta moze spasc na niego, ale niewiele o to dbal. Owszem, mysl pomieszania szykow Neronowi i Tygellinowi rozweselila go. Postanowil nie pozalowac na to ni pieniedzy, ni ludzi, ze zas Pawel z Tarsu nawrocil jeszcze w Ancjum wieksza czesc jego niewolnikow, przeto mogl byc pewny, ze w sprawie obrony chrzescijanki moze liczyc na ich gotowosc i poswiecenie. Wejscie Eunice przerwalo mu rozmyslania. Na jej widok wszystkie jego klopoty i troski pierzchly bez sladu. Zapomnial o cezarze, o nielasce, w jaka popadl, o znikczemnialych augustianach, o poscigu grozacym chrzescijanom, o Winicjuszu i Ligii, a patrzyl tylko na nia oczyma estety, rozmilowanego w cudnych ksztaltach, i kochanka, dla ktorego z tych ksztaltow tchnie milosc. Ona, przybrana w przezrocza fioletowa szate, zwana Coa vestis, przez ktora przegladalo jej rozane cialo, byla istotnie piekna jak bostwo. Czujac sie przy tym podziwiana i kochajac go cala dusza, zawsze spragniona jego pieszczot, poczela plonic sie z radosci, jak gdyby byla nie naloznica, ale niewinnym dziewczeciem. - Co mi powiesz, Charyto? - rzekl Petroniusz wyciagajac do niej rece. Ona zas, chylac ku nim swa zlota glowe, odrzekla: - Panie, przyszedl Antemios ze spiewakami i pyta, czy go zechcesz sluchac dzisiaj? - Niechaj zaczeka. Zaspiewa nam przy obiedzie hymn do Apollina. Wokol jeszcze zgliszcza i popioly, a my bedziem sluchali hymnu do Apollina! Na gaje Pafijskie! Gdy cie widze w tej Coa vestis, zdaje mi sie, ze Afrodyta przeslonila sie rabkiem nieba i stoi przede mna. - O panie! - rzekla Eunice. - Pojdz tu, Eunice, obejmij mnie ramionami i daj mi usta twoje... Kochasz ty mnie? - Nie kochalabym wiecej Zeusa. To rzeklszy przycisnela usta do jego ust, drzac mu w ramionach ze szczescia. Lecz po chwili Petroniusz rzekl: - A gdyby przyszlo nam sie rozlaczyc?... Eunice spojrzala mu z przestrachem w oczy: - Jak to, panie?... - Nie lekaj sie!... Bo widzisz, kto wie, czy nie bede musial wybrac sie w daleka podroz. - Wez mnie ze soba... Lecz Petroniusz zmienil nagle przedmiot rozmowy i zapytal: - Powiedz mi, czy na trawnikach w ogrodzie sa asfodele? - W ogrodzie cyprysy i trawniki pozolkly od pozaru, z mirtow opadly liscie i caly ogrod wyglada jak umarly. - Caly Rzym wyglada jak umarly, a wkrotce bedzie prawdziwym cmentarzem. Czy wiesz, ze wyjdzie edykt przeciw chrzescijanom i rozpocznie sie przesladowanie, w czasie ktorego zgina tysiace ludzi? - Za co beda ich karali, panie? To ludzie dobrzy i cisi. - Wlasnie za to. - Wiec jedzmy nad morze. Twoje boskie oczy nie lubia patrzec na krew. - Dobrze, ale tymczasem musze sie wykapac. Przyjdz do elaeothesium namascic mi ramiona. Na pas Kiprydy! Nigdy nie wydalas mi sie jeszcze tak piekna. Kaze ci zrobic wanne w ksztalcie konchy, a ty bedziesz w niej jak kosztowna perla... Przyjdz, Zlotowlosa. I odszedl, a w godzine pozniej oboje w wiencach roz i z zamglonymi oczyma spoczeli przed stolem zastawionym zlotymi naczyniami. Uslugiwaly im pacholeta przebrane za amorow, oni zas, popijajac wino z bluszczowych kruz, sluchali hymnu do Apollina, spiewanego przy dzwieku harf pod wodza Antemia. Co ich moglo obchodzic, ze naokol willi sterczaly ze zgliszcz kominy domow i ze powiewy wiatru roznosily popioly spalonego Rzymu. Czuli sie szczesliwi i mysleli tylko o milosci, ktora im zycie zmieniala jakby w boski sen. Lecz zanim hymn byl skonczony, wszedl do sali niewolnik, przelozony nad atrium. - Panie - rzekl glosem, w ktorym drgal niepokoj - centurion z oddzialem pretorianow stoi przed brama i z rozkazu cezara pragnie widziec sie z toba. Spiew i dzwieki harf ustaly. Niepokoj udzielil sie wszystkim obecnym, albowiem cezar w stosunkach z przyjaciolmi nie poslugiwal sie zwykle pretorianami i przybycie ich nie wrozylo w owych czasach nic dobrego. Jeden tylko Petroniusz nie okazal najmniejszego wzruszenia i rzekl, jakby mowil czlowiek, ktorego nudza ciagle wezwania: - Mogliby tez dac mi spokojnie zjesc obiad. Po czym zwrocil sie do przelozonego nad atrium: - Wpusc. Niewolnik zniknal za kotara; w chwile pozniej daly sie slyszec ciezkie kroki i do sali wszedl znajomy Petroniuszowi setnik Aper, caly w zbroi i w zelaznym helmie na glowie. - Szlachetny panie - rzekl - oto pismo od cezara. Petroniusz wyciagnal leniwie swa biala reke, wzial tabliczki i rzuciwszy na nie okiem, oddal je z calym spokojem Eunice. - Bedzie czytal wieczor nowa piesn z Troiki - rzekl - i wzywa mnie, bym przyszedl. - Mam tylko rozkaz oddac pismo - ozwal sie setnik. - Tak. Nie bedzie odpowiedzi. Ale moze bys, setniku, spoczal nieco przy nas i wychylil krater wina? - Dzieki ci, szlachetny panie. Krater wina wypije chetnie za twoje zdrowie, ale spoczac nie moge, gdyz jestem na sluzbie. - Czemu to tobie oddano pismo, zamiast wyslac je przez niewolnika? - Nie wiem, panie. Moze dlatego, ze wyslano mnie w te strone w innej sprawie. - Wiem - rzekl Petroniusz - przeciw chrzescijanom. - Tak jest, panie. - Czy poscig dawno rozpoczety? - Niektore oddzialy wyslano na Zatybrze jeszcze przed poludniem. To rzeklszy setnik strzasnal z czaszy nieco wina na czesc Marsa, nastepnie wychylil ja i rzekl: - Niechaj bogowie dadza ci, panie, czego zapragniesz. - Wez i ten krater - rzekl Petroniusz. Po czym dal znak Antemiosowi, by konczyl hymn do Apollina. "Miedzianobrody poczyna igrac ze mna i z Winicjuszem - mowil sobie, gdy harfy ozwaly sie na nowo. - Odgaduje zamiar! Chcial mnie przerazic przysylajac wezwanie przez centuriona. Beda sie wieczor wypytywali setnika, w jaki sposob go przyjalem. Nie, nie! Nie ucieszysz sie zbytnio, zlosliwa i okrutna kuklo. Wiem, ze urazy nie zapomnisz, wiem, ze zguba mnie nie minie, ale jesli myslisz, ze bede ci patrzyl blagalnie w oczy, ze zobaczysz na mojej twarzy strach i pokore, to sie mylisz". - Cezar pisze, panie: "Przyjdzcie, jesli macie ochote" - rzekla Eunice. - Czy pojdziesz? - Jestem w wysmienitym usposobieniu i moge sluchac nawet jego wierszy - odpowiedzial Petroniusz - wiec pojde, tym bardziej ze Winicjusz pojsc nie moze. Jakoz po skonczonym obiedzie i po zwyklej przechadzce oddal sie w rece niewolnic trefiacych wlosy i niewolnic ukladajacych faldy, a w godzine pozniej, piekny jak bozek, kazal sie zaniesc na Palatyn. Godzina byla pozna, wieczor cichy, cieply, ksiezyc swiecil tak mocno, ze lampadarii, idacy przed lektyka, pogasili pochodnie. Po ulicach i wsrod rumowisk snuly sie podpite winem gromady ludzi, przybrane w bluszcze i wiciokrzew, niosace w rekach galazki mirtu i lauru, ktorych dostarczyly ogrody cezara. Obfitosc zboza i nadzieja wielkich igrzysk napelniala wesoloscia serca ludzi. Gdzieniegdzie spiewano piesni wielbiace "boska noc" i milosc, gdzieniegdzie tanczono przy swietle ksiezyca; kilkakrotnie niewolnicy musieli wolac o miejsce dla lektyki "szlachetnego Petroniusza" i wowczas tlum rozsuwal sie wydajac okrzyki na czesc swego ulubienca. On zas rozmyslal o Winicjuszu i dziwil sie, ze nie ma od niego zadnej wiesci. Byl epikurejczykiem i egoista, ale przestajac to z Pawlem z Tarsu, to z Winicjuszem i slyszac codziennie o chrzescijanach zmienil sie nieco, choc sam o tym nie wiedzial. Powial na niego od nich jakis wiatr, ktory rzucil w jego dusze nieznane ziarnka. Poza wlasna osoba poczeli go zajmowac inni ludzie, do Winicjusza byl zreszta zawsze przywiazany, gdyz w dziecinstwie kochal mocno jego matke, a swoja siostre, obecnie zas wziawszy udzial w jego sprawach patrzyl na nie jeszcze z takim zajeciem, jakby patrzyl na jakas tragedie. Nie tracil nadziei, ze Winicjusz uprzedzil pretorianow i uciekl z Ligia lub w ostatecznosci, ze ja odbil. Lecz wolalby miec pewnosc, gdyz przewidywal, ze moze przyjdzie odpowiadac mu na rozmaite pytania, na ktore lepiej bylo byc przygotowanym. Stanawszy przed domem Tyberiusza, wysiadl z lektyki i po chwili wszedl do atrium, napelnionego juz augustianami. Wczorajsi przyjaciele, jakkolwiek dziwilo ich, ze zostal zaproszony, odsuwali sie jeszcze od niego, lecz on posuwal sie wsrod nich, piekny, swobodny, niedbaly i tak pewny siebie, jakby sam mogl laski rozdawac. Niektorzy tez widzac go zaniepokoili sie w duszy, czy nie za wczesnie bylo okazywac mu obojetnosc. Cezar udawal jednak, ze go nie widzi, i nie odpowiedzial na jego uklon udajac zajetego rozmowa. Natomiast Tygellin zblizyl sie i rzekl: - Dobry wieczor, arbitrze elegancji. Czy zawsze jeszcze twierdzisz, ze nie chrzescijanie Rzym spalili? A Petroniusz wzruszyl ramionami i klepiac go po lopatce jak wyzwolenca odpowiedzial: - Ty wiesz tak dobrze jak ja, co o tym mniemac. - Nie smiem porownac sie z twoja madroscia. - I poniekad masz slusznosc, bo w takim razie, gdy oto cezar przeczyta nam nowa piesn z Troiki, musialbys, zamiast krzyczec jak paw, wypowiedziec jakies zdanie dorzeczne. Tygellin zagryzl wargi. Nie byl on zbyt rad, iz cezar postanowil wyglosic dzis nowa piesn, albowiem otwieralo to pole, na ktorym nie mogl wspolzawodniczyc z Petroniuszem. Jakoz w czasie wyglaszania Nero mimo woli, skutkiem dawnego przyzwyczajenia, zwracal oczy na Petroniusza, pilnie baczac, co w jego twarzy wyczyta. Ow zas sluchal podnoszac w gore brwi, miejscami potakujac, miejscami natezajac uwage, jakby chcial sprawdzic, czy dobrze slyszal. I nastepnie to chwalil, to przyganial, wymagajac poprawek lub wypolerowania niektorych wierszy. Sam Nero czul, ze innym w wygorowanych pochwalach chodzi tylko o wlasne osoby, ten jeden zas tylko zajmuje sie poezja dla samej poezji, jeden sie zna i jesli cos pochwali, to mozna byc pewnym, ze wiersze sa godne pochwaly. Powoli tez poczal z nim rozprawiac, spierac sie, a gdy wreszcie Petroniusz podal w watpliwosc trafnosc pewnego wyrazenia, rzekl mu: - Zobaczysz w ostatniej piesni, dlaczegom go uzyl. "Ach! - pomyslal Petroniusz. - Wiec doczekam ostatniej piesni". Niejeden zas, slyszac to, mowil sobie w duchu: "Biada mi! Petroniusz majac przed soba czas moze wrocic do lask i obalic nawet Tygellina". I poczeto znow zblizac sie do niego. Lecz koniec wieczoru mniej byl szczesliwy, cezar bowiem, w chwili gdy Petroniusz go zegnal, zapytal nagle ze zmruzonymi oczyma i twarza zarazem zlosliwa i uradowana: - A Winicjusz czemu nie przyszedl? Gdyby Petroniusz byl pewien, ze Winicjusz z Ligia sa juz za bramami miasta, bylby odrzekl: "Ozenil sie z twego pozwolenia i wyjechal". Lecz widzac dziwny usmiech Nerona odrzekl: - Twoje wezwanie, boski, nie znalazlo go w domu. - Powiedz mu, ze rad go ujrze - odpowiedzial Nero - i powiedz mu ode mnie, by nie opuszczal igrzysk, na ktorych wystapia chrzescijanie. Petroniusza zaniepokoily te slowa, wydalo mu sie bowiem, ze odnosza sie wprost do Ligii. Siadlszy w lektyke kazal sie niesc do domu jeszcze predzej niz rano. Nie bylo to jednak rzecza latwa. Przed domem Tyberiusza stal tlum gesty i zgielkliwy, pijany jak poprzednio, lecz nie rozspiewany i nie tanczacy, ale jakby wzburzony. Z dala dochodzily jakies okrzyki, ktorych Petroniusz nie umial od razu zrozumiec, ale ktore poteznialy, rosly, az wreszcie zmienily sie w jeden dziki wrzask: - Chrzescijanie dla lwow! Swietne lektyki dworakow posuwaly sie wsrod wyjacej tluszczy. Z glebi spalonych ulic nadbiegaly coraz nowe gromady, ktore zaslyszawszy okrzyk poczynaly go powtarzac. Podawano sobie z ust do ust wiesc, ze poscig trwa juz od poludnia, ze schwytano juz mnostwo podpalaczy, i wkrotce po nowo wytknietych i starych ulicach, po zaulkach, lezacych w gruzach, naokol Palatynu, po wszystkich wzgorzach i ogrodach rozlegaly sie, jak dlugi i szeroki Rzym, coraz wscieklejsze wrzaski: - Chrzescijanie dla lwow! - Trzoda! - powtarzal z pogarda Petroniusz. - Lud godny cezara. I poczal myslec, ze taki swiat, oparty na przemocy, na okrucienstwie, o ktorym nawet barbarzyncy nie mieli zadnego pojecia, na zbrodniach i szalonej rozpuscie, nie moze sie jednak ostac. Rzym byl panem swiata, ale i wrzodem swiata. Wialo od niego trupia wonia. Na zgnile zycie padal cien smierci. Nieraz mowiono o tym nawet miedzy augustianami, ale Petroniuszowi nigdy nie stanela wyrazniej przed oczyma ta prawda, ze ow uwienczony woz, na ktorym w postaci tryumfatora stoi Rzym, wlokac za soba spetana trzode narodow, idzie do przepasci. Zycie swiatowladnego grodu wydalo mu sie jakims blazenskim korowodem i jakas orgia, ktora jednak musi sie skonczyc. Rozumial teraz, ze jedni tylko chrzescijanie maja jakies nowe podstawy zycia, ale sadzil, ze wkrotce nie pozostanie z chrzescijan slad zaden. A wowczas co? Blazenski korowod pojdzie dalej pod wodza Nerona, a jesli Nero minie, znajdzie sie drugi taki sam lub gorszy, bo wobec takiego ludu i takich patrycjuszow nie ma zadnego powodu, by znalazl sie ktos lepszy. Bedzie nowa orgia, a w dodatku coraz plugawsza i szpetniejsza. Orgia zas nie moze trwac wiecznie i trzeba po niej pojsc spac chocby z samego wyczerpania. Myslac o tym Petroniusz sam czul sie ogromnie zmeczony. Czy warto zyc, i to zyc w niepewnosci jutra po to tylko, by patrzec na podobny porzadek swiata? Geniusz smierci nie jest przecie mniej piekny niz geniusz snu i ma takze skrzydla u ramion. Lektyka zatrzymala sie przed drzwiami domu, ktore czujny odzwierny w tej samej chwili otworzyl. - Czy szlachetny Winicjusz powrocil? - zapytal go Petroniusz. - Przed chwila, panie - odpowiedzial niewolnik. "A zatem jej nie odbil!" - pomyslal Petroniusz. I zrzuciwszy toge wbiegl do atrium. Winicjusz siedzial na trojnogu, z glowa pochylona niemal do kolan i z rekami na glowie, lecz na odglos krokow podniosl swa skamieniala twarz, w ktorej tylko oczy swiecily goraczkowo. - Przybyles za pozno? - spytal Petroniusz. - Tak jest. Uwieziono ja przed poludniem. Nastala chwila milczenia. - Widziales ja? - Tak. - Gdzie jest? - W wiezieniu Mamertynskim. Petroniusz wzdrygnal sie i poczal patrzec na Winicjusza pytajacym wzrokiem. Ten zas zrozumial. - Nie - rzekl. - Nie wtracono jej do Tullianum ani nawet do srodkowego wiezienia. Przeplacilem stroza, aby odstapil jej swa izbe. Ursus polozyl sie w progu i czuwa nad nia. - Czemu Ursus jej nie obronil? - Przyslano piecdziesieciu pretorianow. Zreszta Linus mu zabronil. - A Linus? - Linus umiera. Dlatego nie wzieto go. - Co zamierzasz? - Uratowac ja lub umrzec z nia razem. I ja wierze w Chrystusa. Winicjusz mowil niby spokojnie, ale w jego glosie bylo cos tak rozdzierajacego, ze serce Petroniusza zadrgalo szczera litoscia. - Ja cie pojmuje - rzekl - ale jak ja chcesz ratowac? - Przeplacilem strozow naprzod dlatego, by ratowac ja od zniewag, a po wtore, by nie przeszkadzali jej w ucieczce. - Kiedy to ma nastapic? - Odpowiedzieli, ze nie moga wydac mi jej natychmiast, albowiem boja sie odpowiedzialnosci. Gdy wiezienia napelnia sie mnostwem ludzi i gdy straci sie rachunek wiezniow, wowczas mi ja oddadza. Ale to ostatecznosc! Pierwej ty ratuj ja i mnie! Jestes przyjacielem cezara. On sam mi ja oddal. Idz do niego i ratuj mnie! Petroniusz, zamiast odpowiedziec, zawolal niewolnika i rozkazawszy mu przyniesc dwa ciemne plaszcze i dwa miecze, zwrocil sie do Winicjusza. - Po drodze ci odpowiem - rzekl. - Tymczasem wez plaszcz, wez bron i pojdziemy do wiezienia. Tam daj strozom sto tysiecy sestercji, daj dwakroc i pieckroc wiecej, byle wypuscili Ligie natychmiast. Inaczej bedzie za pozno. - Pojdzmy - rzekl Winicjusz. I po chwili obaj znalezli sie na ulicy. - A teraz sluchaj mnie - rzekl Petroniusz. - Nie chcialem tracic czasu. Jestem od dzis w nielasce. Moje wlasne zycie wisi na wlosku i dlatego nie moge nic wskorac u cezara. Gorzej! Mam pewnosc, ze postapi wbrew mojej prosbie. Gdyby nie to, czyz bylbym ci radzil, bys uciekal z Ligia lub odbil ja? Przecie gdybys ty zdolal ujsc, gniew cezara zwrocilby sie na mnie. Ale on predzej by dzis uczynil cos na twoja prosbe niz na moja. Nie licz jednak na to. Wydobadz ja z wiezienia i uciekaj! Nic wiecej ci nie pozostaje. Gdy sie to nie uda, wowczas bedzie czas na inne sposoby. Tymczasem wiedz, ze Ligie uwieziono nie tylko za wiare w Chrystusa. Ja i ciebie sciga gniew Poppei. Czy ty pamietasz, zes obrazil Auguste, zes ja odrzucil? Ona zas wie, zes ja odrzucil dla Ligii, ktora i tak znienawidzila od pierwszego rzutu oka. Wszakze juz i poprzednio usilowala ja zgubic przypisujac jej czarom smierc swego dziecka. W tym, co sie stalo, jest reka Poppei! Czymze wytlumaczysz, ze Ligia zostala pierwsza uwieziona? Kto mogl wskazac dom Linusa? A ja ci mowie, ze szpiegowano ja od dawna! Wiem, ze ci rozdzieram dusze i odejmuje reszte nadziei, ale mowie ci to umyslnie dlatego, ze jesli jej nie uwolnisz, zanim nie wpadna na mysl, iz bedziesz probowal, to zginiecie oboje. - Tak jest! Rozumiem! - odrzekl glucho Winicjusz. Ulice z powodu poznej godziny byly puste, jednak dalsza rozmowe przerwal im idacy z przeciwka spity gladiator, ktory zatoczyl sie na Petroniusza tak, iz wsparl sie dlonia na jego ramieniu, oblewajac mu twarz przesiaknietym winem oddechem i wrzeszczac ochryplym glosem: - Chrzescijanie dla lwow! - Mirmilonie - ozwal sie spokojnie Petroniusz - posluchaj dobrej rady i ruszaj w swoja droge. Wtem pijany schwycil go i druga reka za ramie: - Krzycz wraz ze mna, inaczej skrece ci kark: chrzescijanie dla lwow! Lecz nerwy Petroniusza mialy juz dosyc tych wrzaskow. Od chwili wyjscia z Palatynu dusily go one jak zmora i rozdzieraly mu uszy, wiec gdy ujrzal przy tym wzniesiona nad soba piesc olbrzyma, wyczerpala sie miara jego cierpliwosci. - Przyjacielu - rzekl - cuchniesz winem i zawadzasz mi. I tak mowiac wbil mu w piers az po rekojesc krotki mieczyk, w ktory uzbroil sie wychodzac z domu, po czym wziawszy pod reke Winicjusza mowil dalej, jak gdyby nic nie zaszlo: - Cezar rzekl mi dzis: "Powiedz ode mnie Winicjuszowi, zeby byl na igrzyskach, na ktorych wystapia chrzescijanie". Czy rozumiesz, co to znaczy? Oto chca sobie wyprawic widowisko z twego bolu. To rzecz ulozona. Moze dlatego nie uwieziono dotad ciebie i mnie. Jesli jej nie zdolasz natychmiast wydobyc, wowczas... nie wiem!... Moze Akte wstawi sie za toba, lecz czy co wskora?... Twoje ziemie sycylijskie moglyby takze skusic Tygellina. Probuj. - Oddam mu wszystko, co posiadam - odpowiedzial Winicjusz. Z Karyn na Forum nie bylo zbyt daleko, wkrotce wiec doszli. Noc juz poczela blednac i mury zamku wychylaly sie wyraznie z cienia. Nagle, gdy skrecili ku Mamertynskiemu wiezieniu, Petroniusz stanal i rzekl: - Pretorianie!... Za pozno! Jakoz wiezienie otaczal podwojny szereg zolnierzy. Brzask srebrzyl zelazne ich helmy i ostrza wloczni. Twarz Winicjusza stala sie blada jak marmur. - Pojdzmy - rzekl. Po chwili staneli przed szeregiem. Petroniusz, ktory obdarzony niezwykla pamiecia znal nie tylko starszyzne, ale wszystkich niemal zolnierzy pretorii, wnet ujrzal znajomego sobie dowodce kohorty i skinal na niego. - A co to, Nigrze? - rzekl. - Kazano wam pilnowac wiezienia? - Tak jest, szlachetny Petroniuszu. Prefekt obawial sie, by nie probowano odbic podpalaczy. - Czy macie rozkaz nie wpuszczac nikogo? - spytal Winicjusz. - Nie, panie. Znajomi beda odwiedzali uwiezionych, i w ten sposob wylapiemy wiecej chrzescijan. - Zatem mnie wpusc - rzekl Winicjusz. I scisnawszy dlon Petroniusza rzekl mu: - Zobacz Akte, a ja przyjde dowiedziec sie, jaka ci dala odpowiedz. - Przyjdz - odpowiedzial Petroniusz. W tej chwili pod ziemia i za grubymi murami ozwalo sie spiewanie. Piesn, zrazu glucha i stlumiona, rosla coraz bardziej. Glosy meskie, kobiece i dziecinne laczyly sie w jeden zgodny chor. Cale wiezienie poczelo w ciszy switania spiewac jak harfa. Lecz nie byly to glosy zalosci ni rozpaczy. Owszem, brzmiala w nich radosc i tryumf. Zolnierze spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Na niebie zjawily sie pierwsze zlote i rozowe blaski jutrzni. Okrzyk: "Chrzescijanie dla lwow!" rozlegal sie ciagle we wszystkich dzielnicach miasta. W pierwszej chwili nie tylko nikt nie watpil, ze oni byli prawdziwymi sprawcami kleski, ale nikt nie chcial watpic, albowiem kara ich miala byc zarazem wspaniala zabawa dla ludu. Lecz rozszerzylo sie mniemanie, ze kleska nie przybralaby tak straszliwych rozmiarow, gdyby nie gniew bogow, nakazano wiec w swiatyniach piacula, czyli ofiary oczyszczalne. Z porady Ksiag Sybilijskich senat urzadzil uroczystosci i publiczne modly do Wulkana, do Cerery i do Prozerpiny. Matrony skladaly ofiary Junonie; cala ich procesja udala sie az na brzeg morza, by zaczerpnac wody i skropic nia posag bogini. Zamezne niewiasty przygotowywaly uczty bogom i nocne czuwania. Caly Rzym oczyszczal sie z grzechow, skladal ofiary i przejednywal Niesmiertelnych. A tymczasem wsrod zgliszcz wytykano nowe szerokie ulice. Tu i owdzie pozakladano juz fundamenty wspanialych domow, palacow i swiatyn. Przede wszystkim jednak budowano z nieslychanym pospiechem ogromne drewniane amfiteatry, w ktorych mieli konac chrzescijanie. Zaraz po naradzie w domu Tyberiusza poszly rozkazy do prokonsulow, aby dostarczyli dzikich zwierzat. Tygellinus opustoszyl vivaria wszystkich miast italskich, nie wylaczajac pomniejszych. W Afryce urzadzono z jego polecenia olbrzymie lowy, w ktorych cala miejscowa ludnosc musiala brac udzial. Sprowadzono slonie i tygrysy z Azji, krokodyle i hipopotamy z Nilu, lwy z Atlasu, wilki i niedzwiedzie z Pirenejow, zaciekle psy z Hibernii, psy molosy z Epiru, bawoly i olbrzymie srogie tury z Germanii. Z powodu ilosci uwiezionych igrzyska mialy przejsc ogromem wszystko, co dotychczas widziano. Cezar zapragnal zatopic wspomnienia pozaru w krwi i upoic nia Rzym, wiec nigdy rozlew jej nie zapowiadal sie wspanialej. Rozochocony lud pomagal wigilom i pretorianom w poscigu chrzescijan. Nie bylo to rzecza trudna, gdyz cale ich gromady, obozujac jeszcze wraz z inna ludnoscia wsrod ogrodow - wyznawaly glosno swa wiare. Gdy ich otaczano, klekali i spiewajac piesni pozwalali sie porywac bez oporu. Lecz cierpliwosc ich zwiekszala tylko gniew ludu, ktory nie rozumiejac jej zrodla, poczytywal ja za zacieklosc i zatwardzialosc w zbrodni. Szal ogarnal przesladowcow. Zdarzalo sie, ze czern wyrywala chrzescijan z rak pretorianow i rozszarpywala ich rekoma; kobiety ciagnieto za wlosy do wiezien, dzieciom rozbijano glowy o kamienie. Tysiace ludzi dniem i noca przebiegalo z wyciem ulice. Szukano ofiar wsrod zgliszcz, w kominach i w piwnicach. Przed wiezieniami wyprawiano przy ogniskach, naokol beczek z winem, bachiczne uczty i tance. Wieczorami sluchano z upojeniem podobnych do grzmotu rykow, ktorymi rozbrzmiewalo cale miasto. Wiezienia przepelnione byly tysiacami ludzi, co dzien zas czern i pretorianie przypedzali nowe ofiary. Litosc zgasla. Zdawalo sie, ze ludzie zapomnieli mowic i w dzikim oblakaniu zapamietali tylko jeden okrzyk: "Chrzescijanie dla lwow!" Przyszly dziwnie znojne dni i noce tak duszne, jakich nigdy przedtem nie bywalo: samo powietrze bylo jakby nasiakniete szalem, krwia, zbrodnia. A owej przebranej mierze okrucienstw odpowiadala rowniez przebrana miara zadzy meczenstwa. Wyznawcy Chrystusa szli dobrowolnie na smierc lub nawet szukali jej, poki ich nie powstrzymywaly surowe rozkazy zwierzchnikow. Z polecenia ich poczeto zbierac sie juz tylko za miastem, w podziemiach na drodze Appijskiej i w winnicach podmiejskich nalezacych do patrycjuszow chrzescijan, sposrod ktorych nie uwieziono dotad nikogo. Na Palatynie wiedziano doskonale, ze do wyznawcow Chrystusa naleza: i Flawiusz, i Domitylla, i Pomponia Grecyna, i Korneliusz Pudens, i Winicjusz; sam cezar obawial sie jednak, ze czern nie da wmowic w siebie, by tacy ludzie podpalili Rzym, ze zas chodzilo przede wszystkim o przekonanie ludu, wiec kare i zemste odlozono na dni dalsze. Inni mniemali, ze owych patrycjuszow ocalil wplyw Akte. Mniemanie bylo bledne. Petroniusz, po rozstaniu sie z Winicjuszem, udal sie wprawdzie do Akte o pomoc dla Ligii, lecz ona mogla mu ofiarowac jeno lzy, zyla bowiem w zapomnieniu i w bolu, o tyle tylko cierpiana, o ile kryla sie przed Poppea i cezarem. Odwiedzila jednak Ligie w wiezieniu, przyniosla jej odziez i zywnosc, a nade wszystko ochronila ja tym bardziej od zniewag ze strony i tak juz przekupionych strozow wieziennych. Wszelako Petroniusz nie mogac zapomniec, ze gdyby nie on i nie jego pomysly odebrania Ligii z domu Aulusow, to prawdopodobnie nie bylaby obecnie w wiezieniu, a procz tego pragnac wygrac gre z Tygellinem nie szczedzil czasu ni zabiegow. W ciagu kilku dni widzial sie z Seneka, z Domicjuszem Afrem, z Kryspinilla, przez ktora chcial trafic do Poppei, z Terpnosem, z Diodorem, z pieknym Pitagorasem, a na koniec z Aliturem i Parysem, ktorym zazwyczaj nie odmawial cezar niczego. Za pomoca Chryzotemis, ktora byla obecnie kochanka Watyniusza, staral sobie zjednac nawet i jego pomoc, nie szczedzac i jemu, i innym zarowno obietnic jak pieniedzy. Lecz wszystkie te usilowania pozostaly bez skutku. Seneka, niepewny wlasnego jutra, poczal mu przekladac, ze chrzescijanie, jesli nawet istotnie nie spalili Rzymu, powinni byc wytepieni dla jego dobra, slowem, usprawiedliwial przyszla rzez racja stanu. Terpnos i Diodor wzieli pieniadze i nie uczynili w zamian nic. Watyniusz doniosl cezarowi, ze usilowano go przekupic. Jeden tylko Aliturus, ktory z poczatku wrogo usposobiony dla chrzescijan, zalowal ich obecnie, osmielil sie wspomniec cezarowi o uwiezionej dziewczynie i prosic za nia, lecz nie otrzymal nic procz odpowiedzi: - Zali mniemasz, ze mniejsza mam dusze niz Brutus, ktory dla dobra Rzymu nie oszczedzil wlasnych synow? I gdy powtorzyl te odpowiedz Petroniuszowi, ten rzekl: - Skoro znalazl porownanie z Brutusem, to nie ma juz ratunku. Zal mu jednak bylo Winicjusza i bral go strach, czy on nie targnie sie na wlasne zycie. "Teraz - mowil sobie - podtrzymuja go jeszcze zabiegi, ktore czyni dla jej ratunku, jej widok i sama meka, lecz gdy wszystkie sposoby zawioda i zgasnie ostatnia iskra nadziei, na Kastora! on jej nie przezyje i rzuci sie na miecz". Petroniusz pojmowal nawet lepiej, ze mozna tak skonczyc, niz ze mozna tak pokochac i tak cierpiec. Tymczasem Winicjusz czynil jeszcze wszystko, na co mogl zdobyc sie jego umysl, by uratowac Ligie. Odwiedzal augustianow i on, tak niegdys dumny, zebral teraz ich pomocy. Przez Witeliusza ofiarowal Tygellinowi swoje ziemie sycylijskie i wszystko, czego by zazadal. Tygellinus jednak, nie chcac zapewne narazic sie Auguscie, odmowil. Pojsc do samego cezara, objac mu kolana i blagac nie prowadzilo do niczego. Winicjusz chcial wprawdzie i to uczynic, lecz Petroniusz uslyszawszy o zamiarze zapytal: - A jesli ci odmowi, jesli odpowie zartem lub grozba bezecna, co uczynisz? Na to rysy Winicjusza sciagnely sie bolem i wsciekloscia, a ze zwartych szczek poczal sie wydobywac zgrzyt. - Tak! - rzekl Petroniusz. - Dlatego ci odradzam. Zamkniesz wszystkie drogi ocalenia! Lecz Winicjusz pohamowal sie i wodzac dlonia po czole pokrytym zimnym potem, rzekl: - Nie! nie! Jestem chrzescijaninem!... - I zapomnisz o tym, jak zapomniales przed chwila. Masz prawo zgubic siebie, ale nie ja. Pamietaj, przez co przeszla przed smiercia corka Sejana. I tak mowiac nie byl zupelnie szczerym, chodzilo mu bowiem wiecej o Winicjusza niz o Ligie. Ale wiedzial, ze niczym nie powstrzyma go tak od niebezpiecznego kroku, jak przedstawiajac mu, ze moglby on przyniesc nieodwolalna zgube Ligii. Zreszta mial slusznosc, gdyz na Palatynie przewidywano przyjscie mlodego trybuna i przedsiewzieto odpowiednie srodki ostroznosci. Jednakze meka Winicjusza przeszla wszystko, co sily ludzkie zniesc moga. Od chwili gdy Ligia byla uwieziona i gdy padl na nia blask przyszlego meczenstwa, nie tylko pokochal ja stokroc wiecej, ale po prostu poczal jej oddawac w duszy czesc niemal religijna, jakby nadziemskiej istocie. A teraz na mysl, ze te istote i ukochana, i zarazem swieta musi stracic, i ze procz smierci spasc moga na nia meczarnie od samej smierci straszniejsze, krew stygla mu w zylach, dusza zmieniala sie w jeden jek, mieszaly sie zmysly. Chwilami zdawalo mu sie, ze czaszke wypelnia mu zywy ogien, ktory ja spali lub rozsadzi. Przestal rozumiec, co sie dzieje, przestal rozumiec, dlaczego Chrystus, ow milosierny, ow Bog, nie przychodzi w pomoc swym wyznawcom, dlaczego okopcone mury Palatynu nie zapadaja sie pod ziemie, a z nimi razem Nero, augustianie, oboz pretorianow i cale to miasto zbrodni. Mniemal, ze nie moze i nie powinno byc inaczej i ze to wszystko, na co patrza jego oczy, od czego lamie sie dusza i skowyczy serce, to sen. Lecz ryk zwierzat mowil mu, ze to rzeczywistosc; huk siekier, spod ktorych wyrastaly areny, mowil mu, ze to rzeczywistosc, a potwierdzaly ja wycie ludu i przepelnione wiezienia. Wowczas przerazala sie w nim wiara w Chrystusa i to przerazenie bylo nowa meka, moze ze wszystkich najstraszniejsza. A tymczasem Petroniusz mowil mu: - Pamietaj, przez co przed smiercia przeszla corka Sejana. I wszystko zawiodlo. Winicjusz znizyl sie do tego stopnia, ze szukal poparcia u wyzwolencow i niewolnic, tak cezara, jak i Poppei, przeplacal ich czcze obietnice, zjednywal sobie bogatymi podarkami ich wzgledy. Odnalazl pierwszego meza Augusty, Rufiusa Kryspinusa, i uzyskal od niego list; podarowal wille w Ancjum synowi jej z pierwszego malzenstwa, Rufiusowi, lecz rozgniewal tym tylko cezara, ktory pasierba nienawidzil. Przez umyslnego gonca pisal do drugiego meza Poppei, Othona, do Hiszpanii, ofiarowal cale swe mienie i siebie samego, az wreszcie spostrzegl, ze byl tylko igraszka ludzi i ze gdyby byl udawal, iz wiezienie Ligii malo go obchodzi, bylby ja predzej uwolnil. Toz samo spostrzegl i Petroniusz. Tymczasem plynal dzien za dniem. Amfiteatry byly skonczone. Rozdawano juz tessery, to jest znaki wejscia na ludus matutinus. Lecz tym razem igrzysko "poranne" z powodu nieslychanej ilosci ofiar mialo sie rozciagnac na dnie, tygodnie i miesiace. Nie wiedziano juz, gdzie miescic chrzescijan. Wiezienia byly natloczone i srozyla sie w nich goraczka. Puticuli, to jest wspolne doly, w ktorych chowano niewolnikow, poczely sie przepelniac. Powstala obawa, by choroby nie rozszerzyly sie na cale miasto, wiec postanowiono sie spieszyc. A wszystkie owe wiesci obijaly sie o uszy Winicjusza gaszac w nim ostatnie przeblyski nadziei. Poki byl czas, mogl sie ludzic, ze cos jeszcze wskora, ale teraz nie bylo juz i czasu. Widowiska mialy sie rozpoczac. Ligia lada dzien mogla znalezc sie w cuniculum cyrkowym, skad wyjscie bylo juz tylko na arene. Winicjusz nie wiedzac, gdzie rzuci ja los i okrucienstwo przemocy, poczal obchodzic wszystkie cyrki, przekupywac strozow i bestiariow, stawiajac im zadania, ktorych nie mogli spelnic. Czasem spostrzegal sie, ze juz pracuje tylko nad tym, by jej uczynic smierc mniej straszna, i wowczas to wlasnie czul, ze zamiast mozgu ma rozzarzone wegle pod czaszka. Nie myslal zreszta jej przezyc i postanowil zginac z nia razem. Lecz sadzil, ze bol moze wypali w nim zycie, zanim straszliwy termin nadejdzie. Jego przyjaciele i Petroniusz mniemali rowniez, iz lada dzien otworzy sie przed nim krolestwo cieniow. Twarz Winicjusza sczerniala i stala sie podobna do owych woskowych masek, ktore trzymano w larariach. W rysach zastyglo mu zdumienie, jak gdyby nie rozumial, co sie stalo i co sie stac moze. Gdy ktos do niego mowil, podnosil mechanicznym ruchem rece do glowy i sciskajac dlonmi skronie patrzyl na mowiacego wzrokiem przerazonym i pytajacym. Noce spedzal wraz z Ursusem pod drzwiami Ligii, w wiezieniu, jesli zas kazala mu odejsc i spoczac, wracal do Petroniusza i przechadzal sie do rana po atrium. Niewolnicy znajdowali go tez czesto kleczacego ze wzniesionymi rekoma lub lezacego twarza do ziemi. Modlil sie do Chrystusa, gdyz to byla ostatnia nadzieja. Wszystko zawiodlo, Ligie mogl ocalic tylko cud, wiec Winicjusz bil czolem w kamienne plyty i prosil o cud. Lecz pozostalo mu jeszcze tyle swiadomosci, ze rozumial, iz modlitwa Piotra wiecej znaczy niz jego. Piotr mu przyobiecal Ligie. Piotr go chrzcil. Piotr sam czynil cuda, niechze mu da ratunek i wspomozenie. I pewnej nocy poszedl go szukac. Chrzescijanie, ktorych niewielu juz zostalo, ukrywali go teraz starannie nawet jedni przed drugimi, aby ktos ze slabszych duchem nie zdradzil go mimowolnie lub umyslnie. Winicjusz wsrod ogolnego zamieszania i pogromu, zajety przy tym calkiem zabiegami o wydobycie Ligii z wiezienia, stracil Apostola z oczu, tak iz od czasu swego chrztu spotkal go zaledwie raz jeden, jeszcze przed rozpoczeciem poscigu. Lecz udawszy sie do owego fossora, w ktorego chacie zostal ochrzczony, dowiedzial sie od niego, ze w winnicy lezacej za Porta Salaria, nalezacej do Korneliusza Pudensa, odbedzie sie zebranie chrzescijan. Fossor podejmowal sie wprowadzic na nie Winicjusza, upewniajac go, ze znajda na nim Piotra. Jakoz o zmroku wyszli i przedostawszy sie za mury, a nastepnie idac wsrod wadolow zaroslych trzcina, dostali sie do winnicy, polozonej dziko i ustronnie. Zgromadzenie odbywalo sie w szopie, w ktorej zwykle wytlaczano wino. Do uszu Winicjusza doszedl na wstepie szmer modlitwy, wszedlszy zas ujrzal przy mdlym swietle latarek kilkadziesiat postaci kleczacych i pograzonych w modlitwie. Odmawialy one rodzaj litanii; chor glosow, zarowno meskich, jak kobiecych, powtarzal co chwila: "Chryste, zmiluj sie!" Drgal w tych glosach gleboki, rozdzierajacy smutek i zal. Piotr byl obecny. Kleczal na przodzie, przed drewnianym krzyzem przybitym do sciany szopy, i modlil sie. Winicjusz rozpoznal z dala jego biale wlosy i wzniesione rece. Pierwsza mysla mlodego patrycjusza bylo przejsc przez gromade, rzucic sie do nog Apostola i krzyczec: "Ratuj!" Lecz czy to uroczystosc modlitwy, czy oslabienie ugielo pod nim kolana, wiec kleknawszy u wejscia, poczal powtarzac z jekiem i zacisnionymi dlonmi: "Chryste, zmiluj sie!" Gdyby byl przytomny, bylby zrozumial, ze nie tylko w jego prosbie brzmial jek i ze nie on tylko przyniosl tu swoj bol, swoj zal i swoja trwoge. Nie bylo w tym zebraniu jednej duszy ludzkiej, ktora by nie stracila drogich sercu istot, a gdy najgorliwsi i najpelniejsi odwagi wyznawcy byli juz uwiezieni, gdy z kazda chwila rozchodzily sie nowe wiesci o zniewagach i mekach, jakie zadawano im w wiezieniach, gdy ogrom kleski przerosl wszelkie przypuszczenia, gdy zostala juz ta garsc tylko, nie bylo wsrod niej jednego serca, ktore by nie przerazilo sie w wierze i nie pytalo w zwatpieniu: gdzie Chrystus? i czemu zezwala, by zlo stalo sie potezniejsze od Boga? Lecz tymczasem blagali Go jeszcze z rozpacza o milosierdzie, bo w kazdej duszy tlila sie dotad iskra nadziei, ze przyjdzie, zetrze zlo, straci w przepasc Nerona i zapanuje nad swiatem... Jeszcze patrzyli w niebo, jeszcze nasluchiwali, jeszcze modlili sie ze drzeniem. Winicjusza rowniez, w miare jak powtarzal: "Chryste, zmiluj sie!", poczelo ogarniac uniesienie takie jak niegdys w chacie fossora. Oto wolaja Go z glebi bolu, z otchlani, oto wola Go Piotr, wiec lada chwila rozedrze sie niebo, ziemia zadrzy w posadach i zstapi On, w blasku niezmiernym, z gwiazdami u stop, milosierny, lecz i grozny, ktoren wywyzszy swych wiernych i kaze przepasciom pozrec przesladowcow. Winicjusz zakryl twarz rekoma i przypadl do ziemi. Naraz otoczyla go cisza, jak gdyby bojazn uwiezila dalsze wolanie w ustach wszystkich obecnych. I zdawalo mu sie, ze musi sie koniecznie cos stac, ze nastapi chwila cudu. Byl pewien, ze gdy sie podniesie i otworzy oczy, ujrzy swiatlo, od ktorego slepna smiertelne zrenice, i uslyszy glos, od ktorego mdleja serca. Lecz cisza trwala ciagle. Przerwalo ja na koniec lkanie kobiece. Winicjusz podniosl sie i poczal patrzyc oslupialym wzrokiem przed siebie. W szopie zamiast blaskow zaziemskich migotaly nikle plomyki latarek i promienie ksiezyca, wchodzace przez otwor w dachu, napelnialy ja srebrnym swiatlem. Ludzie, kleczacy obok Winicjusza, wznosili w milczeniu zalane lzami oczy ku krzyzowi; tu i owdzie ozwaly sie inne lkania, a z zewnatrz dochodzilo ostrozne pogwizdywanie straznikow. Wtem Piotr wstal i zwrociwszy sie do gromady rzekl: - Dzieci, podniescie serca ku Zbawicielowi naszemu i ofiarujcie mu wasze lzy. I umilkl. Nagle wsrod zgromadzonych ozwal sie glos kobiecy, pelen zalosnej skargi i bolu bez granic: - Ja, wdowa, jednego syna mialam, ktory mnie zywil... Wroc mi go, panie! Nastala powtornie chwila ciszy. Piotr stal przed kleczaca gromada, stary, stroskany, i wydawal sie im w tej chwili jakby uosobieniem zgrzybialosci i niemocy. Wtem poczal sie skarzyc drugi glos: - Kaci zniewazyli corki moje i Chrystus na to pozwolil! Po czym trzeci: - Zostalam sama z dziecmi, a gdy mnie porwa, kto da im chleba i wody? Po czym czwarty: - Linusa, ktorego zaniechali, wzieli znowu i polozyli na meki, panie! Po czym piaty: - Gdy wrocimy do domow, pochwyca nas pretorianie. Nie wiemy, gdzie sie ukryc. - Biada nam! Kto nas osloni? I tak w ciszy nocnej brzmiala skarga za skarga. Stary rybak przymknal oczy i trzasl swa biala glowa nad tym ludzkim bolem i trwoga. Zapadlo znow milczenie, tylko straznicy poswistywali z cicha za szopa. Winicjusz zerwal sie znowu, by przedrzec sie przez gromade do Apostola i zazadac od niego ratunku, lecz nagle ujrzal przed soba jakby przepasc, ktorej widok obezwladnil jego nogi. Co bedzie, jesli Apostol wyzna swoja niemoc, jesli stwierdzi, ze cezar rzymski potezniejszy jest niz Chrystus Nazarenski? I na te mysl przerazenie podjelo mu wlosy na glowie, gdyz uczul, ze wowczas w te przepasc wpadnie nie tylko reszta jego nadziei, ale i on sam, i jego Ligia, i jego milosc do Chrystusa, i jego wiara, i wszystko, czym zyl, a pozostanie tylko smierc i noc jako morze bezbrzezna. A tymczasem Piotr poczal mowic glosem z poczatku tak cichym, ze ledwie mozna go bylo doslyszec: - Dzieci moje! Na Golgocie widzialem, jak Boga przybijali do krzyza. Slyszalem mloty i widzialem, jak podniesli krzyz do gory, aby rzesze patrzyly na smierc Syna czlowieczego... ................... ...I widzialem, jak mu otworzyli bok i jak umarl. A wowczas, wracajac od krzyza, wolalem w bolesci, jako wy wolacie: "Biada! Biada! Panie! Tys Bog! Czemuzes na to pozwolil, czemus umarl i czemus utrapil nam serca, ktorzysmy wierzyli, ze przyjdzie krolestwo Twoje?..." ...A on, Pan nasz i Bog nasz, trzeciego dnia zmartwychwstal i byl miedzy nami, poki w wielkiej swiatlosci nie wstapil do krolestwa swego... A my, poznawszy mala wiare nasza, umocnilismy sie w sercach i odtad siejemy ziarno Jego... ................... Tu zwrociwszy sie w strone, skad wyszla pierwsza skarga, poczal mowic silniejszym juz glosem: - Czemu sie skarzycie?... Bog sam poddal sie mece i smierci, a wy chcecie, by was przed nia oslonil? Ludzie malej wiary! Zaliscie pojeli Jego nauke, zali On wam to jedno zycie obiecal? Oto przychodzi do was i mowi wam: "Pojdzcie droga moja", oto podnosi was ku sobie, a wy czepiacie sie ziemi rekoma, wolajac: "Panie, ratuj!" Ja, proch przed Bogiem, lecz wobec was Apostol Bozy i namiestnik, mowie wam w imie Chrystusa: nie smierc przed wami, lecz zycie, nie meki, lecz nieprzebrane rozkosze, nie lzy i jeki, lecz spiewanie, nie niewola, lecz krolowanie! Ja, Apostol Bozy, mowie tobie, wdowo: syn twoj nie umrze, jeno narodzi sie w chwale na zycie wieczne i polaczysz sie z nim! Tobie, ojcze, ktoremu kaci splamili corki niewinne, obiecuje, ze odnajdziesz je bielsze od lilij Hebronu! Wam, matki, ktore porwa od sierot, wam, ktorzy stracicie ojcow, wam, ktorzy sie skarzycie, wam, ktorzy bedziecie patrzyc na smierc umilowanych, wam, stroskani, nieszczesliwi, trwozni, i wam, majacy umrzec, w imie Chrystusa powiadam, iz zbudzicie sie jako ze snu na szczesne czuwanie i jako z nocy na swit Bozy. W imie Chrystusa, niech spadnie bielmo z oczu waszych i rozgoreja serca! To rzeklszy podniosl dlon, jak gdyby rozkazywal, a oni uczuli nowa krew w zylach i zarazem dreszcz w kosciach, bo stal juz przed nimi nie starzec zgrzybialy i strapiony, ale mocarz, ktory bral ich dusze i dzwigal je z prochu i trwogi. - Amen! - zawolalo kilka glosow. Jemu zas z oczu bil blask coraz wiekszy i szla od niego sila, szedl majestat, szla swietosc. Glowy chylily sie przed nim, a on, gdy umilklo "amen", mowil dalej: - Siejcie w plakaniu, abyscie zbierali w weselu. Czemu lekacie sie mocy zlego? Nad ziemia, nad Rzymem, nad murami miast jest Pan, ktory zamieszkal w was. Kamienie zwilgna od lez, piasek przesiaknie krwia, pelne beda doly cial waszych, a ja wam powiadam: wyscie zwyciezcy! Pan idzie na podboj tego miasta zbrodni, ciemiestwa i pychy, a wyscie legia Jego! I jako sam odkupil meka i krwia grzechy swiata, tak chce, abyscie wy odkupili meka i krwia to gniazdo nieprawosci!... To wam oznajmia przez wargi moje! I rozlozyl rece, a oczy utkwil w gorze, im zas serca przestaly prawie bic w piersi, albowiem uczuli, ze wzrok jego widzi cos, czego nie moga dojrzec ich smiertelne zrenice. Jakoz twarz mu sie zmienila i oblala sie jasnoscia, i patrzyl czas jakis w milczeniu, jakby oniemial z zachwytu, lecz po chwili uslyszano jego glos: - Jestes, Panie, i ukazujesz mi drogi swoje!... Jak to, o Chryste!... Nie w Jeruzalem, ale w tym grodzie szatana chcesz zalozyc stolice Twoja? Tu, z tych lez i z tej krwi chcesz zbudowac kosciol Twoj? Tu, gdzie dzis wlada Neron, ma stanac wieczyste krolestwo Twoje? O Panie, Panie! I kazesz tym trwoznym, aby z kosci swych zbudowali fundament pod Syjon swiata, a duchowi memu kazesz objac rzad nam nim i nad ludami ziemi?... I oto zlewasz zdroj mocy na slabych, aby sie stali silni, i oto kazesz mi pasc stad baranki Twoje, az do spelnienia wiekow... O, badzze pochwalony w wyrokach Twoich, ktory kazesz zwyciezac. Hosanna! Hosanna!... Ci, ktorzy byli trwozni, powstali, w tych, ktorzy zwatpili, wplynely strumienie wiary. Jedne glosy zawolaly naraz: "Hosanna!", inne: "Pro Christo!", po czym zapadla cisza. Jasne letnie blyskawice rozswiecaly wnetrze szopy i twarze pobladle ze wzruszenia. Piotr, zapatrzony w widzenie, modlil sie jeszcze dlugo, lecz na koniec zbudzil sie, zwrocil do gromady swa natchniona, pelna swiatla glowe i rzekl: - Oto jako Pan zwyciezyl w was zwatpienie, tak i wy idzcie zwyciezac w imie Jego! I chociaz wiedzial juz, ze zwycieza, choc wiedzial, co wyrosnie z ich lez i krwi, jednak glos zadrgal mu wzruszeniem, gdy poczal zegnac ich krzyzem i mowil: - A teraz blogoslawie was, dzieci moje, na meke, na smierc i na wiecznosc! Lecz oni opadli go wolajac: "My juz gotowi, ale ty, swieta glowo, chron sie, albowiem tys jest namiestnik, ktory sprawuje rzad Chrystusow!" I tak mowiac czepiali sie jego szat, on zas kladl rece na ich glowach i zegnal kazdego z osobna, rownie jak ojciec zegna dzieci, ktore wysyla w podroz daleka. I zaraz poczeli wychodzic z szopy, albowiem pilno juz im bylo do domow, a z nich do wiezien i na areny. Umysly ich oderwaly sie od ziemi, dusze wziely lot ku wiecznosci i szli, jakby w snie lub w zachwyceniu, przeciwstawiac te sile, ktora w nich byla, sile i okrucienstwu "bestii". Apostola zas wzial Nereusz, sluga Pudensa, i wiodl go ukryta w winnicy sciezka do swego domu. Lecz wsrod jasnej nocy postepowal za nimi Winicjusz i gdy wreszcie doszli do Nereuszowej chaty, rzucil sie nagle do nog Apostola. Ow zas, poznawszy go, zapytal: - Czego zadasz, synu? Ale Winicjusz po tym, co slyszal w szopie, nie smial go juz o nic blagac, tylko objawszy obiema rekami jego stopy przyciskal do nich ze lkaniem czolo, wzywajac w ten niemy sposob litosci. Ow zas rzekl: - Wiem. Wzielic dzieweczke, ktora umilowales. Modl sie za nia. - Panie! - jeknal Winicjusz obejmujac jeszcze silniej stopy Apostola. - Panie! Jam robak lichy, ales ty znal Chrystusa, ty Go blagaj, ty wstaw sie za nia. I drzal z bolu jak lisc, i bil czolem w ziemie, albowiem poznawszy moc Apostola wiedzial, iz on jeden moze mu ja przywrocic. A Piotr wzruszyl sie ta bolescia. Przypomnial sobie, jak niegdys i Ligia, zgromiona przez Kryspusa, lezala tak samo u jego nog, zebrzac litosci. Przypomnial sobie, ze ja podniosl i pocieszyl, wiec teraz podniosl Winicjusza. - Synaczku - rzekl - bede sie modlil za nia, lecz ty pomnij, com mowil tamtym watpiacym, ze sam Bog przeszedl przez meke krzyzowa, i pomnij, ze po tym zyciu zaczyna sie inne, wieczyste. - Ja wiem!... Jam slyszal - odparl Winicjusz lowiac w pobladle usta powietrze - ale widzisz, panie... nie moge! Jesli potrzeba krwi, pros Chrystusa, aby wzial moja... Jam zolnierz. Niech mi podwoi, niech potroi meke dla niej przeznaczona, wytrzymam; ale niech ja ocali! To jeszcze dziecko, panie, a On mocniejszy od cezara, wierze! mocniejszy! Tys ja sam milowal. Tys nam blogoslawil! To jeszcze dziecko niewinne!... Tu znow pochylil sie i przylozywszy twarz do kolan Piotra poczal powtarzac: - Tys znal Chrystusa, panie! Tys znal, On ciebie wyslucha! Wstaw sie za nia! A Piotr przymknal powieki i modlil sie zarliwie. Letnie blyskawice poczely znow rozswiecac niebo. Winicjusz wpatrywal sie przy ich blasku w usta Apostola, czekajac z nich wyroku zycia lub smierci. W ciszy slychac bylo przepiorki nawolujace sie po winnicach i gluchy, daleki odglos deptakow lezacych przy Via Salaria. - Winicjuszu - zapytal wreszcie Apostol - wierzyszli ty? - Panie, czyzbym inaczej tu przyszedl? - odpowiedzial Winicjusz. - Tedy wierz do konca, albowiem wiara gory porusza. Wiec chocbys widzial one dzieweczke pod mieczem kata albo w paszczece lwa, wierz jeszcze, ze Chrystus moze ja zbawic. Wierz i modl sie do Niego, a ja bede sie modlil wraz z toba. Po czym podnioslszy twarz ku niebu, mowil glosno: - Chryste milosierny, spojrz na ono serce zbolale i pociesz je! Chryste milosierny, pomiarkuj wiatr do welny jagniecia! Chryste milosierny, ktorys prosil Ojca, aby odwrocil kielich goryczy od ust Twoich, odwroc go od ust tego slugi Twego! Amen! A Winicjusz, wyciagajac rece ku gwiazdom, mowil jeczac: - O Chryste! Jam Twoj! Wez mnie za nia! Na wschodzie niebo poczelo bielec. Winicjusz opusciwszy Apostola szedl do wiezienia z odrodzonym przez nadzieje sercem. Gdzies w glebi duszy krzyczala mu jeszcze rozpacz i przerazenie, lecz on tlumil w sobie te glosy. Wydalo mu sie niepodobienstwem, by wstawiennictwo Bozego namiestnika i potega jego modlitwy mialy pozostac bez skutku. Bal sie nie miec nadziei, bal sie watpic. "Bede wierzyl w milosierdzie Jego - mowil do siebie - chocbym ja ujrzal w paszczy lwa". I na te mysl, choc drzala w nim dusza i pot zimny oblewal mu skronie, wierzyl. Kazde uderzenie jego serca bylo teraz modlitwa. Poczynal rozumiec, ze wiara gory porusza, albowiem poczul w sobie jakas dziwna sile, ktorej nie odczuwal przedtem. Zdawalo mu sie, ze potrafi nia dokonac takich rzeczy, ktore jeszcze wczoraj nie byly w jego mocy. Chwilami mial wrazenie, jakby zle juz minelo. Gdy rozpacz odzywala sie jeszcze jekiem w jego duszy, przypominal sobie te noc i te swieta sedziwa twarz, wzniesiona ku niebu w modlitwie. "Nie! Chrystus nie odmowi pierwszemu uczniowi swemu i pasterzowi trzody! Chrystus mu nie odmowi, a ja nie zwatpie". I biegl do wiezienia jak zwiastun dobrej nowiny. Lecz tu czekala go rzecz niespodziewana. Straze pretorianskie, zmieniajace sie przy Mamertynskim wiezieniu, znaly go juz wszystkie i zwykle nie czyniono mu najmniejszych trudnosci, lecz tym razem lancuch sie nie otworzyl, a natomiast setnik zblizyl sie ku niemu i rzekl: - Wybacz, szlachetny trybunie, mamy dzis rozkaz nie wpuszczac nikogo. - Rozkaz? - powtorzyl blednac Winicjusz. Zolnierz spojrzal na niego ze wspolczuciem i odrzekl: - Tak, panie. Rozkaz cezara. W wiezieniu duzo jest chorych i byc moze, iz obawiaja sie, aby przychodnie nie rozniesli zarazy po miescie. - Lecz mowiles, ze rozkaz na dzis tylko? - W poludnie zmieniaja sie straze. Winicjusz zamilkl i odkryl glowe, albowiem zdawalo mu sie, ze pileolus, ktory mial na niej, jest z olowiu. Wtem zolnierz zblizyl sie i rzekl przyciszonym glosem: - Uspokoj sie, panie. Stroze i Ursus czuwaja nad nia. To rzeklszy pochylil sie i w mgnieniu oka nakreslil na kamiennej plycie swym dlugim galijskim mieczem ksztalt ryby. Winicjusz spojrzal na niego bystro. - ...I jestes pretorianinem?... - Poki nie bede tam - odrzekl zolnierz wskazujac na wiezienie. - I ja czcze Chrystusa. - Niech bedzie pochwalone imie Jego! Wiem, panie. Nie moge cie wpuscic do wiezienia, lecz jesli napiszesz list, oddam go strozom. - Dzieki ci, bracie. I scisnawszy reke zolnierza odszedl. Pileolus przestal mu ciazyc olowiem. Slonce ranne podnioslo sie nad mury wiezienia, a razem z jego jasnoscia poczela znow wstepowac otucha w serce Winicjusza. Ten zolnierz chrzescijanin byl dla niego jakby nowym swiadectwem potegi Chrystusa. Po chwili zatrzymal sie i utkwiwszy wzrok w rozowych oblokach zwieszonych nad Kapitolem i swiatynia Statora, rzekl: "Nie widzialem jej dzis, Panie, ale wierze w Twoje milosierdzie". W domu czekal na niego Petroniusz, ktory, jak zwykle "z nocy dzien czyniac", niedawno byl powrocil. Zdazyl jednakze wziac juz kapiel i namascic sie do snu. - Mam dla ciebie nowiny - rzekl. - Bylem dzis u Tuliusza Senecjona, u ktorego byl i cezar. Nie wiem, skad Auguscie przyszlo na mysl przyprowadzic ze soba malego Rufiusa... Moze dlatego, by swa uroda zmiekczyl serce cezara. Na nieszczescie, dziecko, zmorzone snem, usnelo w czasie czytania, jak niegdys Wespazjan, co widzac Ahenobarbus cisnal w nie pucharem i skaleczyl je ciezko. Poppea zemdlala, wszyscy zas slyszeli, jak cezar rzekl: "Dosc mam tego przyplodka!", a to, wiesz, tyle znaczy, co smierc! - Nad Augusta zawisla kara Boza - odpowiedzial Winicjusz - ale czemu mi to mowisz? - Mowie dlatego, ze ciebie i Ligie scigal gniew Poppei, teraz zas ona, zajeta wlasnym nieszczesciem, moze poniecha zemsty i latwiej da sie przejednac. Zobacze ja dzis wieczor i bede z nia mowil. - Dzieki ci. Zwiastujesz mi dobra nowine. - A ty sie wykap i spocznij. Usta masz sine i cien z ciebie pozostal. Lecz Winicjusz spytal: - Zali nie mowiono, kiedy odbedzie sie pierwszy ludus matutinus? - Za dziesiec dni. Ale wezma pierwej inne wiezienia. Im wiecej zostanie nam czasu, tym lepiej. Nie wszystko jeszcze stracone. I tak mowiac, mowil to, w co sam juz nie wierzyl, wiedzial albowiem doskonale, ze skoro cezar w odpowiedzi na prosbe Aliturusa znalazl wspaniale brzmiaca odpowiedz, w ktorej porownal sie z Brutusem, to dla Ligii nie ma juz ratunku. Ukryl tez przez litosc, co slyszal u Senecjona, ze cezar i Tygellin postanowili wybrac dla siebie i dla przyjaciol najpiekniejsze dziewice chrzescijanskie i pohanbic je przed meka, reszta zas miala byc wydana w sam dzien igrzyska pretorianom i bestiariuszom. Wiedzac, ze Winicjusz w zadnym razie nie zechce przezyc Ligii, umyslnie krzepil tymczasem nadzieje w jego sercu, naprzod przez wspolczucie dla niego, a po wtore, ze temu estecie chodzilo takze i o to, aby Winicjusz, jesli ma umrzec, umarl pieknym, nie zas z twarza wyniszczona i sczerniala od bolu i bezsennosci. - Powiem dzis Auguscie - rzekl - mniej wiecej tak: "Uratuj Ligie dla Winicjusza, a ja uratuje dla ciebie Rufiusa". I bede o tym myslal naprawde. Z Ahenobarbem jedno slowo, powiedziane w stosownej chwili, moze kogos uratowac lub zgubic. W najgorszym razie zyskamy na czasie. - Dzieki ci - powtorzyl Winicjusz. - Najlepiej mi podziekujesz, gdy sie pozywisz i spoczniesz. Na Atene! Odysej w najwiekszym nieszczesciu myslal o snie i jadle. Cala noc spedziles pewno w wiezieniu. - Nie - odpowiedzial Winicjusz. - Chcialem pojsc do wiezienia teraz, ale jest rozkaz, aby nikogo nie dopuszczano. Dowiedz sie ty, Petroniuszu, czy rozkaz jest na dzis tylko, czy az do dnia igrzysk. - Dowiem sie dzis w nocy i jutro rano powiem ci, na jak dlugo i dlaczego rozkaz zostal wydany. A teraz, chocby Helios mial ze zmartwienia zejsc do kimeryjskich krajow, ide spac, ty zas nasladuj mnie. I rozeszli sie, lecz Winicjusz udal sie do biblioteki i poczal pisac list do Ligii. Gdy skonczyl, odniosl go sam i wreczyl chrzescijanskiemu setnikowi, ktory natychmiast poszedl z nim do wiezienia. Po chwili wrocil z pozdrowieniem od Ligii i z obietnica, ze dzis jeszcze odniesie jej odpowiedz. Winicjusz nie chcial jednak wracac i siadlszy na glazie czekal na list Ligii. Slonce wzbilo sie juz wysoko na niebie i przez Clivus Argentarius naplywaly na Forum, jak zwykle, tlumy ludzi. Przekupnie wywolywali swoje towary; wrozbici polecali przechodniom swe uslugi; obywatele ciagneli powaznym krokiem ku rostrom, by sluchac przygodnych mowcow lub rozpowiadac sobie wzajemnie najswiezsze nowiny. W miare jak upal dogrzewal coraz silniej, gromady prozniakow chronily sie pod portyki swiatyn, spod ktorych wylatywaly co chwila z wielkim lopotem skrzydel cale stada golebi, rozblyskujac bialymi piorami w jasnosci slonecznej i blekicie. Pod nadmiarem swiatla, pod wplywem gwaru, ciepla i niezmiernego znuzenia oczy Winicjusza poczely sie kleic. Monotonne okrzyki chlopcow, grajacych obok w more, i miarowe kroki zolnierzy kolysaly go do snu. Kilkakroc podniosl jeszcze glowe i objal oczyma wiezienie, po czym oparl ja o zrab skalny, westchnal jak dziecko, ktore usypia po dlugim placzu, i usnal. I wnet opadly go widzenia. Zdawalo mu sie, ze wsrod nocy niesie na reku Ligie przez nieznana winnice, a przed nim idzie Pomponia Grecyna z kagankiem w reku i swieci. Jakis glos, jakby glos Petroniusza, wolal za nim z daleka: "Wroc sie!" Lecz on nie zwazal na owo wolanie i szedl dalej za Pomponia, poki nie doszli do chaty, w ktorej progu stal Piotr Apostol. Wowczas on pokazal mu Ligie i rzekl: "Idziemy z areny, panie, ale nie mozemy jej obudzic, zbudz ty ja". Lecz Piotr odpowiedzial: "Chrystus sam przyjdzie ja zbudzic!" Potem obrazy poczely mu sie mieszac. Widzial przez sen Nerona i Poppee trzymajaca na reku malego Rufiusa ze skrwawionym czolem, ktore obmywal Petroniusz, i Tygellina posypujacego popiolem stoly zastawione kosztownymi potrawami, i Witeliusza pozerajacego owe potrawy, i mnostwo innych augustianow siedzacych przy uczcie. On sam spoczywal przy Ligii; lecz miedzy stolami chodzily lwy, ktorym z plowych brod sciekala krew. Ligia prosila go, by ja wyprowadzil, a jego ogarnela bezwladnosc tak straszna, iz nie mogl sie nawet poruszyc. Za czym w widzeniach jego nastal bezwlad jeszcze wiekszy i wreszcie wszystko zapadlo w ciemnosc zupelna. Z glebokiego snu zbudzil go dopiero zar sloneczny i okrzyki, ktore rozlegly sie tuz obok miejsca, na ktorym siedzial. Winicjusz przetarl oczy: ulica roila sie od ludzi, lecz dwaj biegacze, przybrani w zolte tuniki, rozsuwali dlugimi trzcinami tlum, krzyczac i czyniac miejsce dla wspanialej lektyki, ktora nioslo czterech silnych niewolnikow egipskich. W lektyce siedzial jakis czlowiek przybrany w biale szaty, ktorego twarzy nie bylo dobrze widac, albowiem tuz przy oczach trzymal zwoj papirusu i odczytywal cos pilnie. - Miejsce dla szlachetnego augustianina! - wolali biegacze. Ulica byla jednak tak natloczona, ze lektyka musiala sie na chwile zatrzymac. Wowczas augustianin opuscil niecierpliwie zwoj papieru i wychylil glowe wolajac: - Rozpedzic mi tych nicponiow! Predzej! Nagle, spostrzeglszy Winicjusza, cofnal glowe i podniosl szybko do oczu zwoj papieru. A Winicjusz przeciagnal reka po czole sadzac, ze sni jeszcze. W lektyce siedzial Chilo. Tymczasem biegacze utorowali droge i Egipcjanie mieli ruszyc naprzod, gdy nagle mlody trybun, ktory w jednej chwili zrozumial wiele rzeczy przedtem dla niego niezrozumialych, przyblizyl sie do lektyki. - Pozdrowienie ci, Chilonie! - rzekl. - Mlodziencze - odpowiedzial z godnoscia i duma Grek, usilujac swej twarzy nadac wyraz spokoju, ktorego w duszy nie mial - witaj, ale mnie nie zatrzymuj, gdyz spiesze sie do przyjaciela mego, szlachetnego Tygellina. A Winicjusz, chwyciwszy za krawedz lektyki, pochylil sie ku niemu i patrzac mu wprost w oczy, rzekl znizonym glosem: - Tys wydal Ligie?... - Kolosie Memnona! - zawolal z przestrachem Chilo. Lecz w oczach Winicjusza nie bylo grozby, wiec strach starego Greka przeszedl szybko. Pomyslal, ze jest pod opieka Tygellina i samego cezara, to jest poteg, przed ktorymi drzy wszystko, i ze otaczaja go silni niewolnicy, a zas Winicjusz stoi przed nim bezbronny, z wynedzniala twarza i postawa zgieta przez bol. Na te mysl wrocila mu zuchwalosc. Utkwil w Winicjusza swe oczy, okolone czerwonymi obwodkami, i odszepnal: - A ty, gdym umieral z glodu, kazales mnie schlostac. Na chwile umilkli obaj, po czym ozwal sie gluchy glos Winicjusza: - Skrzywdzilem cie, Chilonie!... Wowczas Grek podniosl glowe i klasnawszy w palce, co w Rzymie bylo oznaka lekcewazenia i pogardy, odrzekl tak glosno, aby wszyscy mogli go slyszec: - Przyjacielu, jesli masz do mnie prosbe, przyjdz do domu mego na Eskwilinie o rannej porze, w ktorej po kapieli przyjmuje gosci i klientow. I skinal reka, a na ow znak Egipcjanie podniesli lektyke, niewolnicy zas, przybrani w zolte tuniki, poczeli wolac machajac trzcinami: - Miejsce dla lektyki szlachetnego Chilona Chilonidesa! Miejsce! Miejsce!... Ligia w dlugim, pospiesznie pisanym liscie zegnala na zawsze Winicjusza. Wiadomo jej bylo, ze do wiezienia nie wolno juz nikomu przychodzic i ze bedzie mogla widziec Winicjusza dopiero z areny. Totez prosila go, by dowiedzial sie, kiedy przypadnie ich kolej, i by byl na igrzysku, albowiem chciala raz jeszcze zobaczyc go za zycia. W liscie jej nie znac bylo bojazni. Pisala, ze i ona, i inni tesknia juz do areny, na ktorej znajda wyzwolenie z wiezienia. Spodziewajac sie przyjazdu Pomponii i Aulusa, blagala, by przyszli i oni. W kazdym jej slowie widac bylo uniesienie i to oderwanie sie od zycia, w ktorym zyli wszyscy uwiezieni, a zarazem niezachwiana wiare, ze obietnice spelnic sie musza za grobem. "Czy Chrystus (pisala) teraz, czy po smierci mnie wyzwoli, On ci obiecal mnie przez usta Apostola, a wiec ja twoja". I zaklinala go, by jej nie zalowal i nie dal sie opanowac bolowi. Smierc nie byla dla niej rozerwaniem slubow. Z ufnoscia dziecka upewniala Winicjusza, ze zaraz po mece w arenie powie Chrystusowi, iz w Rzymie zostal jej narzeczony, Marek, ktory teskni po niej calym sercem. I myslala, ze moze Chrystus pozwoli wrocic na chwile jej duszy do niego, aby mu powiedziec, ze zyje, ze meki nie pamieta i ze jest szczesliwa. Caly jej list tchnal szczesciem i ogromna nadzieja. Byla w nim tylko jedna prosba zwiazana ze sprawami ziemi, aby Winicjusz zabral ze spoliarium jej cialo i pochowal ja jako swoja zone w grobowcu, w ktorym sam niegdys mial spoczac. On czytal ow list z rozdarta dusza, ale zarazem zdalo mu sie niepodobienstwem, aby Ligia mogla zginac pod klami dzikich zwierzat i aby Chrystus nie zlitowal sie nad nia. Jednakze w tym wlasnie tkwila nadzieja i ufnosc. Wrociwszy do domu odpisal, ze bedzie przychodzil codziennie pod mury Tullianum czekac, poki Chrystus nie skruszy murow i nie odda mu jej. Nakazal wierzyc jej, ze On moze mu ja oddac nawet z cyrku, ze Wielki Apostol blaga Go o to i ze chwila wyzwolenia jest bliska. Nawrocony centurion mial odniesc jej ow list nazajutrz. Lecz gdy Winicjusz przyszedl nastepnego dnia pod wiezienie, setnik, opusciwszy szereg, zblizyl sie do niego pierwszy i rzekl: - Posluchaj mnie, panie. Chrystus, ktory cie doswiadczyl, okazal ci laske swoja. Dzisiejszej nocy przyszli wyzwolency cezara i prefekta, aby wybrac im dziewice chrzescijanskie na pohanbienie; pytali sie o oblubienice twoja, lecz Pan nasz zeslal na nia goraczke, na ktora umieraja wieznie w Tullianum, i poniechali jej. Wczoraj wieczor byla juz nieprzytomna i niech bedzie blogoslawione imie Zbawiciela, albowiem ta choroba, ktora ja ocalila od hanby, moze ja ocalic i od smierci. Winicjusz oparl dlon na naramienniku zolnierza, aby nie upasc, ow zas mowil dalej: - Dziekuj milosierdziu Pana. Linusa porwali i polozyli na meki, ale widzac, ze kona, oddali go. Moze i tobie oddadza ja teraz, a Chrystus wroci jej zdrowie. Mlody trybun pozostal jeszcze chwile ze spuszczona glowa, po czym podniosl ja i rzekl cicho: - Tak jest, setniku. Chrystus, ktory wybawil ja od hanby, wybawi ja od smierci. I dosiedziawszy pod murem wiezienia do wieczora, wrocil do domu, aby wyslac swoich ludzi po Linusa i kazac go przeniesc do jednej ze swoich willi podmiejskich. Jednakze Petroniusz dowiedziawszy sie o wszystkim postanowil dzialac jeszcze. Poprzednio byl juz u Augusty, teraz zas udal sie do niej po raz drugi. Zastal ja u loza malego Rufiusa. Dziecko z rozbita glowa majaczylo w goraczce, matka zas ratowala je z rozpacza i zgroza w sercu, myslac, ze jesli je uratuje, to moze tylko po to, aby wkrotce straszniejsza zginelo smiercia. Zajeta wylacznie swoim bolem, nie chciala nawet sluchac o Winicjuszu i Ligii, lecz Petroniusz przerazil ja. "Obrazilas - rzekl jej - nowe nieznane bostwo. Ty, Augusto, czcisz podobno hebrajskiego Jehowe, ale chrzescijanie utrzymuja, ze Chrystus jest jego synem, pomysl wiec, czy cie nie sciga gniew ojca. Kto wie, czy to, co sie stalo, nie jest ich zemsta i czy zycie Rufiusa nie zalezy od tego, jak postapisz". - Co chcesz, abym uczynila? - spytala z przestrachem Poppea. - Przeblagaj zgniewane bostwo. - Jak? - Ligia jest chora. Wplyn na cezara lub Tygellina, zeby ja wydano Winicjuszowi. A ona spytala z rozpacza: - Czy ty myslisz, ze ja moge? - Wiec mozesz co innego. Jesli Ligia wyzdrowieje, musi isc na smierc. Idz do swiatyni Westy i zazadaj, aby virgo magna znalazla sie wypadkiem kolo Tullianum w chwili, gdy beda wyprowadzali wiezniow na smierc, i rozkazala uwolnic te dziewczyne. Wielka westalka nie odmowi ci tego. - A jesli Ligia umrze z goraczki? - Chrzescijanie mowia, ze Chrystus jest msciwy, ale sprawiedliwy: byc moze, ze przeblagasz go checia sama. - Niech mi da jaki znak, ze ocali Rufiusa. Petroniusz wzruszyl ramionami. - Ja nie przychodze jako jego posel, o boska; mowie ci tylko: badz lepiej w zgodzie ze wszystkimi bostwami rzymskimi i obcymi. - Pojde! - rzekla zlamanym glosem Poppea. Petroniusz odetchnal gleboko. "Nareszcie cos wskoralem!" - pomyslal. I wrociwszy do Winicjusza rzekl mu: - Pros swego Boga, by Ligia nie umarla na goraczke, bo jesli nie umrze, to wielka westalka rozkaze ja uwolnic. Sama Augusta bedzie ja o to prosila. Winicjusz popatrzyl na niego oczyma, w ktorych blyszczala goraczka, i odpowiedzial: - Ja uwolni Chrystus. A Poppea, ktora dla ocalenia Rufiusa gotowa byla palic hekatomby wszystkim bogom swiata, tegoz jeszcze wieczora udala sie na Forum do westalek, powierzywszy opieke nad chorym dzieckiem wiernej piastunce Sylwii, ktora i ja sama wynianczyla. Lecz na Palatynie wyrok na dziecko byl juz wydany. Zaledwie bowiem lektyka cesarzowej znikla za Wielka Brama, do komnaty, w ktorej spoczywal maly Rufius, weszli dwaj wyzwolency cezara, z ktorych jeden rzucil sie na stara Sylwie i zatkal jej usta, drugi zas, chwyciwszy miedziany posazek Sfinksa, ogluszyl ja pierwszym uderzeniem. Po czym zblizyli sie do Rufiusa. Trawiony goraczka i bezprzytomny chlopak nie zdajac sobie sprawy, co dzieje sie kolo niego, usmiechal sie do nich i mruzyl swe sliczne oczy, jakby usilowal ich rozpoznac. Lecz oni zdjawszy z nianki pas, zwany cingulum, zadzierzgneli mu go kolo szyi i poczeli zaciskac. Dziecko, zawolawszy raz matki, skonalo latwo. Za czym owineli je w przescieradlo i siadlszy na przygotowane konie pospieszyli az do Ostii, gdzie wrzucili cialo w morze. Poppea nie zastawszy wielkiej dziewicy, ktora wraz z innymi westalkami byla u Watyniusza, wrocila wkrotce na Palatyn. Znalazlszy puste loze i zastygle cialo Sylwii, zemdlala, a gdy ja otrzezwiono, poczela krzyczec i dzikie jej krzyki rozlegaly sie przez noc cala i dzien nastepny. Lecz trzeciego dnia cezar kazal jej przyjsc na uczte, wiec przybrawszy sie w ametystowa tunike, przyszla i siedziala z kamienna twarza, zlotowlosa, milczaca, cudna i zlowroga jak aniol smierci. Zanim Flawiusze wzniesli Koloseum, amfiteatra w Rzymie budowano przewaznie z drzewa, totez wszystkie niemal splonely w czasie pozaru. Nero jednak dla wyprawienia przyobiecanych igrzysk kazal wzniesc kilka, a miedzy nimi jeden olbrzymi, na ktory zaraz po ugaszeniu ognia poczeto sprowadzac morzem i Tybrem potezne pnie drzew, wycietych na stokach Atlasu. Poniewaz igrzyska wspanialoscia i liczba ofiar mialy przejsc wszystkie poprzednie, dodano wiec obszerne pomieszczenia dla ludzi i zwierzat. Tysiace rzemieslnikow pracowalo nad budowa dniem i noca. Budowano i ozdabiano bez wytchnienia. Lud opowiadal sobie cuda o oparciach wykladanych brazem, bursztynem, koscia sloniowa, perlowcem i skorupnikiem zamorskich zolwiow. Biegnace wzdluz siedzen kanaly, napelnione lodowata woda z gor, mialy utrzymywac w budynku chlod przyjemny, nawet w czasie najwiekszych upalow. Olbrzymie purpurowe velarium zabezpieczalo od promieni slonecznych. Miedzy rzedami siedzen ustawiono kadzielnice do palenia wonnosci arabskich; w gorze pomieszczono przyrzady do skrapiania widzow rosa szafranowa i werwena. Slynni budowniczowie, Sewerus i Ceder, wysilili cala swa wiedze, by wzniesc amfiteatr niezrownany, a zarazem mogacy pomiescic taka liczbe ciekawych, jakiej dotad zaden ze znanych nie mogl pomiescic. Totez w dniu, w ktorym mial rozpoczac sie ludus matutinus, tlumy gawiedzi czekaly od switu na otwarcie wrot, wsluchujac sie z luboscia w ryk lwow, chrapliwe beczenie panter i wycie psow. Zwierzetom nie dawano jesc od dwoch dni, a natomiast przesuwano przed nimi zakrwawione kawaly miesa, by tym bardziej pobudzic w nich wscieklosc i glod. Chwilami tez zrywala sie taka burza dzikich glosow, ze ludzie stojacy przed cyrkiem nie mogli rozmawiac, a wrazliwsi bledli ze strachu. Lecz wraz ze wschodem slonca zabrzmialy w obrebie cyrku piesni donosne, ale spokojne, ktorych sluchano ze zdziwieniem, powtarzajac sobie wzajem: "Chrzescijanie! Chrzescijanie!" Jakoz mnogie ich zastepy sprowadzono do amfiteatru jeszcze w nocy i nie z jednego tylko wiezienia, jak byl pierwotny zamiar, ale ze wszystkich po trochu. Wiedziano w tlumie, ze widowiska pociagna sie przez cale tygodnie i miesiace, ale spierano sie, czy z ta czescia chrzescijan, ktora byla przeznaczona na dzis, zdolaja skonczyc w ciagu jednego dnia. Glosy meskie, kobiece i dziecinne, spiewajace piesn poranna, byly tak liczne, iz znawcy utrzymywali, ze chocby po sto i dwiescie cial wysylano naraz, zwierzeta zmecza sie, nasyca i do wieczora nie potrafia wszystkich porozrywac. Inni twierdzili, ze zbyt wielka liczba ofiar, wystepujacych jednoczesnie na arenie, rozrywa uwage i nie pozwala lubowac sie jak nalezy widowiskiem. W miare jak zblizala sie chwila otwarcia korytarzy prowadzacych do wnetrza, zwanych vomitoriami, lud ozywial sie, rozweselal i spieral o rozmaite tyczace widowiska rzeczy. Poczely sie tworzyc stronnictwa, podnoszace wieksza sprawnosc lwow lub tygrysow w rozdzieraniu ludzi. Tu i owdzie czyniono zaklady. Inni jednak rozprawiali o gladiatorach, ktorzy mieli wystapic przed chrzescijanami na arenie, i znow tworzyly sie stronnictwa to Samnitow, to Galow, to Mirmilonow, to Trakow, to sieciarzy. Wczesnym rankiem wieksze lub mniejsze ich oddzialy poczely pod przywodztwem mistrzow, zwanych lanistami, naplywac do amfiteatru. Nie chcac sie utrudzac przed czasem, szli bez zbroi, czesto zupelnie nadzy, czesto z zielonymi galeziami w reku lub uwienczeni w kwiaty, mlodzi, piekni w swietle porannym i pelni zycia. Ciala ich blyszczace od oliwy, potezne, jakby wykowane w marmurze, wprawialy w zachwyt rozmilowany w ksztaltach lud. Wielu z nich znano osobiscie i co chwila rozlegaly sie okrzyki: "Witaj, Furnius! Witaj, Leo! Witaj, Maksymus! Witaj, Diomedes!" Mlode dziewczeta wznosily ku nim oczy pelne milosci, oni zas upatrywali, gdzie ktora najpiekniejsza, i odzywali sie do nich zartobliwymi slowami, jakby zadna troska nie ciazyla nad nimi, przesylajac calusy lub wolajac: "Obejmij, nim smierc obejmie!" Po czym znikali w bramach, z ktorych wielu nie mialo juz wyjsc wiecej. Lecz coraz nowe pochody rozrywaly uwage tlumow. Za gladiatorami szli mastygoforowie, to jest ludzie zbrojni w bicze, ktorych obowiazkiem bylo smagac i podniecac walczacych. Potem muly ciagnely w strone spoliarium cale szeregi wozow, na ktorych poukladane byly stosy drewnianych trumien. Na ten widok cieszyl sie lud, wnioskujac z ich liczby o ogromie widowiska. Za czym ciagneli ludzie, ktorzy mieli dobijac rannych, przebrani tak, aby kazdy podobny byl do Charona lub do Merkurego, za czym ludzie pilnujacy porzadku w cyrku, rozdajacy siedzenia, za czym niewolnicy do roznoszenia potraw i chlodnikow, a wreszcie pretorianie, ktorych kazdy cezar zawsze miewal w amfiteatrze pod reka. Otworzono wreszcie vomitoria i tlumy runely do srodka. Lecz takie bylo mnostwo zgromadzonych, ze plyneli i plyneli przez cale godziny, az dziwno bylo, ze amfiteatr moze tak nieprzeliczona czern pochlonac. Ryki zwierzat, czujacych wyziewy ludzkie, wzmogly sie jeszcze. Lud huczal w cyrku przy zajmowaniu miejsc jak fala w czasie burzy. Przybyl na koniec prefekt miasta w otoczeniu wigilow, a po nim nieprzerwanym juz lancuchem poczely sie zmieniac lektyki senatorow, konsulow, pretorow, edylow, urzednikow publicznych i palacowych, starszyzny pretorianskiej, patrycjuszow i wykwintnych kobiet. Niektore lektyki poprzedzali liktorowie, niosacy siekiery wsrod peku rozg, inne tlumy niewolnikow. W sloncu migotaly zlocenia lektyk, biale i roznobarwne suknie, piora, zausznice, klejnoty, stal toporow. Z cyrku dochodzily okrzyki, jakimi lud wital poteznych dostojnikow. Od czasu do czasu przybywaly jeszcze niewielkie oddzialy pretorianow. Lecz kaplani z rozmaitych swiatyn przybyli nieco pozniej, a za nimi dopiero niesiono swiete dziewice Westy, ktore poprzedzali liktorowie. Z rozpoczeciem widowiska czekano juz tylko na cezara, ktory tez nie chcac narazac ludu na zbyt dlugie oczekiwanie i pragnac ujac go sobie pospiechem, przybyl niebawem w towarzystwie Augusty i augustianow. Petroniusz przybyl miedzy augustianami, majac w swej lektyce Winicjusza. Ow wiedzial, ze Ligia jest chora i bezprzytomna, ale poniewaz w ostatnich dniach dostep do wiezienia byl jak najsurowiej strzezony, poniewaz dawne straze zastapiono nowymi, ktorym nie wolno bylo rozmawiac ze strozami, jak rowniez udzielac najmniejszych wiadomosci tym, ktorzy przychodzili pytac o wiezniow, nie byl wiec pewien, czy nie ma jej miedzy ofiarami przeznaczonymi na pierwszy dzien widowiska. Dla lwow mogli wyslac i chora, chocby bezprzytomna. Ale poniewaz ofiary mialy byc poobszywane w skory zwierzat i wysylane calymi gromadami na arene, przeto nikt z widzow nie mogl sprawdzic, czy jedna wiecej lub mniej znajduje sie miedzy nimi, i nikt zadnej rozpoznac. Stroze i cala sluzba amfiteatru byla przekupiona, z bestiariuszami stanal zas uklad, ze ukryja Ligie w jakims ciemnym zakatku amfiteatru, a noca wydadza ja w rece pewnego Winicjuszowego dzierzawcy, ktory natychmiast wywiezie ja w Gory Albanskie. Petroniusz, przypuszczony do tajemnicy, radzil Winicjuszowi, by otwarcie udal sie z nim do amfiteatru i dopiero przy wejsciu wymknal sie w tloku i pospieszyl do lochow, gdzie dla unikniecia mozliwych pomylek osobiscie mial wskazac strozom Ligie. Stroze puscili go malymi drzwiczkami, ktorymi wychodzili sami. Jeden z nich, imieniem Syrus, poprowadzil go natychmiast do chrzescijan. Po drodze rzekl: - Nie wiem, panie, czy znajdziesz, czego szukasz. My dopytywalismy sie o dziewice imieniem Ligia, nikt jednak nie dal nam odpowiedzi, ale byc moze, iz nie ufaja nam. - Duzo ich jest? - pytal Winicjusz. - Wielu musi, panie, pozostac na jutro. - Czy sa chorzy miedzy nimi? - Takich, ktorzy by nie mogli ustac na nogach, nie masz. To rzeklszy Syrus otworzyl drzwi i weszli jakby do ogromnej izby, ale niskiej i ciemnej, swiatlo bowiem przychodzilo do niej jedynie przez zakratowane otwory, oddzielajace ja od areny. Winicjusz z poczatku nie mogl nic dojrzec, slyszal tylko w izbie szmer glosow i okrzyki ludu, dochodzace z amfiteatru. Lecz po chwili, gdy oczy jego przywykly do zmroku, ujrzal cale gromady dziwacznych istot, podobnych do wilkow i niedzwiedzi. Byli to chrzescijanie, poobszywani w skory zwierzat. Jedni z nich stali, drudzy modlili sie kleczac. Tu i owdzie z dlugich wlosow, splywajacych po skorze, mozna bylo odgadnac, ze ofiara jest kobieta. Matki, podobne do wilczyc, nosily na reku rowniez kosmato obszyte dzieci. Lecz spod skor wychylaly sie twarze jasne, oczy w mroku polyskiwaly radoscia i goraczka. Widocznym bylo, ze wieksza czesc tych ludzi opanowala jedna mysl, wylaczna i zaziemska, ktora jeszcze za zycia znieczulila ich na wszystko, co sie kolo nich dziac i co ich spotkac moglo. Niektorzy, zapytywani o Ligie przez Winicjusza, patrzyli nan oczyma jakby zbudzonymi ze snu, nie odpowiadajac na pytania; inni usmiechali sie do niego kladac palce na ustach lub wskazujac na zelazne kraty, przez ktore wchodzily jasne snopy blasku. Dzieci tylko plakaly gdzieniegdzie, przestraszone rykiem bestii, wyciem psow, wrzaskiem ludu i podobnymi do zwierzat postaciami wlasnych rodzicow. Winicjusz, idac obok stroza Syrusa, patrzyl w twarze, szukal, rozpytywal, chwilami potykal sie o ciala tych, ktorzy pomdleli z natloku, zaduchu i goraca, i przeciskal sie dalej w ciemna glab izby, ktora zdawala sie byc tak obszerna jak caly amfiteatr. Lecz nagle zatrzymal sie, albowiem zdawalo mu sie, ze w poblizu kraty ozwal sie jakis znajomy mu glos. Posluchawszy przez chwile, zawrocil i przecisnawszy sie przez tlum, stanal blisko. Snop swiatla padal na glowe mowiacego i w blasku tym Winicjusz rozpoznal spod wilczej skory wychudla i nieublagana twarz Kryspa. - Zalujcie za grzechy wasze - mowil Kryspus - bo oto chwila zaraz nadejdzie. Ale kto mysli, ze sama smiercia okupi winy, ten nowy grzech popelnia i stracony bedzie w ogien wieczny. Kazdym grzechem waszym, ktoryscie za zycia popelnili, odnawialiscie meke Pana, jakze wiec smiecie mniemac, by ta, ktora was czeka, mogla tamta okupic? Jednaka smiercia pomra dzis sprawiedliwi i grzeszni, ale Pan swoich odrozni. Biada wam, albowiem kly lwow podra ciala wasze, ale nie podra win waszych ni waszego rachunku z Bogiem. Pan okazal dosc milosierdzia, gdy pozwolil na krzyz sie przybic, ale odtad bedzie tylko sedzia, ktory zadnej winy bez kary nie zostawi. Wiec ktorzyscie mysleli, iz meka zgladzicie grzechy wasze, bluzniliscie przeciw sprawiedliwosci Boskiej i tym glebiej bedziecie pograzeni. Skonczylo sie milosierdzie, a przyszedl czas gniewu Bozego. Oto za chwile staniecie przed strasznym sadem, wobec ktorego zaledwie cnotliwy sie ostoi. Zalujcie za grzechy, albowiem otwarte sa czelusci piekielne, i biada wam, mezowie i zony, biada, rodzice i dzieci! I wyciagnawszy kosciste dlonie trzasl nimi nad pochylonymi glowami, nieustraszony, ale tez i nieublagany nawet wobec smierci, na ktora za chwile pojsc mieli wszyscy owi skazancy. Po jego slowach ozwaly sie glosy: "Zalujmy za grzechy nasze!" , po czym zapadlo milczenie i slychac bylo tylko placz dzieci i uderzenia rak o piersi. Winicjuszowi zas krew sciela sie w zylach. On, ktory cala nadzieje zlozyl w milosierdziu Chrystusa, uslyszal teraz, ze nadszedl dzien gniewu i ze milosierdzia nie zjedna nawet smierc na arenie. Przez glowe przebiegla mu wprawdzie jasna i szybka jak blyskawica mysl, ze Piotr Apostol inaczej przemowilby do tych majacych umrzec, niemniej jednak grozne, pelne fanatyzmu slowa Kryspa i ta ciemna izba z kratami, za ktorymi bylo pole meki, i bliskosc jej, i natlok ofiar przybranych juz na smierc napelnily mu dusze zgroza i przerazeniem. Wszystko to razem wziete wydalo mu sie straszne i stokroc okropniejsze niz najkrwawsze bitwy, w ktorych bral udzial. Zaduch i zar poczely go dusic. Pot zimny wystapil mu na czolo. Chwycila go obawa, ze zemdleje jak ci, o ktorych ciala potykal sie czyniac poszukiwania w glebi izby, wiec gdy pomyslal jeszcze, ze lada chwila moga otworzyc kraty, poczal wolac glosno Ligii i Ursusa, w nadziei, ze jesli nie oni, to ktos znajacy ich mu odpowie. Jakoz natychmiast jakis czlowiek, przybrany za niedzwiedzia, pociagnal go za toge i rzekl: - Panie, zostali w wiezieniu. Mnie ostatniego wyprowadzono i widzialem ja chora na lozu. - Kto jestes? - spytal Winicjusz. - Fossor, w ktorego chacie Apostol chrzcil cie, panie. Uwieziono mnie przed trzema dniami, a dzis juz umre. Winicjusz odetchnal. Wchodzac tu, zyczyl sobie znalezc Ligie, obecnie zas gotow byl dziekowac Chrystusowi, ze jej tu nie ma, i w tym widziec znak Jego milosierdzia. Tymczasem fossor pociagnal go jeszcze raz za toge i rzekl: - Pamietasz, panie, ze to ja zaprowadzilem cie do Korneliuszowej winnicy, gdzie w szopie nauczal Apostol? - Pamietam - odpowiedzial Winicjusz. - Widzialem go pozniej na dzien przedtem, nim mnie uwiezili. Poblogoslawil mi i mowil, iz przyjdzie do amfiteatru przezegnac ginacych. Chcialbym na niego patrzec w chwili smierci i widziec znak krzyza, bo wowczas latwiej mi bedzie umrzec, wiec jesli wiesz, panie, gdzie on jest, to mi powiedz. Winicjusz znizyl glos i odrzekl: - Jest miedzy ludzmi Petroniusza, przebrany za niewolnika. Nie wiem, gdzie wybrali miejsce, ale wroce do cyrku i zobacze. Ty patrz na mnie, gdy wyjdziecie na arene, ja zas podniose sie i zwroce glowe w ich strone. Wowczas go odnajdziesz oczyma. - Dzieki ci, panie, i pokoj z toba. - Niech ci Zbawiciel bedzie milosciw. - Amen. Winicjusz wyszedl z cuniculum i udal sie do amfiteatru, gdzie mial miejsce obok Petroniusza, wsrod innych augustianow. - Jest? - zapytal go Petroniusz. - Nie ma jej. Zostala w wiezieniu. - Sluchaj, co mi jeszcze przyszlo na mysl, ale sluchajac patrz na przyklad na Nigidie, aby sie zdawalo, ze rozmawiamy o jej uczesaniu... Tygellinus i Chilo spogladaja na nas w tej chwili... Sluchaj wiec: niech Ligie noca wloza w trumne i wyniosa z wiezienia, jako umarla, reszty sie domyslasz. - Tak - odpowiedzial Winicjusz. Dalsza rozmowe przerwal im Tuliusz Senecjo, ktory pochyliwszy sie ku nim, rzekl: - Nie wiecie, czy chrzescijanom dadza bron? - Nie wiemy - odpowiedzial Petroniusz. - Wolalbym, gdyby ja dali - mowil Tuliusz - inaczej arena zbyt predko staje sie podobna do jatek rzezniczych. Ale co za przepyszny amfiteatr! Rzeczywiscie, widok byl wspanialy. Nizsze siedzenia, nabite togami, bielaly jak snieg. W wyzloconym podium siedzial cezar w diamentowym naszyjniku, ze zlotym wiencem na glowie, obok niego piekna i posepna Augusta, obok po obu stronach westalki, wielcy urzednicy, senatorowie w bramowanych plaszczach, starszyzna wojskowa w blyszczacych zbrojach, slowem, wszystko, co w Rzymie bylo potezne, swietne i bogate. W dalszych rzedach siedzieli rycerze, a wyzej czernialo kregiem morze glow ludzkich, nad ktorymi od slupa do slupa zwieszaly sie girlandy, uwite z roz, lilii, sasanek, bluszczu i winogradu. Lud rozmawial glosno, nawolywal sie, spiewal, chwilami wybuchal smiechem nad jakims dowcipnym slowem, ktore przesylano sobie z rzedu do rzedu, i tupal z niecierpliwosci, by przyspieszyc widowisko. Wreszcie tupanie stalo sie podobne do grzmotow i nieustajace. Wowczas prefekt miasta, ktory poprzednio juz byl ze swietnym orszakiem objechal arene, dal znak chustka, na ktory w amfiteatrze odpowiedzialo powszechne: "Aaa!...", wyrwane z tysiacow piersi. Zwykle widowisko rozpoczynalo sie od lowow na dzikiego zwierza, w ktorych celowali rozmaici barbarzyncy z polnocy i poludnia, tym razem jednak zwierzat mialo byc az nadto, rozpoczeto wiec od andabatow, to jest od ludzi przybranych w helmy bez otworow na oczy, a zatem bijacych sie na oslep. Kilkunastu ich, wyszedlszy naraz na arene, poczelo machac mieczami w powietrzu; mastygoforowie za pomoca dlugich widel posuwali jednych ku drugim, aby moglo przyjsc do spotkania. Wykwintniejsi widzowie patrzyli obojetnie i z pogarda na podobne widowisko, lecz lud bawil sie niezgrabnymi ruchami szermierzy, gdy zas trafialo sie, ze spotykali sie plecami, wybuchal glosnym smiechem, wolajac: "W prawo!", "W lewo!", "Wprost!", i czesto mylac umyslnie przeciwnikow. Kilka par sczepilo sie jednak i walka poczynala byc krwawa. Zawzietsi zapasnicy rzucali tarcze i podajac sobie lewe rece, aby nie rozlaczyc sie wiecej, prawymi walczyli na zaboj. Kto padl, podnosil palce do gory, blagajac tym znakiem litosci, lecz na poczatku widowiska lud zwykle domagal sie smierci ranionych, zwlaszcza gdy chodzilo o andabatow, ktorzy majac twarze zakryte pozostawali mu nie znani. Z wolna liczba walczacych zmniejszala sie coraz bardziej, a gdy wreszcie pozostalo dwoch tylko, popchnieto ich ku sobie tak, ze spotkawszy sie padli obaj na piasek i zakluli sie na nim wzajemnie. Wowczas, wsrod okrzykow: "Dokonano!" - poslugacze uprzatneli trupy, pacholeta zas zagrabily krwawe slady na arenie i potrzasnely ja listkami szafranu. Teraz miala nastapic powazniejsza walka, budzaca zaciekawienie nie tylko motlochu, ale i ludzi wykwintnych, w czasie ktorej mlodzi patrycjusze czynili nieraz ogromne zaklady, zgrywajac sie czestokroc do nitki. Wraz tez zaczely krazyc z rak do rak tabliczki, na ktorych wypisywano imiona ulubiencow, a zarazem ilosc sestercji, jaka kazdy stawial za swoim wybranym. Spectati, to jest zapasnicy, ktorzy wystepowali juz na arenie i odnosili na niej zwyciestwa, zyskiwali najwiecej zwolennikow, lecz miedzy grajacymi byli i tacy, ktorzy stawiali znaczne sumy na gladiatorow nowych i calkiem nie znanych, w tej nadziei, ze na wypadek ich zwyciestwa zagarna olbrzymie zyski. Zakladal sie sam cezar i kaplani, i westalki, i senatorowie, i rycerze, i lud. Ludzie z gminu, gdy zbraklo im pieniedzy, stawiali czesto w zaklad wlasna wolnosc. Czekano tez z biciem serca, a nawet i trwoga, na ukazanie sie szermierzy i niejeden czynil glosne sluby bogom, by zjednac ich opieke dla swego ulubienca. Jakoz gdy ozwaly sie przerazliwe odglosy trab, w amfiteatrze uczynila sie cisza oczekiwania. Tysiace oczu zwrocilo sie ku wielkim wrzeciadzom, do ktorych zblizyl sie czlowiek przybrany za Charona i wsrod ogolnego milczenia trzykrotnie zastukal w nie mlotem, niby wywolujac na smierc tych, ktorzy byli za nimi ukryci. Po czym otworzyly sie z wolna obie polowy bramy, ukazujac czarna czelusc, z ktorej poczeli wysypywac sie na jasna arene gladiatorowie. Szli oddzialami po dwudziestu pieciu ludzi, osobno Trakowie, osobno Mirmilonowie, Samnici, Galowie, wszyscy ciezko zbrojni, a wreszcie retiarii, dzierzacy w jednym reku siec, w drugim trojzab. Na ich widok tu i owdzie zerwaly sie po lawkach oklaski, ktore wkrotce zmienily sie w jedna ogromna i przeciagla burze. Od gory do dolu widac bylo rozpalone twarze, klaszczace dlonie i otwarte usta, z ktorych wyrywaly sie okrzyki. Oni zas okrazyli cala arene krokiem rownym i sprezystym, migocac orezem i bogatymi zbrojami, po czym zatrzymali sie przed cesarskim podium dumni, spokojni i swietni. Przerazliwy glos rogu uciszyl oklaski, a wowczas zapasnicy wyciagneli w gore prawice i wznoszac oczy i glowy ku cesarzowi, poczeli wolac, a raczej spiewac przeciaglymi glosami: Ave, caesar imperator! Morituri te salutant! Za czym rozsuneli sie szybko, zajmujac osobne miejsca na okregu areny. Mieli na siebie uderzac calymi oddzialami, lecz pierwej dozwolono slynniejszym szermierzom stoczyc ze soba szereg pojedynczych walk, w ktorych najlepiej okazywala sie sila, zrecznosc i odwaga przeciwnikow. Jakoz wnet spomiedzy "Galow" wysunal sie zapasnik, znany dobrze milosnikom amfiteatru pod imieniem "Rzeznika" (Lanio), zwyciezca w wielu igrzyskach. W wielkim helmie na glowie i pancerzu, opinajacym z przodu i z tylu jego potezna piers, wygladal w blasku na zoltej arenie jak olbrzymi blyszczacy zuk. Nie mniej slynny retiarius, Kalendio, wystapil przeciw niemu. Miedzy widzami poczeto sie zakladac: - Piecset sestercji za Galem! - Piecset za Kalendiem! - Na Herkulesa! Tysiac! - Dwa tysiace! Tymczasem Gal doszedlszy do srodka areny, poczal sie znow cofac z nastawionym mieczem i znizajac glowe przypatrywal sie uwaznie przez otwory w przylbicy przeciwnikowi, lekki zas, o slicznych posagowych ksztaltach retiarius, calkiem nagi, procz przepaski w biodrach, okrazal szybko ciezkiego nieprzyjaciela, machajac z wdziekiem siecia, pochylajac lub podnoszac trojzab i spiewajac zwykla piesn "sieciarzy": Nie chce ciebie, ryby szukam, Czemu zmykasz, Galu? Lecz Gal nie zmykal, po chwili bowiem zatrzymal sie i stanawszy w miejscu, poczal obracac sie tylko nieznacznym ruchem, tak aby zawsze miec z przodu nieprzyjaciela. W jego postaci i potwornie wielkiej glowie bylo teraz cos strasznego. Widzowie rozumieli doskonale, ze to ciezkie, zakute w miedz cialo zbiera sie do naglego rzutu, ktory moze walke rozstrzygnac. Sieciarz tymczasem to przyskakiwal do niego, to odskakiwal, czyniac swymi potrojnymi widlami ruchy tak szybkie, ze wzrok ludzki z trudnoscia mogl za nimi podazyc. Dzwiek zebow o tarcze rozlegl sie kilkakrotnie, lecz Gal ani sie zachwial, dajac tym swiadectwo olbrzymiej swej sily. Cala jego uwaga zdawala sie byc skupiona nie na trojzab, ale na siec, ktora krazyla ustawicznie nad jego glowa jak ptak zlowrogi. Widzowie, zatrzymawszy oddech w piersi, sledzili mistrzowska gre gladiatorow. Lanio, upatrzywszy chwile, runal wreszcie na przeciwnika, ow zas z rowna szybkoscia przemknal sie pod jego mieczem i wzniesionym ramieniem, wyprostowal sie i rzucil siecia. Gal, zwrociwszy sie na miejscu, zatrzymal ja tarcza, po czym rozskoczyli sie obaj. W amfiteatrze zagrzmialy okrzyki: "Macte!" - w nizszych zas rzedach poczeto robic nowe zaklady. Sam cezar, ktory z poczatku rozmawial z westalka Rubria i nie bardzo dotad zwazal na widowisko, zwrocil glowe ku arenie. Oni zas poczeli znow walczyc tak wprawnie i z taka dokladnoscia w ruchach, iz chwilami wydawalo sie, ze chodzi im nie o smierc lub zycie, ale o wykazanie swej zrecznosci. Lanio, dwukrotnie jeszcze wywinawszy sie z sieci, poczal sie na nowo cofac ku okregowi areny. Wowczas jednak ci, ktorzy trzymali przeciw niemu, nie chcac, by wypoczal, poczeli krzyczec: "Nacieraj!" Gal usluchal i natarl. Ramie sieciarza oblalo sie nagle krwia i siec mu zwisla. Lanio skurczyl sie i skoczyl chcac zadac cios ostatni. Lecz w tej chwili Kalendio, ktory umyslnie udal, ze nie moze juz wladac siecia, przegial sie w bok, uniknal pchniecia i wsunawszy trojzab miedzy kolana przeciwnika, zwalil go na ziemie. Ow chcial powstac, lecz w mgnieniu oka spowily go fatalne sznury, w ktorych kazdym ruchem zaplatywal silniej rece i nogi. Tymczasem razy trojzeba przygwazdzaly go raz po raz do ziemi. Raz jeszcze wysilil sie, wsparl na reku i wyprezyl, by powstac, na prozno! Podniosl jeszcze ku glowie mdlejaca reke, w ktorej nie mogl juz miecza utrzymac, i padl na wznak. Kalendio przycisnal mu zebami widel szyje do ziemi i wsparlszy sie obu rekami na ich trzonie, zwrocil sie w strone cesarskiej lozy. Caly cyrk poczal sie trzasc od oklaskow i ludzkiego ryku. Dla tych, ktorzy trzymali za Kalendiem, byl on w tej chwili wiekszy niz cezar, ale wlasnie dlatego znikla w ich sercu zawzietosc i przeciw Laniowi, ktory kosztem krwi wlasnej napelnil im kieszenie. Rozdwoily sie wiec zyczenia ludu. Na wszystkich lawach ukazaly sie w polowie znaki smierci, w polowie politowania, lecz sieciarz patrzyl tylko w loze cezara i westalek, czekajac, co oni postanowia. Na nieszczescie Nero nie lubil Lania, albowiem na ostatnich igrzyskach przed pozarem, zakladajac sie przeciw niemu, przegral do Licyniusza znaczna sume, wysunal wiec reke z podium i zwrocil wielki palec ku ziemi. Westalki powtorzyly znak natychmiast. Wowczas Kalendio przyklakl na piersiach Gala, wydobyl krotki noz, ktory nosil za pasem, i odchyliwszy zbroi kolo szyi przeciwnika, wbil mu po rekojesc w gardlo trojkatne ostrze. - Peractum est! - rozlegly sie glosy w amfiteatrze. Lanio zas drgal czas jakis jak zarzniety wol i kopal nogami piasek, po czym wyprezyl sie i pozostal nieruchomy. Merkury nie potrzebowal sprawdzac rozpalonym zelazem, czy zyje jeszcze. Wnet uprzatnieto go i wystapily inne pary, po ktorych przejsciu zawrzala dopiero walka calych oddzialow. Lud bral w niej udzial dusza, sercem, oczyma: wyl, ryczal, swistal, klaskal, smial sie, podniecal walczacych, szalal. Na arenie podzieleni na dwa zastepy gladiatorowie walczyli z wsciekloscia dzikich zwierzat: piers uderzala o piers, ciala splataly sie w smiertelnym uscisku, trzeszczaly w stawach potezne czlonki, miecze topily sie w piersiach i brzuchach, pobladle usta buchaly krwia na piasek. Kilkunastu nowicjuszow chwycila pod koniec trwoga tak straszna, ze wyrwawszy sie z zametu, poczeli uciekac, lecz mastygoforowie zagnali ich wnet w bitwe batami, zakonczonymi olowiem. Na piasku potworzyly sie wielkie ciemne plamy; coraz wiecej nagich i zbrojnych cial lezalo pokotem na ksztalt snopow. Zywi walczyli na trupach, potykali sie o zbroje, o tarcze, krwawili nogi o polamany orez i padali. Lud nie posiadal sie z radosci, upajal sie smiercia, dyszal nia, nasycal oczy jej widokiem i z rozkosza wciagal w pluca jej wyziewy. Zwyciezeni legli wreszcie niemal wszyscy. Zaledwie kilku rannych kleklo na srodku areny i chwiejac sie wyciagnelo ku widzom rece z prosba o zmilowanie. Zwyciezcom rozdano nagrody, wience, galazki oliwne i nastapila chwila odpoczynku, ktora z rozkazu wszechwladnego cezara zmienila sie w uczte. W wazach zapalono wonnosci. Skrapiacze zraszali lud deszczykiem szafrannym i fiolkowym. Roznoszono chlodniki, pieczone miesiwa, slodkie ciasta, wino, oliwe i owoce. Lud pozeral, rozmawial i wykrzykiwal na czesc cezara, by sklonic go do tym wiekszej hojnosci. Jakoz gdy nasycono glod i pragnienie, setki niewolnikow wniosly pelne podarunkow kosze, z ktorych przybrane za amorow pacholeta wyjmowaly rozmaite przedmioty i obu rekoma rozrzucaly wsrod lawek. W chwili gdy rozdawano loteryjne tessery, powstala bojka: ludzie cisneli sie, przewracali, deptali jedni po drugich, krzyczeli o ratunek, przeskakiwali przez rzedy siedzen i dusili sie w straszliwym tloku, kto bowiem dostal szczesliwa liczbe, mogl wygrac nawet dom z ogrodem, niewolnika, wspaniala odziez lub osobliwe dzikie zwierze, ktore nastepnie sprzedawal do amfiteatru. Czynily sie z tego powodu takie zamety, ze czestokroc pretorianie musieli wprowadzac lad, po kazdym zas rozdawnictwie wynoszono z widowni ludzi z polamanymi rekoma, nogami lub nawet zadeptanych na smierc w scisku. Lecz bogatsi nie brali udzialu w walce o tessery. Augustianie zabawiali sie tym razem widokiem Chilona i przedrwiwaniem z jego daremnych usilowan, by pokazac ludziom, ze na walke i rozlew krwi moze patrzec tak dobrze jak kazdy inny. Prozno jednak nieszczesliwy Grek marszczyl brwi, zagryzal wargi i zaciskal piesci tak, ze az paznokcie wpijaly mu sie w dlonie. Zarowno jego grecka natura, jak i jego osobiste tchorzostwo nie znosily takich widowisk. Twarz mu pobladla, czolo operlilo sie kroplami potu, wargi posinialy, oczy wpadly, zeby poczely szczekac, a cialo chwycila drzaczka. Po ukonczonej walce przyszedl nieco do siebie, lecz gdy wzieto go na jezyki, zdjal go nagly gniew i poczal odgryzac sie rozpaczliwie. - Ha, Greku! Nieznosny ci widok podartej ludzkiej skory - mowil pociagajac go za brode Watyniusz. Chilo zas wyszczerzyl na niego swe dwa ostatnie zolte zeby i odrzekl: - Moj ojciec nie byl szewcem, wiec nie umiem jej latac. - Macte! Habet! - zawolalo kilka glosow. Lecz inni drwili dalej. - Nie on winien, ze zamiast serca ma w piersiach kawal sera! - zawolal Senecjo. - Nie tys winien, ze zamiast glowy masz pecherz - odparl Chilo. - Moze zostaniesz gladiatorem! Dobrze bys wygladal z siecia na arenie. - Gdybym ciebie w nia zlowil, zlowilbym cuchnacego dudka. - A jak bedzie z chrzescijanami? - pytal Festus z Ligurii. - Czy nie chcialbys zostac psem i kasac ich? - Nie chcialbym zostac twoim bratem. - Ty meocki tradzie! - Ty liguryjski mule! - Skora cie swedzi widocznie, ale nie radzec prosic mnie, bym cie podrapal. - Drap sam siebie. Jesli zdrapiesz wlasne pryszcze, zniszczysz, co w tobie jest najlepszego. I w ten sposob oni napadali go, on zas odgryzal sie zjadliwie wsrod powszechnego smiechu. Cezar klaskal w dlonie, powtarzal: "Macte!", i podniecal ich. Po chwili jednak zblizyl sie Petroniusz i dotknawszy rzezbiona w kosci sloniowej laseczka ramienia Greka, rzekl zimno: - To dobrze, filozofie, ales w jednym tylko pobladzil: bogowie stworzyli cie rzezimieszkiem, tys zas zostal demonem, i dlatego nie wytrzymasz! Starzec popatrzyl na niego swymi zaczerwienionymi oczyma, wszelako tym razem nie znalazl jakos gotowej obelgi. Na chwile umilkl, po czym odpowiedzial jakby z pewnym wysileniem: - Wytrzymam!... Ale tymczasem traby daly znac, ze przerwa w widowisku skonczona. Ludzie poczeli opuszczac przedzialy, w ktorych gromadzili sie dla wyprostowania nog i dla rozmowy. Wszczal sie ruch ogolny i zwykle klotnie o zajmowane poprzednio siedzenia. Senatorowie i patrycjusze dazyli do swoich miejsc. Z wolna uciszal sie gwar i amfiteatr przychodzil do ladu. Na arenie pojawila sie gromada ludzi, aby tu i owdzie rozgrabic jeszcze pozlepiane zsiadla krwia grudki piasku. Nadchodzila kolej na chrzescijan. Ale ze bylo to nowe dla ludu widowisko i nikt nie wiedzial, jak sie zachowaja, wszyscy oczekiwali ich z pewnym zaciekawieniem. Nastroj tlumu byl skupiony, spodziewano sie bowiem scen nadzwyczajnych, ale nieprzyjazny. Wszakze ci ludzie, ktorzy mieli sie teraz pojawic, spalili Rzym i odwieczne jego skarby. Wszakze karmili sie krwia niemowlat, zatruwali wody, przeklinali caly rodzaj ludzki i dopuszczali sie najbezecniejszych zbrodni. Rozbudzonej nienawisci nie dosc bylo najsrozszych kar i jesli jaka obawa przejmowala serca, to tylko obawa o to, czy meki dorownaja wystepkom tych zlowrogich skazancow. Tymczasem slonce podnioslo sie wysoko i promienie jego, przecedzone przez purpurowe velarium, napelnily amfiteatr krwawym swiatlem. Piasek przybral barwe ognista i w tych blaskach, w twarzach ludzkich, zarowno jak i w pustce areny, ktora za chwile miala sie zapelnic meka ludzka i zwierzeca wsciekloscia, bylo cos strasznego. Zdawalo sie, iz w powietrzu unosi sie groza i smierc. Tlum, zwykle wesoly, zacial sie pod wplywem nienawisci w milczeniu. Twarze mialy wyraz zawziety. Wtem prefekt dal znak: wowczas pojawil sie ten sam starzec przebrany za Charona, ktory wywolywal na smierc gladiatorow, i przeszedlszy wolnym krokiem przez cala arene, wsrod gluchej ciszy zastukal znow trzykrotnie mlotem we drzwi. W calym amfiteatrze ozwal sie pomruk: - Chrzescijanie! Chrzescijanie!... Zgrzytnely zelazne kraty w ciemnych otworach, rozlegly sie zwykle krzyki mastygolbrow: "Na piasek!" , i w jednej chwili arena zaludnila sie gromadami jakby sylwanow pookrywanych skorami. Wszyscy biegli predko, nieco goraczkowo i wypadlszy na srodek koliska klekali jedni przy drugich z wzniesionymi w gore rekoma. Lud sadzil, ze to jest prosba o litosc, i rozwscieczony takim tchorzostwem poczal tupac, gwizdac, rzucac proznymi naczyniami od wina, poogryzanymi koscmi i ryczec: "Zwierzat! Zwierzat!..." Lecz nagle stalo sie cos nieoczekiwanego. Oto ze srodka kosmatej gromady podniosly sie spiewajace glosy i w tejze chwili zabrzmiala piesn, ktora po raz pierwszy uslyszano w rzymskim cyrku: Christus regnat!... Wowczas zdumienie ogarnelo lud. Skazancy spiewali z oczyma wzniesionymi ku velarium, widziano twarze pobladle, lecz jakby natchnione. Wszyscy zrozumieli, ze ludzie ci nie prosza o litosc i ze zdaja sie nie widziec ni cyrku, ni ludu, ni senatu, ni cezara. "Christus regnat!" rozbrzmiewalo coraz donosniej, a w lawach hen, az do gory, miedzy rzedami widzow niejeden zadawal sobie pytanie: co to sie dzieje i co to jest za Christus, ktory kroluje w ustach tych ludzi majacych umrzec? Ale tymczasem otwarto nowa krate i na arene wypadly z dzikim pedem i szczekaniem cale stada psow: plowych olbrzymich molosow z Peloponezu, pregowatych psow z Pirenejow i podobnych do wilkow kundli z Hibernii, wyglodzonych umyslnie, o zapadlych bokach i krwawych oczach. Wycie i skomlenie napelnilo caly amfiteatr. Chrzescijanie, skonczywszy piesn, kleczeli nieruchomi, jakby skamieniali, powtarzajac tylko jednym jekliwym chorem: "Pro Christo! Pro Christo!" Psy, wyczuwszy ludzi pod skorami zwierzat i zdziwione ich nieruchomoscia, nie smialy sie na nich od razu rzucic. Jedne wspinaly sie na sciany loz, jakby chcialy dostac sie do widzow, drugie biegaly wokolo, szczekajac zazarcie, jakby gonily jakiegos niewidzialnego zwierza. Lud rozgniewal sie. Zawrzaly tysiace glosow: niektorzy z widzow udawali ryk zwierzat, inni szczekali jak psy, inni szczuli we wszystkich jezykach. Amfiteatr zatrzasl sie od wrzaskow. Rozdraznione psy poczely to dopadac do kleczacych, to cofac sie jeszcze, klapiac zebami, az wreszcie jeden z molosow wpil kly w bark kleczacej na przodzie kobiety i pociagnal ja pod siebie. Wowczas dziesiatki ich rzucily sie w srodek, jakby przez wylom. Tlum przestal ryczec, by przypatrywac sie z wieksza uwaga. Wsrod wycia i charkotu slychac jeszcze bylo zalosne glosy meskie i kobiece: "Pro Christo! Pro Christo!", lecz na arenie potworzyly sie drgajace kleby z cial psow i ludzi. Krew plynela teraz strumieniem z porozdzieranych cial. Psy wydzieraly sobie wzajem krwawe ludzkie czlonki. Zapach krwi i poszarpanych wnetrznosci zgluszyl arabskie wonie i napelnil caly cyrk. W koncu juz tylko gdzieniegdzie widac bylo pojedyncze kleczace postacie, ktore wnet pokrywaly ruchome wyjace kupy. Winicjusz, ktory w chwili gdy chrzescijanie wbiegli, podniosl sie i odwrocil, aby zgodnie z obietnica wskazac fossorowi strone, w ktorej miedzy ludzmi Petroniusza byl ukryty Apostol, siadl na powrot i siedzial z twarza czlowieka umarlego, spogladajac szklanymi oczyma na okropne widowisko. Z poczatku obawa, ze fossor mogl sie omylic i ze Ligia moze znajdowac sie miedzy ofiarami, odretwila go zupelnie, lecz gdy slyszal glosy: "Pro Christo!" , gdy widzial meke tylu ofiar, ktore umierajac swiadczyly swej prawdzie i swemu Bogu, ogarnelo go inne poczucie, dojmujace jak najstraszniejszy bol, a jednak nieprzeparte, ze gdy Chrystus sam umarl w mece i gdy gina oto za Niego tysiace, gdy wylewa sie morze krwi, to jedna wiecej kropla nic nie znaczy, i ze grzechem jest nawet prosic o milosierdzie. Ta mysl szla na niego z areny, przenikala go wraz z jekami umierajacych, wraz z zapachem ich krwi. A jednak modlil sie i powtarzal zeschlymi wargami: "Chryste, Chryste, i Twoj Apostol modli sie za nia!" Po czym zapamietal sie, stracil swiadomosc, gdzie jest, zdawalo mu sie tylko, ze krew na arenie wzbiera i wzbiera, ze pietrzy sie i wyplynie z cyrku na caly Rzym. Zreszta nie slyszal nic, ni wycia psow, ni wrzaskow ludu, ni glosow augustianow, ktore nagle poczely wolac: - Chilo zemdlal! - Chilo zemdlal! - powtorzyl Petroniusz zwracajac sie w strone Greka. A ow zemdlal rzeczywiscie i siedzial bialy jak plotno, z zadarta w tyl glowa i z otwartymi szeroko ustami, podobny do trupa. W tej samej chwili poczeto wypychac nowe, obszyte w skory ofiary na arene. Te klekaly natychmiast, jak ich poprzednicy, lecz zmordowane psy nie chcialy ich szarpac. Ledwie kilka ich rzucilo sie na najblizej kleczacych, inne zas pokladlszy sie i podnioslszy w gore okrwawione paszcze, poczely robic bokami i ziajac ciezko. Wowczas zaniepokojony w duszach, ale spity krwia i rozszalaly lud poczal krzyczec przerazliwymi glosami: - Lwow! Lwow! Wypuscic lwy!... Lwy mialy byc zachowane na dzien nastepny, lecz w amfiteatrach lud narzucal swoja wole wszystkim, a nawet i cezarowi. Jeden tylko Kaligula, zuchwaly i zmienny w swych zachceniach, osmielal sie sprzeciwiac, a nawet bywalo, ze przykazywal okladac tlumy kijami, lecz i on najczesciej ulegal. Nero, ktoremu oklaski drozsze byly nad wszystko w swiecie, nie opieral sie nigdy, tym bardziej wiec nie oparl sie teraz, gdy chodzilo o ukojenie rozdraznionych po pozarze tlumow i o chrzescijan, na ktorych chcial zwalic wine kleski. Dal wiec znak, by otworzono cuniculum, co ujrzawszy lud uspokoil sie natychmiast. Uslyszano skrzypienie krat, za ktorymi byly lwy. Psy na ich widok zbily sie w jedna kupe po przeciwleglej stronie kola, skowyczac z cicha, one zas poczely jeden po drugim wytaczac sie na arene, ogromne, plowe, o wielkich kudlatych glowach. Sam cezar zwrocil ku nim swa znudzona twarz i przylozyl szmaragd do oka, aby przygladac sie lepiej. Augustianie przywitali je oklaskiem; tlum liczyl je na palcach, sledzac zarazem chciwie, jakie wrazenie czyni ich widok na kleczacych w srodku chrzescijan, ktorzy znow jeli powtarzac niezrozumiale dla wielu, a drazniace wszystkich slowa: "Pro Christo! Pro Christo!..." Lecz lwy, jakkolwiek wyglodniale, nie spieszyly sie do ofiar. Czerwonawy blask na arenie razil je, wiec mruzyly oczy, jakby olsnione; niektore wyciagaly leniwie swe zlotawe cielska, niektore, rozwierajac paszcze, ziewaly, rzeklbys, chcac pokazac widzom kly straszliwe. Lecz nastepnie zapach krwi i podanych cial, ktorych mnostwo lezalo na arenie, poczal na nie dzialac. Wkrotce ruchy ich staly sie niespokojne, grzywy jezyly sie, nozdrza wciagaly chrapliwie powietrze. Jeden przypadl do trupa kobiety z poszarpana twarza i leglszy przednimi lapami na ciele, jal zlizywac kolczastym jezykiem skrzeple sople, drugi zblizyl sie do chrzescijanina, trzymajacego na reku dziecko obszyte w skore jelonka. Dziecko trzeslo sie od krzyku i placzu, obejmujac konwulsyjnie szyje ojca, ow zas, pragnac mu przedluzyc choc na chwile zycie, staral sie oderwac je od szyi, by podac dalej kleczacym. Lecz krzyk i ruch podraznil lwa. Nagle wydal krotki, urwany ryk, zgniotl dziecko jednym uderzeniem lapy i chwyciwszy w paszcze czaszke ojca zgruchotal ja w mgnieniu oka. Na ten widok wszystkie inne wpadly na gromade chrzescijan. Kilka kobiet nie moglo wstrzymac okrzykow przerazenia, lecz lud zgluszyl je oklaskami, ktore wnet jednak uciszyly sie, albowiem chec patrzenia przemogla. Widziano wowczas rzeczy straszne: glowy znikajace calkowicie w czelusciach paszcz, piersi otwierane na rozciez jednym uderzeniem klow, wyrwane serca i pluca; slyszano trzask kosci w zebach. Niektore lwy, chwyciwszy ofiary za boki lub krzyze, lataly w szalonych skokach po arenie, jakby szukajac zakrytego miejsca, gdzie by mogly je pozrec, inne w walce wzajemnej wspinaly sie na siebie, obejmujac sie lapami jak zapasnicy i napelniajac amfiteatr grzmotem. Ludzie wstawali z miejsc. Inni opuszczajac siedzenia schodzili przedzialami nizej, by widziec lepiej, i tloczyli sie w nich na smierc. Zdawalo sie, ze uniesione tlumy rzuca sie w koncu na sama arene i poczna rozdzierac razem z lwami. Chwilami slychac bylo nieludzki wrzask, chwilami oklaski, chwilami ryk, pomruk, klapanie klow, wycie molosow, chwilami jeki tylko. Cezar, trzymajac szmaragd przy oku, patrzyl teraz uwaznie. Twarz Petroniusza przybrala wyraz niesmaku i pogardy. Chilona poprzednio juz wyniesiono z cyrku. A z cuniculow wypychano coraz nowe ofiary. Z najwyzszego rzedu w amfiteatrze spogladal na nie Piotr Apostol. Nikt na niego nie patrzyl, wszystkie bowiem glowy zwrocone byly ku arenie, wiec wstal i jako niegdys w Korneliuszowej winnicy blogoslawil na smierc i na wiecznosc tym, ktorych miano pochwycic, tak teraz zegnal krzyzem ginacych pod klami zwierzat i ich krew, i ich meke, i martwe ciala, zmienione w nieksztaltne bryly, i dusze ulatujace z krwawego piasku. Niektorzy podnosili ku niemu oczy, a wowczas rozjasnialy sie im twarze i usmiechali sie widzac nad soba, hen, w gorze, znak krzyza. Jemu zas rozdzieralo sie serce i mowil: "O Panie! Badz wola Twoja, bo na chwale Twoja, na swiadectwo prawdy gina te owce moje! Tys mi je pasc rozkazal, wiec zdaje Ci je, a Ty porachuj je, Panie, wez je, zagoj ich rany, ukoj ich bolesc i daj im wiecej jeszcze szczescia, nizli tu meki doznali." I zegnal jednych po drugich, gromade po gromadzie, z miloscia tak wielka, jak gdyby byli jego dziecmi, ktore oddawal wprost w rece Chrystusa. Wtem cezar, czy to z zapamietania, czy chcac, by igrzysko przeszlo wszystko, co dotad widziano w Rzymie, szepnal kilka slow prefektowi miasta, ow zas opusciwszy podium udal sie natychmiast do cuniculow. I nawet lud juz zdumial sie, gdy po chwili ujrzal znow otwierajace sie kraty. Wypuszczono teraz zwierzeta wszelkiego rodzaju: tygrysy znad Eufratu, numidyjskie pantery, niedzwiedzie, wilki, hieny i szakale. Cala arena pokryla sie jakby ruchoma fala skor pregowanych, zoltych, plowych, ciemnych, brunatnych i cetkowanych. Powstal zamet, w ktorym oczy nie mogly nic rozroznic procz okropnego przewracania sie i klebienia grzbietow zwierzecych. Widowisko stracilo pozor rzeczywistosci, a zmienilo sie jakby w orgie krwi, jakby w straszny sen, jakby w potworny majak oblakanego umyslu. Miara byla przebrana. Wsrod rykow, wycia i skowyczenia ozwaly sie tu i owdzie na lawach widzow przerazliwe, spazmatyczne smiechy kobiet, ktorych sily wyczerpaly sie wreszcie. Ludziom uczynilo sie straszno. Twarze zmierzchly. Rozliczne glosy poczely wolac: "Dosyc! Dosyc!" Lecz zwierzeta latwiej bylo wpuscic niz je wypedzic. Cezar znalazl jednak sposob oczyszczenia z nich areny, polaczony z nowa dla ludu rozrywka. We wszystkich przedzialach wsrod law pojawily sie zastepy czarnych, strojnych w piora i zausznice Numidow, z lukami w reku. Lud odgadl, co nastapi, i przywital ich okrzykiem zadowolenia, oni zas zblizyli sie do obrebu i przylozywszy strzaly do cieciw, poczeli szyc z lukow w gromady zwierzat. Bylo to istotnie nowe widowisko. Smukle czarne ciala przechylaly sie w tyl, prezac gietkie luki i wysylajac grot za grotem. Warkot cieciw i swist pierzastych beltow mieszal sie z wyciem zwierzat i okrzykami podziwu widzow. Wilki, niedzwiedzie, pantery i ludzie, ktorzy jeszcze zostali zywi, padali pokotem obok siebie. Tu i owdzie lew, poczuwszy grot w boku, zwracal naglym ruchem zmarszczona z wscieklosci paszcze, by chwycic i zdruzgotac drzewce. Inne jeczaly z bolu. Drobiazg zwierzecy wpadlszy w poploch przebiegal na oslep arene lub bil glowami w kraty, a tymczasem groty warczaly i warczaly ciagle, dopoki wszystko, co zywe, nie leglo w ostatnich drganiach konania. Wowczas na arene wpadly setki niewolnikow cyrkowych, zbrojnych w rydle, lopaty, miotly, taczki, kosze do wynoszenia wnetrznosci i wory z piaskiem. Jedni naplywali za drugimi i na calym kolisku zawrzala goraczkowa czynnosc. Wnet oczyszczono je z trupow, krwi i kalu, przeryto, zrownano i potrzasnieto gruba warstwa swiezego piasku. Za czym wbiegly amorki rozrzucajac listki roz, lilii i przeroznego kwiecia. Zapalono na nowo kadzielnice i zdjeto velarium, bo juz slonce znizylo sie znacznie. Tlumy zas, spogladajac po sobie ze zdziwieniem, zapytywaly sie wzajem, co za widowisko czeka je jeszcze w dniu dzisiejszym. Jakoz czekalo takie, ktorego nikt sie nie spodziewal. Oto cezar, ktory od niejakiego czasu opuscil podium, ukazal sie nagle na ukwieconej arenie, przybrany w purpurowy plaszcz i zloty wieniec. Dwunastu spiewakow, z cytrami w reku, postepowalo za nim, on zas, dzierzac srebrna lutnie, wystapil uroczystym krokiem na srodek i skloniwszy sie kilkakrotnie widzom, podniosl ku niebu oczy i czas jakis stal tak, jakby oczekujac na natchnienie. Po czym uderzyl w struny i zaczal spiewac: O promienisty Lety synu, Wladco Tenedu, Killi, Chryzy, Tyzes to, majac w pieczy swej Ilionu swiety grod, Mogl go gniewowi Achiwow zdac I scierpiec, by swiete oltarze, Plonace wiecznie ku twej czci, Zbryzgala Trojan krew? Do ciebie starcy drzace dlonie, O Srebrnoluki, w dal godzacy, Do ciebie matki z glebi lon Wznosily lzawy glos, Bys nad ich dziecmi litosc mial; I glaz by skargi te wzruszyly, A tys mniej czuly byl niz glaz, Sminteju na ludzki bol!... Piesn przechodzila z wolna w zalosna, pelna bolu elegie. W cyrku uczynila sie cisza. Po chwili cezar, sam wzruszony, poczal spiewac dalej: Moglzes formingi boskiej brzmieniem Zgluszyc lamenty serc i krzyk, Gdy oko jeszcze dzis Zachodzi lza, jak rosa kwiat, Na dzwiek posepny piesni tej, Co wskrzesza z prochu i popiolow Pozogi, kleski, zguby dzien... - Sminteju, gdzies wowczas byl? Tu glos mu zadrgal i zwilgotnialy oczy. Na rzesach westalek ukazaly sie lzy, lud sluchal cicho, zanim wybuchnal dlugo nie ustajaca burza oklaskow. Tymczasem z zewnatrz przez otwarte dla przewiewu vomitoria dochodzilo skrzypienie wozow, na ktorych skladano krwawe szczatki chrzescijan, mezczyzn, kobiet i dzieci, aby je wywiezc do strasznych dolow, zwanych puticuli. A Piotr Apostol objal rekoma swa biala drzaca glowe i wolal w duchu: "Panie! Panie! Komus Ty oddal rzad nad swiatem? I przecz chcesz zalozyc swa stolice w tym miescie?" Tymczasem slonce znizylo sie ku zachodowi i zdawalo sie sie roztapiac w zorzach wieczornych. Widowisko bylo skonczone. Tlumy poczely opuszczac amfiteatr i wylewac sie przez wyjscia, zwane vomitoriami, na miasto. Augustianie tylko zwloczyli, czekajac, zanim przeplynie fala. Cala gromada ich, opusciwszy swe miejsca, zebrala sie przy podium, w ktorym cezar ukazal sie znowu, by sluchac pochwal. Jakkolwiek widzowie nie szczedzili mu oklaskow zaraz po ukonczeniu piesni, dla niego nie bylo to dosyc, spodziewal sie bowiem zapalu dochodzacego do szalenstwa. Na prozno tez brzmialy teraz hymny pochwalne, prozno westalki calowaly jego "boskie" dlonie, a Rubria schylila sie przy tym tak, ze az rudawa jej glowa dotknela jego piersi. Nero nie byl zadowolony i nie umial tego ukryc. Dziwilo go tez i niepokoilo zarazem, ze Petroniusz zachowuje milczenie. Jakies pochwalne, a zarazem trafnie podnoszace zalety piesni slowo z jego ust byloby mu w tej chwili wielka pociecha. Wreszcie, nie mogac wytrzymac, skinal na niego, a gdy ow wszedl do podium, rzekl: - Powiedz... A Petroniusz odrzekl zimno: - Milcze, bo nie moge znalezc slow. Przeszedles sam siebie. - Tak i mnie sie zdawalo, a jednak ten lud?... - Czy mozesz zadac od mieszancow, aby sie znali na poezji? - Wiec zauwazyles i ty, ze nie podziekowano mi tak, jakem zasluzyl? - Bos obral zla chwile. - Dlaczego? - Dlatego, ze mozgi zaczadzone zaduchem krwi nie moga sluchac uwaznie. Nero zacisnal piesci i odrzekl: - Ach, ci chrzescijanie! Spalili Rzym, a teraz krzywdza i mnie. Jakiez jeszcze kary dla nich wymysle? Petroniusz spostrzegl, ze idzie zla droga i ze slowa jego odnosza skutek wprost przeciwny temu, jaki zamierzyl osiagnac, wiec chcac odwrocic umysl cezara w inna strone, pochylil sie ku niemu i szepnal: - Piesn twoja jest cudna, ale uczynie ci tylko jedna uwage: w czwartym wierszu trzeciej strofy metryka pozostawia cos do zyczenia. A Nero oblal sie rumiencem wstydu, jakby schwytany na haniebnym uczynku, spojrzal z przestrachem i odpowiedzial rowniez cicho: - Ty wszystko zauwazysz!... Wiem!... Przerobie!... Ale nikt wiecej nie spostrzegl? Prawda? Ty zas, na milosc bogow, nie mow nikomu... jesli... ci zycie mile... Na to Petroniusz zmarszczyl brwi i odpowiedzial jakby z wybuchem nudy i zniechecenia: - Mozesz mnie, boski, skazac na smierc, jesli ci zawadzam, ale mnie nia nie strasz, bo bogowie najlepiej wiedza, czy sie jej boje. I tak mowiac poczal patrzec wprost w oczy cezara, ow zas po chwili odrzekl: - Nie gniewaj sie... Wiesz, ze cie kocham... "Zly znak" - pomyslal Petroniusz. - Chcialem was prosic dzis na uczte - mowil dalej Nero - ale sie wole zamknac i polerowac ow przeklety wiersz trzeciej strofy. Procz ciebie mogl blad zauwazyc jeszcze Seneka, a moze i Sekundus Karynas, ale sie ich pozbede zaraz. To rzeklszy zawolal Seneki i oswiadczyl mu, ze wraz z Akratusem i Sekundem Karynem wysyla go do Italii i do wszystkich prowincji po pieniadze, ktore nakazuje im sciagnac z miast, ze wsi, ze slynnych swiatyn, slowem zewszad, gdzie tylko mozna je bedzie znalezc lub wycisnac. Lecz Seneka, ktory zrozumial, ze powierzaja mu czynnosc lupiezcy, swietokradcy i rozbojnika, odmowil wrecz. - Musze jechac na wies, panie - rzekl - i tam czekac smierci, gdyz jestem stary i nerwy moje sa chore. Iberyjskie nerwy Seneki, silniejsze od Chilonowych, nie byly moze chore, ale zdrowie jego bylo w ogole zle, albowiem wygladal jak cien i glowa w ostatnich czasach zbielala mu zupelnie. Nero tez, spojrzawszy na niego, pomyslal, ze moze istotnie niedlugo bedzie czekal na jego smierc, i odrzekl: - Nie chce narazac cie na podroz, jeslis chory, ale ze z milosci, jaka mam dla ciebie, chce cie miec blisko, wiec zamiast wyjechac na wies, zamkniesz sie w twoim domu i nie bedziesz go opuszczal. Po czym rozsmial sie i rzekl: - Gdy posle Akratusa i Karynasa samych, to jakobym posial wilki po owce. Kogoz nad nimi przeloze? - Przeloz mnie, panie! - rzekl Domicjusz Afer. - Nie! Nie chce sciagnac na Rzym gniewu Merkurego, ktorego zawstydzilibyscie zlodziejstwem. Potrzeba mi jakiegos stoika, jak Seneka lub jak moj nowy przyjaciel-filozof, Chilo. To rzeklszy poczal sie ogladac i spytal: - A co sie stalo z Chilonem? Chilo zas, ktory otrzezwiawszy na swiezym powietrzu wrocil do amfiteatru na piesn cezara, przysunal sie i rzekl: - Jestem, swietlisty plodzie slonca i ksiezyca. Bytem chory, ale twoj spiew uzdrowil mnie. - Posle cie do Achai - rzekl Nero. - Ty musisz wiedziec co do grosza, ile tam jest w kazdej swiatyni. - Uczyn tak, Zeusie, a bogowie zloza ci taka danine, jakiej nigdy nikomu nie zlozyli. - Uczynilbym tak, ale nie chce cie pozbawiac widoku igrzysk. - Baalu!... - rzekl Chilo. Lecz augustianie radzi, ze humor cezara poprawil sie, poczeli sie smiac i wolac: - Nie, panie! Nie pozbawiaj tego meznego Greka widoku igrzysk. - Ale pozbaw mnie, panie, widoku tych krzykliwych kapitolinskich gesiat, ktorych mozgi, razem wziete, nie napelnilyby zoledziowej miseczki - odparl Chilo. - Pisze oto, pierworodny synu Apollina, hymn po grecku na twoja czesc i dlatego chce spedzic kilka dni w swiatyni muz, aby je blagac o natchnienie. - O, nie! - zawolal Nero. - Chcesz sie wykrecic od nastepnych widowisk! Nic z tego! - Przysiegam ci, panie, ze pisze hymn. - Wiec bedziesz go pisal w nocy. Blagaj Diane o natchnienie, to przecie siostra Apollina. Chilo spuscil glowe spogladajac ze zloscia na obecnych, ktorzy znowu zaczeli sie smiac. Cezar zas, zwrociwszy sie do Senecjona i do Suiliusza Nerulina, rzekl: - Wyobrazcie sobie, ze z przeznaczonych na dzis chrzescijan zaledwie z polowa zdolalismy sie zalatwic. Na to stary Akwilus Regulus, wielki znawca rzeczy tyczacych amfiteatru, pomyslal chwile i ozwal sie: - Te widowiska, w ktorych wystepuja ludzie sine armis et sine arte, trwaja prawie rownie dlugo, a mniej zajmuja. - Kaze im dawac bron - odpowiedzial Nero. Lecz przesadny Westynus zbudzil sie nagle z zamyslenia i spytal tajemniczym glosem: - Czy uwazaliscie, ze oni cos widza umierajac? Patrza w gore i umieraja jakby bez cierpien. Jestem pewny, ze oni cos widza... To rzeklszy podniosl oczy ku otworowi amfiteatru, nad ktorym juz noc poczela rozciagac swoje nabite gwiazdami velarium. Inni jednak odpowiedzieli smiechami i zartobliwymi przypuszczeniami, co chrzescijanie moga widziec w chwili smierci. Tymczasem cezar dal znak niewolnikom trzymajacym pochodnie i opuscil cyrk, a za nim westalki, senatorowie, urzednicy i augustianie. Noc byla jasna, ciepla. Przed cyrkiem snuly sie jeszcze tlumy, ciekawe widziec odjazd cezara, ale jakies posepne i milczace. Tu i owdzie ozwal sie poklask i scichl zaraz. Ze spoliarium skrzypiace wozy wywozily wciaz krwawe szczatki chrzescijan. Petroniusz i Winicjusz odbywali droge w milczeniu. Dopiero w poblizu willi Petroniusz spytal: - Czy myslales o tym, com ci powiedzial? - Tak jest - odrzekl Winicjusz. - Czy ty wierzysz, ze teraz i dla mnie to jest sprawa najwiekszej wagi? Musze ja uwolnic wbrew cezarowi i Tygellinowi. To jest jakby walka, w ktorej zawzialem sie zwyciezyc, to jest jakby gra, w ktorej chce wygrac chocby kosztem wlasnej skory... Dzisiejszy dzien utwierdzil mnie jeszcze w przedsiewzieciu. - Niech ci Chrystus zaplaci! - Obaczysz. Tak rozmawiajac staneli przed drzwiami willi i wysiedli z lektyki. W tej chwili jakas ciemna postac zblizyla sie do nich i spytala: - Czy tu jest szlachetny Winicjusz? - Tak - odrzekl trybun - czego chcesz? - Jestem Nazariusz, syn Miriam; ide z wiezienia i przynosze ci wiadomosc o Ligii. Winicjusz oparl mu reke na ramieniu i przy blasku pochodni poczal mu patrzec w oczy, nie mogac przemowic ani slowa, ale Nazariusz odgadl zamierajace na jego wargach pytanie i odrzekl: - Zyje dotad. Ursus przysyla mnie do ciebie, panie, aby ci powiedziec, ze ona w goraczce modli sie i powtarza imie twoje. A Winicjusz odrzekl: - Chwala Chrystusowi, ktory mi ja wrocic moze. Po czym wziawszy Nazariusza poprowadzil go do biblioteki. Po chwili jednak nadszedl i Petroniusz, aby slyszec ich rozmowe. - Choroba ocalila ja od hanby, bo kaci boja sie - mowil mlody chlopiec. - Ursus i Glaukus lekarz czuwaja nad nia dzien i noc. - Czy stroze zostali ciz sami? - Tak, panie, i ona jest w ich izbie. Ci wiezniowie, ktorzy byli w dolnych wiezieniach, pomarli wszyscy na goraczke lub podusili sie w zaduchu. - Ktos ty jest? - zapytal Petroniusz. - Szlachetny Winicjusz mnie zna. Jestem synem wdowy, u ktorej mieszkala Ligia. - I chrzescijaninem? Chlopiec spojrzal pytajacym wzrokiem na Winicjusza, ale widzac, ze ow modli sie w tej chwili, podniosl glowe i rzekl: - Tak jest. - Jakim sposobem mozesz wchodzic swobodnie do wiezienia? - Najalem sie, panie, do wynoszenia cial zmarlych, a uczynilem to umyslnie, aby przychodzic z pomoca braciom moim i przynosic im wiesci z miasta. Petroniusz poczal sie przypatrywac uwazniej slicznej twarzy chlopca, jego blekitnym oczom i czarnym, bujnym wlosom, po czym spytal: - Z jakiego kraju jestes, pachole? - Jestem Galilejczykiem, panie. - Czy chcialbys, by Ligia byla wolna? Chlopiec podniosl oczy w gore: - Chocbym sam mial potem umrzec. Wtem Winicjusz przestal sie modlic i rzekl: - Powiedz strozom, by wlozyli ja do trumny jak umarla. Ty dobierz pomocnikow, ktorzy w nocy wyniosa ja razem z toba. W poblizu Cuchnacych Dolow znajdziecie czekajacych z lektyka ludzi, ktorym oddacie trumne. Strozom obiecaj ode mnie, ze dam im tyle zlota, ile kazdy w plaszczu zdola uniesc. I gdy tak mowil, twarz jego stracila zwykla martwote, zbudzil sie w nim zolnierz, ktoremu nadzieja wrocila dawna energie. Nazariusz zas splonal z radosci i wznioslszy rece zawolal: - Niech Chrystus uzdrowi ja, albowiem bedzie wolna. - Mniemasz, ze stroze sie zgodza? - spytal Petroniusz. - Oni, panie? Byle wiedzieli, ze nie spotka ich za to kara i meka! - Tak jest! - rzekl Winicjusz. - Stroze chcieli sie zgodzic nawet na jej ucieczke, tym bardziej pozwola ja wyniesc jako umarla. - Jest wprawdzie czlowiek - rzekl Nazariusz - ktory sprawdza rozpalonym zelazem, czy ciala, ktore wynosimy, sa martwe. Ale ten bierze nawet po kilka sestercji za to, by nie dotykal zelazem twarzy zmarlych. Za jeden aureus dotknie trumny, nie ciala. - Powiedz mu, ze dostanie pelna kapse aureusow - rzekl Petroniusz. Ale czy potrafisz dobrac pewnych pomocnikow? - Potrafie dobrac takich, ktorzy by za pieniadze sprzedali wlasne zony i dzieci. - Gdzie ich znajdziesz? - W samym wiezieniu lub na miescie. Stroze, raz zaplaceni, wprowadza, kogo zechce. - W takim razie wprowadzisz jako najemnika mnie - rzekl Winicjusz. Lecz Petroniusz poczal mu odradzac z cala stanowczoscia, aby tego nie czynil. Pretorianie mogliby go poznac nawet w przebraniu i wszystko mogloby przepasc. "Ani w wiezieniu, ani przy Cuchnacych Dolach! - mowil. - Trzeba, zeby wszyscy, i cezar, i Tygellinus, byli przekonani, ze ona umarla, inaczej bowiem nakazaliby w tej chwili poscig. Podejrzenia mozemy uspic tylko w ten sposob, ze gdy ja wywioza w Gory Albanskie lub dalej, do Sycylii, my zostaniemy w Rzymie. W tydzien lub dwa dopiero ty zachorujesz i wezwiesz Neronowego lekarza, ktory ci kaze wyjechac w gory. Wowczas polaczycie sie, a potem..." Tu zamyslil sie na chwile, a nastepnie machnawszy dlonia rzekl: - Potem nadejda moze inne czasy. - Niech Chrystus zmiluje sie nad nia - rzekl Winicjusz - bo ty mowisz o Sycylii, a ona jest chora i moze umrzec... - Umiescimy ja tymczasem blizej. Ja uleczy samo powietrze, bylesmy ja wyrwali z wiezienia. Zali nie masz gdzie w gorach jakiego dzierzawcy, ktoremu moglbys zaufac? - Tak jest! Mam! Tak! - odpowiedzial spiesznie Winicjusz. - Jest okolo Corioli w gorach czlowiek pewny, ktory mnie na reku nosil, gdym byl jeszcze dzieckiem, i ktory miluje mnie dotychczas. Petroniusz podal mu tabliczki. - Napisz do niego, by tu przybyl jutro. Gonca wysle natychmiast. To rzeklszy zawolal przelozonego atrium i wydal mu odpowiednie rozkazy. W kilka chwil pozniej konny niewolnik ruszyl na noc do Corioli. - Chcialbym - rzekl Winicjusz - by Ursus towarzyszyl jej w drodze... Bylbym spokojniejszy... - Panie - rzekl Nazariusz - czlowiek to nadludzkiej sily, ktory wylamie krate i pojdzie za nia. Jest jedno okno nad stroma, wysoka sciana, pod ktorym straz nie stoi. Przyniose Ursusowi sznur, a reszty on sam dokona. - Na Herkulesa! - rzekl Petroniusz. - Niech sie wyrywa, jak mu sie podoba, ale nie razem z nia i nie w dwa lub trzy dni po niej, bo poszliby za nim i odkryli jej schronienie. Na Herkulesa! Czy chcecie zgubic siebie i ja? Zakazuje wam wspominac mu o Corioli albo umywam rece. Oni obaj uznali slusznosc jego uwagi i umilkli. Po czym Nazariusz poczal sie zegnac, obiecujac przyjsc nazajutrz o swicie. Ze strozami mial nadzieje ulozyc sie jeszcze tej nocy, ale przedtem chcial wpasc do matki, ktora z powodu niepewnych i strasznych czasow nie miala o niego chwili spokoju. Pomocnika postanowil po namysle nie szukac na miescie, ale wynalezc i przekupic jednego sposrod tych, ktorzy wraz z nim wynosili trupy z wiezienia. Na samym odchodnym jednak zatrzymal sie jeszcze i wziawszy na strone Winicjusza poczal mu szeptac: - Panie, nie wspomne o naszym zamiarze nikomu, nawet matce, ale Piotr Apostol obiecal przyjsc do nas z amfiteatru i jemu powiem wszystko. - Mozesz w tym domu mowic glosno - odpowiedzial Winicjusz. - Piotr Apostol byl w amfiteatrze z ludzmi Petroniusza. Zreszta sam pojde z toba. I kazal podac sobie plaszcz niewolniczy, po czym wyszli. Petroniusz odetchnal gleboko. "Zyczylem sobie - myslal - aby umarla na te goraczke, bo dla Winicjusza byloby to jeszcze najmniej straszne. Ale teraz gotowem ofiarowac zloty trojnog Eskulapowi w zamian za jej uzdrowienie... Ach, ty, Ahenobarbie, chcesz sobie wyprawic widowisko z bolesci kochanka! Ty, Augusto, naprzod zazdroscilas pieknosci dziewczynie, a teraz pozarlabys ja na surowo, dlatego, ze zginal twoj Rufius... Ty, Tygellinie, chcesz ja zgubic na zlosc mnie!... Zobaczymy. Ja wam mowie, ze oczy wasze nie ujrza jej na arenie, bo albo umrze wlasna smiercia, albo ja wam wyrwe jak psom z paszczek... I wyrwe tak, ze nie bedziecie o tym wiedzieli, a potem ilekroc na was spojrze, tylekroc pomysle: oto glupcy, ktorych wywiodl w pole Petroniusz..." I rad z siebie, przeszedl do triclinium, gdzie wraz z Eunice zasiadl do wieczerzy. Lektor czytal przez ten czas sielanki Teokryta. Na dworze wiatr napedzil chmur od strony Sorakte i nagla burza zmacila cisze pogodnej nocy letniej. Od czasu do czasu grzmoty rozlegaly sie na siedmiu wzgorzach, oni zas, lezac obok siebie za stolem, sluchali sielskiego poety, ktory w spiewnym doryckim narzeczu opiewal milosc pasterzy, a nastepnie, uspokojeni, gotowali sie do slodkiego spoczynku. Przedtem jednak jeszcze wrocil Winicjusz. Petroniusz dowiedziawszy sie o jego powrocie wyszedl do niego i spytal: - Coz?... Czy nie uradziliscie czego nowego i czy Nazariusz poszedl juz do wiezienia? - Tak - odpowiedzial mlody czlowiek rozgarniajac wlosy przemoczone od dzdzu. - Nazariusz poszedl ulozyc sie ze strozami, a ja widzialem Piotra, ktory mi nakazal modlic sie i wierzyc. - To dobrze. Jesli wszystko pojdzie pomyslnie, nastepnej nocy mozna ja bedzie wyniesc... - Dzierzawca z ludzmi powinien byc na swit. - To krotka droga. Spocznij teraz. Lecz Winicjusz uklakl w swym cubiculum i poczal sie modlic. O wschodzie slonca przybyl spod Corioli dzierzawca Niger przywiodlszy ze soba zgodnie z zaleceniem Winicjusza muly, lektyke i czterech pewnych ludzi, wybranych spomiedzy niewolnikow brytanskich, ktorych zreszta zostawil przezornie w gospodzie na Suburze. Winicjusz, ktory czuwal cala noc, wyszedl na jego spotkanie, ow zas wzruszyl sie na widok mlodego pana i calujac jego rece i oczy rzekl: - Drogi, czys chory, czy tez zmartwienia wyssaly ci krew z oblicza, albowiem ledwiem cie mogl na pierwsze wejrzenie rozpoznac? Winicjusz zabral go do wewnetrznej kolumnady, zwanej ksystem, i tam przypuscil go do tajemnicy. Niger sluchal ze skupiona uwaga i na jego czerstwej, ogorzalej twarzy znac bylo wielkie wzruszenie, nad ktorym nie staral sie nawet zapanowac. - Wiec ona jest chrzescijanka? - zawolal. I poczal patrzec badawczo w twarz Winicjusza, a ten odgadl widocznie, o co pyta go wzrok wiesniaka, albowiem odrzekl: - I ja jestem chrzescijaninem... Wowczas w oczach Nigra blysnely lzy; przez chwile milczal, nastepnie wznioslszy do gory rece rzekl: - O, dzieki ci, Chryste, izes zdjal bielmo z najdrozszych mi w swiecie oczu. Po czym objal glowe Winicjusza i placzac ze szczescia, poczal calowac jego czolo. W chwile pozniej nadszedl Petroniusz prowadzac ze soba Nazariusza. - Dobre wiesci! - rzekl z dala. Jakoz wiesci byly dobre. Naprzod Glaukus lekarz zareczal za zycie Ligii, jakkolwiek miala tez sama goraczke wiezienna, na ktora i w Tullianum, i po innych wiezieniach umieraly codziennie setki ludzi. Co do strozow i co do czlowieka, ktory sprawdzal smierc rozpalonym zelazem, nie bylo najmniejszej trudnosci. Pomocnik, Attys, byl juz rowniez ugodzony. - Poczynilismy otwory w trumnie tak, aby chora mogla oddychac - mowil Nazariusz. - Cale niebezpieczenstwo w tym, by nie jeknela lub nie odezwala sie w chwili, gdy bedziemy przechodzili kolo pretorianow. Ale ona jest oslabiona bardzo i od rana lezy z zamknietymi oczyma. Zreszta Glaukus da jej napoj usypiajacy, ktory sam urzadzi z przyniesionych przeze mnie z miasta lekarstw. Wieko trumny nie bedzie przybite. Podniesiecie je latwo i zabierzecie chora do lektyki, my zas wlozymy do trumny podluzny wor z piaskiem, ktory miejcie gotowy. Winicjusz sluchajac tych slow blady byl jak plotno, lecz sluchal z tak natezona uwaga, iz zdawal sie naprzod odgadywac, co Nazariusz ma powiedziec. - Czy innych jakich cial nie beda wynosili z wiezienia? - zapytal Petroniusz. - Zmarlo dzisiejszej nocy kolo dwudziestu ludzi, a do wieczora umrze jeszcze kilkunastu - odrzekl chlopiec - my musimy isc wraz z calym orszakiem, ale bedziemy sie ociagali, by zostac w tyle. Na pierwszym skrecie towarzysz moj umyslnie zakuleje. W ten sposob pozostanie znacznie za innymi. Wy czekajcie nas kolo malej swiatyni Libityny. Oby Bog dal noc jak najciemniejsza. - Bog da - rzekl Niger. - Wczoraj byl wieczor jasny, a potem nagle zerwala sie burza. Dzis niebo znow pogodne, ale parno od rana. Co noc teraz beda bywaly dzdze i burze. - Czy idziecie bez swiatel? - spytal Winicjusz. - Na przedzie tylko niosa pochodnie. Wy na wszelki wypadek badzcie kolo swiatyni Libityny, jak tylko sie sciemni, chociaz wynosimy zwykle trupy dopiero przed sama polnoca. Umilkli, slychac bylo tylko spieszny oddech Winicjusza. Petroniusz zwrocil sie do niego. - Mowilem wczoraj - rzekl - ze najlepiej by bylo, gdybysmy obaj pozostali w domu. Teraz jednak widze, ze mnie samemu niepodobna bedzie usiedziec... Zreszta, gdyby chodzilo o ucieczke, trzeba by zachowywac wiecej ostroznosci, ale skoro ja wyniosa jako umarla, zdaje sie, ze nikomu najmniejsze podejrzenie nie przejdzie przez glowe. - Tak! Tak! - odpowiedzial Winicjusz. - Ja musze tam byc. Sam ja wyjme z trumny. - Gdy raz bedzie w moim domu pod Corioli, odpowiadam za nia - rzekl Niger. Na tym skonczyla sie rozmowa. Niger udal sie do gospody, do swoich ludzi. Nazariusz, zabrawszy pod tunike kiese ze zlotem, wrocil do wiezienia. Dla Winicjusza rozpoczal sie dzien pelen niepokoju, goraczki, trwogi i oczekiwania. - Sprawa powinna sie udac, bo jest dobrze pomyslana - mowil mu Petroniusz. - Lepiej niepodobna bylo wszystkiego ulozyc. Ty musisz udawac strapionego i chodzic w ciemnej todze. Ale cyrkow jednak nie opuszczaj. Niech cie widza... Tak wszystko obmyslane, ze nie moze byc zawodu. Ale! Wszakze jestes zupelnie pewny twego dzierzawcy? - To chrzescijanin - odrzekl Winicjusz. Petroniusz spojrzal na niego ze zdziwieniem, po czym jal ruszac ramionami i mowic jakby sam do siebie: - Na Polluksa! Jak sie to jednak szerzy! I jak sie trzyma dusz ludzkich!... Pod taka groza ludzie wyrzekliby sie od razu wszystkich bogow rzymskich, greckich i egipskich. To jednak dziwne... Na Polluksa!... Gdybym wierzyl, ze cos jeszcze na swiecie od naszych bogow zalezy, obiecalbym teraz kazdemu po szesc bialych bykow, a kapitolinskiemu Jowiszowi dwanascie... Ale i ty nie szczedz obietnic twojemu Chrystusowi... - Ja Mu oddalem dusze - odparl Winicjusz. I rozeszli sie. Petroniusz wrocil do cubiculum. Winicjusz zas poszedl spogladac z dala na wiezienie, stamtad zas udal sie az na stok Watykanskiego wzgorza, do owej chaty fossora, w ktorej z rak Apostola otrzymal chrzest. Zdawalo mu sie, ze w tej chacie Chrystus wyslucha go predzej niz gdziekolwiek indziej, wiec odnalazlszy ja i rzuciwszy sie na ziemie, wytezyl wszystkie sily swej zbolalej duszy w modlitwie o litosc i zapamietal sie w niej tak, ze zapomnial, gdzie jest i co sie z nim dzieje. Po poludniu juz zbudzil go odglos trab, dochodzacy od strony Neronowego cyrku. Wyszedl wowczas z chaty i poczal spogladac naokol oczyma jakby swiezo ocknietymi ze snu. Na swiecie byl upal i cisza, przerywana tylko czasem przez dzwiek spizu, a ciagle przez zapamietale ksykanie konikow polnych. Powietrze uczynilo sie parne; niebo nad miastem bylo jeszcze blekitne, ale w stronie Gor Sabinskich zbieraly sie nisko u brzegu widnokregu ciemne chmury. Winicjusz wrocil do domu. W atrium czekal na niego Petroniusz. - Bylem na Palatynie - rzekl. - Pokazalem sie tam umyslnie i zasiadlem nawet do kosci. U Anicjusza jest wieczorem uczta, zapowiedzialem, ze przyjdziemy, ale dopiero po polnocy, gdyz przedtem musze sie wyspac. Jakoz bede, a dobrze by bylo, gdybys i ty byl. - Czy nie bylo jakich wiadomosci od Nigra albo od Nazariusza? - spytal Winicjusz. - Nie. Zobaczymy ich dopiero o polnocy. Uwazales, ze zapowiada sie burza? - Tak. Jutro ma byc widowisko z chrzescijan ukrzyzowanych, moze jednak deszcz przeszkodzi. To rzeklszy, zblizyl sie i, dotknawszy ramienia Winicjusza, rzekl. - Ale jej nie zobaczysz na krzyzu, tylko w Corioli. Na Kastora! Nie oddalbym tej chwili, w ktorej ja uwolnimy, za wszystkie gemmy w Rzymie. Wieczor juz blisko... Jakoz wieczor sie zblizal, a ciemnosc poczela ogarniac miasto wczesniej niz zwykle, z powodu chmur, ktore zakryly caly widnokrag. Z nadejsciem wieczora spadl deszcz duzy, ktory parujac na rozpalonych przez dzienny upal kamieniach napelnil mgla ulice miasta. Potem na przemian to czynilo sie cicho, to znow przechodzily krotkie ulewy. - Spieszmy sie - rzekl wreszcie Winicjusz. - Z powodu burzy moga wczesniej wywiezc ciala z wiezienia. - Czas! - odpowiedzial Petroniusz. I wziawszy galijskie plaszcze z kapturami, wyszli przez drzwiczki od ogrodu na ulice. Petroniusz uzbroil sie takze w krotki rzymski noz, zwany sica, ktory bral zawsze ze soba na nocne wyprawy. Miasto bylo z powodu burzy puste. Od czasu do czasu blyskawica rozdzierala chmury, oswiecajac jaskrawym blaskiem swieze sciany nowo wzniesionych lub budujacych sie dopiero domow i mokre plyty kamienne, ktorymi wylozone byly ulice. Przy takim swietle ujrzeli wreszcie po dosc dlugiej drodze kopiec, na ktorym stala malenka swiatynka Libityny, a pod kopcem grupe zlozona z mulow i koni. - Niger! - zawolal cicho Winicjusz. - Jestem, panie! - ozwal sie glos wsrod dzdzu. - Wszystko gotowe? - Tak jest, drogi. Jak tylko sciemnilo sie, bylismy na miejscu. Ale schroncie sie pod okop, bo przemokniecie na wskros. Co za burza! Sadze, ze spadna grady. Jakoz obawa Nigra sprawdzila sie, gdyz niebawem poczal sypac grad, z poczatku drobny, po czym coraz grubszy i gestszy. Powietrze oziebilo sie natychmiast. Oni zas stojac pod okopem, zakryci od wiatru i lodowych pociskow, rozmawiali znizonymi glosami. - Chocby nas kto ujrzal - mowil Niger - nie powezmie zadnych podejrzen, wygladamy bowiem na ludzi, ktorzy chca przeczekac burze. Ale boje sie, zeby nie odlozono wynoszenia trupow do jutra. - Grad nie bedzie padal dlugo - rzekl Petroniusz. - Musimy czekac chocby do brzasku. Jakoz czekali nasluchujac, czy nie doleci ich odglos pochodu. Grad przeszedl istotnie, ale zaraz potem poczela szumiec ulewa. Chwilami zrywal sie wiatr i niosl od strony Cuchnacych Dolow straszna won rozkladajacych sie cial, ktore grzebano plytko i niedbale. Wtem Niger rzekl: - Widze przez mgle swiatelko... Jedno, dwa, trzy... to pochodnie! I zwrocil sie do ludzi: - Baczyc, by muly nie parskaly!... - Ida! - rzekl Petroniusz. Jakoz swiatla stawaly sie coraz wyrazniejsze. Po chwili mozna bylo juz odroznic chwiejace sie pod powiewem plomienie pochodni. Niger poczal sie zegnac znakiem krzyza i modlic. Tymczasem posepny korowod przyciagnal blizej i wreszcie, zrownawszy sie z swiatynka Libityny, zatrzymal sie. Petroniusz, Winicjusz i Niger przycisneli sie w milczeniu do kopca, nie rozumiejac, co to znaczy. Lecz tamci zatrzymali sie tylko dlatego, by poobwiazywac sobie twarze i usta szmatami dla ochrony od duszacego smrodu, ktory przy samych puticuli byl wprost nie do zniesienia, po czym podniesli nosze z trumnami i poszli dalej. Jedna tylko trumna zatrzymala sie naprzeciw swiatynki. Winicjusz skoczyl ku niej, a za nim Petroniusz, Niger i dwaj niewolnicy brytanscy z lektyka. Lecz nim dobiegli, w ciemnosci dal sie slyszec pelen bolu glos Nazariusza: - Panie, przeniesli ja wraz z Ursusem do Eskwilinskiego wiezienia... My niesiem inne cialo! A ja porwali przed polnoca!... Petroniusz, wrociwszy do domu, posepny byl jak burza i nie probowal nawet pocieszac Winicjusza. Rozumial, ze o wydobyciu Ligii z Eskwilinskich podziemi nie ma co i marzyc. Odgadywal, ze prawdopodobnie dlatego przeniesiono ja z Tullianum, by nie umarla z goraczki i by nie uniknela przeznaczonego jej amfiteatru. Ale to wlasnie byl dowod, ze czuwano nad nia i strzezono jej pilniej niz innych. Petroniuszowi zal bylo do glebi duszy i jej, i Winicjusza, lecz procz tego nurtowala go i ta mysl, ze po raz pierwszy w zyciu cos mu sie nie udalo i ze po raz pierwszy zostal zwyciezony w walce. "Fortuna zdaje sie mnie opuszczac - mowil sobie - ale bogowie myla sie, jesli sadza, ze zgodze sie na takie na przyklad zycie jak jego." Tu spojrzal na Winicjusza, ktory rowniez patrzyl na niego rozszerzonymi zrenicami. - Co tobie? Ty masz goraczke? - rzekl Petroniusz. Ow zas odpowiedzial jakims dziwnym, zlamanym i powolnym glosem, jakby chorego dziecka: - A ja wierze, ze On moze mi ja powrocic. Nad miastem cichly ostatnie grzmoty burzy. Trzydniowy deszcz, zjawisko wyjatkowe w Rzymie podczas lata, i grady, padajace wbrew przyrodzonemu porzadkowi nie tylko w dzien i wieczorami, ale nawet wsrod nocy, przerwaly widowiska. Lud poczal trwozyc sie. Przepowiadano nieurodzaj na winograd, a gdy pewnego popoludnia piorun stopil na Kapitolu brazowy posag Cerery, nakazano ofiary w swiatyni Jowisza Salwatora. Kaplani Cerery rozpuscili wiesc, ze gniew bogow zwrocil sie na miasto z powodu zbyt opieszalego wymiaru kary na chrzescijan, tlumy wiec jely domagac sie, by bez wzgledu na pogode przyspieszono dalszy ciag igrzysk, i radosc ogarnela caly Rzym, gdy ogloszono wreszcie, ze po trzech dniach przerwy ludus rozpocznie sie na nowo. Tymczasem wrocila i piekna pogoda. Amfiteatr od switu do nocy napelnil sie tysiacami ludzi, cezar zas przybyl rowniez wczesnie z westalkami i dworem. Widowisko mialo rozpoczac sie od walki chrzescijan miedzy soba, ktorych w tym celu poprzebierano za gladiatorow i dano im wszelka bron, jaka sluzyla szermierzom z zawodu do zaczepnego i obronnego boju. Lecz tu nastapil zawod. Chrzescijanie porzucali na piasek sieci, widly, wlocznie i miecze, a natomiast poczeli sie obejmowac wzajemnie i zachecac do wytrwania wobec mak i smierci. Wowczas gleboka uraza i oburzenie zawladnely sercami tlumow. Jedni zarzucali im malodusznosc i tchorzostwo, drudzy twierdzili, iz nie chca sie bic naumyslnie, przez nienawisc do ludu i dlatego, by go pozbawic radosci, jaka widok mestwa zwykl sprawiac. Wreszcie z rozkazu cezara wypuszczono na nich prawdziwych gladiatorow, ktorzy kleczacych i bezbronnych wycieli w mgnieniu oka. Lecz po uprzatnieciu trupow widowisko przestalo byc walka, a zmienilo sie w szereg mitologicznych obrazow pomyslu samego cezara. Ujrzano wiec Herkulesa plonacego zywym ogniem na gorze Oeta. Winicjusz zadrzal na mysl, ze na role Herkulesa przeznaczono moze Ursusa, lecz widocznie kolej nie przyszla jeszcze na wiernego sluge Ligii, albowiem na stosie splonal jakis inny, zupelnie nie znany Winicjuszowi chrzescijanin. Natomiast w nastepnym obrazie Chilon, ktorego cezar nie chcial uwolnic od bytnosci na przedstawieniu, ujrzal znajomych sobie ludzi. Przedstawiano smierc Dedala i Ikara. W roli Dedala wystepowal Eurycjusz, ten sam starzec, ktory w swoim czasie dal Chilonowi znak ryby, w roli zas Ikara syn jego, Kwartus. Obydwoch podniesiono za pomoca umyslnej maszynerii w gore, a nastepnie stracono nagle z ogromnej wysokosci na arene, przy czym mlody Kwartus upadl tak blisko cesarskiego podium, iz obryzgal krwia nie tylko zewnetrzne ozdoby, ale i wyslane purpura oparcie. Chilon nie widzial upadku, albowiem przymknal oczy, slyszal tylko gluche uderzenie ciala, a gdy po chwili ujrzal krew tuz obok siebie, omal nie zemdlal po raz wtory. Ale obrazy zmienialy sie predko. Sromotne meki dziewic, hanbionych przed smiercia przez gladiatorow poprzebieranych za zwierzeta, rozradowaly serca tlumow. Widziano kaplanki Kibeli i Cerery, widziano Danaidy, widziano Dirce i Pasifae, widziano wreszcie dziewczatka niedorosle, rozrywane przez dzikie konie. Lud oklaskiwal coraz nowe pomysly cezara, ktory dumny z nich i uszczesliwiony z oklaskow, nie odejmowal teraz ani na chwile szmaragdu od oka, przypatrujac sie bialym cialom rozdzieranym przez zelazo i konwulsyjnym drganiom ofiar. Dawano jednak obrazy i z dziejow miasta. Po dziewicach ujrzano Mucjusza Scewole, ktorego reka, przymocowana do trojnoga z ogniem, napelniala swedem spalonego miesa amfiteatr, ale ktory, jak prawdziwy Scewola, stal bez jeku, z oczyma wzniesionymi w gore i z szeptem modlitwy na sczernialych wargach. Po dobiciu go i wywleczeniu ciala do spoliarium nastapila zwykla poludniowa przerwa w przedstawieniu. Cezar wraz z westalkami i augustianami opuscil amfiteatr i udal sie do wzniesionego umyslnie, olbrzymiego szkarlatnego namiotu, w ktorym przygotowano dla niego i gosci wspaniale prandium. Tlumy po wiekszej czesci poszly za jego przykladem i wylewajac sie na zewnatrz, rozkladaly sie w malowniczych grupach obok namiotu, aby dac odpoczynek znuzonym przez dlugie siedzenie czlonkom i spozyc potrawy, ktore z laski cezara obficie roznosili niewolnicy. Najciekawsi tylko po opuszczeniu siedzen zeszli na sama arene i dotykajac palcami lepkiego od krwi piasku rozprawiali jako znawcy i lubownicy o tym, co sie juz odbylo i co jeszcze mialo nastapic. Wkrotce jednak odeszli i rozprawiacze, aby nie spoznic sie na uczte; zostalo tylko kilku ludzi, ktorych zatrzymala nie ciekawosc, ale wspolczucie dla przyszlych ofiar. Ci ukryli sie w przedzialach lub na nizszych miejscach, a tymczasem zrownano arene i poczeto kopac w niej doly, jeden przy drugim, rzedami, przez cale kolisko, od brzegu do brzegu, tak ze ostatni ich szereg przypadal o kilkanascie krokow od cesarskiego podium. Z zewnatrz cyrku dochodzil gwar ludu, krzyki i oklaski, a tu czyniono z goraczkowym pospiechem przygotowania do jakichs nowych mak. Naraz otwarly sie cunicula i ze wszystkich otworow prowadzacych na arene poczeto wypedzac gromady chrzescijan, nagich i dzwigajacych krzyze na ramionach. Zaroil sie od nich caly amfiteatr. Biegli starcy pochyleni pod ciezarem drewnianych bierwion, obok nich mezczyzni w sile wieku, kobiety z rozpuszczonymi wlosami, pod ktorymi staraly sie ukryc swa nagosc, chlopieta niedorosle i calkiem male dzieci. Krzyze w wiekszej czesci, rowniez jak ofiary, uwienczone byly kwiatami. Sluzba cyrkowa, cwiczac nieszczesnych batami, zmuszala ich, by ukladali krzyze wedle gotowych dolow i sami stawali przy nich szeregiem. W ten sposob mieli zginac ci, ktorych pierwszego dnia igrzysk nie zdazono wypchnac na pastwe psom i dzikim zwierzetom. Teraz chwytali ich czarni niewolnicy i kladac ofiary na wznak na drzewie, poczeli przybijac im rece do przecznic gorliwie i szybko, tak aby lud wrociwszy po skonczonej przerwie zastal juz wszystkie krzyze wzniesione. W calym amfiteatrze rozlegl sie teraz huk mlotow, ktorego echa rozebrzmialy po wyzszych rzedach i doszly az na plac otaczajacy amfiteatr i pod namiot, w ktorym cezar podejmowal westalki i towarzyszow. Tam pito wino, zartowano z Chilona i szeptano dziwne slowa do uszu kaplanek Westy, na arenie zas wrzala robota, gwozdzie pograzaly sie w rece i nogi chrzescijan, warczaly lopaty zasypujace ziemia doly, w ktore wstawiano krzyze. Lecz miedzy ofiarami, na ktore dopiero za chwile miala przyjsc kolej, byl Kryspus. Lwy nie mialy czasu go rozedrzec, wiec przeznaczono mu krzyz, on zas, zawsze gotow na smierc, radowal sie mysla, ze nadchodzi jego godzina. Wygladal dzis inaczej, albowiem wyschle cialo jego bylo obnazone zupelnie, tylko przepaska bluszczowa okrywala mu biodra, na glowie zas mial wieniec z roz. Ale w oczach blyszczala mu zawsze taz sama niepozyta energia i taz sama twarz surowa i fanatyczna wychylala sie spod wienca. Nie zmienilo sie tez jego serce, albowiem jak niegdys w cuniculum grozil gniewem Bozym poobszywanym w skory wspolbraciom, tak i dzis gromil ich, zamiast pocieszac. - Dziekujcie Zbawicielowi - mowil - ze pozwala wam umrzec taka smiercia, jaka sam umarl. Moze czesc win waszych bedzie wam za to odpuszczona, drzyjcie wszelako, albowiem sprawiedliwosci musi sie stac zadosc i nie moze byc jednakiej nagrody dla zlych i dobrych. A slowom jego wtorowal odglos mlotow, ktorymi przybijano rece i nogi ofiar. Coraz wiecej krzyzy wznosilo sie na arenie, on zas zwracajac sie do gromady tych, ktorzy stali jeszcze, kazdy przy swoim drzewie, mowil dalej: - Widze otwarte niebo, ale widze otwarta i otchlan... Sam nie wiem, jako zdam sprawe Panu z zywota mego, chociazem wierzyl i nienawidzilem zlego, i nie smierci sie lekam, lecz zmartwychpowstania, nie meki, lecz sadu, albowiem nastaje dzien gniewu. A wtem spomiedzy blizszych rzedow ozwal sie jakis glos spokojny i uroczysty: - Nie dzien gniewu, ale dzien milosierdzia, dzien zbawienia i szczesliwosci, albowiem powiadam wam, ze Chrystus przygarnie was, pocieszy i posadzi na prawicy swojej. Ufajcie, bo oto niebo otwiera sie przed wami. Na te slowa wszystkie oczy zwrocily sie ku lawkom; nawet ci, ktorzy juz wisieli na krzyzach, podniesli blade, umeczone glowy i poczeli patrzec w strone mowiacego meza. A on zblizyl sie az do przegrody otaczajacej arene i poczal ich zegnac znakiem krzyza. Kryspus wyciagnal ku niemu ramie, jakby chcac go zgromic, lecz ujrzawszy jego twarz opuscil dlon, po czym kolana zgiely sie pod nim, a usta wyszeptaly: - Apostol Pawel!... Ku wielkiemu zdziwieniu cyrkowej sluzby poklekali wszyscy, ktorych nie zdazono dotad poprzybijac, zas Pawel z Tarsu zwrocil sie do Kryspa i rzekl: - Kryspie, nie groz im, albowiem dzis jeszcze beda z toba w raju. Ty mniemasz, ze moga byc potepieni? Lecz ktoz je potepi? Zali uczyni to Bog, ktory oddal za nie Syna swego? Zali Chrystus, ktory umarl dla ich zbawienia, jako oni umieraja dla imienia Jego? I jakoz moze potepic Ten, ktory miluje? Kto bedzie skarzyl na wybrane Boze? Kto powie na te krew: "Przekleta"?... - Panie, nienawidzilem zlego - odrzekl stary kaplan. - Chrystus wiecej jeszcze nakazal milowac ludzi niz nienawidzic zlego, albowiem nauka Jego miloscia jest, nie nienawiscia. - Zgrzeszylem w godzine smierci - odrzekl Kryspus. I poczal sie bic w piersi. Wtem zarzadca lawek zblizyl sie ku Apostolowi i zapytal: - Kto jestes, ktory przemawiasz do skazanych? - Obywatel rzymski - odparl spokojnie Pawel. Po czym zwrociwszy sie do Kryspa, rzekl: - Ufaj, gdyz dzien to jest laski, i umrzyj w spokoju, slugo Bozy. Dwaj Murzyni zblizyli sie w tej chwili do Kryspa, aby polozyc go na drzewie, lecz on spojrzal raz jeszcze naokol i zawolal: - Bracia moi, modlcie sie za mnie! I twarz jego stracila zwykla surowosc; kamienne rysy przybraly wyraz spokoju i slodyczy. Sam rozciagnal rece wzdluz ramion krzyza, aby ulatwic robote, i patrzac wprost w niebo, poczal modlic sie zarliwie. Zdawal sie nic nie czuc, albowiem gdy gwozdzie zaglebialy sie w jego rece, najmniejsze drgnienie nie wstrzasnelo jego cialem ani na obliczu nie pojawila sie zadna zmarszczka bolu: modlil sie, gdy przybijano mu nogi, modlil sie, gdy wznoszono krzyz i udeptywano naokol ziemie. Dopiero gdy tlumy ze smiechem i okrzykami poczely napelniac amfiteatr, brwi starca sciagnely sie nieco, jakby sie gniewal, ze poganski lud miesza mu cisze i spokoj slodkiej smierci. Lecz przedtem jeszcze wzniesiono wszystkie krzyze, tak ze na arenie stanal jakby las z wiszacymi na drzewach ludzmi. Na ramiona krzyzy i na glowy meczennikow padal blask slonca, na arene zas grube cienie, tworzace jakby czarna poplatana krate, wsrod ktorej przeswiecal zolty piasek. Bylo to widowisko, w ktorym dla ludu cala rozkosz stanowilo przypatrywanie sie powolnemu konaniu. Lecz nigdy dotad nie widziano takiej gestwy krzyzy. Arena byla nimi nabita tak szczelnie, ze sluzba z trudnoscia mogla sie miedzy nimi przeciskac. Na obrebie wisialy przewaznie kobiety, lecz Kryspa, jako przywodce, wzniesiono tuz prawie przed podium cesarskim, na ogromnym krzyzu spowitym u spodu w wiciokrzew. Nikt z ofiar jeszcze nie skonal, ale niektorzy z tych, ktorych poprzybijano najpierwej, pomdleli. Nikt nie jeczal i nie wolal o litosc. Niektorzy wisieli z glowami pochylonymi na ramiona lub pospuszczanymi na piersi, jakby ujeci snem, niektorzy jakby w zamysleniu, niektorzy patrzac jeszcze ku niebu poruszali z cicha ustami. W tym strasznym lesie krzyzy, w tych porozpinanych cialach, w milczeniu ofiar bylo jednak cos zlowrogiego. Lud, ktory po uczcie syt i rozweselony wchodzil z okrzykami do cyrku, umilkl nie wiedzac, na ktorym ciele oczy zatrzymac i co myslec. Nagosc naprezonych kobiecych postaci przestala draznic jego zmysly. Nie czyniono nawet zwyklych zakladow o to, kto predzej skona, ktore czyniono zwykle, gdy na arenie zjawiala sie mniejsza ilosc skazanych. Zdawalo sie, ze cezar nudzi sie takze, albowiem przekreciwszy glowe, poprawil leniwym ruchem naszyjnik, z twarza ospala i senna. Wtem wiszacy naprzeciw Kryspus, ktory przed chwila oczy mial zamkniete, jak czlowiek omdlaly lub konajacy, otworzyl je i poczal patrzec na cezara. Twarz jego przybrala znow wyraz tak nieublagany, a wzrok zaplonal takim ogniem, ze augustianie poczeli szeptac miedzy soba ukazujac go palcami, a w koncu sam cezar zwrocil na niego uwage i ociezale przylozyl szmaragd do oka. Nastala cisza zupelna. Oczy widzow utkwione byly w Kryspa, ktory probowal poruszyc prawa reka, jakby ja chcial oderwac od drzewa. Po chwili piers wzdela mu sie, zebra wystapily na wierzch i poczal wolac: - Matkobojco! Biada ci! Augustianie poslyszawszy smiertelna obelge, rzucona panu swiata wobec tysiacznych tlumow, nie smieli oddychac. Chilo zmartwial. Cezar drgnal i wypuscil z palcow szmaragd. Lud zatrzymal rowniez dech w piersiach. Glos Kryspusa rozlegal sie coraz potezniej w calym amfiteatrze: - Biada ci, morderco zony i brata, biada ci, Antychryscie! Otchlan otwiera sie pod toba, smierc wyciaga po ciebie rece i grob cie czeka. Biada ci, zywy trupie, albowiem umrzesz w przerazeniu i potepiony bedziesz na wieki!... I nie mogac oderwac przybitej dloni od drzewa, rozciagniety okropnie, straszny, za zycia jeszcze do kosciotrupa podobny, nieugiety jak przeznaczenie, trzasl biala broda nad Neronowym podium, rozpraszajac zarazem ruchami glowy liscie roz z wienca, ktory mu nalozono na czaszke. - Biada ci, morderco! Przebrana jest twoja miara i czas twoj zbliza sie!... Tu wytezyl sie raz jeszcze: zdawalo sie przez chwile, ze oderwie dlon od krzyza i wyciagnie ja groznie nad cezarem, lecz nagle wychudle jego ramiona wydluzyly sie jeszcze bardziej, cialo obsunelo sie ku dolowi, glowa opadla mu na piersi i skonal. Wsrod krzyzowego lasu slabsi poczeli tez juz zasypiac snem wiecznym. - Panie - mowil Chilo - teraz jest morze jak oliwa i fale zdaja sie spac... Jedzmy do Achai. Tam czeka cie slawa Apollina, tam czekaja cie wience, tryumfy, tam ludzie cie ubostwiaja, a bogowie przyjma jak rownego sobie goscia, tu zas, panie... I przerwal, albowiem dolna warga poczela mu sie trzasc tak silnie, ze jego slowa przeszly w niezrozumiale dzwieki. - Pojedziemy po skonczonych igrzyskach - odrzekl Nero. - Wiem, ze i tak juz niektorzy nazywaja chrzescijan innoxia corpora. Gdybym odjechal, zaczeliby to powtarzac wszyscy. Czego sie ty boisz, zmurszala bedlko? To rzeklszy zmarszczyl brwi, lecz poczal patrzec pytajacym wzrokiem na Chilona, jakby czekajac od niego wyjasnienia, albowiem udawal tylko zimna krew. Na ostatnim przedstawieniu sam zlakl sie slow Kryspa i wrociwszy do domu nie mogl zasnac z wscieklosci i wstydu, ale zarazem ze strachu. Wtem przesadny Westynus, ktory sluchal w milczeniu ich rozmowy, obejrzal sie wokolo i rzekl tajemniczym glosem: - Sluchaj, panie, tego starca: w tych chrzescijanach jest cos dziwnego... Ich bostwo daje im smierc lekka, ale moze byc msciwe. Na to Nero rzekl predko: - To nie ja urzadzam igrzyska. To Tygellin. - Tak jest! To ja - odpowiedzial Tygellin, ktory doslyszal odpowiedz cezara. - To ja i drwie sobie ze wszystkich bogow chrzescijanskich. Westynus, panie, to pecherz wydety przesadami, a ten waleczny Grek gotow umrzec ze strachu na widok kwoki najezonej w obronie kurczat. - To dobrze - rzekl Nero - ale kaz odtad chrzescijanom obcinac jezyki albo kneblowac usta. - Zaknebluje im je ogien, o boski. - Biada mi! - jeknal Chilo. Lecz cezar, ktoremu zuchwala pewnosc siebie Tygellina dodala otuchy, poczal sie smiac i rzekl pokazujac na starego Greka: - Patrzcie, jak wyglada potomek Achillesa! Rzeczywiscie Chilo wygladal strasznie. Resztki wlosow na czaszce pobielaly mu zupelnie, w twarzy zakrzepl mu wyraz jakiegos niezmiernego niepokoju, trwogi i pognebienia. Wydawal sie tez chwilami jakby odurzony i na wpol przytomny. Czesto nie odpowiadal na pytania, czasem znow wpadal w gniew i stawal sie zuchwalym, tak ze augustianie woleli go nie zaczepiac. Taka chwila przyszla nan i teraz. - Robcie ze mna, co chcecie, a ja na igrzyska wiecej nie pojde! - zawolal rozpaczliwie, klaszczac w palce. Nero popatrzyl na niego przez chwile i zwrociwszy sie do Tygellina, rzekl: - Dopilnujesz, by w ogrodach ten stoik byl blisko mnie. Chce widziec, jakie uczynia na nim wrazenie nasze pochodnie. Chilo zlakl sie jednak grozby drgajacej w glosie cezara. - Panie - rzeki - nic nie zobacze, albowiem nie widze w nocy. A cezar odpowiedzial ze strasznym usmiechem: - Noc bedzie jasna jak dzien. Po czym zwrocil sie do innych augustianow, z ktorymi poczal rozmawiac o wyscigach, jakie zamierzal wyprawic pod koniec igrzysk. Do Chilona zblizyl sie Petroniusz i traciwszy go w ramie rzekl: - Zalim ci nie mowil? Nie wytrzymasz. Ow zas odpowiedzial: - Chce sie upic... I wyciagnal drzaca reke po krater z winem, lecz nie mogl go doniesc do ust, co widzac Westynus odebral mu naczynie, nastepnie zas przysunawszy sie blisko, spytal z twarza zaciekawiona i przelekla: - Czy scigaja cie Furie? Co?... Starzec patrzyl na niego jakis czas z otwartymi ustami, jakby nie zrozumial pytania, i jal mrugac oczyma. A Westynus powtorzyl: - Czy scigaja cie Furie? - Nie - odrzekl Chilo - ale noc jest przede mna. - Jak to noc?... Niech bogowie zmiluja sie nad toba! Jak to noc? - Noc okropna i nieprzejrzana, w ktorej sie cos rusza i cos idzie do mnie. Ale ja nie wiem co i boje sie. - Zawszem byl pewny, ze to sa czarownicy. Czy ci sie co nie sni? - Nie, bo nie sypiam. Ja nie myslalem, ze ich tak skarza. - Czy ci ich zal? - Po co wy rozlewacie tyle krwi? Slyszales, co tamten mowil z krzyza? Biada nam! - Slyszalem - odpowiedzial cicho Westynus. - Ale to sa podpalacze. - Nieprawda! - I nieprzyjaciele rodu ludzkiego. - Nieprawda! - I zatruwacze wod. - Nieprawda! - I mordercy dzieci... - Nieprawda! - Jakze? - zapytal ze zdziwieniem Westynus. - Tys sam to mowil i wydawales ich w rece Tygellina! - Totez otoczyla mnie noc i smierc idzie ku mnie... Czasem zdaje mi sie, zem juz umarl i wy takze. - Nie! To oni mra, a my jestesmy zywi. Ale powiedz mi: co oni widza umierajac? - Chrystusa... - To ich bog? Czy to mozny bog? Lecz Chilo odpowiedzial rowniez pytaniem: - Co to za pochodnie maja sie palic w ogrodach? Slyszales, co mowil cezar? - Slyszalem i wiem. Takich zwa sarmenticii i semaxii... Przybiora ich w bolesne tuniki napojone zywica, przywiaza do slupow i podpala... byle tylko ich bog nie spuscil na miasto jakich klesk... Semaxii! To straszna kazn. - Wole to, bo nie bedzie krwi - odpowiedzial Chilo. - Kaz niewolnikowi podac mi krater do ust. Chce pic, a rozlewam wino, bo mi reka lata ze starosci... Inni rozmawiali przez ten czas takze o chrzescijanach. Stary Domicjusz Afer drwil z nich. - Mnostwo ich takie - mowil - ze mogliby wzniecic wojne domowa, i pamietacie, ze byly obawy, czy nie zechca sie bronic. A oni umieraja jak owce. - Niechby sprobowali inaczej! - rzekl Tygellinus. Na to ozwal sie Petroniusz: - Mylicie sie. Oni sie bronia. - A to jakim sposobem? - Cierpliwoscia. - To nowy sposob. - Zapewne. Ale czy mozecie powiedziec, ze oni umieraja tak jak pospolici zbrodniarze? Nie! Oni umieraja tak, jakby zbrodniarzami byli ci, ktorzy ich na smierc skazuja, to jest my i caly lud rzymski. - Co za brednie! - zawolal Tygellinus. - Hic abdera! - odpowiedzial Petroniusz. Lecz inni, uderzeni trafnoscia jego uwagi, poczeli spogladac na sie ze zdziwieniem i powtarzac: - Prawda! Jest cos odmiennego i osobliwego w ich smierci. - Mowie wam, ze oni widza swoje bostwo! - zawolal z boku Westynus. Wowczas kilku augustianow zwrocilo sie do Chilona: - Hej, stary, ty ich znasz dobrze: powiedz nam, co oni widza? A Grek wyplul wino na tunike i odrzekl: - Zmartwychwstanie!... I poczal sie trzasc tak, ze siedzacy blizej goscie wybuchli glosnym smiechem. Od kilku dni Winicjusz spedzal noce za domem. Petroniuszowi przychodzilo do glowy, ze on moze znow ulozyl jakis nowy plan i pracuje nad uwolnieniem Ligii z Eskwilinskiego wiezienia, nie chcial go juz jednak o nic pytac, by nie przyniesc nieszczescia robocie. Ten wykwintny sceptyk stal sie takze pod pewnym wzgledem przesadnym, a raczej od czasu, jak nie udalo mu sie wyrwac dziewczyny z Mamertynskiego podziemia, przestal ufac swej gwiezdzie. Nie liczyl zreszta i teraz na dobry wynik zabiegow Winicjusza. Eskwilinskie wiezienie, urzadzone napredce z piwnic domow, ktore zburzono dla polozenia tamy pozarowi, nie bylo wprawdzie tak straszne, jak stare Tullianum obok Kapitolu, ale bylo natomiast stokroc bardziej strzezone. Petroniusz rozumial doskonale, ze Ligie przeniesiono tam tylko dlatego, by nie umarla i nie uniknela amfiteatru, latwo mu wiec bylo domyslec sie, ze wlasnie z tego powodu musza jej pilnowac jak oka w glowie. - Widocznie - mowil sobie - cezar wraz z Tygellinem przeznaczaja ja na jakies osobne, straszniejsze od wszystkich widowisko i Winicjusz predzej sam zginie, niz zdola ja wydobyc. Winicjusz jednak stracil takze nadzieje, czy potrafi ja wydobyc. Obecnie mogl to uczynic tylko Chrystus. Mlodemu trybunowi chodzilo juz tylko o to, by mogl ja widywac w wiezieniu. Od niejakiego czasu nie dawala mu spokoju mysl, ze Nazariusz dostal sie jednak do Mamertynskiego wiezienia jako najemnik do wynoszenia trupow, postanowil wiec sprobowac tej drogi. Przekupiony za ogromna sume, dozorca Cuchnacych Dolow przyjal go wreszcie w poczet swej czeladzi, ktora co noc wysylal po trupy do wiezien. Niebezpieczenstwo, by Winicjusz mogl byc poznany, bylo istotnie male. Chronily od niego: noc, niewolniczy ubior i zle oswietlenie wiezien. Komuz zreszta moglo przyjsc do glowy, by patrycjusz, wnuk i syn konsulow, mogl sie znalezc miedzy czeladzia grabarska, narazona na wyziewy wiezien i Cuchnacych Dolow, i jal sie pracy, do ktorej zmuszala ludzi tylko niewola lub ostatnia nedza. Lecz on, gdy nadszedl upragniony wieczor, z radoscia przewiazal biodra i okrecil glowe szmata napojona terpentyna, i z bijacym sercem udal sie wraz z gromada innych na Eskwilin. Straze pretorianskie nie czynily im trudnosci, wszyscy bowiem zaopatrzeni byli w odpowiednie tessery, ktore centurion ogladal przy swietle latarni. Po chwili wielkie zelazne drzwi otworzyly sie przed nimi i weszli. Winicjusz ujrzal przed soba obszerna, sklepiona piwnice, z ktorej przechodzilo sie do szeregu innych. Mdle kaganki oswiecaly wnetrze napelnione ludzmi. Niektorzy z nich lezeli pod scianami, pograzeni we snie lub moze umarli. Inni okrazali wielkie naczynie z woda, stojace w posrodku, z ktorego pili jak ludzie trawieni goraczka, inni siedzieli na ziemi z lokciami wspartymi o kolana i z glowami w dloniach, gdzieniegdzie dzieci spaly, poprzytulane do matek. Naokol slychac bylo to jeki i glosny przyspieszony oddech chorych, to placz, to szepty modlitwy, to piesni nucone polglosem, to przeklenstwa dozorcow. W podziemiu panowal trupi zaduch i tlok. W mrocznych glebiach roily sie ciemne postacie, blizej zas, przy migotliwych plomykach widac bylo twarze wybladle, przerazone, zapadniete i glodne, z oczyma zgaslymi albo plonacymi goraczka, ze zsinialymi ustami, ze strugami potu na czolach i pozlepianym wlosem. Po katach majaczyli glosno chorzy, inni wolali o wode, inni, by ich wiesc na smierc. A bylo to jednak wiezienie mniej straszne od starego Tullianum. Pod Winicjuszem nogi zachwialy sie na ten widok i w piersi zabraklo mu oddechu. Na mysl, ze Ligia znajduje sie wsrod tej nedzy i niedoli, wlosy powstaly mu na glowie, a w piersiach zamarl krzyk rozpaczy. Amfiteatr, kly dzikich zwierzat, krzyze, wszystko bylo lepsze od tych straszliwych, pelnych trupiego zaduchu podziemi, w ktorych blagalne glosy ludzkie powtarzaly ze wszystkich katow: - Wiedzcie nas na smierc! Winicjusz wpil w dlonie paznokcie, czul bowiem, ze slabnie i ze opuszcza go przytomnosc. Wszystko, przez co przeszedl dotychczas, cala milosc i bolesc zmienila sie w nim w jedna zadze smierci. Wtem tuz obok ozwal sie glos dozorcy Cuchnacych Dolow: - A ile macie dzis trupow? - Bedzie z tuzin - odpowiedzial straznik wiezienny - ale do rana bedzie wiecej, bo tam juz niektorzy rzeza pod scianami. I poczal narzekac na kobiety, ze ukrywaja zmarle dzieci dlatego, by dluzej je miec przy sobie i nie oddawac, poki mozna, do Cuchnacych Dolow. Trzeba trupy poznawac dopiero po zapachu, przez co powietrze, i tak straszne, psuje sie jeszcze bardziej. "Wolalbym - mowil - byc niewolnikiem w wiejskim ergastulum niz pilnowac tych gnijacych za zycia psow." Dozorca Dolow pocieszal go, twierdzac, ze jego sluzba nie jest lzejsza. Przez ten czas Winicjuszowi wrocilo poczucie rzeczywistosci i poczal rozgladac sie w podziemiu, w ktorym jednak na prozno szukal oczyma Ligii, myslac przy tym, ze moze jej wcale nie zobaczyc, dopoki bedzie zywa. Piwnic bylo kilkanascie, polaczonych ze soba swiezymi przekopami, czeladz zas grabarska wchodzila tylko do tych, z ktorych trzeba bylo zabierac ciala zmarlych, zdjal go wiec strach, ze to, co kosztowalo tyle trudow, moze mu na nic nie posluzyc. Na szczescie jego patron przyszedl mu z pomoca. - Ciala trzeba zaraz wynosic - rzekl - bo zaraza najbardziej szerzy sie przez trupy. Inaczej pomrzecie i wy, i wiezniowie. - Na wszystkie piwnice jest nas dziesieciu - odrzekl straznik - i musimy przecie spac. - To ja ci zostawie czterech moich ludzi, ktorzy w nocy beda chodzili po piwnicach i patrzyli, czy kto nie umarl. - Wypijemy jutro, jesli to uczynisz. Kazdego trupa niech zaniosa do proby, bo przyszly rozkazy, by umarlym przekluwac szyje, a potem zaraz z nimi do Dolow! - Dobrze, ale wypijemy! - ozwal sie dozorca. Po czym wyznaczyl czterech ludzi, a miedzy nimi Winicjusza, z pozostalymi zas zabral sie do wkladania trupow na nosze. Winicjusz odetchnal. Byl pewien przynajmniej tego, ze teraz odnajdzie Ligie. I naprzod poczal przegladac starannie pierwsze podziemie. Zajrzal do wszystkich ciemnych katow, do ktorych prawie nie dochodzil blask kaganka, obejrzal postaci spiace pod scianami, pod przykryciem placht, obejrzal najciezej chorych, ktorych pozaciagano w kat osobny, Ligii jednakze nie mogl nigdzie odnalezc. W drugiej i trzeciej piwnicy poszukiwania jego pozostaly rowniez bez skutku. Tymczasem godzina uczynila sie pozna, ciala powynoszono. Straznicy, ulozywszy sie w korytarzach laczacych piwnice, posneli, dzieci, znuzone placzem, umilkly, w podziemiach slychac bylo tylko oddech strudzonych piersi i gdzieniegdzie jeszcze szept modlitw. Winicjusz wszedl z kagankiem do czwartej z kolei piwnicy, znacznie mniejszej, i, podnioslszy swiatlo w gore, poczal sie po niej rozgladac. I nagle drgnal, zdawalo mu sie bowiem, ze pod zakratowanym otworem w scianie widzi olbrzymia postac Ursusa. Wiec zdmuchnawszy w tej chwili kaganek, zblizyl sie do niego i spytal: - Ursus, czy to ty? Olbrzym odwrocil glowe: - Ktos ty jest? - Nie poznajesz mnie? - zapytal mlody czlowiek. - Zgasiles kaganek, jakze moge cie poznac? Lecz Winicjusz dojrzal w tej chwili Ligie lezaca na plaszczu przy scianie, wiec nie mowiac nic wiecej kleknal przy niej. Ursus zas poznal go i rzekl: - Chwala Chrystusowi! Ale nie budz jej, panie. Winicjusz kleczac wpatrywal sie w nia przez lzy. Mimo mroku mogl odroznic jej twarz, ktora wydala mu sie blada jak alabaster, i wychudzone ramiona. I na ten widok ogarnela go milosc podobna do rozdzierajacego bolu, wstrzasajaca dusza do ostatnich glebin, a zarazem tak pelna litosci, czci i uwielbienia, ze padlszy na twarz poczal przyciskac do ust brzeg plaszcza, na ktorym spoczywala ta droga mu nad wszystko glowa. Ursus przez dlugi czas patrzyl na niego w milczeniu, na koniec jednak pociagnal go za tunike. - Panie - spytal - jak sie dostales i czy przychodzisz ja ocalic? Winicjusz podniosl sie i przez chwile jeszcze walczyl ze wzruszeniem. - Wskaz mi sposob! - rzekl. - Myslalem, ze ty go znajdziesz, panie. Mnie jeden tylko przychodzil do glowy... Tu zwrocil oczy ku okratowanemu otworowi, po czym jakby odpowiadajac sam sobie, ozwal sie: - Tak!... Ale tam sa zolnierze... - Setnia pretorianow - odpowiedzial Winicjusz. - Wiec - nie przejdziemy! - Nie! Lig potarl czolo reka i zapytal powtornie: - Jak tu wszedles? - Mam tessere od dozorcy Cuchnacych Dolow... I nagle urwal, jak gdyby jakas mysl blysnela mu w glowie. - Na meke Zbawiciela! - poczal mowic predkim glosem. - Ja tu zostane, a ona niech wezmie moja tessere, niech owinie glowe szmata, okryje ramiona plaszczem i wyjdzie. Wsrod niewolnikow grabarskich jest kilku niedoroslych pacholkow, wiec pretorianie nie poznaja jej, a gdy raz dostanie sie do domu Petroniusza, ten ja ocali! Lecz Lig opuscil glowe na piersi i odrzekl: - Ona nie zgodzilaby sie na to, albowiem miluje cie, a przy tym jest chora i o wlasnej mocy stac nie moze. Po chwili zas dodal: - Jesli ty, panie, i szlachetny Petroniusz nie mogliscie jej z wiezienia wydobyc, to ktoz zdola ja ocalic? - Jeden Chrystus!... Po czym umilkli obaj. Lig w prostaczej swej glowie myslal sobie: "On by mogl przecie wszystkich ocalic, ale skoro tego nie czyni, to widac przyszedl czas mak i smierci." I zgadzal sie na nia dla siebie, ale zal mu bylo do glebi duszy tego dziecka, ktore wyroslo na jego reku i ktore kochal nad zycie. Winicjusz kleknal znow przy Ligii. Przez zakratowany otwor wkradly sie do podziemia promienie ksiezyca i oswiecily je lepiej od jedynego kaganka, ktory migotal jeszcze nad drzwiami. Wtem Ligia otworzyla oczy i polozywszy swe rozpalone dlonie na rekach Winicjusza, rzekla: - Widze cie - i wiedzialam, ze przyjdziesz. On zas rzucil sie do jej rak i poczal przykladac je do czola i serca, potem uniosl ja nieco z poslania i wsparl o wlasne piersi. - Przyszedlem, droga - rzekl.- Niech cie Chrystus strzeze i ocali, o Ligio umilowana!... I nie mogl mowic wiecej, albowiem serce poczelo mu skowyczec w piersiach z bolu i milosci, a z bolem nie chcial sie przed nia zdradzic. - Chora jestem, Marku - odrzekla Ligia - i czy na arenie, czy tu, w wiezieniu, musze umrzec... Ale modlilam sie, abym cie przedtem mogla zobaczyc, i przyszedles: Chrystus mnie wysluchal! A gdy jeszcze nie mogl zdobyc sie na slowa i tylko przyciskal ja do piersi, mowila dalej: - Widywalam cie przez okno z Tullianum - i wiedzialam, zes chcial przyjsc. A teraz Zbawiciel dal mi chwile przytomnosci, abysmy sie mogli pozegnac. Juz ja ide do Niego, Marku, ale kocham cie i zawsze bede kochala. Winicjusz przemogl sie, zdusil w sobie bol i poczal mowic glosem, ktory staral sie uczynic spokojnym: - Nie, droga. Ty nie umrzesz. Apostol kazal wierzyc i przyrzekl modlic sie za ciebie, a on Chrystusa znal, Chrystus go milowal i niczego mu nie odmowi... Gdybys miala umrzec, Piotr nie kazalby mi ufac, a on mi rzekl: "Ufaj!" - Nie, Ligio! Chrystus zmiluje sie nade mna... On nie chce twojej smierci, On jej nie dopusci... Przysiegam ci na imie Zbawiciela, ze Piotr modli sie za ciebie! Nastala cisza. Jedyny kaganek wiszacy nad drzwiami zgasl, ale za to swiatlo ksiezyca wchodzilo calym otworem. W przeciwnym kacie piwnicy zakwililo dziecko i ucichlo. Z zewnatrz tylko dochodzily glosy pretorianow, ktorzy po odbytej kolei strazniczej grali pod murem w scriptae duodecim. - O Marku - odrzekla Ligia - Chrystus sam wolal do ojca: "Oddal ode mnie ten kielich goryczy", a jednak go spelnil. Chrystus sam umarl na krzyzu, a teraz gina za Niego tysiace, wiec dlaczegoz mnie jedna mialby oszczedzac? Ktoz ja jestem, Marku? Slyszalam, jak Piotr mowil, ze i on umrze umeczon, a ktoz ja jestem wobec niego? Gdy przyszli do nas pretorianie, balam sie smierci i meki, ale teraz sie juz nie boje. Patrz, jakie to straszne wiezienie, a ja ide do nieba. Pomysl, ze tu jest cezar, a tam jest Zbawiciel, dobry i milosierny. I nie ma smierci. Ty mnie kochasz, wiec pomysl, jaka bede szczesliwa. O Marku drogi, pomysl, ze ty tam przyjdziesz do mnie! Tu umilkla, by nabrac tchu w swa chora piers, po czym podniosla do ust jego reke: - Marku! - Co, droga? - Nie placz za mna i pamietaj, ze ty tam przyjdziesz do mnie. Krotko zylam, ale Bog dal mi dusze twoja. Wiec chce powiedziec Chrystusowi, ze choc umarlam i choc patrzyles na smierc moja, i choc zostales w zalu, jednak nie bluzniles przeciw Jego woli i milujesz Go zawsze. A ty Go bedziesz milowal i zniesiesz cierpliwie smierc moja?... Bo wowczas On nas polaczy, a ja cie kocham i chce byc z toba... Tu znow zbraklo jej oddechu i ledwie doslyszalnym glosem skonczyla: - Przyrzecz mi to, Marku!... Winicjusz objal ja drzacymi rekoma i odrzekl: - Na twoja swieta glowe - przyrzekam!... Wowczas w smutnym swietle ksiezyca rozjasnila sie jej twarz. Raz jeszcze podniosla do ust jego reke i szepnela: - Jam zona twoja!... Za murem pretorianie, grajacy w scriptae duodecim, podniesli glosniejsza sprzeczke, lecz oni zapomnieli o wiezieniu, o strazach, o ziemi calej i czujac wzajem w sobie dusze anielskie, poczeli sie modlic. Przez trzy dni, a raczej trzy noce nic nie macilo im spokoju. Gdy zwykle zajecia wiezienne, polegajace na oddzielaniu zmarlych od zywych i ciezko chorych od zdrowszych, zostaly ukonczone i gdy znuzeni straznicy pokladli sie spac na korytarzach, Winicjusz wchodzil do podziemia, w ktorym byla Ligia, i pozostawal w nim dopoty, dopoki brzask nie zajrzal przez kraty okna. Ona skladala mu glowe na piersiach i rozmawiali cichymi glosami o milosci i o smierci. Oboje mimo woli, w myslach i rozmowach, nawet w pragnieniach i nadziejach, oddalali sie coraz bardziej od zycia i tracili jego poczucie. Oboje byli jak ludzie, ktorzy odplynawszy okretem od ladu, nie widza juz brzegu i pograzaja sie z wolna w nieskonczonosc. Oboje zmieniali sie stopniowo w duchy smutne, rozmilowane w sobie i w Chrystusie i gotowe odleciec. Czasem tylko w jego sercu zrywal sie jeszcze bol, jak wicher, czasem blysnela, jak blyskawica, nadzieja, zrodzona z milosci i wiary w milosierdzie Ukrzyzowanego Boga, lecz co dzien wiecej i on odrywal sie od ziemi, a oddawal sie smierci. Rankiem, gdy wychodzil z wiezienia, patrzyl na swiat, na miasto, na znajomych i na sprawy zyciowe jak przez sen. Wszystko wydawalo mu sie obcym, odleglym, czczym i znikomym. Przestala go przerazac nawet groza mak, mial bowiem uczucie, ze to jest rzecz, przez ktora mozna przejsc jakby w zamysleniu, z oczyma utkwionymi w cos innego. Obojgu zdawalo sie, ze poczyna ich juz ogarniac wiecznosc. Rozmawiali o milosci, o tym, jak beda milowali sie i zyli razem, ale jedynie z tamtej strony grobu, i jesli czasem mysl ich zwracala sie jeszcze ku rzeczom ziemskim, to tylko jak mysl ludzi, ktorzy gotujac sie w wielka droge, rozmawiaja o przygotowaniach podroznych. Zreszta otaczala ich cisza taka, jaka otacza dwie kolumny stojace gdzies na pustkowiu i zapomniane. Chodzilo im juz tylko o to, by Chrystus ich nie rozdzielil; a gdy kazda chwila wzmagala w nich te pewnosc, rozkochali sie w Nim jak w ogniwie, ktore ich mialo polaczyc, jak w nieskonczonym szczesciu i w nieskonczonym spokoju. Na ziemi jeszcze opadal z nich proch ziemi. Dusze staly sie w nich czyste jak lzy. Pod groza smierci, wsrod nedzy i cierpien, na barlogu wieziennym poczelo sie dla nich niebo, albowiem ona brala go za reke i prowadzila, jakby juz zbawiona i swieta, do wieczystego zrodla zycia. A Petroniusz zdumiewal sie widzac w twarzy Winicjusza coraz wiekszy spokoj i jakies dziwne blaski, ktorych nie widywal dawniej. Chwilami nawet rodzily sie w jego umysle przypuszczenia, ze Winicjusz znalazl jakowas droge ratunku, i bylo mu przykro, ze go w swe nadzieje nie wtajemnicza. Wreszcie, nie mogac wytrzymac, rzekl mu: - Teraz ty wygladasz inaczej, wiec nie czyn przede mna tajemnicy, bo chce i moge ci byc pomocnym: czy ulozyles co? - Ulozylem - odpowiedzial Winicjusz - ale ty nie mozesz mi byc juz pomocny. Oto po jej smierci wyznam, zem jest chrzescijaninem, i pojde za nia. - Wiec nie masz nadziei? - Owszem, mam. Chrystus mi ja odda i nie rozlacze sie z nia juz nigdy. Petroniusz poczal chodzic po atrium z wyrazem rozczarowania i zniecierpliwienia w twarzy, po czym rzekl: - Na to nie potrzeba waszego Chrystusa, albowiem te sama usluge moze ci oddac nasz Tanatos. A Winicjusz usmiechnal sie smutno i rzekl: - Nie, drogi, ale ty tego nie chcesz zrozumiec. - Nie chce i nie moge - odpowiedzial Petroniusz. - Nie czas na rozprawy, ale pamietasz, cos mowil, gdy nam sie nie udalo wyrwac jej z Tullianum? Ja stracilem wszelka nadzieje, a tys rzekl, gdysmy wrocili do domu: "A ja wierze, ze Chrystus moze mi ja wrocic." Niechze ci ja wroci. Gdy rzuce kosztowna czare w morze, nie potrafi oddac mi jej zaden z naszych bogow, ale jesli i wasz nie lepszy, to nie wiem, dlaczego bym mial go czcic wiecej od dawnych. - On tez mi ja odda - odrzekl Winicjusz. Petroniusz wzruszyl ramionami. - Czy wiesz - zapytal - ze chrzescijanami maja jutro oswiecic ogrody cezara? - Jutro? - powtorzyl Winicjusz. I wobec bliskiej strasznej rzeczywistosci serce zadrgalo w nim jednak bolem i przerazeniem. Pomyslal, ze to moze ostatnia noc, ktora bedzie mogl spedzic z Ligia, wiec pozegnawszy Petroniusza udal sie spiesznie do dozorcy puticulow po swoja tessere. Lecz tu czekal go zawod, dozorca albowiem nie chcial mu dac znaku. - Wybacz, panie - rzekl. - Uczynilem dla ciebie, com mogl, ale nie moge narazac zycia. Dzis w nocy maja wyprowadzac chrzescijan do ogrodow cezara. W wiezieniu pelno bedzie zolnierzy i urzednikow. Gdyby cie poznano, zginalbym ja i moje dzieci. Winicjusz zrozumial, ze prozno byloby nalegac. Blysnela mu jednak nadzieja, ze zolnierze, ktorzy widywali go poprzednio, puszcza go moze i bez znaku, wiec za nadejsciem nocy, przebrawszy sie jak zwykle w zgrzebna tunike i obwiazawszy szmata glowe, udal sie do bram wiezienia. Lecz dnia tego sprawdzano znaki z wieksza jeszcze scisloscia niz zwykle, a co wieksza, setnik Scewinus, srogi i oddany dusza i cialem cezarowi zolnierz, poznal Winicjusza. Lecz widocznie w jego okutej w zelazo piersi tlily sie jakies iskry litosci dla ludzkiej niedoli, albowiem zamiast uderzyc wlocznia w tarcze na znak alarmu, odwiodl Winicjusza na bok i rzekl mu: - Panie, wracaj do siebie. Poznalem cie, ale bede milczal nie chcac cie gubic. Puscic cie nie moge, ale wracaj i niech bogowie zesla ci ukojenie. - Puscic mnie nie mozesz - rzekl Winicjusz - ale pozwol mi tu zostac i widziec tych, ktorych beda wyprowadzali. - Moj rozkaz nie sprzeciwia sie temu - odpowiedzial Scewinus. Winicjusz stanal przed brama i czekal, poki nie poczna wyprowadzac skazancow. Wreszcie okolo polnocy rozwarly sie szeroko bramy wiezienia i ukazaly sie cale szeregi wiezniow: mezczyzn, kobiet i dzieci, otoczone przez zbrojne oddzialy pretorianow. Noc byla jasna bardzo - i pelnia, tak ze mozna bylo odroznic nie tylko postaci, ale nawet i twarze nieszczesnych. Szli parami, dlugim posepnym korowodem, i wsrod ciszy, przerywanej tylko brzekiem zolnierskich zbroic. Prowadzono ich tylu, ze zdawalo sie, iz wszystkie piwnice pozostana prozne. Przy koncu orszaku Winicjusz dostrzegl wyraznie Glauka lekarza, lecz ani Ligii, ani Ursusa nie bylo miedzy skazanymi. Mrok jeszcze nie zapadl, gdy juz pierwsze fale ludu poczely naplywac do ogrodow cezara. Tlumy, przybrane swiatecznie, uwienczone, ochocze i spiewajace, a w czesci pijane, szly patrzec na nowe, wspaniale widowisko. Okrzyki: "Semaxii! Sarmenticii!", rozlegaly sie na Via Tecta, na moscie Emiliusza i z drugiej strony Tybru, na drodze Tryumfalnej, kolo cyrku Nerona i az hen po wzgorze Watykanskie. Widywano juz i poprzednio w Rzymie ludzi palonych na slupach, lecz nigdy dotad nie widziano takiej ilosci skazanych. Cezar i Tygellin, chcac skonczyc z chrzescijanami, a zarazem zapobiec zarazie, ktora z wiezien rozchodzila sie coraz bardziej po miescie, nakazali oproznic wszystkie podziemia, tak ze zostalo w nich zaledwie kilkudziesieciu ludzi, przeznaczonych na koniec igrzysk. Totez tlumy po przebyciu bram ogrodowych oniemialy ze zdziwienia. Wszystkie aleje glowne i boczne, biegnace wsrod gestwiny drzew, wokol lak, kep, stawow, sadzawek i poletek obsianych kwieciem, nabite byly smolnymi slupami, do ktorych poprzywiazywano chrzescijan. Z wyzszych miejsc, gdzie widoku nie zaslanialy drzewa, mozna bylo dostrzec cale szeregi palow i cial, przybranych w kwiaty, w liscie mirtowe i w bluszcz, ciagnace sie w glab, po wynioslosciach i nizinach, tak daleko, ze gdy blizsze wydawaly sie jak maszty naw, najdalsze przedstawialy sie oczom jak kolorowe, pozatykane w ziemie tyrsy lub dzidy. Mnogosc ich przeszla oczekiwania samego ludu. Mozna bylo pomyslec, ze caly jakis narod poprzywiazywano do slupow dla uciechy Rzymu i cezara. Gromady widzow zatrzymywaly sie przed pojedynczymi masztami, w miare jak zaciekawialy je postaci, wiek lub plec ofiar, ogladaly twarze, wience, girlandy bluszczu, po czym szly dalej i dalej, zadajac sobie pelne zdumienia pytania: "Zali moglo byc tylu winnych lub jak mogly podpalic Rzym dzieci, zaledwie zdolne chodzic o wlasnej mocy?" I zdumienie przechodzilo z wolna w niepokoj. Tymczasem zapadl mrok i na niebie zablysly pierwsze gwiazdy. Wowczas przy kazdym skazanym stanal niewolnik z plonaca pochodnia w reku, a gdy odglos trab rozlegl sie w roznych czesciach ogrodow na znak rozpoczecia widowiska, wszyscy przylozyli plomien do spodu slupow. Ukryta pod kwiatami i polana smola sloma wnet zajela sie jasnym plomieniem, ktory wzmagajac sie z kazda chwila, rozkrecal zwoje bluszczow, wzbijal sie ku gorze i obejmowal nogi ofiar. Lud umilkl, ogrody zabrzmialy jednym ogromnym jekiem i krzykami bolesci. Niektore ofiary jednak, wznoszac glowy ku gwiezdzistemu niebu, poczely spiewac na czesc Chrystusa. Lud sluchal. Lecz najtwardsze serca napelnily sie przerazeniem, gdy z mniejszych masztow rozdzierajace dziecinne glosy poczely wolac: "Mamo! Mamo!", i dreszcz przebiegl nawet pijanych widzow na widok owych glowek i niewinnych twarzy, poprzekrzywianych bolem lub mdlejacych w dymie, ktory poczal dusic ofiary. A plomien szedl w gore i przepalal coraz nowe wience roz i bluszczow. Rozgorzaly aleje glowne i poboczne, rozgorzaly kepy drzew i laki, i kwieciste poletka, rozblysla woda w sadzawkach i stawach, porozowialy drzace liscie na drzewach i uczynilo sie widno jak w dzien. Swad spalonych cial napelnil ogrody, lecz w tej chwili niewolnicy poczeli sypac w przygotowane umyslnie miedzy slupami kadzielnice mirre i aloes. Miedzy tlumem ozwaly sie tu i owdzie okrzyki, nie wiadomo, czy wspolczucia, czy upojenia i radosci, i wzmagaly sie z kazda chwila wraz z ogniem, ktory obejmowal slupy, wspinal sie ku piersiom ofiar, skrecal palacym tchnieniem wlosy na ich glowach, rzucal zaslone na ich poczerniale twarze i wreszcie strzelal jeszcze wyzej, jakby na zwyciestwo i tryumf tej sile, ktora kazala go rozniecic. Lecz jeszcze na poczatku widowiska zjawil sie wsrod ludu cezar na wspanialej cyrkowej kwadrydze, zaprzezonej w cztery biale rumaki, przybrany w ubior woznicy i barwe stronnictwa Zielonych, do ktorego i on, i jego dwor nalezal. Szly za nim inne wozy, pelne dworzan w swietnych strojach, senatorow, kaplanow i nagich bachantek z wiencami na glowach i dzbanami wina w reku, w czesci spitych i wydajacych dzikie okrzyki. Obok nich muzycy, poprzebierani za faunow i satyrow, grali na cytrach, formingach, piszczalkach i rogach. Na innych wozach jechaly matrony i dziewice rzymskie, rowniez pijane i wpolnagie. Obok kwadryg skoczkowie potrzasali przybrane we wstazki tyrsy; inni bili w bebenki, inni sypali kwiaty. Caly ow swietny orszak posuwal sie wrzeszczac: "Evoe!" najszersza ogrodowa droga, wsrod dymow i wsrod ludzkich pochodni. Cezar, majac przy sobie Tygellina i Chilona, ktorego przerazeniem pragnal sie zabawic, sam powodowal konmi i jadac noga za noga, spogladal na plonace ciala, a zarazem sluchal okrzykow ludu. Stojac na wysokiej zlotej kwadrydze, otoczony fala ludzka, ktora klaniala mu sie do stop, w blaskach ognia, w zlotym wiencu cyrkowego zwyciezcy, przerastal glowa dworzan, tlumy i wydawal sie byc olbrzymem. Potworne jego ramiona, wyciagniete dla trzymania lejcow, zdawaly sie blogoslawic lud. W twarzy i przymruzonych oczach mial usmiech i jasnial nad ludzmi jak slonce albo jak bostwo straszne, ale wspaniale i potezne. Chwilami zatrzymywal sie, by przypatrzec sie dokladniej czy to jakiej dziewicy, ktorej lono poczynalo skwierczec w plomieniu, czy wykrzywionej przez konwulsje twarzy dziecka, i znow jechal dalej, wiodac za soba szalony i rozhukany orszak. Chwilami klanial sie ludowi, to znow, przeginajac sie w tyl, sciagal zlote lejce i rozmawial z Tygellinem. Na koniec dojechawszy do wielkiej fontanny, stojacej w posrodku dwoch krzyzujacych sie ulic, wysiadl z kwadrygi i skinawszy na towarzyszow zmieszal sie z tlumem. Przywitano go krzykiem i oklaskami. Bachantki, nimfy, senatorowie, augustianie, kaplani, fauny, satyry i zolnierze otoczyli go wraz szalonym kolem, on zas, majac po jednej stronie Tygellina, po drugiej Chilona, obchodzil fontanne, naokol ktorej plonelo kilkadziesiat pochodni, zatrzymujac sie przed kazda, czyniac uwagi nad ofiarami lub drwiac ze starego Greka, w ktorego twarzy malowala sie bezbrzezna rozpacz. Na koniec staneli przed wysokim masztem, przybranym w mirty i okreconym w powoj. Czerwone jezyki ognia dochodzily tu juz do kolan ofiary, ale twarzy jej nie mozna bylo zrazu rozpoznac, gdyz swieze, plonace galazki przeslonily ja dymem. Po chwili jednak lekki wiatr nocny zwial dymy i odkryl glowe starca z siwa spadajaca na piersi broda. Na ten widok Chilo zwinal sie nagle w klab, jak raniony gad, z ust zas wyszedl mu krzyk, raczej do krakania niz do ludzkiego glosu podobny: - Glaukos! Glaukos!... Jakoz istotnie z plonacego slupa patrzyl na niego Glaukos lekarz. Zyl jeszcze. Twarz mial zbolala i pochylona, jakby chcial po raz ostatni przypatrzec sie swemu katowi, ktory go zdradzil, pozbawil go zony, dzieci, nasadzil na niego zabojce, a gdy to wszystko zostalo mu w imie Chrystusa odpuszczone, raz jeszcze wydal go w rece oprawcow. Nigdy czlowiek nie wyrzadzil czlowiekowi straszniejszych i bardziej krwawych krzywd. I oto ofiara plonela teraz na smolnym slupie, a kat stal u jej stop. Oczy Glauka nie odwracaly sie od twarzy Greka. Chwilami przeslanial je dym, lecz gdy dmuchnal powiew, Chilo widzial znow te utkwione w siebie zrenice. Podniosl sie i chcial uciekac, lecz nie mogl. Nagle wydalo mu sie, ze nogi jego sa z olowiu i ze jakas niewidzialna reka zatrzymuje go z nadludzka sila przed tym slupem. I skamienial. Czul tylko, ze cos przepelnia sie w nim, cos sie zrywa, ze dosyc ma mak i krwi, ze przychodzi koniec zycia i ze wszystko znika naokol: i cezar, i dwor, i tlumy, a otacza go tylko jakas bezdenna, straszna i czarna pustka, w niej zas widac tylko te oczy meczennika, ktore wzywaja go na sad. A tamten, schylajac coraz nizej glowe, patrzyl ciagle. Obecni odgadli, ze miedzy tymi ludzmi cos sie dzieje, lecz smiech zamarl im na ustach, w twarzy bowiem Chilona bylo cos strasznego: wykrzywila ja taka trwoga i taki bol, jak gdyby owe jezyki ognia palily jego wlasne cialo. Nagle zachwial sie i wyciagnawszy w gore ramiona zawolal okropnym, rozdzierajacym glosem: - Glauku! W imie Chrystusa! Przebacz! Uciszylo sie naokol: dreszcz przebiegl obecnych i wszystkie oczy mimo woli podniosly sie w gore. A glowa meczennika poruszyla sie lekko, po czym uslyszano z wierzcholka masztu podobny do jeku glos: - Przebaczam!... Chilo rzucil sie na twarz wyjac jak dziki zwierz i nabrawszy ziemi w obie garsci, posypal sobie nia glowe. Tymczasem plomienie strzelily w gore, objely piersi i twarz Glauka, rozplotly mirtowa korone na jego glowie i zajely wstegi na wierzchu slupa, ktory zajasnial caly wielkim, jaskrawym swiatlem. Lecz Chilo podniosl sie po chwili z twarza tak zmieniona, iz augustianom wydalo sie, ze widza innego czlowieka. Oczy plonely mu niezwyklym blaskiem, ze zmarszczonego czola bilo uniesienie; niedolezny przed chwila Grek wygladal teraz jak jakis kaplan, ktory, nawiedzony przez bostwo, chce odkryc prawdy nieznane. - Co z nim jest? Oszalal! - ozwalo sie kilka glosow. On zas odwrocil sie ku tlumom i wyciagnawszy w gore prawa reke, poczal wolac, a raczej krzyczec tak donosnie, by nie tylko augustianie, ale i tluszcza mogla glos jego doslyszec: - Ludu rzymski! Na moja smierc przysiegam, ze oto gina niewinni, a podpalaczem jest - ten!... I wskazal palcem na Nerona. Nastala chwila ciszy. Dworzanie zdretwieli. Chilo stal ciagle z wyciagnietym drzacym ramieniem i palcem zwroconym ku cesarzowi. Nagle uczynilo sie zamieszanie. Lud na ksztalt fali, pchnietej naglym wichrem, rzucil sie ku starcowi, chcac mu sie lepiej przypatrzec. Tu i owdzie ozwaly sie krzyki: "Trzymaj!", gdzie indziej: "Biada nam!" W tlumie rozlegl sie swist i wrzaski: "Ahenobarbus! Matkobojca! Podpalacz!" Bezlad wzrastal z kazda chwila. Bachantki, wrzeszczac wnieboglosy, poczely sie chronic na wozy. Nagle kilka przepalonych slupow przewrocilo sie, rozsypujac wokol skry i powiekszajac zamet. Slepa, stloczona fala ludu porwala Chilona i uniosla go w glab ogrodu. Wszedzie tez slupy poczely juz przepalac sie i padac w poprzek ulic, napelniajac aleje dymem, skrami, swedem drzewa i swedem ludzkiego tluszczu. Gasly swiatla dalsze i blizsze. W ogrodach pociemnialo. Tlumy zaniepokojone, posepne i trwozne cisnely sie do bram. Wiesc o tym, co zaszlo, przechodzila z ust do ust, zmieniona i powiekszona. Jedni opowiadali, ze cezar zemdlal, drudzy, ze sam wyznal, iz kazal podpalic Rzym, trzeci, ze zachorowal ciezko, inni wreszcie, ze wywieziono go jak martwego na wozie. Tu i owdzie odzywaly sie glosy wspolczucia dla chrzescijan: "Nie oni spalili Rzym, po co wiec tyle krwi, mak i niesprawiedliwosci? Czy bogowie nie beda sie mscili za niewinnych i jakiez piacula zdolaja ich znowu przeblagac?" Slowa: "innoxia corpora!", powtarzaly sie coraz czesciej. Kobiety litowaly sie glosno nad dziecmi, ktorych tyle rzucono dzikim zwierzetom, poprzybijano na krzyze lub spalono w tych przekletych ogrodach! I wreszcie politowanie zmienilo sie w zlorzeczenia cezarowi i Tygellinowi. Lecz byli i tacy, ktorzy, zatrzymujac sie nagle, zadawali sobie lub innym pytanie: "Coz to jest za bostwo, ktore daje taka sile wobec mak i smierci?" I powracali do domow w zamysleniu... Chilo blakal sie zas jeszcze po ogrodach, nie wiedzac, dokad isc i gdzie sie obrocic. Teraz uczul sie znow bezsilnym, niedoleznym i chorym starcem. Chwilami potykal sie o nie dopalone ciala, potracal glownie, ktore wysylaly w slad za nim roje iskier, chwilami siadal spogladajac naokol bezprzytomnym wzrokiem. Ogrody staly sie juz prawie calkiem ciemne; miedzy drzewami poruszal sie tylko blady ksiezyc, rozswiecajac niepewnym swiatlem aleje, sczerniale, lezace w poprzek slupy i zmienione w bezksztaltne bryly niedogarki ofiar. Lecz staremu Grekowi wydalo sie, ze w ksiezycu widzi twarz Glauka i ze oczy jego patrza nan jeszcze ciagle, i chowal sie przed swiatlem. Wreszcie jednak wyszedl z cienia i mimo woli, jakby party jakas nieznana sila, poczal kierowac sie ku fontannie, przy ktorej oddal ducha Glaukos. Wtem jakas reka dotknela jego ramienia. Starzec odwrocil sie i widzac przed soba nieznana postac, zawolal z przerazeniem: - Kto tam! Ktos ty jest? - Apostol, Pawel z Tarsu. - Jam przeklety!... Czego chcesz? A Apostol odrzekl: - Chce cie zbawic. Chilo oparl sie o drzewo. Nogi chwialy sie pod nim i ramiona zwisly mu wzdluz ciala. - Dla mnie nie masz zbawienia! - rzekl glucho. - Zali slyszales, ze Bog przebaczyl zalujacemu lotrowi na krzyzu? - zapytal Pawel. - Zali wiesz, com ja uczynil? - Widzialem bolesc twoja i slyszalem, jakos dal swiadectwo prawdzie. - O panie!... - I gdy sluga Chrystusow przebaczyl ci w godzinie meki i smierci, jakzeby ci Chrystus nie mial przebaczyc? A Chilo chwycil rekoma glowe jak w oblakaniu: - Przebaczenie! Dla mnie przebaczenie! - Bog nasz to Bog Milosierdzia - odpowiedzial Apostol. - Dla mnie? - powtorzyl Chilo. I poczal jeczec jak czlowiek, ktoremu zbraklo sil, by mogl opanowac bol i meke. Pawel zas rzekl: - Oprzyj sie na mnie i pojdz ze mna. I wziawszy go szedl z nim ku krzyzujacym sie ulicom, kierujac sie glosem fontanny, ktora zdawala sie plakac wsrod nocnej ciszy nad cialami pomeczonych. - Bog nasz to Bog Milosierdzia - powtorzyl Apostol. - Gdybys stanal nad morzem i rzucal w nie kamienie, czybys mogl zarzucic nimi glebine morska? A ja ci mowie, ze milosierdzie Chrystusa jest jako morze i ze grzechy i winy ludzkie potona w nim jako kamienie w otchlani. I mowie ci, ze jest jako niebo, ktore pokrywa gory, lady i morza, albowiem jest wszedzie i nie masz granicy ni konca. Tys cierpial u slupa Glauka i Chrystus widzial twoje cierpienie. Tys rzekl nie baczac na to, coc jutro spotkac moze: "Ten jest podpalaczem!", i Chrystus spamietal slowa twoje. Bowiem minela twoja zlosc i klamstwo, a w sercu zostal sie jeno zal nieprzebrany... Chodz ze mna i sluchaj, co ci powiadam: otom ja takze nienawidzil Go i przesladowal Jego wybranych. Jam Go nie chcial i nie wierzyl w Niego, poki mi sie nie ukazal i nie powolal mnie. I odtad On jest miloscia moja. A teraz ciebie nawiedzil zgryzota, trwoga i bolescia, aby cie powolac ku sobie. Tys Go nienawidzil, a On kochal cie. Tys wydawal na meki Jego wyznawcow, a On chce ci przebaczyc i zbawic cie. Piersia nedzarza poczelo wstrzasac lkanie ogromne, od ktorego rozdzierala sie w nim dusza do dna, a Pawel ogarnial go, opanowywal i wiodl, jak zolnierz wiedzie jenca. I po chwili znow mowic poczal: - Pojdz za mna, a ja cie powiode do Niego. Dla jakiejz innej przyczyny przychodzilbym do ciebie? Ale oto On rozkazal mi zbierac dusze ludzkie w imie milosci, wiec spelniam sluzbe Jego. Ty mniemasz, zes przeklety, a ja ci mowie: uwierz w Niego, a czeka cie zbawienie. Ty myslisz, zes znienawidzon, a ja ci powtarzam, ze On miluje cie. Patrz na mnie! Gdym Jego nie mial, nic nie mialem krom zlosci, ktora mieszkala w sercu moim, a teraz Jego milosc starczy mi za ojca i matke, za bogactwa i krolowanie. W Nim jednym ucieczka, On jeden policzy twoj zal, wejrzy na nedze twoja, zdejmie z ciebie trwoge i podniesie cie do siebie. Tak mowiac przywiodl go do fontanny, ktorej srebrny strumien polyskiwal z dala w miesiecznym swietle. Naokol byla cisza i pustka, albowiem sluzba niewolnicza uprzatnela juz tu zweglone slupy i ciala meczennikow. Chilo rzucil sie z jekiem na kolana i ukrywszy twarz w dloniach, pozostal bez ruchu, Pawel zas podniosl twarz ku gwiazdom i poczal sie modlic: - Panie, spojrzyj na tego nedzarza, na zal jego, na lzy i meke! Panie Milosierdzia, ktorys przelal krew za winy nasze, przez Twoja meke, przez smierc i zmartwychwstanie odpusc mu! Po czym umilkl, lecz dlugo jeszcze patrzyl w gwiazdy i modlil sie. A wtem spod jego stop ozwalo sie podobne do jeku wolanie: - Chryste!... Chryste!... Odpusc mi!... Naowczas Pawel zblizyl sie do fontanny i nabrawszy wody w dlonie wrocil do kleczacego nedzarza: - Chilonie! Oto cie chrzcze w imie Ojca i Syna, i Ducha! Amen! Chilo podniosl glowe, rozlozyl rece i pozostal tak bez ruchu. Ksiezyc oswiecal pelnym swiatlem jego zbielale wlosy i rownie biala, nieruchoma, jakby umarla lub wykuta z kamienia twarz. Chwile plynely jedna za druga; z wielkich ptaszarni, umieszczonych w ogrodach Domicji, poczelo dochodzic pianie kogutow, a on kleczal jeszcze, podobny do nagrobnego posagu. Wreszcie ocknal sie, wstal i zwrociwszy sie do Apostola zapytal: - Co mam czynic przed smiercia, panie? Pawel rowniez rozbudzil sie z zadumy nad ta niezmierna potega, ktorej nie mogly oprzec sie nawet takie duchy, jak tego Greka, i odrzekl: - Ufaj i daj swiadectwo prawdzie! Po czym wyszli razem. U bram ogrodu Apostol poblogoslawil raz jeszcze starca i rozstali sie, albowiem wymagal tego sam Chilo przewidujac, ze po tym, co zaszlo, cezar i Tygellinus kaza go scigac. Jakoz nie mylil sie. Wrociwszy do siebie, zastal juz dom otoczony przez pretorianow, ktorzy porwali go i pod wodza Scewinusa zawiedli na Palatyn. Cezar udal sie juz byl na spoczynek, lecz Tygellin czekal i ujrzawszy nieszczesnego Greka powital go z twarza spokojna, ale zlowroga... - Popelniles zbrodnie obrazy majestatu - rzekl mu - i kara cie nie minie. Lecz jesli jutro oswiadczysz w amfiteatrze, zes byl pijany i szalony i ze sprawcami pozaru sa chrzescijanie, kara twoja skonczy sie na chloscie i wygnaniu. - Nie moge, panie! - odpowiedzial cicho Chilo. A Tygellin zblizyl sie do niego krokiem powolnym i glosem rowniez przyciszonym, ale strasznym, zapytal: - Jak to nie mozesz, psie grecki? Zalis nie byl pijany i zali nie rozumiesz, co cie czeka? Spojrz tam! I to rzeklszy wskazal na kat atrium, w ktorym obok dlugiej drewnianej lawy stalo w mroku czterech nieruchomych niewolnikow trackich z powrozami i obcegami w reku. A Chilo odrzekl: - Nie moge, panie! Tygellina poczela ogarniac wscieklosc, lecz pohamowal sie jeszcze. - Widziales - zapytal - jak umieraja chrzescijanie? Czy chcesz tak umrzec? Starzec wzniosl w gore wybladla twarz; czas jakis wargi jego poruszaly sie cicho, po czym odrzekl: - I ja wierze w Chrystusa!... Tygellin spojrzal na niego ze zdumieniem: - Psie, tys oszalal naprawde! I nagle nagromadzona w jego piersi wscieklosc zerwala tame. Skoczywszy do Chilona chwycil go obiema rekami za brode, zwalil na ziemie i poczal deptac powtarzajac z piana na ustach: - Odwolasz! Odwolasz!... - Nie moge! - odpowiedzial mu z ziemi Chilo. - Na meki z nim! Uslyszawszy ow rozkaz Trakowie porwali starca i polozyli go na lawe, po czym przytwierdziwszy go do niej za pomoca sznurow, poczeli cegami sciskac jego wychudle piszczele. Lecz on, w czasie gdy go przywiazywano, calowal z pokora ich rece, nastepnie zas przymknal oczy i wydawal sie jak umarly. Zyl jednak, gdy bowiem Tygellin pochylil sie nad nim i raz jeszcze zapytal: "Odwolasz?", zbielale jego wargi poruszyly sie lekko i wyszedl z nich zaledwie doslyszalny szept: - Nie... moge!... Tygellin kazal przerwac meki i jal chodzic po atrium z twarza zmieniona przez gniew, lecz zarazem bezradna. Na koniec widocznie przyszla mu do glowy jakas nowa mysl, albowiem zwrocil sie do Trakow i rzekl: - Wyrwac mu jezyk. Dramat Aureolus dawano zwykle w teatrach lub amfiteatrach tak urzadzonych, iz mogly otwierac sie i tworzyc jakby dwie odrebne sceny. Lecz po widowisku w ogrodach cezara zaniechano zwyklego sposobu, szlo bowiem o to, by jak najwieksza liczba ludzi mogla patrzec na smierc przybitego do krzyza niewolnika, ktorego w dramacie pozeral niedzwiedz. W teatrach role niedzwiedzia grywal obszyty w skore aktor, tym razem jednak przedstawienie mialo byc "prawdziwe". Byl to nowy pomysl Tygellina. Cezar poczatkowo zapowiedzial, ze nie przybedzie, lecz z namowy faworyta zmienil zdanie. Tygellinus wytlumaczyl mu, ze po tym, co zaszlo w ogrodach, tym bardziej powinien pokazac sie ludowi, i zarazem zareczyl, ze ukrzyzowany niewolnik nie zelzy go juz, tak jak uczynil to Kryspus. Lud byl juz nieco przesycony i zmeczony przelewem krwi, zapowiedziano mu wiec nowe rozdawnictwo biletow loteryjnych i podarkow, a zarazem uczte wieczorna, przedstawienie bowiem mialo sie odbywac wieczorem, w rzesiscie oswietlonym amfiteatrze. Jakoz o zmroku caly budynek napelnil sie szczelnie. Augustianie z Tygellinem na czele przybyli wszyscy, nie tyle dla samego widowiska, jak dla okazania po ostatnim zajsciu cezarowi swej wiernosci i porozmawiania o Chilonie, o ktorym mowil caly Rzym. Opowiadano wiec sobie na ucho, ze cezar wrociwszy z ogrodow wpadl w wscieklosc i nie mogl zasnac, ze opadaly go strachy i dziwne widzenia, skutkiem ktorych nazajutrz zapowiedzial swoj predki wyjazd do Achai. Inni wszelako przeczyli temu, twierdzac, ze teraz okaze sie tym bardziej nieublaganym wzgledem chrzescijan. Nie braklo jednak i tchorzow, ktorzy przewidywali, ze oskarzenie, jakie Chilon rzucil w twarz cezarowi wobec tlumow, moze miec najgorsze nastepstwa. Byli wreszcie i tacy, ktorzy przez ludzkosc prosili Tygellina, by zaniechal dalszych przesladowan. - Patrzcie, dokad idziecie - mowil Barkus Soranus. - Chcieliscie zaspokoic zemste ludu i wpoic w niego przekonanie, ze kara spada na winnych, a skutek jest wprost przeciwny. - Prawda! - dodal Antystiusz Werus - wszyscy szepcza sobie teraz, ze oni niewinni. Jesli to ma byc zrecznosc, to Chilo mial slusznosc mowiac, ze wasze mozgi nie napelnilyby zoledziowej miseczki. Tygellin zas zwrocil sie do nich i rzekl: - Ludzie szepcza sobie takze, ze twoja corka Serwilia, Barku Soranusie, i twoja zona, Antystiuszu, poukrywaly swoich niewolnikow chrzescijan przed sprawiedliwoscia cezara. - To nieprawda! - zawolal z niepokojem Barkus. - Zone moja chca zgubic wasze rozwodki, ktore zazdroszcza jej cnoty - rzekl z nie mniejszym niepokojem Antystiusz Werus. Lecz inni rozmawiali o Chilonie. - Co mu sie stalo? - mowil Eprius Marcellus. - Sam ich wydawal w rece Tygellina; z nedzarza stal sie bogaczem, mogl dozyc spokojnie swych dni, miec piekny pogrzeb i nagrobek, tymczasem nie! Naraz wolal stracic wszystko i zgubic sie. Doprawdy, chyba oszalal. - Nie oszalal, ale zostal chrzescijaninem - rzekl Tygellin. - Chyba nie moze byc - ozwal sie Witeliusz. - A czy ja nie mowilem! - wtracil Westynus. - Mordujcie sobie chrzescijan, ale wierzajcie mi, nie wojujcie z ich bostwem. Tu nie ma zartow!... Patrzcie, co sie dzieje! Ja tam nie palilem Rzymu, ale gdyby mi cezar pozwolil, zaraz bym dal hekatombe ich bostwu. I wszyscy powinni to samo uczynic, bo powtarzam: z nim nie ma zartow! Pamietajcie, zem wam to mowil. - A ja mowilem co innego - rzekl Petroniusz. - Tygellin smial sie, gdym twierdzil, ze oni sie bronia, a ja teraz powiem wiecej: oni zdobywaja! - Jak to? Jak to? - spytalo kilka glosow. - Na Polluksa!... Bo jesli taki Chilo im sie nie oparl, ktoz im sie oprze? Jesli myslicie, ze po kazdym widowisku nie przybywa chrzescijan, tedy z wasza znajomoscia Rzymu zostancie kotlarzami lub zacznijcie brody golic, wowczas bowiem bedziecie lepiej wiedzieli, co lud mysli i co sie w miescie dzieje. - Mowi czysta prawde, na swiete peplum Diany! - zawolal Westynus. Lecz Barkus zwrocil sie do Petroniusza: - Do czego prowadzisz? - Koncze na tym, od czegoscie zaczeli: dosc juz krwi! A Tygellin spojrzal na niego szydersko i rzekl: - Ej! jeszcze troche! - Jesli nie starczy ci glowy, masz druga w galce od laski! - odparl Petroniusz. Dalsza rozmowe przerwalo przybycie cezara, ktory zajal swoje miejsce w towarzystwie Pitagorasa. Zaraz potem zaczelo sie przedstawienie Aureolusa, na ktore nie bardzo zwazano, mysli bowiem zajete byly Chilonem. Lud, przywykly do mak i krwi, nudzil sie takze, sykal, wydawal niepochlebne dla dworu okrzyki i wolal o przyspieszenie sceny z niedzwiedziem, ktorej jedynie byl ciekawy. Gdyby nie nadzieja ujrzenia skazanego starca i podarkow, samo widowisko nie zdolaloby zatrzymac tlumow. Ale wreszcie nadeszla oczekiwana chwila. Pacholkowie cyrkowi wniesli naprzod drewniany krzyz, dosc niski, by niedzwiedz wspiawszy sie mogl dosiegnac do piersi meczennika, a nastepnie dwoch ludzi wprowadzilo, a raczej przywloklo Chilona, albowiem sam, majac pokruszone kosci u nog, isc nie mogl. Polozono go i przybito do drzewa tak predko, ze zaciekawieni augustianie nie mogli mu sie nawet dobrze przypatrzec, i dopiero po umocowaniu krzyza w przygotowanym umyslnie dole wszystkie oczy zwrocily sie ku niemu. Lecz malo kto mogl poznac w tym nagim starcu dawnego Chilona. Po meczarniach, ktore kazal mu zadac Tygellin, w twarzy nie zostalo mu ani kropli krwi i tylko na bialej brodzie widac bylo czerwony slad, ktory zostawila krew po wyrwaniu jezyka. Przez przezroczysta skore nieledwie mozna bylo dojrzec jego kosci. Wydawal sie tez daleko starszym, niemal zgrzybialym. Ale natomiast niegdys oczy jego rzucaly wiecznie pelne niepokoju i zlosci spojrzenia, czujne oblicze jego odbijalo dawniej wieczna trwoge i niepewnosc, teraz zas twarz mial bolesna, ale tak slodka i pogodna, jak miewaja ludzie spiacy lub umarli. Moze ufnosci dodawala mu pamiec o lotrze na krzyzu, ktoremu Chrystus przebaczyl, a moze tez mowil w duchu milosiernemu Bogu: "Panie, kasalem jak jadowity robak, ale oto bylem przez cale zycie nedzarzem, przymieralem glodem, ludzie deptali po mnie, bili mnie i znecali sie nade mna. Bylem, Panie, biedny i bardzo nieszczesliwy, a oto teraz jeszcze polozono mnie na meki i przybito na krzyz, wiec Ty, Milosierny, nie odepchniesz mnie w godzinie smierci!" I spokoj zstapil widocznie w jego skruszone serce. Nikt nie smial sie, bylo bowiem w tym ukrzyzowanym cos tak cichego, wydawal sie tak starym, bezbronnym, slabym, tak wolajacym swa pokora o litosc, ze mimo woli kazdy zadawal sobie pytanie, jak mozna meczyc i przybijac na krzyz ludzi, ktorzy juz i tak konaja. Tlum milczal. Miedzy augustianami Westynus, pochylajac sie na prawo i na lewo, szeptal przestraszonym glosem: "Patrzcie, jak oni umieraja!" Inni czekali na niedzwiedzia, zyczac sobie w duszy, by widowisko skonczylo sie jak najpredzej. Niedzwiedz wtoczyl sie wreszcie na arene i chwiejac nisko schylona glowa na obie strony, spogladal naokol spode lba, jakby sie nad czyms namyslal lub czegos szukal. Dostrzeglszy wreszcie krzyz, a na nim nagie cialo, zblizyl sie ku niemu, podniosl sie nawet, lecz po chwili opuscil sie znow na przednie lapy i siadlszy pod krzyzem, poczal mruczec, jakby i w jego zwierzecym sercu ozwala sie litosc nad tym szczatkiem czlowieka. Z ust sluzby cyrkowej ozwaly sie podniecajace okrzyki, lecz lud milczal. Chilon tymczasem podniosl wolnym ruchem glowe i czas jakis wodzil oczyma po widowni. Na koniec wzrok jego zatrzymal sie gdzies na najwyzszych rzedach amfiteatru, piersi poczely mu grac zywiej i wowczas stalo sie cos, co wprawilo w podziw i zdumienie widzow. Oto twarz zajasniala mu usmiechem, czolo otoczyly mu jakby promienie, oczy podniosly sie przed smiercia ku gorze, a po chwili dwie wielkie lzy, wezbrane pod powiekami, splynely mu z wolna po twarzy. I umarl. A wtem jakis donosny meski glos zawolal w gorze pod velarium: - Pokoj meczennikom! W amfiteatrze panowalo gluche milczenie. Po widowisku w ogrodach cezarianskich wiezienia opustoszaly znacznie. Chwytano wprawdzie jeszcze i wieziono ofiary, podejrzane o wyznawanie wschodniego zabobonu, ale oblawy dostarczaly ich coraz mniej, zaledwie tyle, ile potrzeba bylo do zapelnienia nastepnych widowisk, ktore rowniez mialy sie juz ku koncowi. Lud, przesycony krwia, okazywal coraz wieksze znuzenie i coraz wiekszy niepokoj z powodu niebywalego dotad zachowywania sie skazanych. Obawy przesadnego Westynusa ogarnely tysiace dusz. W tlumach opowiadano coraz dziwniejsze rzeczy o msciwosci chrzescijanskiego bostwa. Tyfus wiezienny, ktory rozszerzyl sie po miescie, powiekszyl powszechna bojazn. Widziano czeste pogrzeby i powtarzano sobie na ucho, ze potrzebne sa nowe piacula dla przeblagania nieznanego boga. W swiatyniach skladano ofiary Jowiszowi i Libitynie. Wreszcie, mimo wszelkich usilowan Tygellina i jego poplecznikow, rozszerzalo sie coraz bardziej mniemanie, ze miasto zostalo spalone z rozkazu cezara i ze chrzescijanie cierpia niewinnie. Lecz wlasnie dlatego i Nero, i Tygellinus nie ustawali w przesladowaniu. Dla uspokojenia ludu wydawano nowe rozporzadzenia co do rozdawnictwa zboza, wina i oliwy; ogloszono przepisy ulatwiajace odbudowywanie domow, pelne ulg dla wlascicieli, oraz inne dotyczace szerokosci ulic i materialow, z jakich nalezy budowac, by na przyszlosc uniknac kleski ognia. Sam cezar bywal na posiedzeniach senatu i obradowal wraz z "ojcami" nad dobrem ludu i miasta, ale natomiast ani cien laski nie padl na skazanych. Wladcy swiata chodzilo przede wszystkim o to, by wszczepic w lud przekonanie, ze tak nieublagane kary moga spotkac tylko winnych. W senacie zaden glos nie odzywal sie rowniez za chrzescijanami, gdyz nikt nie chcial narazic sie cezarowi, a procz tego ludzie, siegajacy wzrokiem dalej w przyszlosc, twierdzili, ze wobec nowej wiary fundamenta panstwa rzymskiego nie moglyby sie ostac. Oddawano tylko ludzi konajacych i zmarlych rodzinom, albowiem prawo rzymskie nie mscilo sie nad umarlymi. Dla Winicjusza stanowila pewna ulge mysl, ze jesli Ligia umrze, wowczas on pochowa ja w grobach rodzinnych i spocznie kolo niej. Nie mial juz zadnej nadziei ocalenia jej od smierci i sam, oderwany na wpol od zycia, zatopiony zupelnie w Chrystusie, nie marzyl juz o innym polaczeniu, jak o wiecznym. Wiara jego stala sie wprost niezglebiona, tak ze wobec niej owa wiecznosc wydawala mu sie czyms nierownie rzeczywistszym i prawdziwszym od przejsciowego istnienia, jakim zyl dotad. Serce przepelnilo mu sie skupionym uniesieniem. Za zycia zmienial sie w istote niemal bezcielesna, ktora, teskniac za zupelnym wyzwoleniem dla siebie, pragnela go i dla drugiej kochanej duszy. Wyobrazal sobie, ze wowczas oboje z Ligia wezma sie za rece i odejda do nieba, gdzie Chrystus ich poblogoslawi i pozwoli im zamieszkac w swietle tak spokojnym i ogromnym, jak blask zorz. Blagal tylko Chrystusa, by oszczedzil Ligii mak cyrkowych i pozwolil jej zasnac spokojnie w wiezieniu, czul bowiem z zupelna pewnoscia, ze i sam umrze razem z nia. Mniemal, ze wobec tego morza przelanej krwi nie wolno mu nawet spodziewac sie, aby ona jedna zostala ocalona. Slyszal od Piotra i Pawla, ze i oni takze musza umrzec jak meczennicy. Widok Chilona na krzyzu przekonal go, ze smierc, nawet meczenska, moze byc slodka, wiec zyczyl juz sobie, aby nadeszla dla nich obojga, jako upragniona zmiana zlej, smutnej i ciezkiej doli na lepsza. Chwilami miewal juz przedsmak zagrobowego zycia. Ow smutek, ktory unosil sie nad obu ich duszami, tracil coraz bardziej dawna palaca gorycz i stopniowo zmienial sie w jakies zaswiatowe, spokojne oddanie sie woli Bozej. Winicjusz plynal dawniej w trudzie przeciw pradowi, walczyl i meczyl sie, teraz oddal sie fali, wierzac, ze niesie go ona w wieczna cisze. Odgadywal tez, ze Ligia, rownie jak on, gotuje sie na smierc, ze mimo dzielacych ich murow wiezienia ida juz razem, i usmiechal sie do tej mysli jak do szczescia. I rzeczywiscie, szli tak zgodnie, jakby codziennie dlugo dzielili sie myslami. W Ligii nie bylo takze zadnych pragnien ni zadnej nadziei procz nadziei pozagrobowego zycia. Smierc przedstawiala sie jej nie tylko jak wyzwolenie ze strasznych murow wiezienia, z rak cezara, Tygellina, nie tylko jako zbawienie, ale jako czas slubu z Winicjuszem. Wobec tej niezachwianej pewnosci wszystko inne tracilo wage. Po smierci zaczynalo sie dla niej szczescie nawet i ziemskie, wiec czekala jej jeszcze i tak, jak narzeczona czeka chwili weselnej. A ow niezmierny prad wiary, ktory odrywal od zycia i niosl poza grob tysiace pierwszych wyznawcow, porwal takze i Ursusa. I on dlugo nie chcial sie zgodzic w sercu na smierc Ligii, lecz gdy codziennie przez mury wiezienia przedzieraly sie wiesci o tym, co dzieje sie w amfiteatrach i ogrodach, gdy smierc wydawala sie wspolna, nieunikniona dola wszystkich chrzescijan, a zarazem ich dobrem, wyzszym nad wszelkie smiertelne pojecie o szczesciu, nie smial w koncu i on modlic sie do Chrystusa, aby pozbawil tego szczescia Ligie lub opoznil je dla niej na dlugie lata. W swej prostaczej duszy barbarzyncy myslal przy tym, ze corce wodza Ligow wiecej sie nalezy i wiecej sie dostanie tych niebieskich rozkoszy niz calemu tlumowi prostakow, do ktorych i sam nalezal, i ze w chwale wiekuistej ona zasiadzie blizej Baranka niz inni. Slyszal wprawdzie, ze wobec Boga ludzie sa rowni, na dnie duszy tkwilo mu jednak przekonanie, ze co corka wodza, i to jeszcze wodza wszystkich Ligow, to nie pierwsza lepsza niewolnica. Spodziewal sie tez, ze Chrystus pozwoli mu jej sluzyc i dalej. Co do siebie, mial tylko jedno ukryte pragnienie, to jest, zeby mogl umrzec tak jak Baranek, na krzyzu. Ale wydawalo mu sie to szczesciem tak wielkim, ze choc wiedzial, iz krzyzuja w Rzymie nawet najgorszych zbrodniarzy, nie smial prawie modlic sie o taka smierc. Myslal, ze pewno kaza mu zginac pod zebami dzikich zwierzat, i stanowilo to jego troske wewnetrzna. Od dziecka chowal sie w nieprzebytych puszczach, wsrod ciaglych lowow, z ktorych dzieki swej nadludzkiej sile, jeszcze zanim wyrosl na meza, juz zaslynal miedzy Ligami. Stanowily one jego tak umilowane zajecie, ze pozniej, gdy byl w Rzymie i musial sie ich wyrzec, chodzil do vivariow i do amfiteatrow, zeby choc popatrzec na znane i nie znane sobie zwierzeta. Widok ich budzil w nim nieprzeparta chec walki i zabijania, teraz wiec obawial sie w duszy, ze gdy przyjdzie mu sie spotkac z nimi w amfiteatrze, opadna go mysli mniej godne chrzescijanina, ktory powinien umierac poboznie i cierpliwie. Ale polecal sie i w tym Chrystusowi, majac na pocieche inne, slodsze mysli. Oto slyszac, ze Baranek wypowiedzial wojne mocom piekielnym i zlym duchom, do ktorych wiara chrzescijanska zaliczala wszystkie bostwa poganskie, myslal, ze w tej wojnie przyda sie jednak Barankowi bardzo i potrafi mu sie przysluzyc lepiej od innych, gdyz to takze nie moglo mu sie w glowie pomiescic, aby dusza jego nie miala byc silniejsza od dusz innych meczennikow. Zreszta modlil sie po calych dniach, oddawal poslugi wiezniom, pomagal dozorcom i pocieszal swa krolewne, ktora chwilami zalowala, ze w swym krotkim zyciu nie mogla spelnic tylu dobrych uczynkow, ile spelnila ich slynna Thabita, o ktorej opowiadal jej swego czasu Piotr Apostol. Stroze, ktorych nawet w wiezieniu przejmowala obawa straszliwa sila tego olbrzyma, nie bylo bowiem dla niej ani pet, ani krat dostatecznych, polubili go w koncu za jego slodycz. Nieraz, zdumieni jego pogoda, wypytywali go o jej przyczyne, on zas opowiadal im z taka niezachwiana pewnoscia, jakie zycie czeka go po smierci, ze sluchali go ze zdziwieniem, widzac po raz pierwszy, ze do podziemi, nieprzeniknionych dla slonca, moze przeniknac szczescie. I gdy namawial ich, by uwierzyli w Baranka, niejednemu przechodzilo przez glowe, ze sluzba jego jest sluzba niewolnika, a zycie zyciem nedzarza, i niejeden zamyslal sie nad swa niedola, ktorej kresem miala byc dopiero smierc. Tylko ze smierc przejmowala nowa obawa i nie obiecywali sobie po niej nic, tymczasem ow olbrzym ligijski i ta dziewczyna, podobna do kwiatu rzuconego na wiezienna slome, szli ku niej z radoscia, jak do wrot szczescia. Pewnego wieczoru odwiedzil Petroniusza senator Scewinus i poczal z nim dluga rozmowe o ciezkich czasach, w ktorych obaj zyli, i o cezarze. Mowil zas tak otwarcie, ze Petroniusz, lubo zaprzyjazniony z nim, poczal sie miec na ostroznosci. Narzekal, iz swiat idzie krzywo i szalenie i ze wszystko razem wziete musi sie skonczyc jakas kleska straszniejsza jeszcze niz pozar Rzymu. Mowil, ze nawet augustianie sa zniecheceni, ze Feniusz Rufus, drugi prefekt pretorianow, znosi z najwiekszym przymusem ohydne rzady Tygellina i ze caly rod Seneki doprowadzony jest do ostatecznosci postepowaniem cezara tak ze starym mistrzem, jak i z Lukanem. W koncu poczal nadmieniac o niezadowoleniu ludu, a nawet pretorianow, ktorych znaczna czesc umial sobie Feniusz Rufus pozyskac. - Dlaczego to mowisz? - spytal go Petroniusz. - Przez troskliwosc o cezara - odpowiedzial Scewinus. - Mam dalekiego krewnego w pretorianach, ktory zwie sie Scewinus, tak jak i ja, i przez niego wiem, co dzieje sie w obozie... Niechec rosnie i tam... Kaligula, widzisz, byl takze szalony, i patrz, co sie stalo! Oto znalazl sie Kasjusz Cherea... Straszny to byl uczynek i zapewne nie masz miedzy nami nikogo, kto by go pochwalil, a jednakze Cherea uwolnil swiat od potwora. - Czyli - odrzekl Petroniusz - mowisz tak: "Ja Cherei nie chwale, ale to byl doskonaly czlowiek i oby bogowie dali nam takich jak najwiecej." Lecz Scewinus zmienil rozmowe i poczal niespodzianie wychwalac Pizona. Slawil jego rod, jego szlachetnosc, jego przywiazanie do zony, a wreszcie rozum, spokoj i dziwny dar jednania sobie ludzi. - Cezar jest bezdzietny - rzekl - i wszyscy widza nastepce w Pizonie. Niewatpliwie tez kazdy pomoglby mu z calej duszy do objecia wladzy. Kocha go Feniusz Rufus, rod Anneuszow jest mu calkiem oddany. Plaucjusz Lateranus i Tuliusz Senecjo skoczyliby za niego w ogien. A toz samo Natalis i Subriusz Flawiusz, i Sulpicjusz Asper, i Afraniusz Kwincjanus, i nawet Westynus. - Z tego ostatniego niewiele Pizonowi przyjdzie - odrzekl Petroniusz. - Westynus boi sie wlasnego cienia. - Westynus boi sie snow i duchow - odrzekl Scewinus - ale to czlowiek dzielny, ktorego slusznie chca zamianowac konsulem. Ze zas w duszy przeciwny jest przesladowaniu chrzescijan, tego nie powinienes mu brac za zle, albowiem i tobie zalezy na tym, by te szalenstwa ustaly. - Nie mnie, ale Winicjuszowi - rzekl Petroniusz. - Ze wzgledu na Winicjusza chcialbym ocalic jedna dziewczyne, ale nie moge, bom wypadl z lask Ahenobarba. - Jak to? Czy nie spostrzegasz, ze cezar znowu zbliza sie do ciebie i poczyna z toba rozmawiac? I powiem ci, dlaczego. Oto wybiera sie znow do Achai, gdzie ma spiewac piesni greckie wlasnego ukladu. Pali sie do tej podrozy, ale zarazem drzy na mysl o szyderczym usposobieniu Grekow. Wyobraza sobie, ze moze go spotkac albo najwiekszy tryumf, albo najwiekszy upadek. Potrzebuje dobrej rady, a wie, ze lepszej od ciebie nikt mu nie moze udzielic. To powod, dla ktorego wracasz do lask. - Lukan moglby mnie zastapic. - Miedzianobrody nienawidzi go i zapisal mu smierc w duszy. Szuka tylko pozoru, bo on zawsze szuka pozorow. Lukan rozumie, ze trzeba sie spieszyc. - Na Kastora! - rzekl Petroniusz. - Byc moze. Ale mialbym jeszcze jeden sposob predkiego wrocenia do lask. - Jaki? - Oto powtorzyc Miedzianobrodemu to, cos przed chwila do mnie mowil. - Ja nic nie powiedzialem! - zawolal z niepokojem Scewinus. Petroniusz zas polozyl mu reke na ramieniu: - Nazwales cezara szalencem, przewidywales nastepstwo Pizona i powiedziales: "Lukan rozumie, ze trzeba sie spieszyc." Z czym to chcecie sie spieszyc, carissime? Scewinus zbladl i przez chwile patrzyli sobie w oczy. - Nie powtorzysz! - Na biodra Kiprydy! Jak ty mnie znasz dobrze! Nie! Nie powtorze. Nic nie slyszalem, ale tez i nie chce nic slyszec... Rozumiesz! Zycie jest za krotkie, by warto bylo cos przedsiebrac. Prosze cie tylko, bys odwiedzil dzis Tygellina i rozmawial z nim rownie dlugo jak ze mna, o czym chcesz. - Dlaczego? - Dlatego, abym jesli mi kiedys Tygellin powie: "Scewinus byl u ciebie", mogl mu odpowiedziec: "Tego samego dnia byl takze i u ciebie." Scewinus slyszac to zlamal laske z kosci sloniowej, ktora mial w reku, i odrzekl: - Niech zly urok spadnie na te laske. Bede dzis u Tygellina, a potem na uczcie u Nerwy. Wszakze bedziesz i ty. W kazdym razie do widzenia pojutrze w amfiteatrze, gdzie wystapia ostatki chrzescijan!... Do widzenia! - Pojutrze - powtorzyl, zostawszy sam, Petroniusz. - Nie ma zatem czasu do stracenia. Ahenobarbus potrzebuje mnie istotnie w Achai, wiec moze bedzie sie liczyl ze mna. I postanowil sprobowac ostatniego srodka. Jakoz na uczcie u Nerwy cezar zazadal, by Petroniusz spoczal naprzeciw niego, chcial bowiem rozmawiac z nim o Achai i o miastach, w ktorych moglby z widokami najwiekszego powodzenia wystapic. Chodzilo mu najbardziej o Atenczykow, ktorych sie bal. Inni augustianie sluchali tej rozmowy ze skupieniem, aby pochwytawszy okruszyny zdan Petroniusza podawac je pozniej za swoje wlasne. - Zdaje mi sie, zem dotad nie zyl - rzekl Nero - i ze narodze sie dopiero w Grecji. - Narodzisz sie dla nowej slawy i niesmiertelnosci - odrzekl Petroniusz. - Ufam, ze tak sie stanie i ze Apollo nie okaze sie zazdrosnym. Jesli wroce z tryumfem, ofiaruje mu hekatombe, jakiej zaden bog nie mial dotad. Scewinus poczal powtarzac wiersz Horacjusza: Sic te diva potens Cypri, sic fratres Helenae, lucida sidera, ventorumque regat pater... - Okret stoi juz w Neapolis - rzekl cezar. - Chcialbym wyjechac chocby jutro. Na to Petroniusz podniosl sie i patrzac wprost w oczy Nerona, rzekl: - Pozwolisz, boski, ze wpierw wyprawie uczte weselna, na ktora ciebie przed innymi zaprosze. - Uczte weselna? Jaka? - spytal Neron. - Winicjusza z corka krola Ligow, a twoja zakladniczka. Ona wprawdzie jest obecnie w wiezieniu, ale naprzod, jako zakladniczka, nie moze byc wieziona, a po wtore sam zezwoliles Winicjuszowi poslubic ja, ze zas wyroki twoje, jak wyroki Zeusa, sa niecofnione, przeto kazesz ja wypuscic z wiezienia, a ja oddam ja oblubiencowi. Zimna krew i spokojna pewnosc siebie, z jaka mowil Petroniusz, stropily Nerona, ktory tropil sie zawsze, ilekroc ktos mowil do niego w ten sposob. - Wiem - odrzekl spuszczajac oczy. - Myslalem o niej i o tym olbrzymie, ktory zadusil Krotona. - W takim razie oboje sa ocaleni - odpowiedzial spokojnie Petroniusz. Lecz Tygellinus przyszedl w pomoc swemu panu: - Ona jest w wiezieniu z woli cezara, sam zas rzekles, Petroniuszu, ze wyroki jego sa niecofnione. Wszyscy obecni, znajac historie Winicjusza i Ligii, wiedzieli doskonale, o co chodzi, wiec umilkli, zaciekawieni, jak skonczy sie rozmowa. - Ona jest w wiezieniu przez twoja pomylke i przez twoja nieznajomosc prawa narodow, wbrew woli cezara - odrzekl z naciskiem Petroniusz. - Jestes, Tygellinie, naiwnym czlowiekiem, ale przecie i ty nie bedziesz twierdzil, ze ona podpalila Rzym, bo zreszta, gdybys nawet tak twierdzil, cezar by ci nie uwierzyl. Lecz Nero ochlonal juz i poczal przymruzac swe oczy krotkowidza z wyrazem nieopisanej zlosliwosci. - Petroniusz ma slusznosc - rzekl po chwili. Tygellinus spojrzal na niego ze zdziwieniem. - Petroniusz ma slusznosc - powtorzyl Nero. - Jutro otworza jej bramy wiezienia, a o uczcie weselnej pomowimy pojutrze w amfiteatrze. "Przegralem znowu" - pomyslal Petroniusz. I wrociwszy do domu byl juz tak pewien, ze nadszedl kres zycia Ligii, iz nazajutrz wyslal do amfiteatru zaufanego wyzwolenca, aby ulozyl sie z przelozonym spoliarium o wydanie jej ciala, chcial bowiem oddac je Winicjuszowi. Za czasow Nerona weszly w zwyczaj rzadkie dawniej i wyjatkowo tylko dawane przedstawienia wieczorne, tak w cyrku, jak i w amfiteatrach. Augustianie lubili je, czesto bowiem po nich nastepowaly uczty i pijatyki trwajace az do rana. Jakkolwiek lud przesycony byl juz przelewem krwi, jednakze gdy rozeszla sie wiesc, ze nadchodzi koniec igrzysk i ze ostatni chrzescijanie maja umrzec na wieczornym widowisku, nieprzeliczone tlumy sciagnely do amfiteatru. Augustianie stawili sie jak jeden czlowiek, domyslali sie bowiem, ze nie bedzie to zwykle przedstawienie i ze cezar postanowil wyprawic sobie tragedie z bolesci Winicjusza. Tygellin zachowal tajemnice, jaki rodzaj meki przeznaczony byl dla narzeczonej mlodego trybuna, ale to podniecalo tylko powszechna ciekawosc. Ci, ktorzy widywali niegdys Ligie u Plaucjuszow, opowiadali teraz cuda o jej pieknosci. Innych zajmowalo przede wszystkim pytanie, czy istotnie ujrza ja dzis na arenie, wielu bowiem spomiedzy tych, ktorzy slyszeli odpowiedz, jaka cezar dal Petroniuszowi u Nerwy, tlumaczylo ja sobie podwojnie. Niektorzy przypuszczali wprost, ze Nero odda lub moze juz oddal dziewice Winicjuszowi: przypomniano sobie, ze byla zakladniczka, ktorej wolno bylo zatem czcic takie bostwa, jakie jej sie podobaly, i ktorej prawo narodow nie pozwalalo karac. Niepewnosc, oczekiwanie i zaciekawienie opanowaly wszystkich widzow. Cezar przybyl wczesniej niz zwykle i wraz z jego przybyciem poczeto znow sobie szeptac, ze jednak nastapi zapewne cos nadzwyczajnego, gdyz Neronowi procz Tygellina i Watyniusza towarzyszyl Kasjusz, centurion olbrzymiej postawy i olbrzymiej sily, ktorego cezar bral z soba tylko wowczas, gdy chcial miec przy boku obronce, na przyklad gdy przychodzila mu ochota do nocnych wypraw na Subure, gdzie urzadzal sobie zabawe zwana sagatio, polegajaca na podrzucaniu w gore na wojskowym plaszczu napotykanych po drodze dziewczat. Spostrzezono takze, ze w samym amfiteatrze zostaly przedsiewziete pewne srodki ostroznosci. Straze pretorianskie powiekszono, komende zas nad nimi mial nie centurion, ale trybun Subriusz Flawiusz znany dotychczas ze slepego przywiazania do Nerona. Zrozumiano wowczas, ze cezar pragnie sie na wszelki wypadek ubezpieczyc przed wybuchem rozpaczy Winicjusza, i ciekawosc wzrosla jeszcze bardziej. Wszystkie spojrzenia zwracaly sie z natezonym zajeciem na miejsce, na ktorym siedzial nieszczesny oblubieniec. On zas blady bardzo, z czolem pokrytym kroplami potu, niepewny byl jak i inni widzowie, ale zaniepokojony do ostatnich glebin duszy. Petroniusz, sam nie wiedzac dokladnie, co nastapi, nie powiedzial mu nic, tylko zapytal go, wrociwszy od Nerwy, czy gotow jest na wszystko, a nastepnie, czy bedzie na widowisku. Winicjusz odpowiedzial na oba pytania: "Tak!", ale przy tym mrowie przeszlo mu przez cale cialo, domyslil sie bowiem, ze Petroniusz nie pyta bez przyczyn. Sam on zyl juz od niejakiego czasu jakby tylko polzyciem, sam pograzyl sie w smierci i zgodzil sie na smierc dla Ligii, miala ona bowiem byc dla nich obojga zarazem wyzwoleniem i slubem, ale teraz poznal, ze inna rzecz jest myslec z daleka o ostatniej chwili jak o spokojnym zasnieciu, a inna pojsc patrzec na meczarnie istoty drozszej nad zycie. Wszystkie dawniej przebyte bole odezwaly sie w nim na nowo. Uciszona rozpacz poczela znow krzyczec w duszy, ogarnela go dawna chec ratowania Ligii za wszelka cene. Od rana chcial sie dostac do cuniculow, by sie przekonac, czy Ligia w nich sie znajduje, ale straze pretorianskie pilnowaly wszystkich wejsc i rozkazy byly tak surowe, ze zolnierze, nawet znajomi, nie dali sie zmiekczyc ni prosba, ni zlotem. Winicjuszowi wydawalo sie, ze niepewnosc zabije go wprzod, nim ujrzy widowisko. Gdzies na dnie serca kolatala mu sie jeszcze nadzieja, ze moze Ligii nie ma w amfiteatrze i ze wszystkie obawy sa plonne. Chwilami czepial sie tej nadziei ze wszystkich sil. Mowil sobie, ze Chrystus mogl ja przecie zabrac z wiezienia, ale nie moze pozwolic na jej meke w cyrku. Dawniej zgodzil sie juz byl ze wszystkim na Jego wole, teraz, gdy odepchniety od drzwi cuniculow wrocil na swoje miejsce w amfiteatrze i gdy z zaciekawionych spojrzen, jakie na niego zwracano, poznal, ze najstraszniejsze przypuszczenia moga byc sluszne, poczal Go blagac w duszy z namietnoscia, podobna niemal do grozby, o ratunek. "Ty mozesz!", powtarzal zaciskajac konwulsyjnie rece. "Ty mozesz!" Przedtem ani domyslal sie, ze ta chwila, gdy zmieni sie w rzeczywistosc, bedzie tak straszna. Teraz, nie zdajac sobie sprawy z tego, co sie z nim dzieje, mial jednak poczucie, ze jesli ujrzy meke Ligii, to jego milosc zmieni sie w nienawisc, a jego wiara w rozpacz. I zarazem przerazal sie tym poczuciem, bal sie bowiem obrazic Chrystusa, ktorego blagal o zmilowanie i cud. Juz nie prosil o jej zycie, chcial tylko, by umarla, nim ja wywioda na arene, i z niezglebionej otchlani bolu powtarzal w duszy: "Choc tego mi nie odmow, a ja Cie umiluje bardziej jeszcze, niz milowalem Cie dotad." W koncu mysli jego rozpetaly sie jak fale targane wichrem. Budzila sie w nim zadza zemsty i krwi. Porywala go szalona chec rzucic sie na Nerona i zdusic go wobec wszystkich widzow, a jednoczesnie czul, ze ta zadza obraza znowu Chrystusa i lamie Jego przykazania. Chwilami przelatywaly mu przez glowe blyskawice nadziei, ze to wszystko, przed czym drzala jego dusza, odwroci jeszcze wszechmocna i milosierna reka, lecz gasly natychmiast, jakby w niezmiernym rozzaleniu, ze Ow, ktory mogl jednym slowem zburzyc ten cyrk i ocalic Ligie, opuscil ja jednak, chociaz ufala Mu i umilowala Go ze wszystkich sil swego czystego serca. I myslal dalej, ze oto ona tam lezy w ciemnym cuniculum, slaba, bezbronna, opuszczona, zdana na laske i nielaske zezwierzeconych strozow, goniaca moze ostatnim tchem, on zas musi czekac bezradnie w tym strasznym amfiteatrze, nie wiedzac, jaka obmyslono dla niej meke i co za chwile zobaczy. Wreszcie, jak czlowiek, ktory spadajac w przepasc chwyta sie wszystkiego, co rosnie nad jej krawedzia, tak i on oburacz chwycil sie mysli, ze jednak tylko wiara moze ja ocalic. Wszak zostawal tylko ten jeden sposob! Wszak Piotr mowil, ze wiara ziemie mozna wzruszyc w posadach! Wiec skupil sie, zgniotl w sobie zwatpienie, cala swa istote zamknal w jedno slowo: "Wierze!", i czekal cudu. Lecz rownie jak zbyt natezona struna musi peknac, tak i jego zlamalo wysilenie. Trupia bladosc pokryla mu twarz i cialo poczelo tezec. Wowczas pomyslal, ze blaganie jego zostalo wysluchane, bo oto umiera. Wydalo mu sie, ze Ligia niezawodnie musiala juz takze umrzec i ze Chrystus bierze ich w ten sposob do siebie. Arena, biale togi nieprzeliczonych widzow, swiatlo tysiacznych lamp i pochodni, wszystko razem zniklo mu z oczu. Ale owa niemoc nie trwala dlugo. Po chwili zbudzil sie, a raczej zbudzilo go tupanie zniecierpliwionego ludu. - Chory jestes - rzekl mu Petroniusz. - Kaz sie odniesc do domu! I nie zwazajac, co powie na to cezar, wstal, by podeprzec Winicjusza i wyjsc z nim razem. Serce wezbralo mu litoscia, a przy tym draznilo go nie do wytrzymania to, ze cezar patrzyl przez szmaragd na Winicjusza, studiujac z zadowoleniem jego bolesc, moze dlatego, aby ja potem opisac w patetycznych strofach i zyskac poklask sluchaczow. Winicjusz potrzasnal glowa. Mogl umrzec w tym amfiteatrze, ale nie mogl z niego wyjsc. Wszakze przedstawienie mialo sie lada minuta rozpoczac. Jakoz w tej samej prawie chwili prefekt miasta cisnal przed siebie czerwona chustke, a na ow znak zaskrzypialy wrzeciadze naprzeciwko cesarskiego podium i z ciemnej czelusci wyszedl na jasno oswiecona arene Ursus. Olbrzym mrugal powiekami, widocznie olsniony swiatlem areny, po czym wysunal sie na jej srodek, rozgladajac sie wkolo, jakby chcac rozpoznac, z czym mu przyjdzie sie spotkac. Wszystkim augustianom i wiekszosci widzow wiadomo bylo, ze to jest czlowiek, ktory zadusil Krotona, wiec na jego widok szmer rozlegl sie po wszystkich lawach. W Rzymie nie braklo gladiatorow ogromniejszych o wiele nad zwykla miare ludzka, ale podobnego nie widzialy jeszcze oczy Kwirytow. Kasjusz, stojacy w podium za cezarem, wydawal sie przy tym Ligu niklym czlowiekiem. Senatorowie, westalki, cezar, augustianie i lud patrzyli z zachwytem znawcow i milosnikow na jego potezne, grube jak konary uda, na piersi, podobne do dwoch polaczonych tarcz, i na herkulesowe ramiona. Szmer wzrastal z kazda chwila. Dla tych tlumow nie mogla wprost istniec wieksza rozkosz, jak widziec takie muskuly w grze, w napieciu i w walce. Szmer zmienial sie w okrzyki i goraczkowe pytania, gdzie mieszka szczep, ktory wydaje podobnych wielkoludow, ow zas stal w srodku amfiteatru, nagi, do kamiennego kolosu niz do czlowieka podobniejszy, ze skupiona a zarazem smutna twarza barbarzyncy, i widzac pusta arene spogladal ze zdziwieniem swymi niebieskimi oczyma dziecka to na widzow, to na cezara, to na kraty cuniculow, skad oczekiwal katow. W chwili gdy wychodzil na arene, prostacze serce jego zakolatalo po raz ostatni nadzieja, ze moze czeka go krzyz, lecz gdy nie ujrzal ni krzyza, ni gotowego dolu, pomyslal, ze niegodny jest tej laski i ze przyjdzie mu umrzec inaczej, i zapewne od zwierzat. Byl bezbronny i postanowil zginac, jak przystalo na wyznawce Baranka, spokojnie i cierpliwie. Tymczasem chcial pomodlic sie jeszcze do Zbawiciela, wiec kleknawszy na arenie, zlozyl rece i podniosl wzrok ku gwiazdom, migocacym przez gorny otwor cyrku. Postawa ta nie podobala sie tlumom. Dosyc juz miano tych chrzescijan umierajacych jak owce. Zrozumiano, ze jesli olbrzym nie zechce sie bronic, widowisko chybi. Tu i owdzie ozwaly sie sykania. Niektorzy poczeli wolac o mastygoforow, ktorych zadaniem bylo chlostac szermierzy nie chcacych walczyc. Po chwili ucichlo jednak wszystko, nikt bowiem nie wiedzial, co czeka olbrzyma i czy nie zechce walczyc, gdy spotka sie oko w oko ze smiercia. Jakoz nie czekano juz dlugo. Nagle ozwal sie przerazliwy glos mosieznych trab, a na ow znak otworzyla sie krata naprzeciw cesarskiego podium i na arene wypadl wsrod wrzaskow bestiariow potworny tur germanski, niosacy na glowie nagie cialo kobiece. - Ligio! Ligio! - krzyknal Winicjusz. Po czym chwycil rekoma wlosy przy skroniach, zwinal sie w lek jak czlowiek, ktory uczul w sobie ostrze wloczni, i chrapliwym, nieludzkim glosem poczal powtarzac: - Wierze! Wierze!... Chryste! Cudu! I nie czul nawet, ze w tej chwili Petroniusz zakryl mu glowe toga. Zdawalo mu sie, ze to smierc lub bol przeslania mu oczy. Nie patrzyl, nie widzial. Ogarnelo go uczucie jakiejs strasznej prozni. W glowie nie pozostala mu ani jedna mysl, usta tylko powtarzaly jak w oblakaniu: - Wierze! Wierze! Wierze!... Wtem amfiteatr umilkl. Augustianie podniesli sie jak jeden czlowiek z miejsc, gdyz na arenie stalo sie cos nadzwyczajnego. Oto pokorny i gotowy na smierc Lig, ujrzawszy swa krolewne na rogach dzikiej bestii, zerwal sie jakby sparzony zywym ogniem i pochyliwszy grzbiet, poczal biec pod katem ku rozszalalemu zwierzeciu. Ze wszystkich piersi wyrwal sie krotki okrzyk zdumienia, po ktorym uczynila sie glucha cisza. Lig dopadl tymczasem w mgnieniu oka rozhukanego byka i chwycil go za rogi. - Patrz! - zawolal Petroniusz zrywajac toge z glowy Winicjusza. Ow zas podniosl sie, przechylil w tyl swa blada jak plotno twarz i poczal patrzec na arene szklistym, nieprzytomnym wzrokiem. Wszystkie piersi przestaly oddychac. W amfiteatrze mozna bylo uslyszec przelatujaca muche. Ludzie nie chcieli wierzyc wlasnym oczom. Jak Rzym Rzymem, nie widziano nic podobnego. Lig trzymal dzikie zwierze za rogi. Stopy jego zaryly sie wyzej kostek w piasek, grzbiet wygial mu sie jak luk napiety, glowa schowala sie miedzy barki, na ramionach muskuly wystapily tak, iz skora niemal pekala pod ich parciem, lecz osadzil byka na miejscu. I czlowiek, i zwierz trwali w takiej nieruchomosci, iz patrzacym zdawalo sie, ze widza jakis obraz przedstawiajacy czyny Herkulesa lub Tezeusza lub grupe wykuta z kamienia. Ale w tym pozornym spokoju znac bylo straszliwe natezenie dwoch zmagajacych sie ze soba sil. Tur zaryl sie rowniez, jak czlowiek, nogami w piasek, a ciemne, kosmate jego cialo skurczylo sie tak, iz wydawal sie do olbrzymiej kuli podobny. Kto pierwej sie wyczerpie, kto pierwszy padnie, oto bylo pytanie, ktore dla tych rozmilowanych w walkach widzow mialo w tej chwili wiecej znaczenia niz ich los wlasny, niz caly Rzym i jego panowanie nad swiatem. Ow Lig byl im teraz polbogiem godnym czci i posagow. Sam cezar wstal takze. Oni z Tygellinem, slyszac o sile czlowieka, umyslnie urzadzili takie widowisko i drwiac mowili sobie: "Niechze ten Krotobojca pokona tura, ktorego mu wybierzem", teraz zas spogladali w zdumieniu na obraz, jaki mieli przed soba, jakby nie wierzac, zeby to byc mogla rzeczywistosc. W amfiteatrze mozna bylo widziec ludzi, ktorzy podnioslszy rece zostali w tej postawie. Innym pot oblal czola, jakby sami zmagali sie ze zwierzeciem. W cyrku slychac bylo tylko syczenie plomieni w lampach i szelest wegielkow opadajacych z pochodni. Glosy zamarly widzom w ustach, serca natomiast bily w piersiach, jakby je chcialy rozsadzic. Wszystkim wydalo sie, ze walka trwa wieki. A czlowiek i zwierz stali ciagle w okropnym wysileniu, rzeklbys, wkopani w ziemie. Wtem gluchy, podobny do jeku ryk ozwal sie z areny, po ktorym ze wszystkich piersi wyrwal sie okrzyk i znow zapadla cisza. Ludzie mniemali, ze snia, oto potworna glowa byka poczela sie przekrecac w zelaznych rekach barbarzyncy. A twarz Liga, kark i ramiona poczerwienialy jak purpura, grzbiet wygial sie jeszcze silniej. Widac bylo, ze zbiera reszte swych nadludzkich sil, ale ze mu juz ich nie na dlugo wystarczy Coraz gluchszy, chrapliwszy i coraz bolesniejszy ryk tura pomieszal sie ze swiszczacym oddechem piersi olbrzyma. Glowa zwierzecia przekrecala sie coraz bardziej, a z paszczy wysunal sie dlugi, spieniony jezyk. Chwila jeszcze i do uszu blizej siedzacych widzow doszedl jakby trzask lamanych kosci, po czym zwierz zwalil sie na ziemie ze skreconym smiertelnie karkiem. Wowczas olbrzym zsunal w mgnieniu oka powrozy z jego rogow i wziawszy dziewice na rece, poczal oddychac spiesznie. Twarz mu pobladla, wlosy polepily sie od potu, barki i ramiona zdawaly sie byc zlane woda. Przez chwile stal jakby na wpol przytomny, po czym jednakze podniosl oczy i poczal patrzec na widzow. A amfiteatr oszalal. Sciany budynku poczely drzec od wrzasku kilkudziesieciu tysiecy widzow. Od czasu rozpoczecia widowisk nie pamietano takiego uniesienia. Siedzacy na wyzszych rzedach poopuszczali je i poczeli zstepowac na dol, tloczac sie w przejsciach miedzy lawkami, aby blizej przypatrzec sie silaczowi. Zewszad ozwaly sie glosy o laske, namietne, uparte, ktore wkrotce zmienily sie w jeden powszechny okrzyk. Ow olbrzym stal sie teraz drogim dla tego rozmilowanego w sile fizycznej ludu i pierwsza w Rzymie osoba. On zas zrozumial, ze tlum domaga sie, by darowano mu zycie i zwrocono wolnosc, lecz widocznie nie chodzilo mu tylko o siebie. Przez chwile rozgladal sie dokola, po czym zblizyl sie do cesarskiego podium i kolyszac cialo dziewczyny na wyciagnietych ramionach, podniosl oczy z wyrazem blagalnej prosby, jakby chcial mowic: - Nad nia sie zmilujcie! Ja ocalcie! Jam dla niej to uczynil! Widzowie pojeli doskonale, czego zadal. Na widok zemdlonej dziewczyny, ktora przy ogromnym ciele Liga wydawala sie malym dzieckiem, wzruszenie ogarnelo tlum, rycerzy i senatorow. Jej drobna postac, tak biala jakby wycieta z alabastru, jej zemdlenie, okropne niebezpieczenstwo, z ktorego uwolnil ja olbrzym, a wreszcie jej pieknosc i jego przywiazanie wstrzasnely serca. Niektorzy mniemali, ze to ojciec zebrze o zmilowanie nad dzieckiem. Litosc buchnela nagle jak plomien. Dosc juz miano krwi, dosc smierci, dosc mak. Zdlawione lzami glosy poczely wolac o laske dla obojga. Ursus tymczasem posuwal sie wokol areny i kolyszac wciaz dziewczyne na ramionach, ruchem i oczyma blagal dla niej o zycie. A wtem Winicjusz zerwal sie z miejsca, przeskoczyl ogrodzenie, dzielace pierwsze miejsca od areny, i przybieglszy do Ligii nakryl toga jej nagie cialo. Po czym rozdarl tunike na piersiach, odkryl blizny, pozostale po ranach otrzymanych w wojnie armenskiej, i wyciagnal rece do ludu. Wowczas uniesienie tlumow przeszlo wszelka widywana w amfiteatrach miare. Tluszcza poczela tupac i wyc. Glosy wolajace o laske staly sie wprost grozne. Lud ujmowal sie juz nie tylko za atleta, ale stawal w obronie dziewicy, zolnierza i ich milosci. Tysiace widzow zwrocilo sie ku cezarowi z polyskami gniewu w oczach i z zacisnietymi piesciami. Ow wszelako ociagal sie i wahal. Do Winicjusza nie mial wprawdzie nienawisci i na smierci Ligii nie zalezalo mu nic, lecz wolalby widziec cialo dziewczyny poprute rogami byka lub podarte klami zwierzat. Zarowno jego okrucienstwo, jak jego zwyrodniala wyobraznia i zwyrodniale zadze znajdowaly jakas rozkosz w podobnych widokach. A oto lud chcial go jej pozbawic. Na te mysl gniew odbil sie na jego roztylej twarzy. Milosc wlasna nie pozwalala mu takze poddac sie woli tlumow, a jednoczesnie nie smial sie jej przez przyrodzone tchorzostwo sprzeciwic. Wiec poczal patrzec, czy przynajmniej miedzy augustianami nie dostrzeze zwroconych ku dolowi palcow na znak smierci. Lecz Petroniusz trzymal wzniesiona do gory dlon, patrzac przy tym niemal wyzywajaco w jego twarz. Przesadny, ale sklonny do uniesien Westynus, ktory bal sie duchow, ale nie bal sie ludzi, dawal znak laski. Toz samo czynil senator Scewinus, toz samo Nerwa, toz samo Tuliusz Senecjo, toz samo stary, slynny wodz Ostoriusz Skapula, toz samo Antystiusz, toz samo Pizo i Wetus, i Kryspinus, i Minucjusz Termus, i Poncjusz Telezynus, i najpowazniejszy, czczony przez lud Trazeasz. Na ten widok cezar odjal szmaragd od oka z wyrazem pogardy i urazy, gdy wtem Tygellin, ktoremu chodzilo o to, by na zlosc uczynic Petroniuszowi, pochylil sie i rzekl: - Nie ustepuj, boski, mamy pretorianow. Wowczas Nero zwrocil sie w strone, gdzie komende nad pretorianami trzymal srogi i oddany mu dotychczas cala dusza Subriusz Flawiusz, i ujrzal rzecz nadzwyczajna. Twarz starego trybuna byla grozna, ale zalana lzami, i reke trzymal wzniesiona w gore na znak laski. Tymczasem tlumy poczela ogarniac wscieklosc. Kurzawa wzbila sie spod tupiacych nog i przeslonila amfiteatr. Wsrod okrzykow odzywaly sie glosy: "Ahenobarbus! Matkobojca! Podpalacz!" Nero zlakl sie. Lud byl wszechwladnym panem w cyrku. Poprzedni cezarowie, a zwlaszcza Kaligula, pozwalali sobie czasem isc wbrew jego woli, co zreszta wywolywalo zawsze rozruchy, dochodzace nawet do przelewu krwi. Lecz Nero w odmiennym byl polozeniu. Naprzod, jako komediant i spiewak, potrzebowal laski ludu, po wtore, chcial go miec po swej stronie przeciw senatowi i patrycjuszom, a wreszcie po pozarze Rzymu usilowal wszelkimi sposobami przejednac go sobie i zwrocic jego gniew na chrzescijan. Zrozumial wreszcie, ze sprzeciwiac sie dluzej bylo wprost niebezpiecznie. Rozruch, poczety w cyrku, mogl ogarnac cale miasto i miec nieobliczalne nastepstwa. Spojrzal wiec raz jeszcze na Subriusza Flawiusza, na centuriona Scewina, krewnego senatora, na zolnierzy i widzac zmarszczone wszedzie brwi, wzruszone twarze i utkwione w siebie oczy, dal znak laski. Wowczas grzmot oklaskow rozlegl sie od gory do dolu. Lud pewien juz byl zycia skazanych, gdyz od tej chwili wchodzili oni pod jego opieke i nawet cezar nie osmielilby sie scigac ich dluzej swa zemsta. Czterech Bitynczykow nioslo ostroznie Ligie do domu Petroniusza, Winicjusz zas i Ursus szli obok, spieszac sie, by jak najpredzej oddac ja w rece greckiego lekarza. Szli w milczeniu, gdyz po przejsciach dnia tego nie mogli sie zdobyc na rozmowe. Winicjusz byl dotychczas jakby na wpol przytomny. Powtarzal sobie, ze Ligia jest ocalona, ze nie grozi jej juz ni wiezienie, ni smierc w cyrku, ze nieszczescia ich skonczyly sie raz na zawsze i ze zabiera ja do domu, by nie rozlaczyc sie z nia wiecej. I zdawalo mu sie, ze to raczej poczatek jakiegos innego zycia niz rzeczywistosc. Od czasu do czasu pochylal sie nad otwarta lektyka, by patrzec na te kochana twarz, ktora przy swietle ksiezyca wydawala sie uspiona, i powtarzal w mysli: "To ona! Chrystus ocalil ja!" Przypominal sobie takze, ze do spoliarium, dokad obaj z Ursusem odniesli Ligie, nadszedl jakis nie znany mu lekarz i zapewnil go, ze dziewczyna zyje i zyc bedzie. Na mysl o tym radosc rozpierala mu tak piersi, ze chwilami slabl i wspieral sie na ramieniu Ursusa, nie mogac isc o wlasnej mocy. Ursus zas patrzyl w usiane gwiazdami niebo i modlil sie. Szli spiesznie wsrod ulic, na ktorych swiezo wzniesione biale domy blyszczaly mocno w miesiecznym blasku. Miasto bylo puste. Gdzieniegdzie tylko gromadki ludzi, uwienczonych bluszczem, spiewaly i tanczyly przed portykami przy odglosie fletni, korzystajac z cudnej nocy i swiatecznej pory, ktora trwala od poczatku igrzysk. Dopiero gdy juz byli niedaleko domu, Ursus przestal sie modlic i poczal mowic cicho, jakby sie bal zbudzic Ligie: - Panie, to Zbawiciel ocalil ja od smierci. Gdym ujrzal ja na rogach tura, uslyszalem w duszy glos: "Bron jej!", i to byl niezawodnie glos Baranka. Wiezienie wyzarlo mi sily, ale On mi je wrocil na te chwile i On natchnal ten srogi lud, ze ujal sie za nia. Badz Jego wola! A Winicjusz odrzekl: - Uwielbione niech bedzie imie Jego!... Lecz nie mogl mowic wiecej, gdyz nagle uczul, ze ogromny placz wzbiera mu w piersi. Chwycila go niepohamowana chec rzucic sie na ziemie i dziekowac Zbawicielowi za cud i milosierdzie. Tymczasem jednak doszli do domu. Sluzba, uprzedzona przez wyslanego umyslnie naprzod niewolnika, wyroila sie na ich spotkanie. Pawel z Tarsu nawrocil jeszcze w Ancjum wieksza czesc tych ludzi. Nieszczescia Winicjusza znane im byly doskonale, wiec radosc ich na widok ofiar, wyrwanych zlosci Nerona, byla ogromna, a zwiekszyla sie jeszcze bardziej, gdy lekarz Teokles po obejrzeniu Ligii oswiadczyl, ze nie poniosla zadnej ciezkiej obrazy i ze po przejsciu oslabienia, pozostalego po wieziennej goraczce, wroci do zdrowia. Przytomnosc wrocila jej jeszcze tejze nocy. Zbudziwszy sie we wspanialym cubiculum, oswieconym korynckimi lampami, wsrod woni werweny, nie wiedziala, gdzie jest i co sie z nia dzieje. Pozostala jej pamiec chwili, w ktorej przywiazywano ja do rogow skrepowanego lancuchami byka, teraz zas widzac nad soba twarz Winicjusza, oswiecona lagodnym kolorowym swiatlem, sadzila, ze chyba juz nie sa na ziemi. Mysli macily sie jeszcze w jej oslabionej glowie; wydalo sie jej rzecza naturalna, ze zatrzymali sie gdzies po drodze do nieba z powodu jej umeczenia i slabosci. Nie czujac jednak zadnego bolu usmiechnela sie do Winicjusza i chciala go spytac, gdzie sa, lecz z ust jej wyszedl tylko cichy szept, w ktorym Winicjusz mogl zaledwie odroznic swoje imie. Wiec kleknal przy niej i polozywszy lekko reke na jej czole, rzekl: - Chrystus cie ocalil i wrocil mi cie! Jej usta poruszyly sie znowu niezrozumialym szeptem, po chwili jednak powieki jej przymknely sie, piersi podniosly sie lekkim westchnieniem i zapadla w sen gleboki, ktorego oczekiwal lekarz Teokles i po ktorym przepowiadal powrot do zdrowia. A Winicjusz pozostal przy niej kleczacy i pograzony w modlitwie. Dusza roztajala mu miloscia tak ogromna, ze zapamietal sie zupelnie. Teokles kilkakrotnie wchodzil do cubiculum, kilka razy zza uchylonej zaslony ukazywala sie zlotowlosa glowa Eunice, wreszcie zurawie, hodowane po ogrodach, poczely krzyczec zwiastujac poczatek dnia, a on jeszcze obejmowal w mysli stopy Chrystusa, nie widzac i nie slyszac, co sie wokol niego dzieje, z sercem zmienionym w ofiarny, dziekczynny plomien, pograzony w zachwyceniu, za zycia jeszcze na wpol wniebowziety. Petroniusz po uwolnieniu Ligii nie chcac draznic cezara udal sie za nim wraz z innymi augustianami na Palatyn. Pragnal posluchac, o czym tam beda mowili, a zwlaszcza przekonac sie, czy Tygellin nie obmysli czegos nowego na zgube dziewczyny. I ona, i Ursus wchodzili wprawdzie niejako pod opieke ludu i bez wzniecenia rozruchow nikt teraz nie mogl podniesc na nich reki, jednak Petroniusz wiedzac o nienawisci, jaka plonal ku niemu wszechwladny prefekt pretorii, przypuszczal, ze prawdopodobnie ow, nie mogac go wprost dosiegnac, bedzie staral sie jeszcze wywrzec jakimkolwiek sposobem zemste na jego siostrzencu. Nero gniewny byl i rozdrazniony, albowiem przedstawienie skonczylo sie zupelnie inaczej, niz sobie zyczyl. Na Petroniusza nie chcial z poczatku ani spojrzec, lecz ten, nie tracac zimnej krwi, zblizyl sie do niego z cala swoboda arbitra elegancji i rzekl mu: - Czy wiesz, boski, co mi przechodzi przez mysl? Napisz piesn o dziewicy, ktora rozkaz wladcy swiata uwalnia z rogow dzikiego tura i oddaje kochankowi. Grecy maja czule serca i jestem pewny, ze oczaruje ich piesn taka. Neronowi mimo calego rozdraznienia mysl taka przypadla do smaku, i przypadla podwojnie: naprzod, jako temat do piesni, a po wtore, ze mogl wyslawic w niej samego siebie jako wspanialomyslnego wladce swiata. Wiec popatrzyl przez chwile na Petroniusza, po czym rzekl: - Tak jest! Moze masz slusznosc! Ale czy wypada mi spiewac wlasna dobroc? - Nie potrzebujesz sie wymieniac. Kazdy w Rzymie odgadnie i tak, o co chodzi, a z Rzymu wiesci rozchodza sie na caly swiat. - I jestes pewien, ze sie to spodoba w Achai? - Na Polluksa! - zawolal Petroniusz. I odszedl zadowolony, byl juz teraz bowiem pewien, ze Nero, ktorego cale zycie bylo stosowaniem rzeczywistosci do pomyslow literackich, nie zechce sobie popsuc tematu, a tym samym zwiaze rece Tygellinowi. Nie zmienilo to jednakze jego zamiaru wyprawienia z Rzymu Winicjusza, jak tylko zdrowie Ligii przestanie stanowic przeszkode. Totez ujrzawszy go nastepnego dnia rzekl mu: - Wywiez ja do Sycylii. Zaszlo cos takiego, ze ze strony cezara nic wam nie grozi, ale Tygellin gotow uzyc nawet trucizny, jesli nie z nienawisci ku wam, to ku mnie. Winicjusz usmiechnal sie na to i odrzekl: - Ona byla na rogach dzikiego tura, a przecie Chrystus ja ocalil. - To uczcij go stuwolem - odpowiedzial z odcieniem zniecierpliwienia Petroniusz - ale nie kaz mu ocalac jej po raz drugi... Czy pamietasz, jak Eol przyjal Odyseusza, gdy wrocil prosic go powtornie o pomyslny ladunek wiatrow? Bostwa nie lubia sie powtarzac. - Gdy wroci jej zdrowie - odrzekl Winicjusz - odwioze ja do Pomponii Grecyny. - I uczynisz tym sluszniej, ze Pomponia lezy chora. Mowil mi o tym krewny Aulusow Antystiusz. Tu zajda tymczasem takie rzeczy, ze ludzie o was zapomna, a w dzisiejszych czasach najszczesliwsi ci, o ktorych zapomniano. Niech Fortuna bedzie wam sloncem w zimie, a cieniem w lecie! To rzeklszy pozostawil Winicjusza jego szczesciu, sam zas poszedl wybadac Teoklesa o zdrowie i zycie Ligii. Lecz jej nie grozilo juz niebezpieczenstwo. W podziemiach, przy wycienczeniu pozostalym po wieziennej goraczce, byloby ja dobilo zgnile powietrze i niewygody, lecz teraz otaczala ja najtkliwsza opieka i nie tylko dostatek, ale i przepych. Z rozkazu Teoklesa po uplywie dwoch dni poczeto ja wynosic do ogrodow otaczajacych wille, w ktorych pozostawala przez dlugie godziny. Winicjusz ubieral jej lektyke w anemony, a zwlaszcza w irysy, by jej przypomniec atrium w domu Aulusow. Nieraz ukryci w cieniu rozroslych drzew rozmawiali, trzymajac sie za rece, o dawnych bolach i dawnych trwogach. Ligia mowila mu, ze Chrystus umyslnie przeprowadzil go przez meke, by zmienic dusze jego i podniesc ja ku sobie, on zas czul, ze to prawda i ze nie pozostalo w nim nic z dawnego patrycjusza, ktory nie uznawal innego prawa nad wlasne zadze. Ale w tych rozpamietywaniach nie bylo nic gorzkiego. Zdawalo sie obojgu, ze cale lata przetoczyly sie nad ich glowami i ze ta straszna przeszlosc lezy juz daleko za nimi. Tymczasem ogarnial ich spokoj, jakiego nigdy nie doznawali dotychczas. Jakies nowe zycie ogromnie blogie szlo ku nim i bralo ich w siebie. W Rzymie mogl sobie szalec cezar i napelniac trwoga swiat, oni, czujac nad soba opieke stokroc potezniejsza, nie obawiali sie juz ni jego zlosci, ni jego szalenstw, tak jak gdyby przestal byc panem ich zycia lub smierci. Raz, pod zachod slonca, uslyszeli dochodzace z odleglych vivariow ryki lwow i innych dzikich zwierzat. Niegdys te odglosy przejely trwoga Winicjusza, jako zla wrozba. Teraz spojrzeli tylko na siebie z usmiechem, a potem wzniesli oboje oczy ku zorzom wieczora. Czasami Ligia, bedac jeszcze oslabiona bardzo i nie mogac chodzic o wlasnej mocy, zasypiala wsrod ciszy ogrodowej, on zas czuwal nad nia i wpatrujac sie w jej uspiona twarz myslal mimo woli, ze to juz nie ta Ligia, ktora spotkal u Aulusow. Jakoz wiezienie i choroba zgasily w czesci jej urode. Wowczas, gdy widywal ja u Aulusow, i pozniej, gdy przyszedl porwac ja do domu Miriamy, byla tak cudna jak posag i zarazem kwiat; teraz twarz jej stala sie niemal przezroczysta, rece wychudly, cialo wyszczuplalo przez chorobe, usta pobladly i oczy nawet zdawaly sie byc mniej blekitne niz przedtem. Zlotowlosa Eunice, ktora przynosila jej kwiaty i drogocenne tkaniny dla przykrywania jej nog, wygladala przy niej jak bostwo cypryjskie. Esteta Petroniusz na prozno silil sie, by wynalezc w niej dawne ponety, i wzruszajac ramionami myslal w duszy, ze ow cien z Pol Elizejskich nie byl wart tych zachodow, tych bolow i mak, ktore o malo nie wyssaly zycia Winicjuszowi. Lecz Winicjusz, ktory kochal teraz jej dusze, kochal ja tylko tym bardziej i gdy czuwal nad uspiona, wydawalo mu sie, ze czuwa nad swiatem calym. Wiesc o cudownym ocaleniu Ligii szybko rozniosla sie wsrod rozbitkow chrzescijanskich, ktorzy ocaleli dotychczas z pogromu. Wyznawcy poczeli sie schodzic, by ogladac te, nad ktora jawnie okazala sie laska Chrystusowa. Przyszedl naprzod mlody Nazariusz z Miriama, u ktorych kryl sie dotychczas Piotr Apostol, a za nimi sciagali i inni. Wszyscy razem, wraz z Winicjuszcm, Ligia i chrzescijanskimi niewolnikami Petroniusza, sluchali ze skupieniem opowiadania Ursusa o glosie, ktory odezwal sie w jego duszy i nakazal mu walczyc z dzikim zwierzeciem, i wszyscy odchodzili z otucha i nadzieja, ze Chrystus nie pozwoli jednak wyplenic na ziemi do reszty swych wyznawcow, zanim sam przyjdzie na sad straszliwy. I nadzieja ta podtrzymywala ich serca, albowiem przesladowanie nie ustawalo dotad. Kogo tylko glos publiczny wskazal jako chrzescijanina, tego wigilowie miejscy porywali natychmiast do wiezienia. Ofiar wprawdzie bylo juz mniej, bo ogol wyznawcow schwytano i wymeczono, pozostali zas albo wyszli z Rzymu, by w odleglych prowincjach przeczekac burze, albo kryli sie najstaranniej, nie odwazajac sie zbierac na wspolne modlitwy inaczej, jak w arenariach lezacych poza miastem. Jednakze sledzono ich jeszcze i, pomimo iz wlasciwe igrzyska byly juz ukonczone, zachowywano ich na nastepne lub sadzono doraznie. Jakkolwiek lud rzymski nie wierzyl juz, by chrzescijanie byli sprawcami pozaru miasta, jednakze ogloszono ich za nieprzyjaciol ludzkosci i panstwa i edykt przeciw nim trwal ciagle w dawnej mocy. Piotr Apostol dlugo nie smial ukazac sie w domu Petroniusza, wreszcie jednak pewnego wieczoru Nazariusz oznajmil jego przybycie. Ligia, ktora chodzila juz o swej mocy, i Winicjusz wybiegli na jego spotkanie i poczeli obejmowac jego nogi, on zas wital ich ze wzruszeniem tym wiekszym, ze niewiele pozostalo mu juz owiec w tej trzodzie, nad ktora rzady zdal mu Chrystus, a nad ktorej losem plakalo teraz jego wielkie serce. Totez gdy Winicjusz rzekl mu: "Panie! Za twoja to przyczyna Zbawiciel powrocil mi ja", on odrzekl: "Powrocil ci ja dla wiary twojej i dlatego, by nie zamilkly wszystkie usta, ktore wyznawaly imie Jego." I widocznie myslal wowczas o tych tysiacach dzieci swych, porozdzieranych przez dzikie zwierzeta, o tych krzyzach, ktorymi nabite byly areny, i o tych slupach ognistych w ogrodach "Bestii", albowiem mowil to z zaloscia wielka. Winicjusz i Ligia zauwazyli tez, ze wlosy jego pobielaly zupelnie, cala postac pochylila sie, a w twarzy tyle mial smutku i cierpienia, jakby przeszedl przez wszystkie te bole i meki, przez ktore przeszly ofiary wscieklosci i szalu Nerona. Lecz oboje rozumieli juz, ze gdy Chrystus sam poddal sie mece i smierci, nie moze uchylic sie od niej nikt. Jednakze krajalo sie w nich serce na widok Apostola, przygniecionego brzemieniem lat, trudu i bolu. Wiec Winicjusz, ktory za kilka juz dni zamierzal odwiezc Ligie do Neapolis, gdzie mieli spotkac Pomponie i udac sie dalej do Sycylii, poczal go blagac, by wraz z nimi opuscil Rzym. Lecz Apostol polozyl reke na jego glowie i odpowiedzial: - Slysze oto w duszy slowa Pana, ktory nad Jeziorem Tyberiadzkim rzekl mi: "Gdys byl mlodszym, opasowales sie i chodziles, kedys chcial, lecz gdy sie zestarzejesz, wyciagniesz rece twe, a inny cie opasze i poprowadzi, gdzie ty nie chcesz." Sluszna przeto, bym poszedl za trzoda moja. A gdy umilkli, nie rozumiejac, co mowi, dodal: - Dobiega konca trud moj, ale goscinnosc i odpocznienie znajde dopiero w domu Pana. Po czym zwrocil sie do nich, mowiac: - Pamietajcie mnie, bom was umilowal, jako ojciec miluje dzieci swoje, a co w zyciu czynic bedziecie, czyncie na chwale Pana. Tak mowiac podniosl nad nimi swe stare drzace dlonie i blogoslawil ich, oni zas tulili sie do niego, czujac, ze to jest ostatnie moze blogoslawienstwo, jakie z jego rak otrzymuja. Przeznaczonym im jednak bylo widziec go raz jeszcze. W kilka dni pozniej Petroniusz przyniosl grozne wiesci z Palatynu. Odkryto tam, iz jeden z wyzwolencow cezara byl chrzescijaninem, i znaleziono u niego listy Apostolow Piotra i Pawla z Tarsu oraz listy Jakuba, Judy i Jana. Przebywanie Piotra w Rzymie bylo juz poprzednio wiadomym Tygellinowi, sadzil jednak, ze ow zginal wraz z tysiacami innych wyznawcow. Teraz wydalo sie, ze dwaj naczelnicy nowej wiary sa dotychczas przy zyciu i znajduja sie w stolicy, postanowiono wiec odnalezc ich i chwycic za wszelka cene, gdyz spodziewano sie, iz dopiero wraz z ich smiercia ostatnie korzenie nienawistnej sekty zostana wyrwane. Petroniusz slyszal od Westynusa, iz sam cezar wydal rozkaz, by w ciagu trzech dni i Piotr, i Pawel z Tarsu byli juz w Mamertynskim wiezieniu, i ze cale oddzialy pretorianow wyslano dla przetrzasniecia wszystkich domow na Zatybrzu. Winicjusz, uslyszawszy o tym, postanowil pojsc ostrzec Apostola. Wieczorem obaj z Ursusem, przywdziawszy galijskie plaszcze oslaniajace twarze, udali sie do domu Miriam, u ktorej Piotr przebywal, polozonego na samym krancu zatybrzanskiej czesci miasta, u stop Janikulskiego wzgorza. Po drodze widzieli domy otoczone zolnierzami, ktorych prowadzili jacys nieznani ludzie. Dzielnica byla zaniepokojona, a miejscami zbieraly sie gromady ciekawych. Tu i owdzie centurionowie badali schwytanych wiezniow, wypytujac ich o Piotra Symeona i o Pawla z Tarsu. Ursus i Winicjusz wyprzedziwszy zolnierzy doszli jednak szczesliwie do mieszkania Miriam, w ktorym zastali Piotra otoczonego garstka wiernych. Tymoteusz, pomocnik Pawla z Tarsu, i Linus znajdowali sie rowniez przy boku Apostola. Na wiesc o bliskim niebezpieczenstwie Nazariusz wyprowadzil wszystkich ukrytym przejsciem do furtki ogrodowej, a nastepnie do opuszczonych kamieniolomow, odleglych o kilkaset krokow od bramy Janikulskiej. Ursus musial przy tym niesc Linusa, ktorego kosci, polamane przez tortury, nie zrosly sie dotychczas. Raz jednak znalazlszy sie w podziemiu, uczuli sie bezpieczni i przy swietle kaganka, ktory rozniecil Nazariusz, poczeli cicha narade, jak ratowac drogie im zycie Apostola. - Panie - rzekl mu Winicjusz - niech jutro switaniem Nazariusz wyprowadzi cie z miasta ku Gorom Albanskim. Tam cie odnajdziem i zabierzemy cie do Ancjum, gdzie czeka statek, ktory ma przewiezc nas oboje do Neapolis i Sycylii. Szczesliwy bedzie dzien i godzina, w ktorej wstapisz w dom moj i poblogoslawisz moje ognisko. Inni sluchali go z radoscia i nastawali na Apostola, mowiac: - Chron sie, pasterzu nasz, albowiem nie ostac ci sie w Rzymie. Przechowaj zywa prawde, aby nie zginela wraz z nami i toba. Wysluchaj nas, ktorzy blagamy cie jak ojca. - Uczyn to w imie Chrystusa! - wolali inni czepiajac sie szat jego. On zas odpowiedzial: - Dzieci moje! Ktoz wie, kiedy mu Pan kres zywota naznaczy. Lecz nie mowil, ze nie opusci Rzymu, i sam wahal sie, co uczynic, gdyz juz od dawna wkradla sie w dusze jego niepewnosc, a nawet i trwoga. Oto trzoda jego byla rozproszona, dzielo zburzone. Kosciol, ktory przed pozarem miasta wybujal jak drzewo wspaniale, obrocila w proch moc "Bestii". Nie zostalo nic procz lez, nic procz wspomnien, mak i smierci. Siejba wydala plon obfity, ale szatan wdeptal go w ziemie. Zastepy aniolow nie przyszly na pomoc ginacym i oto Neron rozsiada sie w chwale nad swiatem, straszny, potezniejszy niz kiedykolwiek, pan wszystkich morz i wszystkich ladow. Nieraz juz Bozy rybak wyciagal w samotnosci rece ku niebu i pytal: "Panie! Co mam czynic? Jakoz mi sie ostac? I jakoz, starzec bezsilny, mam walczyc z ta nieprzebrana sila Zlego, ktoremu pozwoliles wladac i zwyciezac?" I wolal tak z glebi niezmiernego bolu, powtarzajac w duszy: "Nie masz juz onych owiec, ktore mi pasc kazales, nie masz Twego Kosciola, pustka i zaloba w Twej stolicy, wiec co mi teraz rozkazesz? Mamli tu zostac czy tez wyprowadzic reszte trzody, abysmy gdzies za morzami slawili w ukryciu imie Twoje?" I wahal sie. Wierzyl, ze prawda zywa nie zginie i musi przewazyc, ale chwilami myslal, ze nie przyszedl jeszcze jej czas, ktory nadejdzie wowczas dopiero, gdy Pan zstapi na ziemie w dzien sadu w chwale i potedze stokroc od Neronowej potezniejszej. Czesto wydawalo mu sie, iz jesli sam opusci Rzym, wierni pojda za nim, a on zawiedzie ich wowczas az hen, do cienistych gajow Galilei, nad cicha ton Tyberiadzkiego Morza, do pasterzy, spokojnych jak golebie lub jako owce, ktore sie tam pasa wsrod czabrow i nardu. I coraz wieksza chec ciszy i wypoczynku, coraz wieksza tesknota za jeziorem i Galilea ogarniala rybacze serce, coraz czestsze lzy naplywaly do oczu starca. Lecz gdy na chwile uczynil juz wybor, ogarnial go nagly strach i niepokoj. Jakoz ma opuscic to miasto, w ktorym tyle krwi meczenskiej wsiaklo w ziemie i gdzie tyle ust konajacych dawalo swiadectwo prawdzie? Ma-li on jeden uchylic sie od tego? I co odpowie Panu, gdy uslyszy slowa: "Oto oni pomarli za wiare swoja, a ty uciekles?" Noce i dni uplywaly mu w trosce i zmartwieniu. Inni, ktorych rozdarly lwy, ktorych poprzybijano na krzyze, ktorych popalono w ogrodach cezara, posneli po chwilach meki w Panu, on zas spac nie mogl i czul meke wieksza od tych wszystkich, ktore obmyslali kaci dla ofiar. Swit czesto juz bielil dachy domow, gdy on wolal jeszcze z glebi rozzalonego serca: - Panie, przecz mi tu przyjsc kazales i w tym gniezdzie Bestii zalozyc stolice Twoja? Przez trzydziesci cztery lata od smierci Pana swego nie zaznal spoczynku. Z kosturem w reku obiegal swiat i opowiadal "dobra nowine". Sily jego wyczerpaly sie w podrozach i trudach, az wreszcie gdy w tym grodzie, ktory byl glowa swiata, utwierdzil dzielo Mistrza, jedno ogniste tchnienie Zlosci zzeglo je, i widzial, ze walke trzeba podjac na nowo. I jaka walke! Z jednej strony cezar, senat, lud, legie obejmujace zelazna obrecza caly swiat, nieprzeliczone grody, nieprzeliczone ziemie, potega, jakiej oko ludzkie nie widzialo, z drugiej strony on, tak zgiety wiekiem i praca, ze drzace jego rece zaledwie juz zdolaly uniesc kij podrozny. Wiec chwilami mowil sobie, ze nie jemu mierzyc sie z cezarem Romy i ze dziela tego moze dokonac tylko sam Chrystus. Wszystkie te mysli przebiegaly teraz przez jego stroskana glowe, gdy sluchal prosb ostatniej garstki swych wiernych, oni zas, otaczajac go coraz ciasniejszym kolem, powtarzali blagalnymi glosami: - Chron sie, Rabbi, i nas wyprowadz spod mocy Bestii. Wreszcie i Linus pochylil przed nim swa umeczona glowe. - Panie! - mowil - tobie Zbawiciel kazal pasc owce swoje, ale nie ma juz tu ich lub jutro ich nie bedzie, wiec idz tam, gdzie je odnalezc jeszcze mozesz. Oto zywie jeszcze slowo Boze i w Jeruzalem, i w Antiochii, i w Efezie, i w innych miastach. Co wskorasz zostawszy w Rzymie? Gdy legniesz, powiekszysz tylko tryumf Bestii. Janowi Pan nie oznaczyl kresu zycia, Pawel jest obywatelem rzymskim i bez sadu karac go nie moga, lecz jesli nad toba, Nauczycielu, rozsrozy sie moc piekielna, wowczas ci, w ktorych upadlo juz serce, pytac beda: "Ktoz jest nad Nerona?" Tys jest opoka, na ktorej zbudowany jest Kosciol Bozy. Daj nam umrzec, ale nie pozwol na zwyciestwo Antychrysta nad Namiestnikiem Bozym i nie wracaj tu, poki Pan nie skruszy tego, ktory wytoczyl krew niewinna. - Patrz na lzy nasze! - powtarzali wszyscy obecni. Lzy splywaly i po twarzy Piotra. Po chwili jednak podniosl sie i wyciagajac nad kleczacymi dlonie rzekl: - Niech imie Panskie bedzie uwielbione i niech sie stanie wola Jego! O brzasku nastepnego dnia dwie ciemne postaci posuwaly sie droga Appijska ku rowninom Kampanii. Jedna z nich byl Nazariusz, druga Piotr Apostol, ktory opuszczal Rzym i meczonych w nim wspolwyznawcow. Niebo na wschodzie przybieralo juz leciuchny odcien zielony, ktory z wolna, coraz wyrazniej bramowal sie u dolu barwa szafranna. Drzewa o srebrnych lisciach, biale marmury willi i luki wodociagow, biegnace przez rownine ku miastu, wychylaly sie z cienia. Rozjasniala sie stopniowo zielonosc nieba, nasycajac sie zlotem. Za czym wschod zaczal rozowiec i rozswiecil Gory Albanskie, ktore ukazaly sie cudne, liliowe, jakby z samych tylko blaskow zlozone. Swit odbijal sie w drzacych na lisciach drzew kroplach rosy. Mgla rzedla odkrywajac coraz szerszy widok na rownine, na lezace na niej domy, cmentarze, miasteczka i kepy drzew, miedzy ktorymi bielaly kolumny swiatyn. Droga byla pusta. Wiesniacy, ktorzy zwozili jarzyny do miasta, nie zdazyli jeszcze widocznie pozaprzegac do wozkow. Od plyt kamiennych, ktorymi az do gor wylozony byl gosciniec, szedl w ciszy odglos drewnianych postolow, jakie podrozni mieli na nogach. Potem slonce wychylilo sie przez przelecz gor, ale zarazem dziwny widok uderzyl oczy Apostola. Oto wydalo mu sie, iz zlocisty krag, zamiast wznosic sie wyzej i wyzej na niebie, zsunal sie ze wzgorz i toczy sie po drodze. Wowczas Piotr zatrzymal sie i rzekl: - Widzisz te jasnosc, ktora zbliza sie ku nam? - Nie widze nic - odpowiedzial Nazariusz. Lecz Piotr po chwili ozwal sie przysloniwszy oczy dlonia: - Jakowas postac idzie ku nam w blasku slonecznym. Do uszu ich nie dochodzil jednak najmniejszy odglos krokow. Naokol bylo cicho zupelnie. Nazariusz widzial tylko, ze w dali drza drzewa, jakby je ktos potrzasal, a blask rozlewa sie coraz szerzej na rowninie. I poczal patrzec ze zdziwieniem na Apostola. - Rabbi! Co ci jest? - zawolal z niepokojem. A z rak Piotra kostur podrozny wysunal sie na ziemie, oczy patrzyly nieruchomie przed siebie, usta byly otwarte, w twarzy malowalo sie zdumienie, radosc, zachwyt. Nagle rzucil sie na kolana z wyciagnietymi przed sie ramionami, a z ust jego wyrwal sie okrzyk: - Chryste! Chryste!... I przypadl glowa do ziemi, jakby calowal czyjes stopy. Dlugo trwalo milczenie, po czym w ciszy ozwaly sie przerywane lkaniem slowa starca: - Quo vadis, Domine?... I nie slyszal odpowiedzi Nazariusz, lecz do uszu Piotrowych doszedl glos smutny i slodki, ktory rzekl: - Gdy ty opuszczasz lud moj, do Rzymu ide, by mnie ukrzyzowano raz wtory. Apostol lezal na ziemi, z twarza w prochu, bez ruchu i slowa. Nazariuszowi wydalo sie juz, ze omdlal lub umarl, ale on powstal wreszcie, drzacymi rekoma podniosl kij pielgrzymi i nic nie mowiac zawrocil ku siedmiu wzgorzom miasta. Pachole zas, widzac to, powtorzylo jak echo: - Quo vadis, Domine?... - Do Rzymu - odrzekl cicho Apostol. I wrocil. Pawel, Jan, Linus i wszyscy wierni przyjeli go ze zdumieniem i z trwoga tym wieksza, ze wlasnie o brzasku, zaraz po jego wyjsciu, pretorianie otoczyli mieszkanie Miriam i szukali w nim Apostola. Lecz on na wszystkie pytania odpowiadal im tylko z radoscia i spokojem: - Panam widzial! I tegoz jeszcze wieczora udal sie na cmentarz ostrianski, aby nauczac i chrzcic tych, ktorzy chcieli sie skapac w wodzie zycia. I odtad przychodzil tam codziennie, a za nim ciagnely co dzien liczniejsze tlumy. Zdawalo sie, ze z kazdej lzy meczenskiej rodza sie nowi wyznawcy i ze kazdy jek na arenie odbija sie echem w tysiacznych piersiach. Cezar plawil sie we krwi, Rzym i caly swiat poganski szalal. Ale ci, ktorym dosc bylo zbrodni i szalu, ci, ktorych deptano, ci, ktorych zycie bylo zyciem niedoli i ucisku, wszyscy pognebieni, wszyscy smutni, wszyscy nieszczesni przychodzili sluchac dziwnej powiesci o Bogu, ktory z milosci dla ludzi dal sie ukrzyzowac, by odkupic ich winy. Odnajdujac zas Boga, ktorego mogli kochac, odnajdowali to, czego nie mogl dac dotychczas nikomu swiat owczesny - szczescie z milosci. A Piotr zrozumial, ze ni cezar, ni wszystkie jego legie nie zmoga prawdy zywej, ze nie zaleja jej ni lzy, ni krew i ze teraz dopiero zaczyna sie jej zwyciestwo. Zrozumial rowniez, dlaczego Pan zawrocil go z drogi: oto to miasto pychy, zbrodni, rozpusty i potegi poczynalo byc jego miastem i podwojna stolica, z ktorej plynal na swiat rzad cial i dusz. Az wreszcie spelnil sie czas dla obu Apostolow. Ale jakby na zakonczenie sluzby, danym bylo Bozemu rybakowi ulowic dwie dusze nawet i w wiezieniu. Zolnierze Processus i Martynianus, ktorzy pilnowali go w wiezieniu Mamertynskim, przyjeli chrzest. Po czym nadeszla godzina meki. Nerona nie bylo wowczas w Rzymie. Wyrok wydali Helius i Politetes, dwaj wyzwolency, ktorym cezar powierzyl na czas swej niebytnosci rzady nad Rzymem. Wiekowego Apostola poddano naprzod przepisanej przez prawo chloscie, a nastepnego dnia wywiedziono za mury miasta, ku wzgorzom Watykanskim, gdzie mial poniesc przeznaczona mu kare krzyza. Zolnierzy dziwil tlum, ktory zebral sie przed wiezieniem, gdyz w pojeciu ich smierc prostego czlowieka i w dodatku cudzoziemca nie powinna byla budzic tyle zajecia, nie rozumieli zas, ze korowod ow nie skladal sie z ciekawych, ale z wyznawcow, pragnacych odprowadzic na miejsce kazni Wielkiego Apostola. Po poludniu otworzyly sie wreszcie bramy wiezienia i Piotr ukazal sie wsrod oddzialu pretorianow. Slonce znizylo sie juz nieco ku Ostii, dzien byl cichy i pogodny. Piotrowi ze wzgledu na jego sedziwe lata nie kazano niesc krzyza, sadzono bowiem, ze go udzwignac nie zdola, ani tez nie zalozono mu widel na szyje, by mu nie utrudniac pochodu. Szedl wolny i wierni mogli go widziec doskonale. W chwili gdy wsrod zelaznych helmow zolnierskich ukazala sie jego biala glowa, placz rozlegl sie w tlumie, lecz natychmiast prawie ustal, albowiem twarz starca miala w sobie tyle pogody i taka jasniala radoscia, iz wszyscy pojeli, ze to nie ofiara idzie ku straceniu, ale zwyciezca odbywa pochod tryumfalny. Jakoz tak bylo. Rybak, zwykle pokorny i pochylony, szedl teraz wyprostowany, wyzszy wzrostem od zolnierzy, pelen powagi. Nigdy nie widziano w postawie jego tyle majestatu. Zdawac by sie moglo, iz to monarcha posuwa sie, otoczony przez lud i zolnierzy. Ze wszystkich stron podniosly sie glosy: "Oto Piotr odchodzi do Pana." Wszyscy jakby zapomnieli, ze czeka go meka i smierc. Szli w uroczystym skupieniu, ale w spokoju, czujac, ze od smierci na Golgocie nie stalo sie dotychczas nic rownie wielkiego i ze jako tamta odkupila swiat caly, tak ta ma odkupic to miasto. Po drodze ludzie zatrzymywali sie ze zdziwieniem na widok tego starca, wyznawcy zas, kladnac im rece na ramiona, mowili spokojnymi glosami: "Patrzcie, jako umiera sprawiedliwy, ktory znal Chrystusa i opowiadal milosc na swiecie." A owi wpadali w zadume, po czym odchodzili mowiac sobie: "Zaprawde, ten nie mogl byc niesprawiedliwy." Po drodze milkly wrzaski i wolania uliczne. Orszak posuwal sie wsrod domow swiezo wzniesionych, wsrod bialych kolumn swiatyn, nad ktorych naczolkami wisialo niebo glebokie, ukojone i blekitne. Szli w ciszy; czasem tylko zabrzeczaly zbroje zolnierzy lub podniosl sie szmer modlitw. Piotr sluchal ich i twarz jasniala mu coraz wieksza radoscia, albowiem wzrok jego zaledwie mogl ogarnac owe tysiace wyznawcow. Czul, ze dziela dokonal, i wiedzial juz, ze ta Prawda, ktora cale zycie opowiadal, zaleje wszystko jak fala i ze nic juz powstrzymac jej nie zdola. A tak myslac, podnosil oczy ku gorze i mowil: "Panie, kazales mi podbic ten grod, ktory panuje swiatu, wiecem go podbil. Kazales mi zalozyc w nim stolice swoja, wiecem ja zalozyl. To Twoje miasto teraz, Panie, a ja ide do Ciebie, bom sie spracowal bardzo." Przechodzac wiec kolo swiatyn mowil im: "Chrystusowymi swiatyniami bedziecie." Patrzac na roje ludzi, przesuwajacych sie przed jego oczyma, mowil im: "Chrystusowymi beda wasze dzieci slugami." I szedl w poczuciu spelnionego podboju, swiadom swej zaslugi, swiadom mocy, ukojony, wielki. Zolnierze poprowadzili go przez most Tryumfalny, jakby mimo woli dajac jego tryumfowi swiadectwo, i wiedli dalej ku Naumachii i cyrkowi. Wierni z Zatybrza przylaczyli sie do pochodu i uczynila sie gestwa ludu tak wielka, iz centurion, przywodzacy pretorianom, domysliwszy sie wreszcie, iz prowadzi jakowegos arcykaplana, ktorego otaczaja wierni, zaniepokoil sie zbyt mala liczba zolnierzy. Lecz ani jeden okrzyk oburzenia lub wscieklosci nie ozwal sie w tlumie. Twarze byly przejete wielkoscia chwili, uroczyste i zarazem pelne oczekiwania, niektorzy bowiem wyznawcy przypominajac sobie, iz przy smierci Pana ziemia rozstepowala sie z przerazenia, a umarli podnosili sie z grobow, mysleli, ze i teraz nastapia moze jakies znaki widome, po ktorych nie zatrze sie przez wieki smierc Apostola. Inni mowili sobie nawet: "A nuz Pan wybierze godzine Piotrowa, aby zstapic z nieba, jako byl przyobiecal, i uczynic sad nad swiatem." W tej zas mysli polecali sie milosierdziu Zbawiciela. Ale naokol bylo spokojnie. Wzgorza zdawaly sie wygrzewac i odpoczywac w sloncu. Pochod zatrzymal sie wreszcie miedzy cyrkiem a wzgorzem Watykanskim. Zolnierze wzieli sie teraz do kopania dolu, inni polozyli na ziemi krzyz, mloty i gwozdzie, czekajac, poki przygotowania nie zostana ukonczone, tlum zas, cichy zawsze i skupiony, kleknal naokol. Apostol, z glowa w promieniach i zlotych blaskach, zwrocil sie po raz ostatni ku miastu. Z dala, nieco w dole, widac bylo Tyber swiecacy; po drugim brzegu pole Marsowe, wyzej mauzoleum Augusta, nizej olbrzymie termy, ktore Nero wlasnie byl wznosic poczal, jeszcze nizej teatr Pompejusza, a za nimi miejscami widne, miejscami zakryte przez inne budowy Saepta Julia, mnostwo portykow, swiatyn, kolumn, spietrzonych gmachow i wreszcie hen, w dali, wzgorza oblepione domami, olbrzymie rojowisko ludzkie, ktorego krance niknely w mgle blekitnej, gniazdo zbrodni, ale i sily, szalenstwa, ale i ladu, ktore stalo sie glowa swiata, jego ciemiezca, ale zarazem jego prawem i pokojem, wszechpotezne, nieprzemozone, wieczyste. Piotr zas, otoczony zolnierzami, spogladal na nie tak, jakby spogladal wladca i krol na swe dziedzictwo. I mowil: "Odkupiones jest i moje." A nikt, nie tylko miedzy zolnierstwem kopiacym dol, w ktory miano wstawic krzyz, ale nawet miedzy wyznawcami, nie umial odgadnac, ze istotnie stoi miedzy nimi prawdziwy wladca tego grodu i ze mina cezarowie, przeplyna fale barbarzyncow, mina wieki, a ow starzec bedzie tu panowal nieprzerwanie. Slonce chylilo sie jeszcze bardziej ku Ostii i stalo sie wielkie i czerwone. Cala zachodnia strona nieba poczela plonac blaskiem niezmiernym. Zolnierze zblizyli sie do Piotra, by go rozebrac. Lecz on, modlac sie, wyprostowal sie nagle i wyciagnal wysoko prawice. Oprawcy zatrzymali sie jakby oniesmieleni jego postawa; wierni zatrzymali rowniez oddech w piersiach, sadzac, ze chce przemowic, i nastala cisza niezmacona. On zas, stojac na wyniesieniu, poczal wyciagnieta prawica czynic znak krzyza, blogoslawiac w godzinie smierci: - Urbi et orbi! A w ten sam cudny wieczor inny oddzial zolnierzy prowadzil droga Ostyjska Pawla z Tarsu ku miejscowosci zwanej Aquae Salvia. I za nim rowniez postepowala gromada wiernych, ktorych nawrocil, a on poznawal blizszych znajomych, zatrzymywal sie i rozmawial z nimi, gdyz jako obywatelowi rzymskiemu, straz okazywala mu wieksze wzgledy. Za brama, zwana Tergemina, spotkal Plautylle, corke prefekta Flawiusza Sabinusa, i widzac jej mloda twarz zalana lzami, rzekl: "Plautyllo, corko Zbawienia wiecznego, odejdz w pokoju. Pozycz mi tylko zaslony, ktora zawiaza mi oczy w chwili, gdy bede odchodzil do Pana." I wziawszy zaslone szedl dalej, z twarza tak pelna radosci, z jaka robotnik, ktory przepracowal dobrze dzien caly, wraca do domu. Mysli jego, podobnie do Piotrowych, byly spokojne i pogodne jak owo niebo wieczorne. Oczy patrzyly w zamysleniu na rownine, ktora ciagnela sie przed nimi, i na Gory Albanskie, zanurzone w swietle. Rozpamietywal o swoich podrozach, o trudach i pracy, o walkach, w ktorych zwyciezal, i kosciolach, ktore po wszystkich ziemiach i za wszystkimi morzami zalozyl, i myslal, ze dobrze zarobil na spoczynek. I on takze dziela dokonal. Czul, ze siejby jego nie rozwieje juz wiatr zlosci. Odchodzil z ta pewnoscia, ze w walce, ktora jego Prawda wypowiedziala swiatu, ona zwyciezy, i niezmierna pogoda zstepowala mu do duszy. Droga na miejsce stracenia byla daleka i wieczor poczal zapadac. Gory staly sie purpurowe, a podnoza ich zapadaly z wolna w cien. Trzody wracaly do domow. Gdzieniegdzie szly gromadki niewolnikow z narzedziami pracy na ramionach. Przed domami na drodze bawily sie dzieci spogladajac z ciekawoscia na przechodzacy oddzial zolnierzy. W tym zas wieczorze, w tym przezroczym zlotym powietrzu byl nie tylko spokoj i ukojenie, ale jakowas harmonia, ktora z ziemi zdawala sie podnosic ku niebu. A Pawel slyszal ja i serce przepelnialo mu sie radoscia na mysl, ze do owej muzyki swiata dodal dzwiek jeden, ktorego nie bylo dotad, a bez ktorego ziemia cala byla "jako miedz brzakajaca i jako cymbal brzmiacy". I przypominal sobie, jako uczyl ludzi milosci, jako im mowil, iz chocby rozdali majetnosc na ubogich i chocby posiedli wszystkie jezyki i wszystkie tajemnice, i wszystkie nauki, niczym nie beda bez milosci, ktora jest laskawa, cierpliwa, ktora zlego nie wyrzadza, nie pragnie czci, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego sie nadziewa, wszystko wytrwa. Oto mu wiek zycia splynal na nauczaniu ludzi takiej Prawdy. A teraz mowil sobie w duszy: "Jakaz sila jej sprosta i coz ja zwyciezy? Jakoz przytlumic ja zdola cezar, chocby dwakroc mial tyle legionow, dwakroc tyle miast i morz, i ziem, i narodow?" I szedl po zaplate jako zwyciezca. Orszak porzucil wreszcie wielka droge i skrecil na wschod waska sciezka ku Salwijskim Wodom. Na wrzosach lezalo slonce czerwone. Przy zrodle centurion zatrzymal zolnierzy, albowiem chwila nadeszla. Lecz Pawel zarzuciwszy na ramie zaslone Plautylli, aby zawiazac sobie nia oczy, wzniosl po raz ostatni zrenice, pelne niezmiernego spokoju, ku odwiecznym blaskom wieczornym i modlil sie. Tak! Chwila nadeszla, ale on widzial przed soba wielki gosciniec z zorz, wiodacy ku niebu, i w duszy mowil sobie te same slowa, ktore poprzednio w poczuciu swej spelnionej sluzby i bliskiego konca napisal: "Potykaniem dobrym potykalem sie, wiarem zachowal, zawodum dokonal, na ostatek przeznaczon mi jest wieniec sprawiedliwosci." Rzym szalal po dawnemu, tak iz zdawalo sie, ze to miasto, ktore podbilo swiat, poczyna sie wreszcie z bruku przewodnikow rozdzierac samo w sobie. Jeszcze zanim dla Apostolow wybila ostatnia godzina, przyszedl spisek Pizona, a po nim kosba tak nieublagana najwyzszych glow w Rzymie, ze tym nawet, ktorzy widzieli bostwo w Neronie, wydal sie on w koncu bostwem smierci. Zaloba padla na miasto, strach rozsiadl sie po domach i w sercach, ale portyki wienczyly sie bluszczem i kwiatami, nie wolno bylo okazywac zalu po zmarlych. Ludzie, ktorzy budzili sie z rana, zadawali sobie pytanie, czyja dzis kolej nadejdzie. Orszak mar, ciagnacych za cezarem, powiekszal sie z dniem kazdym. Pizo przyplacil glowa spisek, a za nim poszli Seneka i Lukan, Feniusz Rufus i Plaucjusz Lateranus, i Flawiusz Scewinus, i Afraniusz Kwincjanus, i rozpustny towarzysz szalenstw cezara Tuliusz Senecjo, i Prokulus, i Ararykus, i Tugurynus, i Gratus, i Silanus, i Proksymus, i Subriusz Flawiusz, niegdys oddany cala dusza Neronowi, i Sulpicjusz Asper. Jednych gubila wlasna nikczemnosc, innych bojazn, innych bogactwa, innych mestwo. Cezar, przerazony sama liczba spiskowych, okryl zolnierstwem mury i trzymal miasto jakby w oblezeniu, wysylajac co dzien centurionow z wyrokami smierci do podejrzanych domow. Skazani plaszczyli sie jeszcze w listach, pelnych pochlebstw, dziekujac cezarowi za wyrok i zapisujac mu czesc mienia, aby reszte dla dzieci ocalic. Zdawalo sie w koncu, ze Nero umyslnie przebiera wszelka miare, by sie przekonac, do jakiego stopnia znikczemnieli ludzie i jak dlugo zniosa krwawe rzady. Za spiskowymi wytracano ich krewnych, przyjaciol i prostych nawet znajomych. Mieszkancy wspanialych, wzniesionych po pozarze domow, wychodzac na ulice, byli pewni, iz ujrza cale szeregi pogrzebow. Pompejusz, Korneliusz Marcjalis, Flawiusz Nepos i Stacjusz Domicjusz zgineli, oskarzeni o brak milosci dla cezara; Nowiusz Pryskus, jako przyjaciel Seneki; Rufiusza Kryspina pozbawiono prawa ognia i wody dlatego, ze niegdys byl mezem Poppei. Wielkiego Trazeasza zgubila cnota, wielu przyplacilo zyciem szlachetne pochodzenie, nawet i Poppea padla ofiara chwilowego uniesienia cezara. A senat plaszczyl sie przed straszliwym wladca, wznosil na jego czesc swiatynie, czynil wota za jego glos, wienczyl jego posagi i przeznaczal mu kaplanow, jak bostwu. Senatorowie ze drzeniem w duszy szli na Palatyn, by wielbic spiew "Periodonicesa" i szalec z nim razem wsrod orgii nagich cial, wina i kwiatow. A tymczasem z dolu, na roli przesiaklej krwia i lzami, wzrastala cicho, ale coraz potezniej, siejba Piotrowa. Winicjusz do Petroniusza: "Wiemy i tu, carissime, co dzieje sie w Rzymie, a czego nie wiemy, to nam dopowiadaja listy twoje. Gdy rzucisz kamien w wode, fale rozchodza sie coraz dalej i dalej naokol, wiec taka fala szalu i zlosci doszla z Palatynu az do nas. Po drodze do Grecji byl tu wyslany przez cezara Karynas, ktory zlupil miasta i swiatynie, by prozny skarb zapelnic. Za cene potu i lez ludzkich buduje sie w Rzymie Domus Aurea. Byc moze, ze swiat nie ogladal dotad takiego domu, ale tez nie ogladal i krzywd takich. Ty przecie znasz Karynasa. Podobnym do niego byl Chilo, zanim smiercia nie odkupil zycia. Lecz do lezacych w naszym poblizu miasteczek nie dotarli jego ludzie, moze dlatego, ze nie masz w nich swiatyn i skarbow. Pytasz, czysmy bezpieczni? Odpowiem ci tylko, zesmy zapomniani, i niech ci to wystarczy za odpowiedz. Oto w tej chwili z portyku, pod ktorym pisze, widze nasza spokojna zatoke, a na niej Ursusa w lodzi, zapuszczajacego siec w jasne tonie. Zona moja przedzie czerwona welne obok mnie, a w ogrodach pod cieniem drzew migdalowych spiewaja nasi niewolnicy. O, co za spokoj, carissime, i jakie zapomnienie dawnych trwog i bolesci! Ale to nie Parki, jak piszesz, przeda tak slodko nic naszego zywota, to blogoslawi nam Chrystus, umilowany nasz Bog i Zbawiciel. Zal i lzy znamy, bo nasza Prawda kaze nam plakac nad cudza niedola, ale nawet i w owych lzach tkwi nie znana wam pociecha, ze kiedys, gdy splynie czas zycia naszego, odnajdziem tych wszystkich drogich, ktorzy zgineli i za Boska nauke maja zginac jeszcze. Dla nas Piotr i Pawel nie zmarli, lecz narodzili sie w chwale. Dusze nasze ich widza i gdy oczy placza, serca wesela sie ich weselem. O tak, drogi, jestesmy szczesliwi szczesciem, jakiego nic zburzyc nie zdola, poniewaz smierc, ktora dla was jest koncem wszystkiego, dla nas bedzie tylko przejsciem do wiekszego jeszcze spokoju, wiekszego kochania, wiekszej radosci. I tak nam plyna tu dni i miesiace w pogodzie serc. Sludzy nasi i niewolnicy wierza rowniez, jak i my, w Chrystusa, a ze On milosc nakazal, wiec milujemy sie wszyscy. Nieraz, gdy slonce zachodzi lub gdy ksiezyc blyszczy juz na wodzie, rozmawiamy z Ligia o dawnych czasach, ktore dzis snem nam sie wydaja, a gdy pomysle, jak ta droga glowa, ktora dzis co dzien kolysze na piersiach, bliska byla meki i zaglady, cala dusza wielbie mojego Pana, bo z tych rak On jeden mogl ja wyrwac, ocalic z areny i wrocic mi na zawsze. O Petroniuszu, widziales przecie, ile ta nauka daje pociechy i wytrwania w niedoli, ile cierpliwosci i odwagi wobec smierci, wiec przyjedz, zobacz, ile daje szczescia w zwyklych, powszednich dniach zycia. Ludzie, widzisz, nie znali dotad Boga, ktorego by mozna milowac, przeto nie milowali sie i miedzy soba i stad szla ich niedola, bo jako swiatlo ze slonca, tak szczescie z milosci wyplywa. Nie nauczyli ich tej prawdy ni prawodawcy, ni filozofowie, i nie bylo jej ni w Grecji, ni w Rzymie, a gdy mowie: ni w Rzymie, to znaczy na ziemi calej. Oschla i zimna nauka stoikow, do ktorej garna sie ludzie cnotliwi, hartuje serca jak miecze, ale zobojetnia je raczej, zamiast je czynic lepszymi. Lecz po co ja mowie to tobie, ktorys wiecej sie uczyl i wiecej rozumiesz ode mnie. Tys przecie znal takze Pawla z Tarsu i nieraz rozmawiales z nim dlugo, wiec wiesz najlepiej, zali wobec prawdy, ktora on opowiadal, wszystkie nauki waszych filozofow i retorow nie sa czczymi bankami i pustym brzekiem slow bez znaczenia? Pamietasz pytanie, ktore on ci zadal: "A gdyby cezar byl chrzescijaninem, zalibyscie sie nie czuli bezpieczniejsi, pewniejsi posiadania tego, co posiadacie, prozni trwog i spokojni o wasze jutro?" Ales ty mowil mi, ze nasza prawda jest nieprzyjaciolka zycia, a ja odpowiadam ci teraz, ze gdybym od poczatku listu powtarzal tylko dwa wyrazy: "Jestem szczesliwy!", jeszcze bym szczescia mego wyrazic ci nie zdolal. Powiesz mi na to, ze szczescie moje to Ligia! Tak, drogi! Dlatego, ze kocham jej dusze niesmiertelna i ze oboje milujemy sie w Chrystusie, a w takiej milosci nie masz ni rozlaczen, ni zdrad, ni zmian, ni starosci, ni smierci. Bo gdy minie mlodosc i uroda, gdy zwiedna ciala nasze i przyjdzie smierc, milosc sie ostoi, gdyz ostoja sie dusze. Zanim oczy moje otworzyly sie na swiatlo, gotow bylem dla Ligii podpalic nawet dom wlasny, a teraz ci mowie: nie kochalem jej, bo kochac dopiero mnie Chrystus nauczyl. W Nim jest zrodlo szczescia i spokoju. Toc nie ja mowie, jeno oczywistosc sama. Porownaj wasze podszyte trwoga rozkosze, wasze niepewne jutra upojenia, wasze orgie, podobne do styp pogrzebowych, z zyciem chrzescijan, a znajdziesz gotowa odpowiedz. Lecz abys mogl lepiej porownac, przyjedz w nasze pachnace czabrem gory, do naszych cienistych gajow oliwnych, nad nasze pokryte bluszczem brzegi. Czeka cie tu spokoj, jakiegos dawno nie zaznal, i serca, ktore cie kochaja prawdziwie. Tys, majac dusze szlachetna i dobra, powinien byc szczesliwy. Twoj bystry umysl potrafi prawde rozpoznac, a gdy poznasz, to ja pokochasz, bo moze mozna byc jej wrogiem, jak cezar i Tygellin, ale obojetnym dla niej nikt byc nie potrafi. O moj Petroniuszu, oboje z Ligia cieszymy sie nadzieja, ze cie ujrzymy niezadlugo. Badz zdrow, szczesliwy i przybywaj." Petroniusz odebral list Winicjusza w Cumae, dokad byl wyjechal wraz z innymi augustianami, dazacymi za cezarem. Dlugoletnia jego walka z Tygellinem miala sie ku koncowi. Petroniusz wiedzial juz, ze musi w niej pasc, i rozumial tego powody. W miare jak cezar z kazdym dniem spadal coraz nizej do roli komedianta, blazna i woznicy, w miare jak grzazl coraz bardziej w chorobliwej, plugawej i zarazem grubej rozpuscie, wykwintny arbiter elegantiae stawal mu sie tylko ciezarem. Gdy Petroniusz nawet milczal, Nero widzial w jego milczeniu przygane, nawet gdy pochwalal, widzial szyderstwo. Swietny patrycjusz draznil jego milosc wlasna i wzbudzal zazdrosc. Jego bogactwa i wspaniale dziela sztuki staly sie przedmiotem pozadliwosci i wladcy, i wszechwladnego ministra. Oszczedzano go dotad ze wzgledu na wyjazd do Achai, w ktorej jego smak, jego znajomosc rzeczy greckich mogly sie przydac. Lecz z wolna Tygellin poczal tlumaczyc cezarowi, ze Karynas przewyzsza jeszcze smakiem i wiedza Petroniusza i ze lepiej od niego potrafi urzadzac w Achai igrzyska, przyjecia i tryumfy. Od tej chwili Petroniusz byl zgubiony. Nie smiano jednak przeslac mu wyroku w Rzymie. I cezar, i Tygellin przypominali sobie, ze ten niby zniewiescialy esteta, "czyniacy z nocy dzien", zajety tylko rozkosza, sztuka i ucztami, gdy byl prokonsulem w Bitynii, a potem konsulem w stolicy, okazal zadziwiajaca pracowitosc i energie. Uwazano go za zdolnego do wszystkiego, a wiedziano, ze w Rzymie posiada milosc nie tylko ludu, lecz nawet pretorianow. Nikt z poufnych cezara nie umial przewidziec, jak w danym razie postapi, zdawalo sie wiec rzecza roztropniejsza wywabic go z miasta i dosiegnac dopiero na prowincji. W tym celu otrzymal zaproszenie, by wraz z innymi augustianami przybyl do Cumae, on zas, chociaz domyslal sie podstepu, wyjechal, moze dlatego, by nie wystapic z jawnym oporem, moze, by pokazac raz jeszcze cezarowi i augustianom wesola, prozna wszelkich trosk twarz i odniesc ostatnie, przedsmiertne nad Tygellinem zwyciestwo. Tymczasem ow oskarzyl go natychmiast o przyjazn z senatorem Scewinusem, ktory byl dusza spisku Pizona. Ludzi Petroniusza, pozostalych w Rzymie, uwieziono, dom obstawiono straza pretorianska. Lecz on dowiedziawszy sie o tym nie okazal ni trwogi, ni nawet zaklopotania i z usmiechem rzekl do augustianow, ktorych podejmowal we wlasnej wspanialej willi w Cumae: - Ahenobarbus nie lubi pytan wprost, wiec zobaczycie, jak sie zmiesza, gdy go zapytam, czy to on rozkazal uwiezic moja familie w stolicy. Po czym zapowiedzial im uczte "przed dalsza podroza" i wlasnie czynil do niej przygotowania, gdy nadszedl list Winicjusza. Petroniusz odebrawszy go zamyslil sie nieco, po chwili jednak twarz zajasniala mu zwykla pogoda, i wieczorem tegoz samego dnia odpisal, co nastepuje: "Ciesze sie waszym szczesciem i podziwiam wasze serca, carissime, albowiem nie sadzilem, by dwoje zakochanych moglo o kims trzecim i dalekim pamietac. Wy zas nie tylko nie zapomnieliscie o mnie, ale chcecie mnie namowic do Sycylii, by podzielic sie ze mna waszym chlebem i waszym Chrystusem, ktory, jak piszesz, tak hojnie wam szczescia przysparza. Jesli tak jest, czcijcie go. Ja mysle, drogi, ze Ligie powrocil ci takze troche Ursus, a troche lud rzymski. Gdyby cezar byl innym czlowiekiem, myslalbym nawet, ze zaniechano dalszych przesladowan ze wzgledu na twoje z nim powinowactwo przez te wnuczke, ktora Tyberiusz oddal swego czasu jednemu z Winicjuszow. Skoro jednak mniemasz, ze to Chrystus, nie bede sie sprzeczal z toba. Tak! Nie zalujcie mu ofiar. Prometeusz rowniez poswiecil sie dla ludzi, ale eheu! Prometeusz podobno jest tylko wymyslem poetow, ludzie zas wiarygodni mowili mi, ze Chrystusa na wlasne ogladali oczy. Ja razem z wami mysle, ze to najuczciwszy z bogow. Pytanie Pawla z Tarsu pamietam, i zgadzam sie, ze gdyby na przyklad Ahenobarbus zyl wedle nauki Chrystusa, to moze bym mial czas pojechac do was, do Sycylii. Wowczas pod cieniem drzew, u zrodel, wiedlibysmy rozmowy o wszystkich bogach i wszystkich prawdach, jak wiedli je niegdys filozofowie greccy. Dzis krotka musze ci dac odpowiedz. Dwoch chce znac tylko filozofow: jeden zowie sie Pirron, drugi Anakreont. Reszte tanio ci sprzedac moge wraz z cala szkola greckich i naszych stoikow. Prawda mieszka gdzies tak wysoko, ze sami bogowie nie moga jej dojrzec ze szczytu Olimpu. Tobie, carissime, wydaje sie, ze wasz Olimp wyzszy jeszcze, i stojac na nim wolasz na mnie: "Wejdz, a zobaczysz takie widoki, jakich nie widziales dotychczas!" Byc moze. Ale ja ci odpowiadam: "Przyjacielu, nog nie mam!" I gdy doczytasz do konca ten list, sadze, ze przyznasz mi slusznosc. Nie! szczesliwy malzonku krolewny-jutrzenki! Wasza nauka nie dla mnie. Mamze milowac Bitynczykow, ktorzy nosza moja lektyke, Egipcjan, ktorzy pala w moich kapielach, Ahenobarba i Tygellina? Na biale kolana Charytek przysiegam ci, ze chocbym chcial, nie potrafie. W Rzymie jest najmniej sto tysiecy ludzi majacych albo krzywe lopatki, albo grube kolana, albo wyschle lydki, albo okragle oczy, albo za wielkie glowy. Czy kazesz mi ich kochac takze? Gdzie mam odnalezc te milosc, skoro jej w sercu nie czuje? A jesli wasz Bog chce, bym milowal ich wszystkich, czemu w swojej wszechmocy nie dal im ksztaltu na przyklad Niobidow, ktorych na Palatynie widziales? Kto kocha pieknosc, dla tego samego nie moze kochac brzydoty. Inna rzecz nie wierzyc w naszych bogow, ale milowac ich mozna, jak milowali ich Fidiasz i Praksyteles, i Miron, i Skopas, i Lizypp. Gdybym nawet chcial isc tam, gdzie mnie prowadzisz, nie moge. Ze zas nie chce, a wiec po dwakroc nie moge. Ty wierzysz, jak Pawel z Tarsu, ze kiedys, z drugiej strony Styksu, na jakichs Polach Elizejskich bedziecie widzieli waszego Chrystusa. Dobrze! Niech ci sam wowczas powie, czy by mnie przyjal z moimi gemmami, z moja waza mirrenska i z wydaniami od Sozjuszow, i z moja Zlotowlosa. Na mysl o tym smiac mi sie chce, moj drogi, boc przecie nawet i Pawel z Tarsu mowil mi, ze dla Chrystusa trzeba sie wyrzec rozanych wiencow, uczt i rozkoszy. Wprawdzie mi inne obiecywal szczescie, alem mu odrzekl, zem na takie inne za stary i ze rozami zawsze beda sie cieszyly oczy moje, a won fiolkow takze mi zawsze milsza bedzie niz won brudnego "blizniego" z Subury. To sa przyczyny, dla ktorych wasze szczescie nie dla mnie. Lecz jest procz tego jeszcze jedna, ktoram ci schowal na ostatek. Oto mnie wola Tanatos. Dla was poczyna sie swit zycia, a dla mnie slonce juz zaszlo i zmierzch ogarnia mi glowe. Innymi slowy, ja musze umrzec, carissime. Nie warto o tym mowic dlugo. Tak musialo sie skonczyc. Ty, ktory znasz Ahenobarba, z latwoscia to zrozumiesz. Tygellinus mnie zwyciezyl, a raczej nie! To tylko moje zwyciestwa dobiegly konca. Zylem, jak chcialem, i umre, jak mi sie podoba. Nie bierzcie tego do serca. Zaden bog nie obiecal mi niesmiertelnosci, wiec nie spotyka mnie rzecz niespodziana. Przy tym ty mylisz sie, Winicjuszu, twierdzac, ze tylko wasze bostwo uczy umierac spokojnie. Nie. Swiat nasz wiedzial przed wami, ze gdy ostatnia czara wychylona, czas odejsc, spoczac, i umie to jeszcze czynic pogodnie. Plato powiada, ze cnota jest muzyka, a zycie medrca harmonia. Jesli tak jest, to umre, jak zylem, cnotliwie. Chcialbym twa boska malzonke pozegnac jeszcze slowy, ktorymi powitalem ja niegdys w domu Aulusow: "Roznym ja sie, przeroznym napatrzyl narodom, a rownej tobie nie znam." Wiec jesli dusza jest czyms wiecej, niz mniema Pirron, to moja zaleci do was po drodze na krance Okeanosa i siedzie przy waszym domu w postaci motyla albo, jak wierza Egipcjanie, krogulca. Inaczej przybyc nie moge. A tymczasem niech wam Sycylia zmieni sie w ogrod Hesperyd, niech polne, lesne i zrodlane boginki sypia wam kwiaty po drodze, a po wszystkich akantach w kolumnach waszego domu niech gniezdza sie biale golebie." Jakoz Petroniusz nie mylil sie. W dwa dni pozniej mlody Nerwa, zawsze mu zyczliwy i oddany, przyslal do Cumae swego wyzwolenca z wiadomosciami o wszystkim, co dzialo sie na dworze cezara. Zguba Petroniusza byla juz postanowiona. Nazajutrz wieczor zamierzano wyslac do niego centuriona z rozkazem, aby zatrzymal sie w Cumae i czekal tam dalszych rozporzadzen. Nastepny poslaniec, wyprawiony w kilka dni pozniej, mial przyniesc mu wyrok smierci. Petroniusz wysluchal wiesci wyzwolenca z niezmacona pogoda, po czym rzekl: - Zaniesiesz swemu panu jedna z waz moich, ktora ci wrecze przed droga. Powiedz mu tez ode mnie, ze mu dziekuje z calej duszy, gdyz w ten sposob bede mogl uprzedzic wyrok. I nagle poczal sie smiac jak czlowiek, ktory wpadlszy na doskonala mysl cieszy sie z gory jej wykonaniem. A tegoz jeszcze wieczora jego niewolnicy rozbiegli sie zapraszajac wszystkich bawiacych w Cumae augustianow i wszystkie augustianki na uczte do wspanialej willi arbitra elegancji. On zas sam pisal w godzinach popoludniowych w bibliotece, po czym wzial kapiel, po ktorej kazal sie ubrac westyplikom, i swietny, strojny, podobny do bogow, zaszedl do triclinium, by rzucic okiem znawcy na przygotowania, a nastepnie do ogrodow, gdzie pacholeta i mlode Greczynki z wysp wily z roz wience do wieczerzy. Na twarzy jego nie bylo widac najmniejszej troski. Sluzba poznala tylko z tego, ze uczta bedzie czyms nadzwyczajnym, iz rozkazal dac niezwykle nagrody tym, z ktorych byl zadowolony, zas lekka chloste wszystkim, ktorych robota nie przypadla mu do smaku lub ktorzy przedtem jeszcze zasluzyli na nagane i kare. Cytarzystom i spiewakom polecil z gory hojnie zaplacic, a w koncu siadlszy w ogrodzie pod bukiem, przez ktorego liscie przedzieraly sie promienie sloneczne pstrzac ziemie jasnymi plamami, wezwal do siebie Eunice. Przyszla, ubrana bialo, z galazka mirtu na wlosach, cudna jak Charyta, on zas posadzil ja kolo siebie i lekko dotknawszy palcami jej skroni poczal patrzec na nia z takim rozmilowaniem, z jakim znawca patrzy na boski posag, ktory wyszedl spod dluta mistrza. - Eunice - rzekl do niej - czy ty wiesz, ze od dawna juz nie jestes niewolnica? A ona podniosla na niego swoje spokojne, blekitne jak niebo oczy i poczela zaprzeczac ruchem glowy. - Jestem, panie, zawsze - odrzekla. - Lecz moze tego nie wiesz - mowil dalej Petroniusz - ze ta willa i ci niewolnicy, ktorzy tam wija wience, i wszystko, co w niej jest, i pola, i stada naleza od dzis do ciebie. Eunice uslyszawszy to odsunela sie nagle od niego i glosem, w ktorym zabrzmial nagly niepokoj, zapytala: - Czemu mi to mowisz, panie? Nastepnie zblizyla sie znow i poczela patrzec na niego, mrugajac z przerazenia oczyma. Po chwili twarz jej stala sie blada jak plotno, on zas usmiechal sie ciagle i wreszcie rzekl jedno tylko slowo: - Tak! Nastala chwila milczenia, tylko lekki powiew poruszal liscmi buku. Petroniusz mogl istotnie sadzic, ze ma przed soba posag wykuty z bialego marmuru. - Eunice! - rzekl - Chce umrzec pogodnie. A dziewczyna, spojrzawszy nan z rozdzierajacym usmiechem, wyszeptala: - Slucham cie, panie. Wieczorem goscie, ktorzy bywali juz nieraz na ucztach Petroniusza i wiedzieli, ze w porownaniu z nimi nawet uczty cezara wydaja sie nudne i barbarzynskie, poczeli sie schodzic tlumnie, nikomu zas ani przez mysl nie przeszlo, by to mial byc "symposion" ostatni. Wielu wiedzialo wprawdzie, ze nad wykwintnym arbitrem zawisly chmury niecheci cezara, ale zdarzalo sie juz to tyle razy i tyle razy Petroniusz umial je rozproszyc jakims jednym zrecznym postepkiem lub jednym smialym slowem, ze naprawde nikt nie przypuszczal, by mialo mu grozic powazne niebezpieczenstwo. Jego wesola twarz i zwykly niedbaly usmiech utwierdzily do reszty wszystkich w tym mniemaniu. Sliczna Eunice, ktorej powiedzial, ze chce umrzec pogodnie, a dla ktorej kazde jego slowo bylo jakby slowem wyroczni, miala w boskich rysach spokoj zupelny i jakies dziwne swiatla w zrenicach, ktore mozna bylo za radosc poczytac. We drzwiach triclinium pacholeta z wlosami w zlotych siatkach kladly wience z roz na glowy przybylych, ostrzegajac ich zarazem wedle zwyczaju, by przestepowali prog prawa noga. W sali rozchodzil sie lekki zapach fiolkow; swiatla plonely w roznokolorowych szklach aleksandryjskich. Przy lawach staly greckie dziewczatka, majace zwilzac woniami stopy gosci. Pod scianami cytrzysci i spiewacy atenscy czekali znaku swego chorowoda. Nakrycie stolu jasnialo przepychem, lecz przepych ow nie razil, nie ciazyl nikomu i zdawal sie sam przez sie wykwitac. Wesolosc i swoboda rozlewaly sie wraz z wonia fiolkow po sali. Goscie, wchodzac tu, czuli, ze nie zawisnie nad nimi ni przymus, ni grozba, jak to bywalo u cezara, gdzie nie dosc gorne lub nawet nie dosc trafne pochwaly spiewu lub wierszy mozna bylo zyciem przyplacic. Wraz tez, na widok swiatel, bluszczowych kruz, win lodowaciejacych w sniegowej poscieli i wyszukanych potraw, rozochocily sie serca biesiadnikow. Rozmowy poczely brzeczec raznie, jak brzeczy roj pszczol nad okryta kwiatami jablonia. Czasem tylko przerywal je wybuch wesolego smiechu, czasem szmer pochwal, czasem zbyt glosny pocalunek, zlozony na bialym ramieniu. Goscie, pijac wino, stracali z czasz po kilka kropel bogom niesmiertelnym, by zjednac ich opieke i przychylnosc dla gospodarza. Nic to, ze wielu nie wierzylo w bogow. Tak kazal obyczaj i przesad. Petroniusz, lezac obok Eunice, rozmawial o nowinach rzymskich, o najnowszych rozwodach, o milosci, milostkach, o wyscigach, o Spikulusie, ktory w ostatnich czasach wslawil sie na arenie, i o najnowszych ksiazkach, jakie ukazaly sie u Atraktusa i Sozjuszow. Strzasajac wino mowil, ze strzasa tylko na czesc Pani Cypryjskiej, ktora jest starsza i wieksza od wszystkich bogow, jedynie niesmiertelna, trwala, wladnaca. Rozmowa jego byla jak promien slonca, ktory coraz to inny przedmiot oswieca, lub jak letni powiew, ktory porusza kwiaty w ogrodzie. Wreszcie skinal na chorowoda i na ten znak zabrzekly lekko cytry, mlode zas glosy ozwaly sie im do wtoru. Potem tancerki z Kos, rodaczki Eunice, poczely migotac spod przezroczystych oslon rozowymi cialami. W koncu egipski wrozbita poczal przepowiadac gosciom przyszlosc z ruchu teczowych dorad, zamknietych w krysztalowym naczyniu. Lecz gdy juz tych zabaw mieli do syta, Petroniusz uniosl sie nieco na swym syryjskim wezglowiu i rzekl z niechcenia: - Przyjaciele! Wybaczcie mi, ze na uczcie z prosba do was wystapie: oto niech kazdy przyjmie ode mnie w darze te czare, z ktorej najpierwej strzasnal na czesc bogow i na pomyslnosc moja. Czary Petroniusza lsnily od zlota, klejnotow i rzezb mistrzowskich, wiec jakkolwiek rozdawanie podarkow bylo rzecza zwykla w Rzymie, radosc zalala serca biesiadnikow. Jedni poczeli mu dziekowac i slawic go glosno; drudzy mowili, ze nawet sam Jowisz nie uczcil nigdy bogow w Olimpie darem podobnym; byli na koniec i tacy, ktorzy wahali sie z przyjeciem, tak rzecz przechodzila miare powszednia. On zas podniosl w gore kruze mirrenska, do teczy z blasku podobna i wprost bezcenna, po czym rzekl: - A oto jest ta, z ktorej ulalem na czesc Pani Cypryjskiej. Niechaj jej odtad niczyje usta nie dotkna i niechaj zadne rece na czesc innej bogini z niej nie uleja. I rzucil kosztowne naczynie na posypana liliowymi kwiatami szafranu posadzke, a gdy rozbilo sie w drobne szczatki, rzekl widzac naokol zdumione spojrzenia: - Drodzy, weselcie sie, zamiast zdumiewac. Starosc, bezsilnosc smutni to towarzysze ostatnich lat zycia. Ale ja wam dam dobry przyklad i dobra rade: mozna, widzicie, na nich nie czekac i nim nadejda, odejsc dobrowolnie, jak ja odchodze. - Co chcesz uczynic? - spytalo z niepokojem kilka glosow. - Chce sie weselic, pic wino, sluchac muzyki, patrzec na te oto boskie ksztalty, ktore obok mnie widzicie, a potem zasnac z uwienczona glowa. Juz pozegnalem sie z cezarem i czy chcecie posluchac, com mu na pozegnanie napisal? To rzeklszy wydobyl spod purpurowego wezglowia list i poczal czytac, co nastepuje: "Wiem, o cezarze, ze wygladasz z niecierpliwoscia mego przybycia i ze twoje wierne serce przyjaciela teskni dniami i nocami za mna. Wiem, ze obsypalbys mnie darami, powierzyl mi prefekture pretorii, a Tygellinowi kazal byc tym, do czego stworzyli go bogowie: dozorca mulow w tych twoich ziemiach, ktores po otruciu Domicji odziedziczyl. Wybacz mi jednak, bo oto przysiegam ci na Hades, a w nim na cienie twej matki, zony, brata i Seneki, ze przybyc do ciebie nie moge. Zycie jest wielkim skarbem, moj drogi, jam zas z owego skarbu umial najcenniejsze wybierac klejnoty. Lecz w zyciu sa takze rzeczy, ktorych juz dluzej zniesc nie potrafie. Och, nie mysl, prosze, ze mnie zrazilo to, izes zabil matke i zone, i brata, izes spalil Rzym i wyslal do Erebu wszystkich uczciwych ludzi w twym panstwie. Nie, moj prawnuku Kronosa. Smierc jest udzialem ludzkiego poglowia, po tobie zas innych postepkow nie bylo sie mozna spodziewac. Ale kaleczyc sobie uszy jeszcze przez lata cale twoim spiewem, widziec twe domicjuszowskie cienkie nogi, miotane tancem pirrejskim, sluchac twej gry, twej deklamacji i twoich poematow, biedny poeto z przedmiescia, oto co przewyzszylo moje sily i wzbudzilo do smierci ochote. Rzym zatyka uszy sluchajac ciebie, swiat cie wysmiewa, ja zas dluzej juz za ciebie plonic sie nie chce, nie moge. Wycie Cerbera, moj mily, chocby do twego spiewu podobne, mniej bedzie dla mnie dotkliwe, bom nie byl mu nigdy przyjacielem i za glos jego wstydzic sie nie mam obowiazku. Badz zdrow, lecz nie spiewaj, zabijaj, lecz nie pisz wierszy, truj, lecz nie tancz, podpalaj, lecz nie graj na cytrze, tego ci zyczy i te ostatnia przyjacielska rade posyla ci Arbiter elegantiae." Biesiadnicy struchleli, wiedzieli bowiem, ze gdyby Nero panstwo utracil, cios bylby dla niego mniej okrutnym. Zrozumieli tez, ze czlowiek, ktory taki list napisal, musi umrzec, a przy tym ich samych oblecial strach blady, ze takiego listu sluchali. Lecz Petroniusz rozsmial sie tak szczerym i wesolym smiechem, jakby o najniewinniejszy zart chodzilo, po czym powiodl oczyma po obecnych i ozwal sie: - Weselcie sie i odpedzcie daleko trwoge. Nikt nie potrzebuje sie chwalic, ze tego listu wysluchal, ja zas pochwale sie nim chyba Charonowi w chwili przeprawy. Po czym skinal na Greka lekarza i wyciagnal don ramie. Biegly Grek w mgnieniu oka przewiazal je zlota przepaska i otworzyl zyle na zgieciu reki. Krew trysnela na wezglowie i oblala Eunice, ktora podparlszy glowe Petroniusza pochylila sie nad nim i rzekla: - Panie, czys ty myslal, ze ja cie opuszcze? Gdyby bogowie chcieli mi dac niesmiertelnosc, a cezar wladze nad swiatem, poszlabym jeszcze za toba. Petroniusz usmiechnal sie, podniosl sie nieco, dotknal ustami jej ust i odpowiedzial: - Pojdz ze mna. Potem zas dodal: - Tys mnie naprawde kochala, boska moja!... A ona wyciagnela ku lekarzowi swe rozane ramie i po chwili krew jej poczela sie zlewac i laczyc z jego krwia. Lecz on dal znak chorowodowi i znow ozwaly sie cytry i glosy, spiewano naprzod Harmodiosa, a potem zabrzmiala piesn Anakreonta, w ktorej poeta skarzy sie, ze znalazl raz pod drzwiami zzieble i zaplakane dziecko Afrodyty: zabral je, ogrzal, wysuszyl skrzydelka, a ono, niewdzieczne, przeszylo mu za nagrode serce swym grotem i odtad opuscila go spokojnosc... Oni zas wsparci o siebie, piekni jak dwa bostwa, sluchali usmiechajac sie i blednac. Petroniusz po skonczonej piesni polecil roznosic dalej wino i potrawy, potem zaczal rozmawiac z siedzacymi w poblizu biesiadnikami o rzeczach blahych, ale milych, o jakich zwykle rozmawiano przy ucztach. Wreszcie przywolal Greka, by mu podwiazal na chwile zyly, albowiem mowil, ze morzy go sen i chcialby jeszcze oddac sie Hypnosowi, zanim Tanatos uspi go na zawsze. Jakoz usnal. Gdy sie rozbudzil, glowa dziewczyny lezala juz, podobna do bialego kwiatu, na jego piersiach. Wowczas oparl ja na wezglowiu, by sie jej raz jeszcze przypatrzec. Za czym znowu rozwiazano mu zyly. Spiewacy na jego skinienie zanucili nowa piesn Anakreonta, a cytry towarzyszyly im cicho, tak aby slow nie zagluszac. Petroniusz bladl coraz bardziej, gdy jednak ostatnie dzwieki umilkly, zwrocil sie raz jeszcze do biesiadnikow i rzekl: - Przyjaciele, przyznajcie, ze razem z nami ginie... Lecz nie mogl dokonczyc; ramie jego objelo ostatnim ruchem Eunice, po czym glowa opadla mu na wezglowie - i umarl. Biesiadnicy jednak patrzac na te dwa biale ciala, podobne do cudnych posagow, zrozumieli dobrze, ze z nimi razem ginie to, co jedynie jeszcze pozostalo ich swiatu, to jest jego poezja i pieknosc. Epilog Poczatkowo bunt legii galijskich pod wodza Windeksa nie zdawal sie byc zbyt groznym. Cezar mial dopiero trzydziesty pierwszy rok zycia i nikt nie smial sie spodziewac, by swiat wnet juz mial byc wolny od duszacej go zmory. Wspomniano, ze wsrod legii nieraz juz, jeszcze za dawniejszych panowan, przychodzilo do rozruchow, ktore jednak mijaly nie pociagajac za soba zmiany panowan. Tak za Tyberiusza Drusus usmierzyl bunt legii panonskich, a Germanikus nadrenskich. "Ktoz by zreszta - mowili ludzie - mogl objac po Neronie panowanie, gdy wszyscy niemal potomkowie boskiego Augusta wygineli za jego rzadow?" Inni, patrzac na kolosy wyobrazajace go jako Herkulesa, mimo woli wyobrazali sobie, ze zadna sila takiej potegi nie zlamie. Byli i tacy, ktorzy od czasu jak wyjechal do Achai, tesknili po nim, albowiem Helius i Politetes, ktorym zostawil rzady Rzymu i Italii, rzadzili jeszcze krwawiej od niego. Nikt nie byl pewny zycia i mienia. Prawo przestalo bronic. Zagasla godnosc ludzka i cnota, rozluznily sie wezly rodzinne, a znikczemniale serca nie smialy dopuscic nawet nadziei. Z Grecji dochodzily echa o nieslychanych tryumfach cezara, o tysiacach koron, ktore zdobyl, i tysiacach wspolzawodnikow, ktorych pokonal. Swiat wydawal sie jedna orgia, krwawa i blazenska, lecz zarazem wszczepilo sie mniemanie, ze przyszedl kres cnocie i rzeczom powaznym, ze nadszedl czas tanca, muzyki, rozpusty, krwi i ze odtad tak plynac juz musi zycie. Sam cezar, ktoremu bunt otwieral droge do nowych lupiestw, niewiele sie troszczyl o zbuntowane legie i Windeksa, a nawet czesto radosc swoja z tego powodu wypowiadal. Z Achai nie chcial tez wyjezdzac i dopiero gdy Helius doniosl mu, ze dalsza zwloka moze go o utrate panstwa przyprawic, wyruszyl do Neapolu. Tam znow gral i spiewal, puszczajac mimo uszu wiesci o coraz grozniejszym przebiegu zdarzen. Prozno Tygellinus tlumaczyl mu, ze dawne bunty legionow nie mialy wodza, teraz zas stoi na czele maz z dawnych krolow akwitanskich pochodzacy, a przy tym wojownik slawny i doswiadczony. "Tu - odpowiadal Neron - sluchaja mnie Grecy, ktorzy sami jedni sluchac umieja i sami jedni godni sa mego spiewu." Mowil, ze pierwszym jego obowiazkiem jest sztuka i slawa. Lecz gdy wreszcie doszla go wiesc, ze Windeks oglosil go lichym artysta, zerwal sie i wyjechal do Rzymu. Rany zadane mu przez Petroniusza, ktore zagoil pobyt w Grecji, otwarly sie w jego sercu na nowo i chcial u senatu szukac sprawiedliwosci za krzywde tak nieslychana. Po drodze ujrzawszy grupe, odlana z brazu, przedstawiajaca wojownika Gala obalonego przez rzymskiego rycerza, poczytal to za dobra wrozbe i odtad, jesli wspominal zbuntowane legie i Windeksa, to jedynie dlatego, by sie z nich nasmiewac. Wjazd jego do miasta zgasil wszystko, co dotad widziano. Wjechal na tym samym wozie, na ktorym niegdys August odbywal triumf. Zburzono jeden luk cyrku, by otworzyc wejscie pochodowi. Senat, rycerze i nieprzejrzane tlumy wylegly na jego spotkanie. Mury drzaly od okrzykow: "Witaj, Auguscie, witaj, Herkulesie! Witaj, boski, jedyny, olimpijski, pytyjski, niesmiertelny!" Za nim niesiono zdobyte wience, nazwy miast, w ktorych tryumfowal i wypisane na tablicach imiona mistrzow, ktorych pokonal. Nero sam byl upojony i pytal ze wzruszeniem otaczajacych go augustianow, czym byl tryumf Cezara przy jego tryumfie? Mysl, by ktokolwiek ze smiertelnych smial podniesc reke na takiego mistrza-polboga, nie chciala mu sie w glowie pomiescic. Czul sie istotnie olimpijskim i przez to samo bezpiecznym. Zapal i szalenstwo tlumow podniecaly szal jego wlasny. Jakoz moglo sie wydawac w dniu tego tryumfu, ze nie tylko cezar i miasto, ale swiat caly stracil zmysly. Pod kwiatami i stosami wiencow nie umial nikt dojrzec przepasci. Tegoz jednak jeszcze wieczora kolumny i mury swiatyn pokryly sie napisami, w ktorych wytykano zbrodnie cezara, grozono mu bliska pomsta i wysmiewano go jako artyste. Z ust do ust przechodzilo zdanie: "Poty spiewal, dopoki kogutow (gallos) nie zbudzil." Trwozne wiesci poczely obiegac miasto i rosly do potwornych rozmiarow. Niepokoj ogarnal augustianow. Ludzie w niepewnosci, co przyszlosc pokaze, nie smieli wypowiadac zyczen nadziei, nie smieli niemal czuc i myslec! On zas zyl dalej tylko teatrem i muzyka. Zajmowaly go nowo wynalezione instrumenty muzyczne i nowy organ wodny, z ktorym czyniono proby na Palatynie. W zdziecinnialym i niezdolnym do jednej rady lub czynu umysle wyobrazal sobie, iz daleko siegajace w przyszlosc zamiary przedstawien i widowisk odwroca tym samym niebezpieczenstwo. Najblizsi widzac, ze zamiast starac sie o srodki i wojsko, stara sie jedynie o wyrazenia trafnie malujace groze, poczeli tracic glowy. Inni atoli mniemali, ze tylko zaglusza siebie i drugich cytatami, majac w duszy trwoge i niepokoj. Jakoz postepki jego staly sie goraczkowe. Co dzien tysiace innych zamiarow przelatywalo mu przez glowe. Chwilami zrywal sie, by przeciw niebezpieczenstwu wybiezec, kazal pakowac na wozy cytry i lutnie, zbroic mlode niewolnice jako amazonki, a zarazem sciagac legie ze Wschodu. Czasem znow myslal, ze nie wojna, ale spiewem skonczy bunt galijskich legii. I usmiechala mu sie dusza do tego widowiska, ktore mialo nastapic po przejednaniu piesnia zolnierzy: Oto legionisci otocza go ze lzami w oczach, on zas zanuci im epinicium, po ktorym zlota epoka pocznie sie dla niego i Rzymu. Czasem znow wolal o krew; czasem oswiadczal, ze poprzestanie na wielkorzadztwie w Egipcie; wspominal wrozbitow, ktorzy przepowiadali mu panowanie w Jeruzalem, albo rozczulal sie mysla, ze jako wedrowny spiewak bedzie zarabial na chleb powszedni, a miasta i kraje uczcza w nim juz nie cezara, pana ziemskiego okregu, ale piesniarza, jakiego nie wydala dotad ludzkosc. I tak rzucal sie, szalal, gral, spiewal, zmienial zamiary, zmienial cytaty, zmienial zycie swoje i swiata w jakis sen niedorzeczny, fantastyczny i straszny zarazem, we wrzaskliwa hece, zlozona z nadetych wyrazen, lichych wierszy, jekow, lez i krwi, a tymczasem chmura na Zachodzie rosla i potezniala z dniem kazdym. Miara byla przebrana, blazenska komedia miala sie widocznie ku koncowi. Gdy wiesci o Galbie i przylaczeniu sie Hiszpanii do buntu doszly do jego uszu, wpadl w wscieklosc i szal. Podruzgotal czary, przewrocil stol przy uczcie i wydal rozkazy, ktorych ni Helius, ni sam Tygellin nie smieli wykonac. Wymordowac Galow zamieszkalych w Rzymie, potem podpalic jeszcze raz miasto, wypuscic zwierzeta z arenariow, a stolice przeniesc do Aleksandrii wydalo mu sie dzielem wielkim, zdumiewajacym i latwym. Ale juz dni wszechmocy jego minely i nawet wspolnicy dawnych zbrodni poczeli nan patrzec jak na szalenca. Smierc Windeksa i niezgoda zbuntowanych legii zdawaly sie jednak znow przechylac szale na jego strone. Juz nowe uczty, nowe tryumfy i nowe wyroki zapowiedziane byly w Rzymie, gdy pewnej nocy z obozu pretorianow przybyl na spienionym koniu goniec donoszac, ze w samym miescie zolnierze podniesli choragiew buntu i okrzykneli Galbe cezarem. Cezar spal w chwili przybycia gonca, lecz zbudziwszy sie, prozno wolal na straze przyboczne, czuwajace nocami u drzwi komnat. W palacu byla juz pustka. Niewolnicy tylko rabowali w odleglejszych zakatkach, co sie napredce zrabowac dalo. Lecz jego widok zestraszyl ich, on zas blakal sie samotny po domu, napelniajac go okrzykami trwogi i rozpaczy. Wreszcie jednak wyzwolency: Faon, Spirus i Epafrodyt, przybyli mu na ratunek. Chcieli, by uciekal, mowiac, ze nie ma chwili do stracenia, lecz on ludzil sie jeszcze. A gdyby, ubrany w zalobe, przemowil do senatu, czyz senat oparlby sie jego lzom i wymowie? Gdyby uzyl calej sztuki krasomowczej, calej wymowy i zdolnosci aktorskiej, czy ktokolwiek w swiecie zdolalby sie mu oprzec? Czyzby mu nie dano choc prefektury Egiptu? A oni, przywykli do pochlebstw, nie smieli jeszcze wprost zaprzeczyc, ostrzegli go tylko, ze zanim zdola dojsc do Forum, lud rozerwie go na szczatki, i zagrozili, ze jesli natychmiast na kon nie siadzie, i oni opuszcza go takze. Faon ofiarowal mu schronienie w swej willi, lezacej za brama Nomentanska. Po chwili siedli na kon i okrywszy glowy plaszczami pomkneli ku krancom miasta. Noc bladla. Na ulicach panowal juz jednak ruch zwiastujacy nadzwyczajnosc chwili. Zolnierze to pojedynczo, to malymi oddzialami rozsypali sie po miescie. Niedaleko juz obozu kon cezara uskoczyl nagle w bok na widok trupa. Wowczas plaszcz zsunal sie z glowy jezdzca i zolnierz, ktory w tej samej chwili przesuwal sie obok niego, poznal wladce, lecz zmieszany niespodzianym spotkaniem, oddal mu poklon wojskowy. Przejezdzajac kolo obozu pretorianow uslyszeli grzmiace okrzyki na czesc Galby. Nero zrozumial na koniec, ze zbliza sie godzina smierci. Opanowal go przestrach i wyrzuty sumienia. Mowil, ze widzi przed soba ciemnosc w ksztalcie czarnej chmury, z chmury zas owej wychylaja sie ku niemu twarze, w ktorych poznaje matke, zone i brata. Zeby jego klapaly z przerazenia, a jednak komediancka jego dusza znajdowala jakby jakis urok w grozie chwili. Byc wszechwladnym panem ziemi i stracic wszystko wydawalo mu sie szczytem tragedii. I wierny sobie gral pierwsza w niej role do konca. Opanowala go goraczka cytat i namietna chec, by obecni zapamietali je dla potomnosci. Chwilami mowil, ze chce umrzec, i wolal o Spikulusa, ktory zabijal najzreczniej ze wszystkich gladiatorow. Chwilami deklamowal. "Matka, malzonka, ojciec na smierc mnie wzywaja!" Blyski nadziei budzily sie w nim jednak od czasu do czasu, czcze i dziecinne. Wiedzial, ze idzie smierc, i nie wierzyl w nia zarazem. Brame Nomentanska zastali otwarta. Jadac dalej, przesuneli sie kolo Ostrianum, gdzie nauczal i chrzcil Piotr. O swicie byli w willi Faona. Tam wyzwolency nie ukrywali mu juz dluzej, ze czas umrzec, wiec kazal kopac dla siebie dol i legl na ziemi, by mogli wziac miare dokladna. Lecz na widok wyrzucanej ziemi ogarnal go strach. Tlusta twarz jego pobladla, a na czole osiadly mu na ksztalt kropel rannej rosy, krople potu. Poczal zwloczyc. Glosem zarazem drzacym i aktorskim oswiadczyl, ze chwila jeszcze nie nadeszla, po czym znow jal cytowac. W koncu prosil, by go spalono. "Jakiz artysta ginie!" - powtarzal jakby ze zdumieniem. Tymczasem przybyl goniec Faona z doniesieniem, ze senat wydal juz wyrok i ze parricida ma byc ukarany wedle dawnego zwyczaju. - Jakiz to zwyczaj? - spytal zbielalymi ustami Nero. - Szyje ci chwyca w widly i zasmagaja cie na smierc, a cialo wrzuca w Tyber! - odrzekl szorstko Epafrodyt. On zas roztworzyl plaszcz na piersiach. - A wiec czas! - rzekl spojrzawszy w niebo. I jeszcze raz powtorzyl: - Jakiz artysta ginie! W tej chwili rozlegl sie tetent koni. To centurion na czele zolnierzy przybywal po glowe Ahenobarba. - Spiesz sie! - zawolali wyzwolency. Nero przylozyl noz do szyi, lecz klul sie tylko dlonia bojazliwa i widac bylo, ze nigdy nie osmieli sie zaglebic ostrza. Wowczas niespodzianie Epafrodyt popchnal mu reke i noz wszedl az po glownie, a jemu oczy wyszly na wierzch, straszne, ogromne, przerazone. - Przynosze ci zycie! - zawolal wchodzac centurion. - Za pozno - odrzekl chrapliwym glosem Nero. Po czym dodal: - Oto jest wiernosc! W mgnieniu oka smierc poczela obejmowac mu glowe. Krew z grubego karku bluzgala czarnym strumieniem na ogrodowe kwiaty. Nogi jego poczely kopac ziemie - i skonal. Wierna Akte obwinela go nazajutrz w kosztowne tkaniny i spalila na przepelnionym wonnosciami stosie. I tak minal Nero, jak mija wicher, burza, pozar, wojna lub mor, a bazylika Piotra panuje dotad z wyzyn watykanskich miastu i swiatu. Wedle zas dawnej bramy Kapenskiej wznosi sie dzisiaj malenka kapliczka z zatartym nieco napisem: "Quo vadis, Domine?"
RAW Paste Data
We use cookies for various purposes including analytics. By continuing to use Pastebin, you agree to our use of cookies as described in the Cookies Policy. OK, I Understand
 
Top